Strona 1 z 1

no photos allowed

: sob sty 24, 2026 12:18 am
autor: Marseille Newton
1
security notice: no photos allowed... or something like that
Ważna lekcja: miasto się zmienia.
Jeszcze ważniejsza lekcja: można się zgubić nawet w miejscu, gdzie wydaje ci się, że znasz już każdy jego zakątek.
I wreszcie - dziesięć lat to wystarczająco długo, by zmieniło się naprawdę wiele. By zniknęły stare budynki, zastąpione przez nowoczesne drapacze chmur. By dawny skrót okazał się ślepą uliczką, a tam, gdzie kiedyś nie było nic, teraz wiły się alejki parkowe, wzdłuż których posadzono drzewka, teraz idealnie przycięte, każde jedno wyglądające jak dokładna kopia poprzedniego. Znajoma topografia zniknęła, zastąpiona postępem. Naturalna kolej rzeczy, ale gdy stykasz się z tym po raz pierwszy na taką skalę, to działa trochę jak kubeł zimnej wody. I powrót do myśli, że wszystko - nie tylko miasto - się zmienia. Marseille ostrożnie stawiała krok za krokiem, bo jej spojrzenie utkwione było aktualnie w wyświetlaczu telefonu i tylko raz na jakiś czas unosiła głowę, by sprawdzić, czy nie wejdzie w jakiś słup, bądź inną przeszkodę. Zamiast rozglądać się dookoła, śledziła wzrokiem zmieniające się ikonki, które miały jej nieco więcej powiedzieć o tym miejscu, w którym się znajdowała.
Zawsze była rannym ptaszkiem. Właściwie wymagał tego tryb jej życia. Najpierw szkoła, potem studia i zajęcia od rana. Wreszcie praca, w której głównym mottem było im wcześniej jesteś, tym lepiej. Mars nierzadko pracowała także w weekendy, więc wysypiała się... no cóż, zazwyczaj nie wysypiała się w ogóle. Przywykła do tego tak bardzo, że minęły już dwa długie miesiące, odkąd zrezygnowała z poprzedniej pracy, a często - zbyt często - budziła się wcześnie, mimo tego, że jej aktualna posada pozwalała na pracę w różnych godzinach. Ten weekend akurat miała wolny, a skoro już i tak nie było szans, żeby zasnęła, jeszcze przed siódmą wyszła z mieszkania, kierując się na miasto. W torbie miała swój szkicownik, z którym się ostatnio nie rozstawała. Tak naprawdę nie miała żadnego konkretnego planu na to, dokąd iść. Uznała, że po prostu się przejdzie, zobaczy jak wygląda aktualne Toronto, czy wciąż istnieją te miejsca, które pamiętała z czasów szkoły czy dzieciństwa. Choć wtedy nie mieszkała w tej dzielnicy, bywała tu często, bo mieszkanie, w którym teraz się zatrzymała, należało do jej dziadków. Ale im dłużej szła, tym mniej znajomych miejsc dostrzegała. Aż na tyle oddaliła się od swojego mieszkania, że musiała wspomóc się mapami google, które podpowiedziałyby jej, gdzie się znajduje i co może tu znaleźć. A że nieopodal był całkiem spory park, Marseille postanowiła skorzystać z okazji i przysiąść sobie na której z ławek w alejce. Wybrała taką, z której miała idealny widok na rzekę, co byłoby przecież zmarnowaniem potencjału, gdyby nie sięgnęła po szkicownik i nie spróbowała narysować tego, co właśnie wiedziała. To, że po parku kręciło się naprawdę niewiele osób, a ona wybrała też dobre miejsce, lekko na uboczu, sprawiało, że to wydawało się idealną okazją. Przez kilkanaście, może kilkadziesiąt następnych minut, Mars ze skupioną miną sunęła ołówkiem po kartce, próbując jak najlepiej przełożyć na nią to, co widzą jej oczy.
Cyk.
Cichy dźwięk być może nie zwróciłby uwagi kogokolwiek innego. Ale dla Marseille był czymś w rodzaju otwarcia drzwi do wspomnień, których nie chciała w swojej głowie. Wyprostowana niczym struna, obróciła głowę, a jej spojrzenie natychmiast powędrowało do stojącego nieopodal mężczyzny. Skupiła je na trzymanym przez niego aparacie.
Hej, czy ty właśnie zrobiłeś mi zdjęcie? – Po tym pytaniu rudowłosa podniosła się powoli z ławki, obracając w stronę nieznajomego. W dłoniach wciąż ściskała szkicownik i ołówek. Jej chmurne oblicze mogło już w tym momencie sugerować, że należałoby sobie przygotować jakąś linię obrony.

Donnie A. Bowen

no photos allowed

: sob sty 24, 2026 6:07 pm
autor: Donnie A. Bowen
004.
I shoot cities.
Today, the city complained back.


Miasto się zmienia - Donnie wiedział o tym doskonale. Inne światło już dawało zupełnie inne perspektywy. Dlatego on też czasem zrywał się o kosmicznych porach tylko po to, żeby zrobić kilka zdjęć. I chociaż przecież on nigdy nie szedł za tym, co może się sprzedać, bo miał swój styl, swoje interpretacje tego miasta. Toronto miało w sobie dużo prawdy, jakiejś takiej dotykającej do żywego, tak dzisiaj szedł za tym, co może się podobać, co w najbliższym czasie zamieni się na jakieś zyski. Po prostu potrzebował kasy.
Pisanie po nocach nekrologów też nie przynosiło sporych pieniędzy, bo kto teraz wrzuca nekrologi do gazet? Kiedy wszystko przewija się przez Internet, kiedy ludzie żyją szybko, szybko umierają i szybko są zapominani...
On już też nie pamiętał wcale po co tutaj przyszedł. Bo często miał cel, często jakąś taką myśl - dzisiaj na tapecie ulice, tętniące życiem, brudne, prawdziwe.
Ale teraz nie fotografował ulic tylko rzekę. Malownicze widoczki mroźnego Toronto, które mogłyby się pojawiać na pocztówkach. Ach kurwa.
Jakie to by były nudne pocztówki. Śnieg i pozbawione liści drzewa, biel i czerń, gdzieś tam w tle jacyś ludzie, też niekolorowi. Te zdjęcia były smutniejsze niż nekrologi, które pisał. A Donnie naprawdę w nich potrafił złapać za serce, poruszyć jakieś takie aspekty, które dotykały duszy. Zdjęcia też powinny jej dotykać, chociaż minimalnie. A ta jego była totalnie znu-dzo-na.
Udało mu się złapać jakiegoś ptaka na gałęzi, i to było życie, to było coś, co sprawiało, że te zdjęcia odrobinę go dotykały. Przeniósł spojrzenie na nią, rude kosmyki, które odznaczały się na tle tej wszechogarniającej bieli. Trochę życia w smutnym świecie?
Nie to, że ona grała tam główne skrzypce, na tej fotografii... Chociaż, grała, wyróżniała się. Rzucała w oczy, przyciągała spojrzenie. Powinien jej zapytać.
Kiedy robisz zdjęcie tłumu, nie przejmujesz się tym wcale, bo ci ludzie nie mają tożsamości, są tłem. Tu tłem było wszystko inne.
Cyk - nacisnął spust aparatu, trzy razy, tak jak miał w zwyczaju, jedno zawsze wychodzi źle, a któreś z pozostałych - idealnie. Nie przypuszczał, że zwróci na to uwagę, a tym bardziej, że zareaguje tak, jak zareagowała. Bo Donnie trafiał raczej na osoby, które były tym szczerze zainteresowane, które chciały zobaczyć to zdjęcie, a później pewnie jego Instagrama. A ona zerwała się z tej ławki, jakby popełnił jakąś zbrodnie. Pewnie powinien ją przeprosić...
A on zamiast tego, szybko przewertował te zdjęcia i zrobił kolejne trzy, kiedy ona już stała, kiedy patrzyła prosto w obiektyw. Niezbyt zadowolona.
- Nie... - wypalił od razu i zrobił krok w tył, ale przecież zrobił, całe sześć. Wyszły dobrze, ładnie.
- Tak, ale nie ma tam twojej twarzy - była, na tych trzech kolejnych dość dobrze widoczna. Dobrze widoczne było też to, że nie jest z tego faktu zadowolona.
- Ale jesteś śliczna, mogłabyś być fotomodelką - urobi ją to? Zawsze działało, zawsze pozwalały mu zrobić jeszcze kilka zdjęć, a najczęściej to jeszcze dawały swój numer telefonu. Intensywnie zielone tęczówki zawiesił na twarzy dziewczyny, mocniej ściskając w palcach aparat, gdzie wciąż otwarte było to ostatnie zdjęcie, jakieś zbliżenie na jej rozgniewane spojrzenie. A może ona wcale nie aspirowała na bycie modelką?
- Pasowałaś... do mojej artystycznej wizji - wypalił nagle, jak nie zadziała komplement, to może chociaż ruszy ją sztuka? Prawdziwa sztuka. Bowena by ruszyła, bardziej by go ruszyło to, że pasował do czyjejś wizji, niż to, że miał ładne oczy na przykład. A miał, przenikliwie zielone.

Marseille Newton

no photos allowed

: sob sty 24, 2026 10:56 pm
autor: Marseille Newton
Lubiła tę zimową odsłonę Toronto. W ostatnich latach najczęściej wracała tutaj z okazji różnych świąt – również tych Bożego Narodzenia. Szukała wtedy byle wolnej chwili, żeby tylko ubrać się cieplej i wyjść na zewnątrz, odetchnąć głęboko, zaciągnąć się mroźnym powietrzem, a potem wypuścić je ustami, tworząc wyraźną mgiełkę. Było coś magicznego w mieście pokrytym bielą, tak jakby chciało na chwilę odpocząć pod śnieżną kołdrą. Ukryć się, tak jak lubiła to robić ona, gdy po ciężkim dniu otulała się miękką kołdrą, zakryta po samą głowę. Znikała. I znikało miasto, jego charakterystyczne elementy – pęknięcie na chodniku i ta brudna elewacja budynku na rogu. Zimy w Seattle były inne. Właściwie rzadko padał tam śnieg, zazwyczaj było chłodno i ponuro. Szare miasto, szarzy ludzie, wiecznie się dokądś śpieszący. Ona też była jednym z nich, ciągle w niedoczasie, z masą obowiązków do załatwienia. Zawsze gdy przychodził koniec roku, Mars cieszyła się na myśl o wizycie w Toronto. Wyrwana na choćby chwilę ze swojej amerykańskiej codzienności, czuła, że w rodzinnym mieście ładuje baterie, by niedługo później wpaść w tej kołowrotek ponownie.
Ale teraz nie musiała się nigdzie śpieszyć, nadrabiać czasu. Nie miała już przed sobą perspektywy powrotu do Seattle i choć była to w pełni jej decyzja, czasem nie wiedziała, co w związku z tym czuje. Czasem było to poczucie wolności absolutnej. Czasem dziwny smutek, jakby jej życie się wykoleiło, a ona nie wiedziała, jak z powrotem wciągnąć je na właściwe tory.
Właściciel aparatu wydawał się lekko zaskoczony, ale zamiast przeprosić – czego Mars się spodziewała – wycelował w nią znów obiektyw, niczym lufę pistoletu i ponownie nacisnął spust migawkę w aparacie.
Cyk, cyk, cyk.
Skrzywiła się machinalnie, jakby ten dźwięk sprawił jej fizyczny ból. Ale to dopiero jego jawne kłamstwo, wywołało w niej jakąś reakcję.
Jesteś bezczelny – parsknęła z pewnego rodzaju niedowierzaniem, bo przecież ludzie zazwyczaj kiedy decydują się na kłamstwo to próbują je przynajmniej jakoś uwiarygodnić. On nawet nie próbował wypaść wiarygodnie. – Niesamowite, a mówią, że kobiety są takie niezdecydowane. Ktoś powinien posłuchać twojej odpowiedzi na całkiem proste pytanie. To byłoby ciekawym studium przypadku, żeby obalić te krzywdzące stereotypy – skwitowała i choć nie podniosła głosu, jego ton mógł śmiało konkurować z minusowymi temperaturami na dworze. Puściła mimo uszy komentarz o tym, że jest śliczna i mogłaby zostać fotomodelką. Wydawało jej się, że wie, w jakim celu to powiedział i nie miało to dla niej nic wspólnego z tym, czy była to prawda, czy nie.
Tak? – zapytała po chwili, intencjonalnie przeciągając to słowo, jakby obudziła się w niej jakaś ciekawość. – A co to za wizja? Chętnie o niej posłucham. – Te słowa kontrastowały z całą jej postawą, która stała się jeszcze bardziej zamknięta, kiedy Marseille schowała szkicownik do przewieszonej przez ramię torby i skrzyżowała ręce na wysokości piersi.

Donnie A. Bowen

no photos allowed

: sob sty 24, 2026 11:56 pm
autor: Donnie A. Bowen
Powinien ją przeprosić, może nawet by to zrobił?
Już nawet miał to słowa na języku przepraszam, powinienem najpierw cię zapytać, tylko, że ona już wyrzucała mu, że jest bezczelny, a Donnie jak na bezczelnego typa przystało, zapomniał na moment języka w gębie. Zapomniał, tego słowa na p, kończącego się na rzepraszam.
Wyłączył aparat zawieszając go na swojej szyi, zasłaniając obiektyw jednym ruchem, bo chyba jednak nic z tego, że ona mu pozwoli zrobić jeszcze jakieś zdjęcia. A zresztą, skoro on był przecież taki bezczelny, to tez wcale nie musiał jej ich pokazywać?
Może powinien?
Powinien je usunąć?
Zawahał się, bo Donnie mimo swej raczej roztrzepanej natury, mimo tego, że był odrobinę zawieszony we własnym świecie, to przecież zawsze był raczej grzeczny, i nie dochodził się z żadnymi przypadkowymi modelkami, którym całkiem niechcący zrobił zdjęcia.
Chciał jej te zdjęcia zrobić.
- Przecież to nie było specjalnie, wcięłaś się... - jeszcze próbował kolejnych tłumaczeń, ale nawet nie dokończył, bo ona mu już wyrzucała, że to kobiety są niezdecydowane. A Donnie rozłożył ręce.
- Nie znam się na kobietach - pokręcił głową, chociaż trochę się znał. Lubił kobiety. A zwłaszcza takie, które ładnie wychodziły na zdjęciach, które były fotogeniczne. Ona była.
- Ciekawe studium przypadku? - powtórzył po niej, a jedna jego brew skoczyła do góry - jesteś jakimś naukowcem? - zapytał, bo Bowen oprócz tego, że był bezczelny, to był też bardzo ciekawski. Zadawał masę pytań.
Tylko, że już po chwili ona zadawał je jemu, konkretnie to pytanie o jego wizję. Aż przymknął na moment jedno oko. Bo to było proste, bardzo proste to było w jego głowie, gdzie ta wizja rzeczywiście się zrodziła, ale ciężej było to wszystko wytłumaczyć. Na moment skrzyżował ręce na piersi, zupełnie jak ona.
- Artystyczna wizja... - mruknął, ale po chwili wywrócił tymi zielonymi oczami gdzieś w kierunku nieba, a zaraz zaciskał palce ozdobione kilkoma pierścionkami na aparacie. Włączył go i wszedł w zdjęcia. A później, to już w ogóle wyszedł z niego szczyt bezczelności chyba, bo przesunął się do niej, ramię w ramię, żeby jej pokazać zdjęcia, które zrobił, to pierwsze, gdzie rzeczywiście nie było widać jej twarzy, pochylała się nad notesem, przysłaniały ją rude kosmyki targane zimowym wiatrem.
- Białe tło... - zaczął i przybliżył trochę to zdjęcie skupiając się na jej postaci - no i ty jesteś ruda, ładnie z tym kontrastujesz - wyjaśnił tę swoją artystyczna wizję, a później spojrzał na nią z ukosa - rude zawsze dobrze wychodzą na śniegu i krew... Krew też dobrze wychodzi na śniegu - może nie powinien tego mówić? Może dziwnie to brzmiało? Zwłaszcza gdy tak stał obok niej, dość blisko. Ale przecież to był dzień, no raczej nie zrobiłby jej krzywdy. A zresztą on by muchy nie skrzywdził. Bardziej siebie, ładując się w kłopoty, wspinając po dachach, czy drzewach, żeby zrobić odpowiednie zdjęcie.
Chyba nie wyglądał na jakiegoś psychopatę, ale nie jemu było to oceniać, tylko... jej.

Marseille Newton

no photos allowed

: ndz sty 25, 2026 1:41 pm
autor: Marseille Newton
Chyba właśnie tak działa trauma. Zmienia człowieka, sprawia, że czasem nie poznajesz samego siebie. Uruchamia mechanizmy, których wcześniej nie było. Mars też wcześniej nie była taka. Była grzeczna, uprzejma i ważyła słowa, analizując to, jak mogą na kogoś wpłynąć. Teraz znacznie częściej działała instynktownie, jakby jej głowa podążała za reakcją ciała, a nie odwrotnie. Dlatego najpierw podrywała się z pretensjami, a dopiero potem zaczynała się zastanawiać, czy nie zareagowała zbyt gwałtownie.
Miała chwilę, żeby mu się przyjrzeć. Wyglądał młodo – mógł być w podobnym wieku co ona, może trochę młodszy, może niewiele starszy, nie umiała dokładnie oszacować. Miał ciemne, gęste włosy i przenikliwie zielone oczy. Ładne. W ogóle cały był ładny. Wyglądał jak jeden z tych gości, o których zazwyczaj myślisz – hej, to musi być fajny facet!
Ale Marseille chyba nie była najlepsza w ocenianiu ludzi.
To ja byłam tu pierwsza – odparowała, wskazując dłonią ławkę, na której jeszcze niedawno siedziała, jakby to wszystko tłumaczyło. W jej głowie burzyło to argument, że mu się wcięła.
Być może źle to rozegrała od samego początku. Gdyby dała sobie chwilę lub dwie, dostrzegłaby pewnie kilka istotnych niuansów, które mogłyby świadczyć na jego korzyść. Przede wszystkim właściwie nie zrobił nic złego, ale jej reakcja od razu pokazała, że tak to właśnie odebrała. To było silniejsze od niej.
Można tak to nazwać. Tak – potwierdziła, zanim dotarło do niej, co tak naprawdę wyprawia. Przecież to było kłamstwem, pewnie nawet bardziej bezczelnym niż to jego, bo jak niby miał to zweryfikować. To było duże miasto, jak rozejdą się w swoje strony, to więcej się nie spotkają. Może dlatego poczuła się trochę rozgrzeszona. W końcu, w którymś ze scenariuszy na swoje życie zostałaby naukowczynią. A więc... może to nie było zupełne kłamstwo? Raczej pewna projekcja.
Posłała mu niechętne spojrzenie, gdy przysunął się z aparatem, ale ciekawość zwyciężyła. Mimowolnie zerknęła na zdjęcie, które zrobił. Zdjęcie, którego nieświadomie stała się częścią. Pomyślała, że jest ładne. Że gdyby zobaczyła je gdzieś przypadkiem, doszłaby do wniosku, że to naprawdę niezłe zdjęcie. Może miał ten naturalny talent do uchwycenia chwil zatrzymanych w czasie i miejscu. Kiedy wspomniał o krwi, przekręciła głowę w jego stronę – w jej spojrzeniu po raz pierwszy błysnęły jakieś wesołe iskierki, a kąciki ust lekko drgnęły ku górze.
Mam nadzieję, że w tej swojej wizji nie dochodzisz do wniosku, że najlepiej na tle śniegu wychodzą rude we krwi – zaakcentowała ostatnie słowa, choć całość tej wypowiedzi okraszona była wyraźnym rozbawieniem. Zaraz jednak Marseille spoważniała, jeszcze raz rzucając okiem w stronę wykonanego przez niego zdjęcia. Cholera, ładne. – Całkiem niezłe. A teraz je usuń, pozostałe również i rozejdziemy się, zapominając o tej sytuacji – powiedziała już na serio, sięgając dłonią w okolice twarzy, gdzie założyła za ucho nomen omen niesforny kosmyk włosów.

Donnie A. Bowen

no photos allowed

: ndz sty 25, 2026 11:57 pm
autor: Donnie A. Bowen
Donnie nie nosił w sobie żadnej traumy, a i tak działał instynktownie, a często najpierw robił, a dopiero później myślał. O skutkach, o efektach, o konsekwencjach.
Teraz w ogóle o nich nie pomyślał, bo to tylko zdjęcia. Bo to przecież nic złego. On w ogóle nie brał pod uwagę, że ktoś może to odbierać inaczej niż tylko zdjęcia, chociaż dla niego to były aż zdjęcia!
Bo on przecież je wszystkie traktował bardzo poważnie. Tu nic nie działo się przypadkowo... no dobrze, czasem się działo, bo czasem zrobił zdjęcie w ruchu, zdjęcie czegoś przez przypadek i ono okazywało się trafione.
Tym razem dał sobie chwilę na zastanowienie się nad kompozycją, na to idealne ułożenie jej sylwetki na tle bieli, śniegu, żeby to chociaż odrobinę chwytało za serce. Jego chwytało.
I to nawet nie chodzi o to, że rudowłosa była śliczna, tak jak jej powiedział, chociaż była. Miała jakieś takie piękne oczy, czego oczywiście Donnie nie stwierdził stając bliżej niej. Tylko na tym zdjęciu, które jej zrobił. Bo Bowen patrzył na świat przez pryzmat aparatu, dopiero na fotografiach dostrzegając piękno. W jej oczach.
Te jego powiodły za jej ręką, kiedy wskazała na ławkę. Miała rację, była tu pierwsza, a on z premedytacją ustawił obiektyw tak, a nie inaczej.
- Pierwsza... - zaczął i znowu to przenikliwie zielone spojrzenie przesunęło się na jej zaróżowione od mrozu policzki - to była tutaj ta rzeka, a ja jej robiłem zdjęcia - mógł jeszcze powiedzieć, że ławce. Tylko fotografował sobie ławkę, a nagle ona na niej siada i wygląda tak pięknie, tak fotogenicznie jakoś, że musiał zrobić jej zdjęcie.
Zmarszczył brwi, jakby się zastanawiał, czy tak właśnie wyglądają naukowcy, tacy, którzy używają mądrych słów, jak na przykład ciekawe studium przypadku, Donnie ich nie używał, ale może zacznie? Może następnym razem wyskoczy w parku do jakiejś miłej blondynki, że tutaj nie robi wcale zdjęć, tylko ciekawe studium jej przypadku. Blondynka by chyba tego nie zrozumiała. A Donnie jednak wierzył trochę w stereotypy.
- No i co? Prowadzisz tutaj jakieś naukowe badania? Na tej ławce? Jakieś ciekawe studium przypadku - o, teraz chyba dobrze tego użył, aż się sam do siebie uśmiechnął, że po jakiś trzech minutach rozmowy z naukowczynią, on już jest jakby mądrzejszy.
Chociaż nie za mądre chyba było to gadanie o krwi, z obcą dziewczyną, na parkowej alei, gdzie byli praktycznie sami. A jednak jej spojrzenie się zmieniło, i chociaż Bowen nie dostrzegł tego na fotografii, tylko patrząc jej prosto w oczy, to chyba to zauważył. Minimalne drgnięcie jej kącika ust, kiedy to na nich właśnie zawiesił swoje spojrzenie.
- To już by było za dużo czerwieni, a jak jest za dużo to też nie dobrze - rzucił całkiem poważnie. Może nawet zbyt, bo ona tez zaraz jakoś spoważniała. Na te jej kolejne słowa cofnął się do tyłu i mocniej zacisnął palce na aparacie.
- Nie mówisz serio... - mruknął, a zielone tęczówki znowu odszukały jej przenikliwe spojrzenie - usuwać taką sztukę? To tak jakbyś poszła do Luwru i Mona Lisę chciała kasować... - trochę chyba za wysoko cenił swoją fotografię, ale Donnie taki był. Albo robił dobre zdjęcia, albo je kasował, bez jakiegoś mrugnięcia powieką, czy żalu. Ale tych by żałował, bardzo. Podobały mu się.
- Może... - zaczął myśląc nad jakimś kompromisem. Może ich po prostu nikomu nie pokaże? Ale czy to by ją usatysfakcjonowało? On by na przykład w ogóle sobie nie wierzył, nie zaufał, na jej miejscu.
Zmrużył powieki, a usta ściągnął w wąską linię.
- Masz telefon? Może wrzucę ci je na telefon. Ty je będziesz miała? A kiedy będziesz gotowa, kiedy... Dotrze do ciebie jaka to prawdziwa sztuka, to mi je oddasz? - chyba sensowna propozycja? Według niego całkiem. Zdjęcia nie zostaną skasowane, a kiedyś - Donnie bardzo wierzył, że tak, wrócą do niego.

Marseille Newton

no photos allowed

: pn sty 26, 2026 10:20 pm
autor: Marseille Newton
Dla niej to też były aż zdjęcia, tyle że z zupełnie innych powodów niż dla niego. Nie pamiętała, czy od tamtej sytuacji w ogóle zrobiła sobie jakiekolwiek zdjęcie, nawet głupie selfie. Ba, o ile kiedyś co jakiś czas publikowała coś na swoich mediach społecznościowych, głównie Instagramie – tak od miesięcy również tam milczała. Skasowała większość postów, zniknęła z przestrzeni Internetu (a przynajmniej tak chciała myśleć), co może było rozwiązaniem lekko paranoicznym, a może było czymś zupełnie normalnym dla kogoś pod wpływem silnych emocji. Nigdy nie zdecydowała się na żadne spotkania z psychologiem, więc tak naprawdę mogła sobie jedynie gdybać nad własnym stanem psychicznym, ale i to rzadko robiła. Przecież mogłaby wtedy dojść do mało przyjemnej konkluzji, że nic nie jest w normie. A tak – wciąż nie było, ale przynajmniej nie wybrzmiewało to tak głośno. No i przede wszystkim póki nikt nie pytał, ona nie musiała mówić wprost. To było łatwe, znajome.
Najpierw zmrużyła oczy i pewnie można było dojść do wniosku, że przygotowywała się do jakiejś tyrady, odpowiedzi, która w jej głowie miała pójść mu w pięty, ale nagle jej wyraz twarzy złagodniał, a ona mimowolnie się roześmiała.
Racja, trudno się z tym nie zgodzić. Myślę, że była tu znacznie wcześniej niż którekolwiek z naszych poprzednich wcieleń. Nie wiem, czy wierzysz w reinkarnację, ale ja osobiście uważam, że to całkiem ładny koncept – stwierdziła, zbaczając na zupełnie inny temat, chociaż nie tak do końca, bo w jakiś zawoalowany sposób ostatecznie przyznała mu rację. Może wciąż nie pochwalała jego metod, ale to rzeczywiście raczej ona była intruzem na tej fotografii.
Czy tak wyglądali naukowcy? Marseille przecież żadnym nie była, ale spotkała wielu na swojej drodze. I jak bardzo była przeciwniczką wszelkich stereotypów, tak niestety całkiem sporo z nich wpisywało się w dość powszechny obraz człowieka niewątpliwie mądrego, ale zupełnie nieprzystosowanego do codziennego życia. A może to po prostu takimi ludźmi otaczali się jej rodzice.
Ja... – zaczęła, gorączkowo myśląc, jak z tego wybrnąć. Zabawne, pewnie to wszystko byłoby prawdą, gdyby tą dekadę temu wybrała fizykę lub biologię, zamiast zdrowia publicznego. Olśniło ją. – Pracuję nad projektem z zakresu zdrowia publicznego – powiedziała już spokojniej, pewniej. – Chodzi o wpływ przestrzeni zielonych na zdrowie psychiczne ludzi w mieście. Badam, na ile takie miejsca jak to… – skinęła głową w stronę rzeki – działają na ludzi. To znaczy, będę badać głównie wiosną, na razie... na razie robię rozeznanie terenu. – Miała nadzieję, że jej rozmówca nie orientował się w szeroko pojętych badaniach i nie mógł wiedzieć, że na ten i podobne mu tematy to akurat powstało już wystarczająco dużo publikacji i chyba ciężko byłoby odkryć i napisać coś nowego.
Pytanie w ogóle powinno być inne – dlaczego kłamała?
A może – dlaczego nie?
Pozostawała jeszcze jedna kwestia. Kwestia zdjęć, których skasowania żądała Marseille, a który to pomysł wyraźnie nie przypadł do gustu chłopakowi. Przyglądała mu się, dostrzegając różne emocje na jego twarzy.
Mogę się założyć, że Leonardo jednak zapytał Mona Lisę o zgodę, zanim zaczął ją malować – wytknęła mu, skoro już mieli porównywać oba te dzieła sztuki. Westchnęła, wyraźnie bijąc się z myślami. Widziała, że mu zależy, żeby te zdjęcia nie zniknęły w eterze. Z jakiegoś powodu też czuła, że może w tym jednym wypadku powinna się ugiąć. Nie wszyscy fotografowie byli przecież dupkami, wykorzystującymi bezbronne dziewczyny.
Dobrze. Posłuchaj – zaczęła bardziej miękko, bo chyba przegrała właśnie wewnętrzną walkę. Wyciągnęła w jego stronę swój telefon, wcześniej go odblokowując – zrobimy tak. Zrzuć mi wszystkie te fotki na telefon, oprócz tej. Może u ciebie zostać, powiedzmy, w depozycie. Nie możesz nigdzie jej udostępnić, inaczej pozostałe skasuję bez mrugnięcia okiem. I wpisz też swój numer. To po to, jakbym kiedyś chciała ci je oddać – dodała dla porządku, żeby nie pomyślał sobie, że próbuje tu stosować jakiś marny podryw. Była dość pragmatyczna.

Donnie A. Bowen

no photos allowed

: wt sty 27, 2026 3:57 pm
autor: Donnie A. Bowen
Może gdyby Donnie wiedział, dlaczego na te zdjęcia zareagowała tak, a nie inaczej, to by je skasował bez żadnego gadania? Pewnie tak, bo on mimo wszystko, mimo tej buzi, która się nie zamykała, a czasem jakiś kąśliwych uwag, to był raczej miły z usposobienia. Trochę może dziwny, ale krzywdy ludziom nie robił. Raczej starał się iść przez życie z jakimś takim pokojowym nastawieniem. Chociaż kiedy chodziło o zdjęcia to bywał zacięty.
I teraz też z taką zaciętością marszczył brwi mówią jej o tej rzece, te same brwi, które zaraz skoczyły w górę, gdy ona wspomniała o tej reinkarnacji. Ciekawy temat.
- I kim byłaś w poprzednim wcieleniu? Lisem? Wiewiórką? - zapytał, bo przecież go to od razu zainteresowało, nawet przechylił na bok głowę znowu zielone oczy zawieszając na jej twarzy - ja krukiem... - rzucił zaraz i przesunął palcem po nieco krzywym nosie, a później odgarnął do tyłu ciemne kosmyki, które opadały mu na twarz. Coś w tym mogło być, jeśli spojrzeć na jakieś podobieństwa wizualne. Chociaż Donnie to też zawsze był wolny jak ptak, i miał w sobie trochę tej dziwnej melancholii, jak jakiś kruk. Oczy nawet miał trochę krucze, wpatrzone w nią teraz intensywnie, kiedy zaczęła mu opowiadać o swojej naukowej pracy.
Westchnął ciężko i strzelił ślepiami w niebo.
- Chyba jesteś w tym słaba... - wtrącił jej się w pół słowa i już chciał stwierdzić, że po pierwsze to nie jest tu zielono, tylko biało i zimno, a po drugie to na nią zadziałały jakoś źle, skoro oni wciąż dochodzili się o te zdjęcia? A może już nie o zdjęcia?
Odbiegli w końcu daleko od tematu, a rozmowa chociaż szła jakimiś dziwnymi torami, to Donnie...
Donnie był nią oczarowany. Tą rozmową na różne dziwne tematy, bo nie rudą przecież.
- Znam fajniejsze miejsca, które lepiej wpływają na zdrowie psychiczne - dodał jednak zaraz. Zmrużył powieki wpatrując się w jej twarz - mogę ci je pokazać, na wiosnę - ale czy on tu jeszcze będzie do wiosny? Kiedy on nigdy tak nie umiał wysiedzieć na miejscu, kiedy wiecznie gdzieś gnał. Może teraz też powinien?
A nie stoi z nią i gada o zdrowiu publicznym. Co go w ogóle obchodziło czyjeś zdrowie?
Nie obchodziło go, publikacje na ten temat też nie.
Ale nie mógł sobie odmówić kolejnej wymiany zdań.
- Nie wiem... - zaczął powoli - dla mnie ona zawsze wyglądała jakoś podejrzanie, ten dziwny półuśmiech - znowu zmrużył powieki - może ją do tego zmuszał? - Donnie to zawsze lubił takie dziwne teorie. Myślał o rzeczach, którym normalni ludzie nie poświęcali w ogóle uwagi. Ale ona była naukowcem, może go zrozumie?
Najważniejsze jednak było to, żeby go zrozumiała w kwestii zdjęć, że on nie chciał ich kasować, dlatego wyszedł z tą propozycją. Dlatego też znowu zielone tęczówki spoczęły na jej ładnych oczach. Wstrzymał aż powietrze, kiedy kazała mu słuchać. A kiedy wyciągnęła w jego kierunku telefon, to złapał go od razu, bo chyba jednak będzie po jego myśli? Chociaż kiedy już obrócił w palcach do siebie jej smartfona, to nie mógł się powstrzymać, żeby jeszcze nie dodać.
- A jakbym teraz schował go do kieszeni i uciekł? - zapytał zerkając na nią z ukosa, ale już parował jej telefon ze swoim aparatem, więc chyba nie zamierzał uciekać. Chociaż Donnie tak właśnie stracił jeden aparat, że przekazał go nieodpowiedniej dziewczynie, żeby zrobiła mu zdjęcia, a ona... mu zwiała. Z aparatem i ze wszystkimi fotografiami, które tu zrobił. W Toronto.
- Mars? - uniósł jedną brew kiedy odszukiwał jej bluetooth na swoim aparacie. Stali tu już chwilę, ale przecież żadne z nich się jeszcze nie przedstawiło, więc Donnie zaraz zawiesił aparat na szyi i wyciągnął rękę w jej kierunku.
- Donnie jestem, Donald Bowen jakbyś szukała w necie - przedstawił się pełnym imieniem i nazwiskiem, chociaż nienawidził tego Donald, uważał, że rodzice mu to zrobili na złość - tak zapiszę, Donnie - fotograf - eksperyment społeczny - uniósł jedną brew zerkając znowu na nią, czy jej to pasuje, czy nie, a później wklepał jej swój numer. Już chciał jej oddać telefon, ale kiedy wyciągnęła po niego rękę to go odsunął.
- A ty mi swój dasz? W razie czego - ciekawe czego? A może on właśnie stosował tutaj jakiś marny podryw? W sumie... byłoby to w jego stylu.

Marseille Newton

no photos allowed

: wt sty 27, 2026 10:01 pm
autor: Marseille Newton
Nie była wierząca, choć w swoim życiu miała jakiś taki okres, że czytywała publikacje teologiczne, bardziej jednak po to, żeby zrozumieć ideę nieba i piekła niż w jakikolwiek sposób się nawrócić. Jej dziadkowie pochodzili z rodzin katolickich, sami jednak niespecjalnie byli zaangażowani w szerzenie wiary. Jej rodzice, do bólu pragmatyczni i przyziemni, tym bardziej nie. Do dziś pamiętała jak jako dziecko wróciła ze szkoły i radośnie oznajmiła im, że świat stworzył Bóg. I to w siedem dni. To wtedy zrobili jej pierwszy wykład o Wielkim Wybuchu.
Mam nadzieję, że pandą rudą – odpowiedziała bez zastanowienia. – Większą część doby śpi, jak nie śpi to je, większość ludzi ich nie docenia, uważając za słodkie zwierzątka, a one w obliczu zagrożenia potrafią pokazać na co je stać – wyjaśniła od razu. To było fajne zwierzę, Marseille kilka razy widziała je w ogrodach zoologicznych. Bardzo by chciała zobaczyć je kiedyś w ich środowisku naturalnym, ale nie wiedziała, czy kiedykolwiek uda jej się wyruszyć w taką podróż, gdzieś do Azji – Chin, może Indii. Poza tym były gatunkiem zagrożonym i mimo wszystko Marseille życzyłaby sobie, żeby jednak ludzie już jej dali święty spokój. Wyrządzali już wystarczająco dużo złego dla środowiska naturalnego.
Oj, to chyba nie byłeś zbyt lubiany – zakomunikowała mu, tak na wszelki wypadek, może nie był tego świadomy? – Kruki kiedyś były kojarzone z wojną i śmiercią. Wierzono, że przynoszą złe wieści, więc... – urwała nagle, przyglądając mu się jakoś intensywniej. Jej spojrzenie sunęło po jego twarzy, wyłapując każde drgnienie i Marseille mimowolnie pomyślała, że byłby wdzięcznym modelem do tego, żeby go narysować. Wydawało jej się, że potrafiłaby go dobrze przenieść na kartkę. Uświadomiła sobie, że tak nagle zamilkła i odchrząknęła. – Oglądałeś kiedyś film The crow? Tylko nie ten kiepski remake, oryginał. Jakby cię trochę ucharakteryzować to mógłbyś z powodzeniem wyglądać jak ten główny aktor tam – powiedziała. Nie przeszkadzało jej, że tak skaczą z tematu na temat (co sama zapoczątkowała), bo dziwnie łatwo przychodziło jej z nim rozmawiać. Tak jakby płynęła przez kolejne tematy, nie zastanawiając się nad tym, jak ją odbierze. To było nowe, bo wcześniej często obracała się wśród ludzi, przy których lepiej było uważać na to, co się mówi.
Odruchowo posłała mu nieco urażone, ale przede wszystkim wzburzone spojrzenie, ledwie powstrzymując się od komentarza. Nie była naukowcem, ale gdyby była to na pewno nie kiepskim!
W porządku. Mogę je zobaczyć, w celach naukowych. – Co przecież było jedną wielką ściemą, więc chyba wcale nie robiłaby tego w imię nauki, tylko dlatego, że... chciała? Dziwna myśl, przecież nawet nie miała pojęcia, jak ten gość ma na imię, a rozmawiali o planach na wiosnę? To był dziwny poranek.
Myślisz? Może Leo oprócz bycia wielkim artystą, był też zwykłym kutasem – stwierdziła poważnie, zastanawiając się nad tym. Mało to wybitnych jednostek było po prostu kiepskimi ludźmi? – Mam nadzieję, że ty nim nie jesteś i nie kradniesz cudzych telefonów – dodała, tak a propos uciekania z jej własnością. Przestąpiła z nogi na nogę, czekając aż zrobi swoją robotę. Westchnęła nagle, słysząc zdrobnienie imienia, za którym nie przepadała. A tak serio dostałam bana na jego używanie, więc muszę to jakoś ograć.Muszę to w końcu zmienić, nie lubię tego skrótu. Tak właściwie to Marseille. – Tu nie było dużo lepiej, skoro nazywała się jak cholerne miasto. – Marseille Newton – dodała dla porządku, skoro i on przedstawił się z imienia i nazwiska i podała mu dłoń, potrząsając lekko tą jego. Donnie, ładne, takie miękkie. – Masz jakąś stronę, portfolio? – spytał mimo wszystko zaciekawiona. Postanowiła, że już w domu na pewno wrzuci jego dane w wyszukiwarkę i zobaczy, co jej wyskoczy. W międzyczasie wyciągnęła rękę, by odebrać swój telefon, ale jej palce zawisły w powietrzu, nie natrafiając na nic. Zmarszczyła brwi.
W razie czego? – padło z jej ust i w zasadzie trudno stwierdzić, czy próbowała wyciągnąć od niego jakieś powody, dla których jej numer byłby mu potrzebny, czy bezwiednie powtórzyła po nim, zanim jednak miałby odpowiedzieć, potrząsnęła głową na znak, że nie musi odpowiadać. – Dobrze, daj swój telefon – poprosiła, a jeśli to zrobił, wstukała mu swój numer, zapisując się jako Marseille, ruda Mona Lisa z parku. Sam zaczął. – To co, jesteśmy umówieni? – Dogadani w sprawie zdjęć oczywiście, jak zwał tak zwał. Chociaż dobór jej słów mógł być cokolwiek dwuznaczny.

Donnie A. Bowen

no photos allowed

: śr sty 28, 2026 4:14 pm
autor: Donnie A. Bowen
Uśmiechnął się od razu kiedy powiedziała o tej pandzie rudej, czemu na to nie wpadł? Przecież mógł.
- Śpi i je - powtórzył po niej, a zaraz skinął głową -brzmi fajnie - co prawda jemu pewnie by się to szybko znudziło, ale z drugiej strony to brzmiało jakoś tak bezstresowo, sympatycznie... Chociaż mniej sympatycznie zabrzmiała ta druga część, aż zmrużył na moment oczy.
- I taka jesteś? Słodka, ale potrafisz pokazać na co cię stać? - czy obce dziewczyny pyta się o takie rzeczy? Donnie pytał. Ale on pytał o wszystko. Lubił wiedzieć, lubił słowne zaczepki. I kiedy powiedziała o tym kruku, to aż wystawił czubek języka słuchając jej słów.
- To też brzmi dobrze, wojna i śmierć - chociaż przecież to brzmiało tragicznie, kto by się z tego powodu cieszył? I do tego, że nie był zbyt lubiany? Dlatego zaraz się zreflektował kolejnymi słowami - no... bo ja dopiero w tym wcieleniu jestem lubiany - uśmiechnął się do niej jakoś lekko, ale miło, a miał ładny uśmiech, jak na kogoś, dla kogo wojna i śmierć brzmi dobrze. Może rzeczywiście ten uśmiech nadawał się do tego, żeby go narysować?
Chociaż jakby ktoś zapytał o to Donnie'go, to on by stwierdził, że na pewno nie, bo jest słabo fotogeniczny. Nie lubił robić sobie zdjęć.
Na jej kolejne słowa powstrzymał się, żeby nie parsknąć.
- Tak mówisz? Jestem taki mroczny? A ty bez żadnego mrugnięcia okiem stoisz i rozmawiasz ze mną w parku, albo jesteś taka odważna, albo szalona - teraz to już parsknął śmiechem, krótko, szczerze. Jakoś nigdy nie utożsamiał się z gościem z Kruka, ale z jego dziwną, niezdrową fascynacją śmiercią, może powinien? Może sobie następnym razem to puści w tle jak będzie pisał nekrologi?
Zaraz już z pełną powagą nawijał jej o tym, że jest słabym naukowcem, a później, że może jej pokazać lepsze miejscówki. Skinął głową kiedy się zgodziła, i jeśli naprawdę on zostanie tutaj do wiosny, to będzie musiał je jej pokazać...
Jeśli w ogóle jeszcze kiedykolwiek się do niej odezwie, bo Donnie był dobry w nawiązywaniu znajomości, w zagadywaniu obcych. Za to tragiczny w utrzymywaniu kontaktów. Zawsze zapominał zadzwonić, napisać, odezwać się. Ale skoro jej obiecał pokazać te lepsze miejsca, to może nie zapomni? W najgorszym wypadku odzywając się do niej znowu na wiosnę.
- Trochę książek na jego temat przestudiowałem, ale określenie kutas nie pojawiło się w żadnej - znowu się uśmiechnął, znowu wbijając w nią te intensywnie zielone tęczówki, podobało mu się to, że kompletnie się nie znali, a już sobie gadali jakby nigdy nic o kutasach. Co prawda tym określeniem racząc samego mistrza da Vinci, ale to wciąż było śmieszne. Może nawet jeszcze bardziej.
Na to czy kradnie te telefony, czy nie, wzruszył tylko ramionami. Nie kradł. Ale czy był kutasem, to się chyba jeszcze musiała przekonać. Może bardziej go poznać, bo Donnie był trochę specyficznym gościem.
Zaraz już pytał jej o ten skrót Mars, a kiedy mu o tym powiedziała, że go nie lubi, to aż postawił oczy.
- Dlaczego? Brzmi zajebiście, pasuje ci - musiał stwierdzić, chociaż zaraz przechylił na bok głowę - Marseille, Marsi… Też fajnie... - chciał jej jeszcze zapytać jak wszyscy się do niej zwracają, bo on wtedy mógłby inaczej, bo lubił się wyróżniać. Uścisnął jej rękę i skinął głową na kolejne pytanie - głównie Instagram, ale stronę też mam, pewnie ci wyskoczy jak mnie wpiszesz, czasem też... sprzedaję zdjęcia do gazet, albo jakiś artykułów, może były w jakiś publikacjach naukowych - zaczął się głośno zastanawiać, ale wątpił w to. Robił dziwne zdjęcia, no chyba, że to by były jakieś dziwne badania, to kto wie?
Uśmiechnął się znowu na jej kolejne pytanie, no bo przecież jeszcze sobie nie wymyślił w razie czego, ale na szczęście nie musiał odpowiadać, chociaż już nabrał powietrze w płuca i by jej sprzedał pewnie jakąś niewiarygodną historię, kolejną. Oddał jej telefon i dał swój, w międzyczasie to pozrzucał jej te zdjęcia, zerknął też jak się zapisała u niego. Fajnie, będzie wiedział o kogo chodzi.
I kiedy już powymieniali się numerami, kiedy temat zdjęć był skończony, a Donnie nawet się zamierzył, żeby się pożegnać, to wtedy ona powiedziała to to co, jesteśmy umówieni, a on od razu wypalił.
- Na randkę? - tylko, że zaraz parsknął śmiechem - dobra, żartowałem. Tak - nawet skinął głową, a potem chwycił aparat w palce, bo chyba najwyższa pora zrobić jeszcze kilka jakiś zdjęć? Nawet zrobił krok w tył.
- Dobra to... do wiosny... Mars - powiedział i już nawet się odwrócił, ruszył przed siebie, ale jeszcze się zatrzymał, jeszcze odwrócił przez ramię - albo do momentu, kiedy się zdecydujesz, że chcesz jednak, żeby kiedyś twoja podobizna zawisła w Luwrze - mrugnął do niej jednym okiem, a później pomachał i w końcu sobie poszedł. Dwa razy się jeszcze za nią obejrzał. Dwa.

koniec


Marseille Newton