First war
: ndz sty 25, 2026 10:46 am
William N. Patel
Noc sylwestrowa była intensywna. Absurd gonił za absurdem, a spokojnie ktoś mógłby nagrać i puszczać w kinie przygody Charlotte i Williama. Jako komedia wyprzedałaby całe kino. Tylko dla Lotty pobudka na własnej kanapie nie wyglądała zbyt dobrze. Czuła, że jednej nocy zaliczyła wszystkie siedem, grzechów, w jednej dłoni dzierżyła magicznego grzyba, a na głowie miała swoje, ukochane, koronkowe gacie. Chciała pamiętać, ale ta niewiedza doprowadzała ją do szału. Dni mijały nieubłaganie. Początek stycznia minął jak z bicza strzelił. Praca wciągnęła ją na tyle, że nie miała czasu się zastanawiać.
Tak przynajmniej myślała. Każde minięcie drzwi Williama powodowało u niej nieprzyjemne dreszcze. Ile on pamiętał? Tyle samo co ona? I do czego tak właściwie doszło? Jednocześnie bała się z nim spotkać i chciała. Mógł on rozjaśnić jej, co dokładnie się stało. Był większym imprezowiczem z lepszą głową, co prawda nie miał polskich korzeni, ale przez częstotliwość mógł się równać z najlepszymi. Tylko Lotte jak to nie ona postanowiła go unikać. Przy głośniejszych akcjach nie spoglądała nawet w Judasza, a śmieci wyrzucała niczym torpeda. Nawet przestała segregować, by spędzić mniej czasu w przestrzeni wspólnej. Wchodziła do siebie, zamykała się i wychodziła tylko wtedy, gdy musiała.
Zwłaszcza że zaplanowane atak na Williama się nie udał. Peach mogła być kochana, ale wątpiła, że jawna wojna na konfetti nie została mu przekazana.
Na względnym spokoju i ciszy minął im ten miesiąc. Charlotte nie przepadała za walentynkami. Życie nie mogło się zatrzymać. Piątek wieczór to idealny moment na randkę z całkiem przystojnym gościem poznanym w kawiarni. Nawet Kovalski potrzebowała odrobiny nowości. Ostatnie usta, które ją całowały, należały do... Williama. Na samą myśl się wzdrygała. Szykowała się w spokoju we własnym mieszkaniu. Założyła najlepszą bieliznę, pomalowała się, uczesała, a z psami wcześniej wyszła ze dwa razy. Zostało tylko czekać na partnera.
Tylko on pomylił numery i zamiast zapukać do Charlotte, zadzwonił do drzwi Williama.
— Tu mieszka Charlotte? Przepraszam, chyba pomyliłem numery... — zagadnął wysoki, niebieskooki brunet, uśmiechając się szczerze do Williama.
Noc sylwestrowa była intensywna. Absurd gonił za absurdem, a spokojnie ktoś mógłby nagrać i puszczać w kinie przygody Charlotte i Williama. Jako komedia wyprzedałaby całe kino. Tylko dla Lotty pobudka na własnej kanapie nie wyglądała zbyt dobrze. Czuła, że jednej nocy zaliczyła wszystkie siedem, grzechów, w jednej dłoni dzierżyła magicznego grzyba, a na głowie miała swoje, ukochane, koronkowe gacie. Chciała pamiętać, ale ta niewiedza doprowadzała ją do szału. Dni mijały nieubłaganie. Początek stycznia minął jak z bicza strzelił. Praca wciągnęła ją na tyle, że nie miała czasu się zastanawiać.
Tak przynajmniej myślała. Każde minięcie drzwi Williama powodowało u niej nieprzyjemne dreszcze. Ile on pamiętał? Tyle samo co ona? I do czego tak właściwie doszło? Jednocześnie bała się z nim spotkać i chciała. Mógł on rozjaśnić jej, co dokładnie się stało. Był większym imprezowiczem z lepszą głową, co prawda nie miał polskich korzeni, ale przez częstotliwość mógł się równać z najlepszymi. Tylko Lotte jak to nie ona postanowiła go unikać. Przy głośniejszych akcjach nie spoglądała nawet w Judasza, a śmieci wyrzucała niczym torpeda. Nawet przestała segregować, by spędzić mniej czasu w przestrzeni wspólnej. Wchodziła do siebie, zamykała się i wychodziła tylko wtedy, gdy musiała.
Zwłaszcza że zaplanowane atak na Williama się nie udał. Peach mogła być kochana, ale wątpiła, że jawna wojna na konfetti nie została mu przekazana.
Na względnym spokoju i ciszy minął im ten miesiąc. Charlotte nie przepadała za walentynkami. Życie nie mogło się zatrzymać. Piątek wieczór to idealny moment na randkę z całkiem przystojnym gościem poznanym w kawiarni. Nawet Kovalski potrzebowała odrobiny nowości. Ostatnie usta, które ją całowały, należały do... Williama. Na samą myśl się wzdrygała. Szykowała się w spokoju we własnym mieszkaniu. Założyła najlepszą bieliznę, pomalowała się, uczesała, a z psami wcześniej wyszła ze dwa razy. Zostało tylko czekać na partnera.
Tylko on pomylił numery i zamiast zapukać do Charlotte, zadzwonił do drzwi Williama.
— Tu mieszka Charlotte? Przepraszam, chyba pomyliłem numery... — zagadnął wysoki, niebieskooki brunet, uśmiechając się szczerze do Williama.