Come closer and see into the trees
: ndz sty 25, 2026 2:02 pm
Długie palce Swerdlove zacisnęły się zwinnie w pięść i powędrowały natychmiast w kierunku kieszeni czarnego, długiego płaszcza. Zupełnie tak, jakby chciały ukryć przed światem, że ten rzekomo naturalnie przyjazny gest, pozorna wymiana uprzejmości była jednocześnie pretekstem do dokonania transakcji pomiędzy nim i odrobinę niższym, bardziej przysadzistym od niego mężczyzną. Wcale nie przywlekł się tutaj tylko i wyłącznie po to, co zgrabnie upchnięto mu w pięść. Chciał po prostu pospacerować w ramach poprawy jakości swojego zdrowia w mrozie i wypełnić swoje (z pewnością zapadłe od papierosowego dymu) płuca niemal arktycznym powietrzem. Prawda? Panowie stali tak przez chwilkę podtrzymując pozory złapania się w locie rozmawiając chwilę o tym, jak cholernie dała im w kość ta cholerna zima, której nikt nigdy się nie spodziewa. Teraz. W środku pieprzonego stycznia. Zaskoczyła ich. Jasna cholera. Ta krótka wymiana swoją zawartością i jakością godna była dwóch niegrywalnych postaci w czwartej odsłonie serii The Elder Scrolls, jednak mimo wszystko wydawała się być abstrakcyjnie naturalna. I to właśnie ta niesamowita kontradykcja sprawiała, że głupi uśmieszek nie mógł odczepić się od twarzy Iana. Poza tym, zawsze jakoś niesamowicie bawił go fakt nabywania substancji niekoniecznie legalnych w miejscu publicznym. Bo przecież, jak to się mówi, najciemniej pod latarnią.
Gdy obaj gentlemani uznali, że wytworzona przez nich iluzja ciepłej znajomości, walczącej nieustannie z przeciwnościami takimi jak chroniczny brak czasu, jest wystarczająco wiarygodna- poklepali się po ramionach i pokierowali swoje kroki w dwóch zupełnie przeciwnych kierunkach. Obracając pakunek z kieszeni Swerdlove czuł narastającą w sobie ekscytacje. Nareszcie perspektywa nadchodzącego wieczoru zaczynała mu się nieco rozjaśniać. Miał w swoim posiadaniu coś, co miało pomóc mu otępić się na chwilkę, zapomnieć o całym tym przytłaczającym uczuciu beznadziei i fatalizmu, które tuliły jego myśli w każdej wolnej minucie dnia. Wystarczyło to jedno, krótkie spotkanie ze znajomym dealerem, by tchnąć w tego odpowiedzialnie kulejącego kolesia nieco energii.
Poprawiając gorączkowo szal owinięty wokół szyi- dla podtrzymania anonimowości i... autentycznego ukrycia się przed mrozem- wbił spojrzenie zielonych oczu, podkreślonych ciemną kredką , w wyłaniający się zza zakrętu bar z burleską. Poczuł niemałe zaskoczenie- nie kojarzył go, chyba nigdy jeszcze w nim nie był. On. Koleś, który każdą wolną chwilę swojego nędznego życia poświęcał na zatracanie się w ulotnych przyjemnościach. Zmarszczył lekko brwi czując się nieco tak, jakby los specjalnie testował dziś jego samozaparcie. Nieistniejące samozaparcie- warto podkreślić. Hmmm... za tę niesamowitą oznakę męstwa (od godziny wystawiał się przecież na potencjalne odmrożenie nosa) zasłużył sobie chyba na odrobinę przyjemności, prawda? Skoro już musiał się tutaj przemieścić, by posiąść wymarzone zapomnienie, to może się na nie odpowiednio przygotować paroma piwami, prawda?
Wszedł do środka wpuszczając ze sobą na chwilę nieco mroźnego powietrza, jakby był samą śmiercią i przyszedł tutaj szukać jakiejś ofiary. Najlepiej by było, gdyby tą ofiarą okazała się równie schłodzona, co okoliczne chodniki, IPA. Odwiązał szal i zrobił kilka niepewnych kroków w głąb omiatając spojrzeniem wnętrze w ten charakterystyczny dla świerzaków sposób, starając się zapamiętać kluczowe miejsca w lokalu. Kiedy ogarnął już logistykę, powoli pokierował swoje ciężkie kroki w kierunku baru. W pomieszczeniu nie było jeszcze zbyt dużo klientów. Może dopiero otwierali? Przysiadł na wysokim krzesełku i położył na blacie swój zwinięty szalik patrząc przez ramię na jakąś kobietę kłócącą się z czarnoskórym mężczyzną, nieco przymglonym mężczyzną. Wyglądali, jakby pokłócili się na temat któregoś z elementów nadchodzącego tego wieczora show.
Dopiero kiedy poczuł na sobie czyjeś spojrzenie, przeniósł migoczące przedziwną pustką ślepia w kierunku drobnej postaci stojącej po drugiej stronie barowej granicy. Bardziej w odruchu (tym typowym odruchu kolesia, który widzi kogoś, kto wizualnie mu się podoba) uniósł nieznacznie kącik ust ku górze, wyrzucając z siebie.
-IPA. Poproszę IPĘ.- jego głos był niski, nieco ospały. Brzmiał trochę jak ktoś, kto bał się zawracać głowę barmance w czynnościach porządkowych. W rzeczywistości miał to jednak głęboko w dupie.- Można tu palić?- zapytał po chwili, powoli ściągając z siebie płaszcz, kładąc go na blacie zaraz obok szala.
𝔟𝔞𝔯𝔱𝔢𝔫𝔡𝔢𝔯