Under the Golden Arches
: sob sty 24, 2026 5:11 pm
Charlie Marshall
Nienawidziła dyżurów. Nie chodziło oto, co robiła w ich trakcie, a o samą kwestię czasu. Szesnaście godzin to całkiem sporo. Zwłaszcza kiedy jesteś rezydentem. Wystarczy jedna zmiana wyników. Już Ivy siedziała u pacjenta, rozmawiała z rówieśnikami, by wymyślić jak najlepszą metodę leczenia. Tylko po dziesiątej godzinie, nieważne, co byś zrobił włączała się bezsilność.
Ten dzień był pod tym względem wyjątkowy. Wręcz miała wrażenie, że nie miała czasu, by usiąść, pójść do toalety, czy zjeść cokolwiek. Wszystkie szpitalne działania odbywały się pod ogromną presją, powodując u niej niemały ból głowy. Tak wyczekała końca własnego dyżuru. Przed powrotem do domu, na drugim końcu Toronto, zdołała sobie kupić kawę w automatu. Ciepło z kubka ogrzewało jej dłonie, a ona jak zaczarowana szła przed siebie.
Pewnie nie zdałaby sobie sprawy, że jej słabość idzie przed nią, ale w pewnym momencie straciła grunt pod nogami. Kubek z kawą rozlał się na lodzie, a ona kurczowo trzymała się losowego przychodnia.
— O jezu, przepraszam — zaczęła już mówić, a kiedy tylko uniosła wzrok, od razu się odsunęła. Jeszcze będzie musiała mu dezynfekować płaszcz za milion alpak. Wolała ominąć ewentualnych pretensji. Nawet jeśli ich rozmowy były grzeczne, kulturalne, to bała się ich. Mogła mieć w sobie na tyle zaciętości, by zwrócić mu uwagę, ale kiedy to ona popełniła błąd... Na samą myśl przeszły ją dreszcze — pan Marshall? — spytała cicho Ivy, licząc na pomyłkę. To nie mógł być on. Albo był. Czekała na reprymendę. Wiedziała, że gdy mogło mu coś się nie spodobać, to lepiej było zawijać własny interes.
— Przepraszam, jestem zmęczona — mruknęła, wzdychając ciężko. Tak, właśnie wyglądała po szesnastogodzinnym dyżurze. Włosy wydawały się być w totalnym nieładzie, a cera przypominała bardziej śnieżnobiały odcień. Nawet w niebieskich tęczówkach nie było jakiejkolwiek siły. Mimo to zmusiła się, by powiedzieć do niego jakiekolwiek, inne słowa — słyszałam, że z Pana ojcem coraz lepiej — dodała po krótkiej chwili, unosząc ku górze kąciki ust. Brała udział w każdej odprawie w sprawie leczenia ojca Charliego. Sama nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało. Złapała dziwny rodzaj sympatii w stosunku do mężczyzny. Ta krótka rozmowa złamała w niej dziwny schemat.
Zawsze wymieniała wodę w kwiatach u pacjentów. Tylko nigdy wcześniej nie myślała o tym, że powinna. W przypadku starszego Marshalla, nawet jeśli był wobec niej chamski i opryskliwy, robiła to, licząc, że może przez krótką chwilę porozmawia z jego synem. Chciała, choć nie powinna.
Nienawidziła dyżurów. Nie chodziło oto, co robiła w ich trakcie, a o samą kwestię czasu. Szesnaście godzin to całkiem sporo. Zwłaszcza kiedy jesteś rezydentem. Wystarczy jedna zmiana wyników. Już Ivy siedziała u pacjenta, rozmawiała z rówieśnikami, by wymyślić jak najlepszą metodę leczenia. Tylko po dziesiątej godzinie, nieważne, co byś zrobił włączała się bezsilność.
Ten dzień był pod tym względem wyjątkowy. Wręcz miała wrażenie, że nie miała czasu, by usiąść, pójść do toalety, czy zjeść cokolwiek. Wszystkie szpitalne działania odbywały się pod ogromną presją, powodując u niej niemały ból głowy. Tak wyczekała końca własnego dyżuru. Przed powrotem do domu, na drugim końcu Toronto, zdołała sobie kupić kawę w automatu. Ciepło z kubka ogrzewało jej dłonie, a ona jak zaczarowana szła przed siebie.
Pewnie nie zdałaby sobie sprawy, że jej słabość idzie przed nią, ale w pewnym momencie straciła grunt pod nogami. Kubek z kawą rozlał się na lodzie, a ona kurczowo trzymała się losowego przychodnia.
— O jezu, przepraszam — zaczęła już mówić, a kiedy tylko uniosła wzrok, od razu się odsunęła. Jeszcze będzie musiała mu dezynfekować płaszcz za milion alpak. Wolała ominąć ewentualnych pretensji. Nawet jeśli ich rozmowy były grzeczne, kulturalne, to bała się ich. Mogła mieć w sobie na tyle zaciętości, by zwrócić mu uwagę, ale kiedy to ona popełniła błąd... Na samą myśl przeszły ją dreszcze — pan Marshall? — spytała cicho Ivy, licząc na pomyłkę. To nie mógł być on. Albo był. Czekała na reprymendę. Wiedziała, że gdy mogło mu coś się nie spodobać, to lepiej było zawijać własny interes.
— Przepraszam, jestem zmęczona — mruknęła, wzdychając ciężko. Tak, właśnie wyglądała po szesnastogodzinnym dyżurze. Włosy wydawały się być w totalnym nieładzie, a cera przypominała bardziej śnieżnobiały odcień. Nawet w niebieskich tęczówkach nie było jakiejkolwiek siły. Mimo to zmusiła się, by powiedzieć do niego jakiekolwiek, inne słowa — słyszałam, że z Pana ojcem coraz lepiej — dodała po krótkiej chwili, unosząc ku górze kąciki ust. Brała udział w każdej odprawie w sprawie leczenia ojca Charliego. Sama nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało. Złapała dziwny rodzaj sympatii w stosunku do mężczyzny. Ta krótka rozmowa złamała w niej dziwny schemat.
Zawsze wymieniała wodę w kwiatach u pacjentów. Tylko nigdy wcześniej nie myślała o tym, że powinna. W przypadku starszego Marshalla, nawet jeśli był wobec niej chamski i opryskliwy, robiła to, licząc, że może przez krótką chwilę porozmawia z jego synem. Chciała, choć nie powinna.