a makeshift smile, a polished look
: śr sty 21, 2026 11:35 pm
a makeshift smile, a polished look
some rehearsed lines
„Każda sztuka klasyczna”, rozpamiętywał, „zamyka się w tych samych ramach”.
Wyobrażał sobie chęć wprowadzania modyfikacji, obawiał się jednak tych, jak to określiła, „niewielkich wariacji względem oryginału” — czasami jeden nieodpowiedni wybór fabularny, pozornie naprawdę nieistotny, chwieje całym szkieletem.
Mimo to zdecydował się zaryzykować.
Przyszedł, bo, cholera, powiedziała, że powinien.
A teraz, obserwując przygasające światło, wciąż o tym myślał. O balecie, o tańcu, o czuciu, nie wiedząc tak naprawdę, co to oznacza. Zamiast tego bezustannie interpretował poszczególne zdania, potem reinterpretował, jednak finalnie i tak porzucał większość swoich wniosków. Wówczas proces rozpoczynał się od nowa: interpretacja poprzedzała reinterpretację, natomiast ewentualne wnioski — długa dyskusja z samym sobą.
Nieważne, czego próbował, metody, które znał, zawodziły.
Niekoniecznie analizował bowiem słowa same w sobie, bardziej sposób, w jaki mówiła, co nastręczało problemów. Poruszał się w tematach n i e z m i e r z a l n y c h. O ile rozumiał, co znaczą poszczególne słowa, o tyle trudno mu było zrozumieć, co skrywa się za tonem głosu, uśmiechem bądź pauzą.
Potem zaczął oglądać.
Cisza zapanowała niemal natychmiast, niemniej jednak Theodore i tak odnotowywał wszystko dookoła. Słyszał westchnięcia, pojedyncze szepnięcia, a także tłumione kaszlnięcia. Dostrzegał drgającą stopę, uderzającą o miękką posadzkę w bardzo nierównym rytmie. Słuchał więc wszystkiego — mimowolnie i z coraz mocniej bijącym sercem — próbując jednocześnie wyciszyć niepotrzebne bodźce.
Analizował więc to, co widział: tempo wejścia, ustawienie ciał oraz odległości pomiędzy poszczególnymi tancerzami, a także to, co słyszał, szczególnie muzykę zmieniającą akcent — jeden z aktorów drgnął o ułamek sekundy za wcześnie.
Theodore pochylił głowę w bok, marszcząc brwi.
Poczuł napięcie w barkach, teoretycznie znajome, ale jednocześnie inne.
Aż wreszcie uświadomił sobie coś, co odebrało mu dech w piersiach. Przestał liczyć, zapominając, jak wiele taktów minęło od ostatniej zmiany tempa — po pierwsze, a po drugie — s z u k a ł. Wypatrywał wzrokiem Eleny. Trudno powiedzieć, od którego momentu, być może od samego początku, a być może w ogóle.
Kiedy wreszcie ją dostrzegł…
Coś w sposobie, w jaki się poruszała, sprawiło, że przestał obserwować resztę sceny.
Theodore, dyskutując od niechcenia z zebranymi dookoła ludźmi, mimowolnie zerkał dookoła, jakby rozglądał się za znajomą twarzą. Wolnym ruchem, pochłaniającym jakby całą uwagę, podciągał rękaw czarnej koszuli z rozpiętymi paroma guzikami tuż pod szyją.
Wreszcie podniósł wzrok.
— Pani Elena — odezwał się trochę głośniej, co dziwne, uśmiechając się. Nieznacznie, ledwie widocznie, ale jednak. Wyminął ludzi, zaskoczonych nagłym przerwaniem dyskusji, pytających go o opinię. Większość próśb komentował krótkim: „nie znam odpowiednich narzędzi, aby się wypowiedzieć”.
Przystanął parę kroków od Santorini.
— Muszę przyznać: propozycja, abym wybrał się do teatru, okazała się... — zawahał się. Marszcząc brwi, odwrócił wzrok. Spoglądał gdzieś ponad ramieniem Eleny, aż wreszcie kontynuował ostrożnie: — ...co najmniej trafiona.
Elena Santorini