Strona 1 z 1

a makeshift smile, a polished look

: śr sty 21, 2026 11:35 pm
autor: Theodore S. Beaulieu
a makeshift smile, a polished look
some rehearsed lines
Opierając się wygodniej w miękkim, obitym tkaniną tapicerską fotelu, wciąż myślał wyłącznie o tym, co powiedziała, nawet jeśli ciągle rozpraszał się głośnymi rozmowami dookoła, potrąceniami, a także niechcianym dotykiem. Od czasu do czasu kiwał jedynie głową, słysząc krótkie, rzucone mimochodem „przepraszam”.
„Każda sztuka klasyczna”, rozpamiętywał, „zamyka się w tych samych ramach”.
Wyobrażał sobie chęć wprowadzania modyfikacji, obawiał się jednak tych, jak to określiła, „niewielkich wariacji względem oryginału” — czasami jeden nieodpowiedni wybór fabularny, pozornie naprawdę nieistotny, chwieje całym szkieletem.
Mimo to zdecydował się zaryzykować.
Przyszedł, bo, cholera, powiedziała, że powinien.
A teraz, obserwując przygasające światło, wciąż o tym myślał. O balecie, o tańcu, o czuciu, nie wiedząc tak naprawdę, co to oznacza. Zamiast tego bezustannie interpretował poszczególne zdania, potem reinterpretował, jednak finalnie i tak porzucał większość swoich wniosków. Wówczas proces rozpoczynał się od nowa: interpretacja poprzedzała reinterpretację, natomiast ewentualne wnioski — długa dyskusja z samym sobą.
Nieważne, czego próbował, metody, które znał, zawodziły.
Niekoniecznie analizował bowiem słowa same w sobie, bardziej sposób, w jaki mówiła, co nastręczało problemów. Poruszał się w tematach n i e z m i e r z a l n y c h. O ile rozumiał, co znaczą poszczególne słowa, o tyle trudno mu było zrozumieć, co skrywa się za tonem głosu, uśmiechem bądź pauzą.
Potem zaczął oglądać.

***


Cisza zapanowała niemal natychmiast, niemniej jednak Theodore i tak odnotowywał wszystko dookoła. Słyszał westchnięcia, pojedyncze szepnięcia, a także tłumione kaszlnięcia. Dostrzegał drgającą stopę, uderzającą o miękką posadzkę w bardzo nierównym rytmie. Słuchał więc wszystkiego — mimowolnie i z coraz mocniej bijącym sercem — próbując jednocześnie wyciszyć niepotrzebne bodźce.
Analizował więc to, co widział: tempo wejścia, ustawienie ciał oraz odległości pomiędzy poszczególnymi tancerzami, a także to, co słyszał, szczególnie muzykę zmieniającą akcent — jeden z aktorów drgnął o ułamek sekundy za wcześnie.
Theodore pochylił głowę w bok, marszcząc brwi.
Poczuł napięcie w barkach, teoretycznie znajome, ale jednocześnie inne.
Aż wreszcie uświadomił sobie coś, co odebrało mu dech w piersiach. Przestał liczyć, zapominając, jak wiele taktów minęło od ostatniej zmiany tempa — po pierwsze, a po drugie — s z u k a ł. Wypatrywał wzrokiem Eleny. Trudno powiedzieć, od którego momentu, być może od samego początku, a być może w ogóle.
Kiedy wreszcie ją dostrzegł…
Coś w sposobie, w jaki się poruszała, sprawiło, że przestał obserwować resztę sceny.

***


Theodore, dyskutując od niechcenia z zebranymi dookoła ludźmi, mimowolnie zerkał dookoła, jakby rozglądał się za znajomą twarzą. Wolnym ruchem, pochłaniającym jakby całą uwagę, podciągał rękaw czarnej koszuli z rozpiętymi paroma guzikami tuż pod szyją.
Wreszcie podniósł wzrok.
Pani Elena — odezwał się trochę głośniej, co dziwne, uśmiechając się. Nieznacznie, ledwie widocznie, ale jednak. Wyminął ludzi, zaskoczonych nagłym przerwaniem dyskusji, pytających go o opinię. Większość próśb komentował krótkim: „nie znam odpowiednich narzędzi, aby się wypowiedzieć”.
Przystanął parę kroków od Santorini.
Muszę przyznać: propozycja, abym wybrał się do teatru, okazała się... — zawahał się. Marszcząc brwi, odwrócił wzrok. Spoglądał gdzieś ponad ramieniem Eleny, aż wreszcie kontynuował ostrożnie: — ...co najmniej trafiona.

Elena Santorini

a makeshift smile, a polished look

: ndz sty 25, 2026 5:41 pm
autor: Elena Santorini
another chase
another smile hard to counterfeit
W swojej codzienności była nadzwyczaj spostrzegawczą osobą. Chłonęła otaczające ją dźwięki, zapachy, odczucia, obserwowała mijanych przez siebie ludzi, podsłuchiwała urywków toczonych przez nich konwersacji. Nic nie było w stanie jej umknąć, prześlizgnąć się przez żądne poczucia kontroli zmysły nawet, świat napierał na nią z każdej strony, niemożliwy do zatrzymania.
Jedynym wyjątkiem była scena.
W ciszy, która zapadła tuż przed uniesieniem kurtyny nie odnotowywała tych małych drobiazgów, świadczących o obecności innych ludzi. Nie słyszała ich chrząknięć, wiercenia się w fotelach, ukradkowych słów wypowiadanych podniesionym szeptem. Wyczekiwała pierwszych nut muzyki płynącej ze schowanej pod sceną orkiestry, drżąc na jednym ze skrzydeł sceny w antycypacji.
Świat nie przebijał się do niej nawet wtedy, gdy i ona sunęła po wyłożonym marley'em parkiecie, odnajdując swój środek ciężkości, zwodniczy punkt między gracją a siłą. Ostre, mocne oświetlenie sceniczne spowijało widownię atłasem nieprzeniknionej czerni. Nie dostrzegała ich twarzy, dłoni wznoszących się do oklasków, wyrazów twarzy zdradzających to, czego nie mogły okazać słowa.
W chwilach takich jak ta, nic nie miało znaczenia.
Tylko muzyka płynąca w jej żyłach, miarowy oddech podtrzymujący wytrzymałość, wzrok mknący w stronę jednego, określonego punktu w przestrzeni, który zapewniał jej stabilizację. I miłość - miłość do każdej chwili, którą spędzała na scenie, do każdego skoku, każdego obrotu. Emocje odgrywanej przez nią roli malowały się na jej twarzy ekspresjami, których próżno było szukać u niej na co dzień. W teatrze były łatwe do ukazywania, łatwe do odgrywania.
Ponieważ nie były jej.
Uśmiech pozostał przyklejony do jej twarzy gdy dwa akty później wkraczała do lobby wraz z resztą tancerzy. Niektórych ludzi znała z innych występów, innych widziała pierwszy raz - być może nawet ostatni. Bukiety kwiatów, zwyczajowy gest charakterystyczny zarówno dla małych jak i dużych spektaklów, zawsze wzbudzały w niej radość - dla niej miały taką samą wartość, jak gdyby była jedyną osobą, która je kiedykolwiek otrzymała.
Odkładała jeden z nich na pobliski stolik gdy znajomy, głęboki głos dotarł do jej ucha zza pleców. Wyprostowała się, odruchowo, wracając wspomnieniem do przyjęcia minionego tygodnia, do właściciela ów głosu, którego rozpoznała natychmiast.
- Panie Beaulieu - odparła natychmiast, sięgając po bardziej oficjalne przywitanie - lecz jej uśmiech poszerzył się jedynie, w wyrazie zarówno zaskoczenia, jak i radości jego obecnością. Obecnością, której wcale się nie spodziewała pomimo swojego zaproszenia - ponieważ Theodore nie wydawał się osobą, która by z niego skorzystała bo wypada. - Czyżby?
Podeszła bliżej, splatając dłonie za plecami swojego kostiumu. Jej wzrok mimowolnie prześlizgnął się po jego sylwetce, zauważając, że wyglądał równie przystojnie, co wcześniej.
- Czy jest już pan gotowy porzucić wielki ekran na rzecz ewidentnie lepszej formy sztuki? - zapytała lekko, ale jej uśmiech wykrzywił się w wyrazie rozbawienia. Nim zdążył potraktować jej słowa na poważnie, skinęła lekko głową. - Bardzo mi miło, że postanowił pan przyjść.

Theodore S. Beaulieu

a makeshift smile, a polished look

: wt sty 27, 2026 12:20 am
autor: Theodore S. Beaulieu
N i e s w o j o ś ć.
Gdyby wiedział, czego szukać, właśnie tak by opisał to, jak czuł się w tym miejscu, zarówno wchodząc do teatru, jak i w toczonej niedawno dyskusji. Jednak uczucie powoli ustępowało. Niekoniecznie umiał to zrozumieć, a co dopiero wytłumaczyć, ale widząc Elenę, trochę się rozluźnił. Co dziwne: bez ekranowych morderstw i bez rozlewu krwi; bez przekleństw i bez krzyków.
Wręcz przeciwnie.
Cicha muzyka, pozbawiona tak dobrze znanego mu metrum oraz backbeatów, atmosfera — pełna wyczekiwania, a także niemego podziwu, w którymś momencie przestały przynosić niepokój. Całe przedstawienie zaczęło wiązać się z liczeniem, potem zaś — z doświadczaniem. Nieważne stało się, jak bardzo atmosfera różniła się od tego, co dotychczas uważał za swoistą “bezpieczną przystań”, okazała się bowiem b e z p i e c z n a.
Theodore badawczo obserwował rozmówczynię.
Od razu dostrzegł, jak splata dłonie, podobnie zresztą jak i od razu zauważył, jak podchodzi bliżej. Mimo to, zamiast cofnąć się w zwyczajowym odruchu, on wyłącznie nieznacznie się wyprostował — być może ze zmęczenia, a być może w odpowiedzi. Być może, nawet niekoniecznie sobie to uświadamiając, próbował zaprezentować się lepiej.
Ściągnął brwi.
Lepsza forma sztuki — bezwiednie powtórzył, przechylając głowę w bok, a kącik jego ust drgnął minimalnie. Zaczął zastanawiać się, czy rzeczywiście można mówić o “lepszych formach sztuki”. Przez chwilę analizował to, jakie są kryteria? Który człowiek może o tym decydować, a także w jakim interesie to robi? Jednak zanim cokolwiek przemyślał… — Według bourdieu’owskiej teorii dystynkcji to system społeczny obarcza niektóre dzieła taką etykietą, legitymizując tym samym pozycję osób z odpowiednim wykształceniem oraz gustem, co nie sprawia jednak, że rzeczywiście są one “lepsze".
Dopiero teraz ponownie odnalazł Elenę spojrzeniem.
Zareagował niepodobnie do siebie, intuicyjnie, zamiast kierować się rozsądkiem.
Ale chyba nie o tym pani mówiła — powiedział po chwili, uśmiechając się trochę bardziej niezręcznie. Theodore poczuł się nieswojo, niekoniecznie jednak ze względu na to, co powiedział. Bardziej ze względu na to, co zrobił później — próbował odczytać i n t e n c j ę. Nie słowa. I n t e n c j ę. Coś niezmierzalnego, coś, czego zawsze unikał.
Wątpię — przechylił głowę w bok, ważąc każde wypowiadane bardzo ostrożnie słowo — czy kiedykolwiek porzucę jedną formę na rzecz drugiej. Ale teraz rozumiem, dlaczego można uważać, że część doświadczeń umyka w kinie.
Wciąż uważnie przyglądał się Elenie, co samo w sobie było dziwne — zazwyczaj uciekał spojrzeniem, szczególnie w momentach, kiedy oddzielał emocje od obiektywnych wniosków, kiedy myślał. Teraz jednak przestało liczyć się to, czy hierarchię ważności miał niezmienną od lat, czy nie. Dopuścił coś, czego dotychczas unikał — ze strachu, niepewności, przebodźcowania. Wciąż — jak uważał — lepiej będzie czuł się zarówno w kinach, jak i podczas koncertów, ale przynajmniej się otworzył.
Czuł, jak jego serce przyspiesza, kiedy sobie to uświadamiał.
Cholera…
Czy to dobry moment — odezwał się znów, tak samo niskim i spokojnym tonem — abym zapytał, czy jest coś, na co powinienem zwrócić szczególną uwagę następnym razem?

Elena Santorini

a makeshift smile, a polished look

: wt sty 27, 2026 4:02 pm
autor: Elena Santorini
Krytyk filmowy poznany na przyjęciu popremierowym jednego ze spektakli nie powinien zapaść jej w pamięć.
Nie dlatego, że nie wyróżniał się swoją przystojną twarzą czy płynącą ze słów elokwencją - ale dlatego, że do takiego towarzystwa Santorini p r z y w y k ł a. Każdego tygodnia spędzała któryś wieczór na jednym z pięknych, wystawnych przyjęć, na które zabierali ją poznani przez nią mężczyźni. Pośród eleganckiej muzyki, drogiego szampana i pięknie wyłożonych przystawek lawirowała pomiędzy ludzi sukcesu - czymkolwiek by on nie był dla nich samych. Obracała się wokół tych, na których warto było zawiesić oko, rozmawiała z tymi, których warto było posłuchać, a wreszcie tańczyła z tymi śmiałymi, którzy wyciągali ku niej rękę.
Beaulieu, na papierze, nie różnił się od nich przecież w żaden sposób.
A jednak coś w jej trzewiach podskoczyło radośnie słysząc swoje imię padające z jego ust pośród gwaru tłumów gromadzących się w atrium. Kąciki jej ust uniosły się w górę na widok jego twarzy - nie w ten wyuczony, machinalny sposób, który opanowała do perfekcji. Ten odruchowy, szybki, który wydarzał się zanim zdążyła zarejestrować jego obecność w myślach, zanim zdołała wysłać rozkaz do własnego ciała.
Było w nim coś m a g n e t y z u j ą c e g o, choć nie potrafiła do końca określić co. W morzu wszystkich osób obecnych wokół - zarówno tych biznesowo nieistotnych, fanów czerpiących radość z przebywania w towarzystwie gwiazd spektaklu, jak i tych ważnych, w eleganckich garniturach z wypchanymi kieszeniami - jej orbita mimowolnie skręcała w kierunku Theo. To z nim pragnęła porozmawiać, to jego opinia miała dla niej znaczenie.
A jego obecność - ku zaskoczeniu jej samej - musnęła jej policzki zaróżowieniem. Beaulieu nie wydawał się osobą, która robiła cokolwiek ze zwykłej uprzejmości - samo jego przybycie tutaj, po wystosowaniu przez nią mało konkretnego zaproszenia, jednocześnie ukazywało jego intencję bardziej, niż robiłoby to w przypadku innych osób.
- Społeczeństwo kształtuje nasze systemy wartości. Mogłabym powiedzieć, że jeśli jego zdaniem coś jest lepsze, to obiektywizm tego stwierdzenia nie ma żadnego znaczenia - odpowiedziała lekko, wygładzając dłońmi fałdy materiału odruchowo. - Ale prawda jest taka, że lepszy czy nie, balet to wymierająca sztuka, którą nie interesują się młode pokolenia.
Było coś budzącego komfort w miejscu, w którym się znajdowali - ale też w stanie, w którym ona sama tkwiła. Uniesienie po zakończonym spektaklu dalej płynęło w jej żyłach, perfekcyjnie ułożone włosy napawały poczuciem kontroli, a mnogość fanów tkwiących w atrium - na przekór wymieraniu, o którym wspomniała - utwierdzała ją w przekonaniu, że wykonała dobrą robotę.
Czuła się spełniona.
- Żebym mogła na to odpowiedzieć, musiałabym wiedzieć, na co teraz zwrócił pan uwagę - odbiła piłeczkę, a jej głowa przekrzywiła się odruchowo, jakby spoglądając na mężczyznę w innej perspektywie. - Ma pan dość unikalne położenie, panie Beaulieu. Z jednej strony, z racji pana fachu posiada pan umiejętność dostrzegania szczegółów i harmonii w opowiadanej historii, oraz rozkładania jej na poszczególne elementy. Z drugiej... - urwała, zastanawiając się, w jakie słowa ubrać to, co chciała przekazać by zabrzmiały łagodnie - dochodząc jednak do wniosku, że dla Theodore'a nie miało to żadnego znaczenia. - Nie ma pan pojęcia o balecie.

Theodore S. Beaulieu

a makeshift smile, a polished look

: śr sty 28, 2026 11:22 pm
autor: Theodore S. Beaulieu
Theodore mocniej zacisnął szczękę, niewiele, ale wystarczająco, aby mięśnie na twarzy zadrżały.
“Trafiony, zatopiony”.
Naprawdę niewiele, coby uniknąć określenia “w ogóle”, wiedział o balecie — i otwarcie się do tego przyznawał. Mimo to najczęściej mówił, niekoniecznie przejmując się tym, co mogą pomyśleć sobie inni, ale rozmawiając z Eleną… W którymś momencie zaczął dobierać słowa o wiele ostrożniej. Coraz częściej myślał o tym, jak ona z a r e a g u j e, a także — jak o d b i e r z e konkretne sformułowania. Uważał to za niebezpieczne, wytrącające z równowagi, dlatego czasem zastanawiał się zbyt długo. Próbował zrozumieć, czemu tak myśli i co to oznacza, ale bez skutku. Gdyby tylko dało się przeanalizować własne myśli tak, jak robił to z filmami…
Rzeczywiście. Zgadza się — przytaknął tym swoim do bólu spokojnym, opanowanym, a także niemożliwym do wyprowadzenia z równowagi tonem. Po chwili zawahania mówił dalej: — Chyba właśnie dlatego to było… — ściągnął brwi — ...interesujące.
Coraz bardziej unikał kontaktu wzrokowego, raczej błądził spojrzeniem dookoła, czasami przypatrując się przechodzącym nieopodal ludziom, a czasami nieokreślonemu punktowi ponad ramieniem Eleny. Ciągle myślał. Badał. Analizował. Odwracając z kolei wzrok, łatwiej się skupiał oraz przeczesywał myśli w poszukiwaniu odpowiednich wniosków.
Dopiero po paru sekundach, wiedząc już, co powiedzieć, wracał spojrzeniem do rozmówczyni.
Dokładnie tak teraz.
Wiem, czego szukać w kinie: scenografii, montażu, tempa, scenariusza. Tutaj początkowo szukałem tego samego, ale… — zawahał się, po czym uśmiechnął się lekko, leciuteńko — …ale nic się nie zgadzało.
Wcisnął dłonie w kieszenie spodni, wcześniej przekręcając w obie strony zegarek na prawym, wytatuowanym przedramieniu, ot, odruchowo. Biorąc pod uwagę to, co robił, a także to, jak się zachowywał, mało prawdopodobne, czy w ogóle to dostrzegł. Od razu dostrzegł jednak pochyloną głowę Eleny, co, według dotychczasowych, zaobserwowanych na przestrzeni lat wzorców, świadczyć mogło na przykład o zamyśleniu bądź ciekawości.
Ale czym było teraz…?
Jak się okazało — kontynuował — problem polegał nie na braku struktury, ale na tym, że była inna. Chodziło o ciało, nie o kadr, o ruch, zamiast cięcia. Więc jeżeli pyta pani, co zauważyłem, to… — ponownie ściągnął brwi w oczywistym wyrazie poszukiwania odpowiednich słów — …że przez chwilę przestałem analizować. To było nieoczekiwane.
N i e o c z e k i w a n e.
N i e o p t y m a l n e.
Uśmiechnął się, tym razem szerzej, uważnie przyglądając się Elenie. Ni stąd, ni zowąd wszystko, co dotychczas widział dookoła, przestało się liczyć, a to, co słyszał, przestał rejestrować. Całą swoją uwagę — bardzo skupioną, wręcz intensywną — zawęził wyłącznie do dziewczyny.
Urwał potok myśli, ewidentnie zastanawiając się, czy dodać coś jeszcze.
Jeśli miałbym wrócić — zatrzymał się, ewidentnie ważąc słowa, zastanawiając się, czy dodać coś więcej — chciałbym wiedzieć, jak patrzeć, nie co zobaczyć. Jeżeli uchyli pani rąbka tajemnicy, będę po stokroć wdzięczny.
Wiedział, jak to brzmi, wiedział, jak staromodnie — takie określenia słyszał przecież w starych (bądź odpowiednio stylizowanych) dialogach, mimo to pozwolił swoim słowom wybrzmieć z… niecodzienną wręcz lekkością. Bez przerażenia tym, co to oznacza i dlaczego tak dzieje się wyłącznie w obecności Eleny. Zamiast tego wyprostował się jeszcze mocniej, pochylając głowę w bok, aby zmienić perspektywę percepcji rozmówczyni.

Elena Santorini

a makeshift smile, a polished look

: pt sty 30, 2026 4:21 pm
autor: Elena Santorini
Nie znała Beaulieu zbyt dobrze, miała jedynie pewien obraz jego w głowie, wypracowany na podstawie spędzonego przez nich wspólnie czasu. Zdawał się być osobą rozkładającą społeczne konwenanse na czynniki pierwsze, jednak nie z powodu własnego zainteresowania nimi. Wręcz przeciwnie, o ile ktoś nie zwracał się do niego bezpośrednio, krytyk filmowy zachowywał się dość obojętnie wobec obcych. Nie rozpoczynał konwersacji uśmiechem, nie drążył tego, co nie wpadało w spektrum jego osobistych pasji. Na uprzejmości odpowiadał własnymi, lecz było w nich coś wyrachowanego - a może to Santorini dostrzegała, że w błysku jego tęczówek chowały się zachodzące w głowie kalkulacje. Jak gdyby Theodore nie odnajdywał się w społeczeństwie w sposób naturalny, a jedynie, dla własnej wygody i przyzwyczajenia, uważnie je obserwował, starając się wtopić w tłum ludzi znacznie różnych od siebie.
Przede wszystkim jednak, jego zainteresowania wydawały się s z c z e r e.
Nie tylko dlatego, że jego mimika zdradzała być może więcej, niż mężczyzna chciałby sobie na to pozwolić. Nie jedynie przez niezależność jego pozycji czy renomę, która nakazywała sądzić, że jego słowa byłyby wyłącznie tym - jego słowami.
Przez sposób, w który na nią p a t r z y ł.
Sposób, od którego do jej ciała zakradła się odrobina napięcia - tego, które zagnieżdżało się w brzuchu, nie w spiętych od stresu barkach. Coś w jej wnętrzu zatrzepotało na dźwięk wypowiadanych przez niego słów, które okazały się nie tylko pochlebne, ale tak właściwe.
Słyszała wiele komplementów na temat swojego tańczenia - można by rzec, że do nich przywykła. Lubiła słyszeć o tym, w jaki sposób ujmowała publiczność lekkością swojego kroku czy skrzydłami, unoszącymi ją w górę przy skokach. Wielokrotnie analizowano jej sztukę przed nią samą, powołując się na konkretne fragmenty grand pas, na wymagające adagio i zjawiskową kodę. Rzucano francuskimi określeniami by udowodnić własną wartość, własną wiedzę w materii - jakby balet był nauką, a docenienie go wymagało znania teorii.
Każdy z tych komplementów nie trafiał w sedno, za które to ona pokochała balet. Skupiał się na jej osobie, na jej umiejętnościach i technice, a nie na tym, co pragnęła, by każde z nich p o c z u ł o.
- Muszę przyznać, że to chyba najlepszy komplement, jaki tancerka taka jak ja może usłyszeć - odpowiedziała po dłuższej chwili milczenia, orientując się, że ta pauza wtargnęła między ich dwójkę gdy analizowała jego słowa, targnięta zamyśleniem. - Przyznam, że tego brakuje mi najbardziej z lat mojej młodości.
Uśmiechnęła się do wspomnień, blichtru teatralnej scenografii, którą dostrzegła po raz pierwszy. Magii świata, którego chciała stać się częścią - do którego weszła wraz z pierwszymi nutami muzyki i z którego pragnęła nigdy nie wychodzić.
- Znajomość baletu od technicznej strony sprawia, że rzadko kiedy jestem w stanie skupić się na przedstawieniu bez kontemplowania poszczególnych jego elementów i oceny ich wykonania - dodała, nie wiedząc, na ile mężczyzna jest zainteresowany tym tematem, lecz nie mogąc się powstrzymać przed wyjaśnieniem. - Tymczasem w tej sztuce chodzi właśnie o to, by zostawić swoje myśli za drzwiami i na moment przenieść się do innego świata.
Kąciki jej ust powędrowały w górę, wykrzywiając się w zuchwałym uśmiechu. Spotkanie w lobby teoretycznie służyło właśnie temu - wymianie zdań, opinii na temat obejrzanego spektaklu. Ale przy Beaulieu pragnęła czegoś innego, czegoś w i ę c e j, czego nie mogło im dać zatłoczone atrium teatru i cały rząd osób czekających w kolejkach by zrobić sobie zdjęcia z gwiazdami.
- Pójdę z panem na pewien układ. Odpowiem na wszystkie pana pytania pod jednym warunkiem - zaproponowała, splatając ze sobą dłonie i prostując się dumnie. Zorientowała się, że zamierza zrobić coś bardzo niestandardowego, coś, co zwykle nie leżało w jej gestii. - Zabierze mnie pan na kolację - dodała, uśmiechając się szerzej. - Teraz.

Theodore S. Beaulieu

a makeshift smile, a polished look

: pt sty 30, 2026 11:29 pm
autor: Theodore S. Beaulieu
Theodore milczał.
Odruchowo ściągnął, co prawda, brwi, ale najsamprzód — m i l c z a ł. Potem: chciał zaprotestować. Przerwać potok myśli tancerki, tak po ludzku nie zgadzając się z tym, jakie wnioski wyciąga, otworzył więc nieznacznie usta. Widząc jednak, jak wygląda, jak się  u ś m i e c h a, zrezygnował. Na szczęście? Na nieszczęście? Czy może: na litość boską? Bo gdyby pozwoliła sobie przerwać, wtedy prawdopodobnie potoczyłoby się to inaczej. 
Beaulieu rozluźnił mięśnie, zamiast tego zastanawiając się, czemu mówi o latach młodości? 
Wygląda przecież tak młodo. 
Uniósł zatem brew, trochę w niedowierzaniu, a trochę w zaskoczeniu.
Być może by o to dopytał, a być może nie. 
Jednak Elena ciągle dodawała coś, co zamiast zatrzymać się i pomyśleć, badać oraz analizować, nakazywało mu iść dalej. Theodore’owi trudno było nadążyć za taką rozmową, słowem — za tak szczerą, za tak otwartą pogawędką. Mówił za dużo — wiedział to. Mówił za otwarcie — czuł to, nawet jeśli niekoniecznie umiał zdefiniować to uczucie. Co chwilę jednak odpuszczał, pozostawiając niedomknięte procesy myślowe, a zamiast tego całą uwagę poświęcał kolejnym wypowiedziom, kolejnym, nowym, nieznanym tonom głosu i gestom. 
“Zabierze mnie pan na kolację. Teraz”.
K o l a c j a. 
T e r a z.
Nieważne, czy komunikat zarówno brzmiał, jak i rzeczywiście był zdaniem oznajmującym, pełnił prawdopodobnie funkcję polecenia, dokładnie tak, jak w pośrednich aktach mowy. Widział także inną możliwość: rozkaz w formie zdania oznajmującego. Niemniej jednak Elena, łącząc formę grzecznościową z pewnym bezdyskusyjnym wręcz tonem, tworzyła pewnego rodzaju napięcie napięcie. Mimo że używała zdań prostych — krótkich — pozbawionych markerów somatycznych oraz wykładników emocjonalnych — fascynowała krytyka. 
Brzmiała pewnie. 
Nieważne, jak to odebrać, efekt był, jaki był.
Santorini zapragnęła wybrać się na kolację. Z nim.
Potrzebował paru chwil, aby przetworzyć komunikat, a także dobrać właściwą z punktu widzenia społeczeństwa reakcję. Odwrócił więc wzrok, bezwiednie wyciągając obie ręce z kieszeni spodni. Stał wyprostowany, po czym mimowolnie dotknął palcami przegubu, dokładniej — analogowego zegarka z czarnym, mocnym paskiem. Dopiero zerkając w dół, uświadomił sobie, co robi. 
Odsunął rękę.
Teraz z łatwością odnalazł Elenę spojrzeniem.
Tym razem już odważniej przyglądał się rozmówczyni. O wiele dłużej.
Niespiesznie przesuwał wzrokiem w górę, w dół, a potem znowu w górę, przyglądając się szczupłej twarzy. Upiętym włosom, a także paru niesfornym kosmykom, wymykającym się schludnemu uczesaniu. Niekoniecznie rozumiał, co może to oznaczać, szczególnie w takiej sytuacji, niemniej jednak wyglądała ładnie. Bardzo ładnie. Tyle że… jak to zmierzyć? Czy można coś takiego ocenić o b i e k t y w n i e? 
Opinię sklasyfikował jako niefunkcjonalną.
Mimo to coś w zachowaniu, w postawie — być może w splecionych dłoniach, być może w uśmiechu, a być może w prostych plecach oraz dumnie wysuniętej klatce piersiowej — szybko sprawiło, iż propozycja bardziej zaczęła jawić mu się jako grzeczne zaproszenie do dalszej rozmowy. Przeniesionej, co prawda, do przestrzeni innej niż zatłoczone atrium teatru. Jednak chyba daleko było tym słowom do flirtu. Do wyzwania również.
Poprosiłem o jedną rzecz — odezwał się wreszcie, czując drgający kącik ust w namiastce łagodnego uśmiechu — a pani od razu podniosła stawkę. Niemniej jednak uważam to za uczciwą propozycję.
Theodore opuścił ręce wzdłuż ciała, prostując się w odpowiedzi, instynktownie przyjmując postawę podobną do postawy rozmówczyni. Z a d e c y d o w a ł. Co ciekawe: zadecydował  b e z  oporu. Bez wątpliwości. Bez ukłucia niepewności. Gdyby o tym pomyślał, samo w sobie uznałby to za nieoptymalne.
Ale uprzedzam: zazwyczaj potrzebuję trochę czasu, zanim przejdę pomiędzy płaszczyzną interpretacji oraz kolacji, ale skoro dzisiaj i tak już przestałem analizować... — uśmiechnął się, uporczywie przyglądając się ciemnobrązowym oczom Eleny — ...nie widzę powodu, by nie zrezygnować z tego ponownie.

Elena Santorini