Strona 1 z 2

Come closer and see into the trees

: ndz sty 25, 2026 2:02 pm
autor: Ian Swerdlove

ℑ𝔪 𝔯𝔲𝔫𝔫𝔦𝔫𝔤 𝔱𝔬𝔴𝔞𝔯𝔡𝔰 𝔫𝔬𝔱𝔥𝔦𝔫𝔤

⛧☾༺♰༻☽⛧

Długie palce Swerdlove zacisnęły się zwinnie w pięść i powędrowały natychmiast w kierunku kieszeni czarnego, długiego płaszcza. Zupełnie tak, jakby chciały ukryć przed światem, że ten rzekomo naturalnie przyjazny gest, pozorna wymiana uprzejmości była jednocześnie pretekstem do dokonania transakcji pomiędzy nim i odrobinę niższym, bardziej przysadzistym od niego mężczyzną. Wcale nie przywlekł się tutaj tylko i wyłącznie po to, co zgrabnie upchnięto mu w pięść. Chciał po prostu pospacerować w ramach poprawy jakości swojego zdrowia w mrozie i wypełnić swoje (z pewnością zapadłe od papierosowego dymu) płuca niemal arktycznym powietrzem. Prawda? Panowie stali tak przez chwilkę podtrzymując pozory złapania się w locie rozmawiając chwilę o tym, jak cholernie dała im w kość ta cholerna zima, której nikt nigdy się nie spodziewa. Teraz. W środku pieprzonego stycznia. Zaskoczyła ich. Jasna cholera. Ta krótka wymiana swoją zawartością i jakością godna była dwóch niegrywalnych postaci w czwartej odsłonie serii The Elder Scrolls, jednak mimo wszystko wydawała się być abstrakcyjnie naturalna. I to właśnie ta niesamowita kontradykcja sprawiała, że głupi uśmieszek nie mógł odczepić się od twarzy Iana. Poza tym, zawsze jakoś niesamowicie bawił go fakt nabywania substancji niekoniecznie legalnych w miejscu publicznym. Bo przecież, jak to się mówi, najciemniej pod latarnią.
Gdy obaj gentlemani uznali, że wytworzona przez nich iluzja ciepłej znajomości, walczącej nieustannie z przeciwnościami takimi jak chroniczny brak czasu, jest wystarczająco wiarygodna- poklepali się po ramionach i pokierowali swoje kroki w dwóch zupełnie przeciwnych kierunkach. Obracając pakunek z kieszeni Swerdlove czuł narastającą w sobie ekscytacje. Nareszcie perspektywa nadchodzącego wieczoru zaczynała mu się nieco rozjaśniać. Miał w swoim posiadaniu coś, co miało pomóc mu otępić się na chwilkę, zapomnieć o całym tym przytłaczającym uczuciu beznadziei i fatalizmu, które tuliły jego myśli w każdej wolnej minucie dnia. Wystarczyło to jedno, krótkie spotkanie ze znajomym dealerem, by tchnąć w tego odpowiedzialnie kulejącego kolesia nieco energii.
Poprawiając gorączkowo szal owinięty wokół szyi- dla podtrzymania anonimowości i... autentycznego ukrycia się przed mrozem- wbił spojrzenie zielonych oczu, podkreślonych ciemną kredką , w wyłaniający się zza zakrętu bar z burleską. Poczuł niemałe zaskoczenie- nie kojarzył go, chyba nigdy jeszcze w nim nie był. On. Koleś, który każdą wolną chwilę swojego nędznego życia poświęcał na zatracanie się w ulotnych przyjemnościach. Zmarszczył lekko brwi czując się nieco tak, jakby los specjalnie testował dziś jego samozaparcie. Nieistniejące samozaparcie- warto podkreślić. Hmmm... za tę niesamowitą oznakę męstwa (od godziny wystawiał się przecież na potencjalne odmrożenie nosa) zasłużył sobie chyba na odrobinę przyjemności, prawda? Skoro już musiał się tutaj przemieścić, by posiąść wymarzone zapomnienie, to może się na nie odpowiednio przygotować paroma piwami, prawda?
Wszedł do środka wpuszczając ze sobą na chwilę nieco mroźnego powietrza, jakby był samą śmiercią i przyszedł tutaj szukać jakiejś ofiary. Najlepiej by było, gdyby tą ofiarą okazała się równie schłodzona, co okoliczne chodniki, IPA. Odwiązał szal i zrobił kilka niepewnych kroków w głąb omiatając spojrzeniem wnętrze w ten charakterystyczny dla świerzaków sposób, starając się zapamiętać kluczowe miejsca w lokalu. Kiedy ogarnął już logistykę, powoli pokierował swoje ciężkie kroki w kierunku baru. W pomieszczeniu nie było jeszcze zbyt dużo klientów. Może dopiero otwierali? Przysiadł na wysokim krzesełku i położył na blacie swój zwinięty szalik patrząc przez ramię na jakąś kobietę kłócącą się z czarnoskórym mężczyzną, nieco przymglonym mężczyzną. Wyglądali, jakby pokłócili się na temat któregoś z elementów nadchodzącego tego wieczora show.
Dopiero kiedy poczuł na sobie czyjeś spojrzenie, przeniósł migoczące przedziwną pustką ślepia w kierunku drobnej postaci stojącej po drugiej stronie barowej granicy. Bardziej w odruchu (tym typowym odruchu kolesia, który widzi kogoś, kto wizualnie mu się podoba) uniósł nieznacznie kącik ust ku górze, wyrzucając z siebie.
-IPA. Poproszę IPĘ.- jego głos był niski, nieco ospały. Brzmiał trochę jak ktoś, kto bał się zawracać głowę barmance w czynnościach porządkowych. W rzeczywistości miał to jednak głęboko w dupie.- Można tu palić?- zapytał po chwili, powoli ściągając z siebie płaszcz, kładąc go na blacie zaraz obok szala.

𝔟𝔞𝔯𝔱𝔢𝔫𝔡𝔢𝔯

Come closer and see into the trees

: ndz sty 25, 2026 4:25 pm
autor: vita holloway


#01 and here we go, life's waiting to begin

Zimna torontońska pogoda popisywała się dzisiaj w najbardziej boleśnie możliwy sposób. Vita nie była typem osoby, która lubi taki klimat - ten, gdzie nos robi się czerwony jak u rudolfa, usta boleśnie zamarzają i masz wrażenie, że zaraz się pokruszą i rozpadną w drobny mak, a oczy wysychają od zimnego wiatru. Nie. Ona zdecydowanie wolała ciepło swojego małego mieszkanka, gorącą czekoladę między dłońmi i Milo mruczącego jej do ucha, kiedy leży pod kocem i ogląda kolejny trashowy serial, który nie wymaga od niej użycia ani jednej komórki mózgowej. Na samą myśl o tak cudownie spędzonym czasie, mijające ją pojazdy komunikacji miejskiej TTC, sprawiały, że rzucenie się pod nie wcale, ale to wcale tak źle nie wybrzmiewało w jej główce. Mogłaby wziąć sobie chorobowe na kilka dni, z góry zakładając, że jakimś cudem by to zderzenie przeżyła. Czy ty się dobrze czujesz, dziewczyno? O czym ty tak właściwie myślisz?! - Zbeształa się w myślach.
Oczywiście, że wolałaby dzisiaj zostać w domu, ale rachunki same się nie zapłacą, prawda? Miała dzisiaj przed sobą długą zmianę w barze i jedyne, na co liczyła, to przetrwać ją z jak największą ilością napiwków w kieszeni i z jak najmniejszą ilością wkurzających rozmów. Kiedy dotarła do pracy, przywitała się z ochroną przy wejściu, następnie wybrała się do pokoju socjalnego dla pracowników, zdjęła płaszcz i szalik, odwiesiła je na wieszak, po czym zerknęła na siebie w lustrze. Opuściła głowę, potargała włosy palcami i odrzuciła je do tyłu, westchnęła i ruszyła w kierunku sali, przeszła za bar, zaczynając przygotowania do zmiany.

- Vita, kochanie, nalej staremu whisky...czystą, dobra?! - znajomy głos rozbrzmiał, kiedy stała jeszcze tyłem. Uśmieszek od razu pojawił się na jej ustach i nawet nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że to Roger. Jej ulubiony klient. - Rog… - zaśmiała się, sięgając po szklankę do whisky i odwracając się do niego. - Co znowu przeskrobałeś? - Był starszym dżentelmenem, który wpadał tu niemal co kilka dni - zazwyczaj wtedy, kiedy dostał solidny opierdol od Margaret, swojej żony od czterdziestu lat. - Ahh, Vita, ta kobieta doprowadzi mnie prosto do grobu! - przewrócił oczami. - Powinna być szczęśliwa, że ja jeszcze w ogóle stoję na tej ziemi. Zamiast umierać, kończę tutaj… - zaśmiał się. Vita pokręciła głową, śmiejąc się do siebie. Nalała whisky do szklanki i przesunęła ją w jego stronę. - Może pomóż jej trochę w domu, hm? Kup jej kwiaty? No Frills jest otwarte do dziewiątej, bukiet kosztuje dyszkę. Mógłbyś wydać na to zamiast na… to. - rzuciła, ale urwała, bo usłyszała jakąś kłótnię. Odwróciła głowę, szukając źródła hałasu, i zobaczyła swoją liderkę zmiany gadającą z jakimś typem. Hałas w tym miejscu nie pozwalał jej podsłuchać, o co chodzi, ale i tak zerkała w tamtą stronę co chwilę.
Po chwili zauważyła faceta, którego wiedziała tutaj pierwszy raz na oczy, siedzącego na wysokim krześle przy barze i podeszła do niego, przyklejając do twarzy najbardziej 'customer friendly' wersję uśmiechu, jaką była w stanie wykrzesać. No bo… tak się dostaje napiwki, co nie? - Hej, co mogę ci podać? - Kiedy usłyszała jego zamówienie, chwyciła kufel i pociągnęła za kranik, przechylając szkło pod kątem, żeby IPA lało się powoli i zrobiło ładną piankę na górze. - Domowa IPA. - postawiła mu kufel przed nosem. Uniósła brew na jego drugie pytanie i wskazała palcem na tabliczkę za nim „no smoking”. - Sorry, zabronione. - wypuściła, po czym dodała od razu, - Chcesz zapłacić za to teraz, czy zostajesz na dłużej?- Uśmiechnęła się, skanując jego twarz. Wyglądał prawie jak duch, przez swoją jasną karnację, a te jego przenikliwe, szmaragdowe oczy podkreślone czarną kredką… były cholernie hipnotyzujące. Vita zawsze, dziwnie, wierzyła swoim klientom i zawsze pilnowała, żeby zapłacili, ale wiedziała też, że zapytanie od razu o płatność, kiedy ktoś dopiero siada przy barze, to najszybsza droga, żeby go spłoszyć. Więc właśnie dlatego zrobiła to i tym razem. Zaufała.

duszek z emo-kredką

Come closer and see into the trees

: ndz sty 25, 2026 6:08 pm
autor: Ian Swerdlove
Zerknął na wskazaną przez nią tabliczkę z cieniem zażenowania. No tak, oczywiście, że wisiała na ten temat informacja. Nowe miejsca miały jednak z reguły w zwyczaju atakować bodźcami z każdej możliwej strony zaburzając nieco umiejętność skupienia się-w tym przypadku wcale nie było inaczej.... a przynajmniej tak tłumaczył sobie swoje niedopatrzenie. Westchnął jedynie głośno, jakby głęboko zawiedziony i z pewną natarczywością powrócił wzrokiem do sylwetki młodej barmanki, bacznie obserwując jej poczynania. Robił to z taką uważnością, jakby był tutaj nowym nabytkiem i miał jej we wszystkich tych czynnościach lada moment pomóc.
-No tak. Wybacz.- wydusił jedynie, średnio obecny, przyglądając się rosnącemu poziomowi piwa w dzierżonym przez nią kuflu.
Zwilżył lekko wargi, jakby tym gestem miał w jakiś magiczny sposób pośpieszyć działania pracowniczki. Oparł się lekko ramionami o blat przesuwając swoje przemglone szmaragdy na jej skupione oblicze. Obserwował jej uśmiech przez kolejną chwilę w milczeniu, jakby co najmniej miał możliwość rozczytania faktycznych intencji z jej twarzy. Czy uśmiechała się szczerze? Czy próbowała rozgrzać mu portfel? A może chciała zajrzeć mu w spodnie? Ta jego nic niemówiąca mina mogła dawać złudne wrażenie pewności siebie- jakby już ją rozgryzł i miał rozegrać partyjkę szachów z jej sercem w kolejnych kilku ruchach... Taaaak.... Każdy, ale na pewno nie Swerdlove. Ian był strasznym emocjonalnym impotentem. Nie potrafił wczytywać się w intencje, rozumieć tego, czego ktoś nie mówił mu wprost. Zwyczajnie nie miał na to ani czasu ani chęci. W końcu wiązałoby się to z jakiegoś rodzaju zaangażowaniem, a on... Cóż, on chyba nigdy nie miał stać się gotowy na to, by wziąć za coś odpowiedzialność. A już w szczególności za czyjeś uczucia...
Dlaczego zatem siedział tutaj lustrując wzrokiem jej oblaną blaskiem kiczowatych, kolorowych świateł twarz? Czemu wpatrywał się w nieznajomą jak cielę w malowane wrota? Sprawa była prosta- bo mu się wizualnie spodobała. Było w jej twarzy coś na pograniczu słodyczy i cierpkiego cynizmu. Była delikatna i pikantna jednocześnie. Każdym swoim gestem i słowem wydawała się zostawiać swój posmak na czubku języka. Tak przynajmniej zdążył ją sobie już w głowie napisać, zanim w ogóle poznał jej imię.
-Dziwny ten wasz dom. Dzięki.- rzucił dość cierpko swój ciężki do przełknięcia żart, wprowadzając kącik ust w lekkie drżenie, jakby starając się w ten sposób załagodzić ewentualne oburzenie. Przejął od niej kufel i przysunął go do siebie, niemalże natychmiast przenosząc na trunek swoją uwagę. Zupełnie tak, jakby przed chwilą nie świdrował tej nieznajomej dziewczyny. Jakby to gęste napięcie kilka chwil temu absolutnie nic nie znaczyło. Zastanawiał się moment nad odpowiedzią na pytanie, które mu zadała.- A polecasz? Będzie się tutaj działo coś ciekawego?- zapytał z nutą niezdecydowania, rozglądając się przez chwilę po pomieszczeniu. Unosząc kufel do ust pociągnął ostrożny łyk, jakby miał do trunku z nieznajomego sobie lokalu ograniczone zaufanie... bo w sumie tak było. Sam nie wiedział, czy faktycznie cieszyło go zainteresowanie z jej strony, ale kątem oka zauważył, że mężczyzna, z którym debatowała przed chwilą nie był jakoś szczególnie zadowolony z tego, że jego kobieta marzeń uśmiecha się teraz do kogoś innego niż on. To z kolei sprawiło, że Ian dla samej przekory chciał skupić jej uwagę na sobie na nieco dłużej.- Mówił ci ktoś kiedyś, że wyglądasz jak Tomie?- zagaił zawadiacko znów przyglądając jej się ze skupieniem, tym jednak razem zaserwował jej typowy, swobodny, nonszalancki uśmiech. Hipnotyzując ją spojrzeniem zarzucił przynętę licząc na to, że ta zgrabna rybka łyknie haczyk.

𝔗𝔬𝔪𝔦𝔢

Come closer and see into the trees

: ndz sty 25, 2026 7:43 pm
autor: vita holloway
Intrygowało ją, kiedy nowe osoby przychodziły do tego baru. Zawsze się zastanawiała, czy staną się stałymi bywalcami, czy wpadają tylko na szybkiego drinka, bo akurat przechodzą przez jakiś chujowy czas w życiu… albo po prostu chcą sobie sprezentować drinka za przetrwanie dnia. Czasem też ludzie przychodzili tu celebrować coś dużego... jakąś chwilę w życiu, której nie mogli podzielić z nikim innym, więc dzielili ją z nią, za barem. Z randomami. Z muzyką w tle. Z kieliszkiem. I mimo że ta praca ją męczyła, lubiła przebywać wśród ludzi. Rozgryzać ich. Rozkładać na części pierwsze. Wyłapywać w nich to coś, co próbowali ukryć przed sobą od dawna. To była empatia, tylko owinięta w strach przed odrzuceniem. A mimo wszystko… miała gdzieś tam w środku to małe światełko, w kącie serca, które szeptało jej, że może nie warto wrzucać wszystkich do jednego worka.
Uśmiechnęła się do niego uroczo. - Ah! Przestań, nie wiedziałeś. - machnęła ręką na jego przeprosiny. - Niestety na patio też nie można palić. Muszę wymykać się za budynek, więc znam twój ból - dodała z lekkim uśmiechem. Odwróciła się po papierowy ręcznik, przetarła blat i wrzuciła go do kosza, a w głowie dalej miała jedno pytanie - Co go tu w ogóle sprowadza? Bo to nie był „ekskluzywny bar”, nawet jeśli czasem tak mogło się ludziom wydawać.

Parsęknęła śmiechem na jego komentarz i przewróciła oczami. - Zasmakuje ci, będziesz wracał po więcej - odpowiedziała pewnie. I wtedy, jak na zawołanie, usłyszała z drugiej strony baru, - Hej, panienko! Czekamy już tyle czasu, obsłużysz nas?! - Odwróciła się i zobaczyła dwóch buców. Zerknęła jeszcze na niego, rzucając przepraszające spojrzenie. - Zaraz wrócę. - Sunęła wzdłuż baru, wzięła zamówienie od dwóch łysych pał, podała im piwa w butelkach i wzięła zapłatę od razu. Oczywiście napiwku nie było. Zamiast tego... sprośny komentarz na temat jej ciała. - Obrzydliwe… - mruknęła pod nosem. W drodze powrotnej uśmiechnęła się do Rogera i kiwnęła głową, a potem wróciła do tego kościoskórnego mężczyzny. - Przepraszam. Jestem dzisiaj sama na zmianie. Susheet się nie pojawił. - uśmiechnęła się ciepło. - Ale polecam zostać. Dzisiaj mamy drag show! - powiedziała już weselszym tonem. - Nasza ulubiona Vivienne Corsage będzie występować na scenie. - zerknęła na niego uważnie. - Powinieneś zostać. Spodoba ci się. - Oparła się o blat, słysząc jego porównanie do kogoś, o kim nie miała zielonego pojęcia, i przysunęła się odrobinę bliżej... bardziej z ciekawości niż z flirciarskiej potrzeby. - Tomie? - powtórzyła, unosząc brew. - Hm. Mam nadzieję, że to nie jest jakiś stwór z gier albo horrorów. - Zaśmiała się i zgarnęła kosmyk włosów za ucho. - Chociaż… - zmrużyła oczy, patrząc na niego. - Jak ten wieczór tak dalej będzie się toczył, to ja sama zaraz zamienię się w jakąś zjawę.- I właśnie wtedy, - Vicia! - Odwróciła się i zobaczyła Rogera, który machał do niej niczym zagubione dziecko na placu zabaw. - Co tam, Rog? Potrzebujesz kolejną kolejkę? - rzuciła, już zmęczona, zanim w ogóle podeszła. - Nie, nie, chodź tutaj! - krzyknął.
Przewróciła oczami i podeszła. - W czym mogę ci pomóc? - zapytała, patrząc na niego wyczekująco. Roger uniósł palec do góry, - Vicia… uważaj na niego. Mam nosa do takich typów! Ten chłopak śmierdzi problemami! - Był czerwony na twarzy, wyglądając zabawnie w tej swojej powadze. Vita parsknęła śmiechem i poklepała go po przedramieniu. - Rog, to tylko klient. Nie martw się o mnie. Dokańczaj drinka i wracaj do Marge, okej?- Uśmiechnęła się, obsłużyła jeszcze kilku klientów po drodze, a potem zauważyła, że kufel mężczyzny powoli robi się pusty. Nalała mu kolejne piwo i postawiła przed jego dłońmi. - Proszę. Na koszt firmy. - powiedziała dumnie, zerkając na niego spod rzęs. - No dobra. To co cię tu sprowadza?

boney guy

Come closer and see into the trees

: ndz sty 25, 2026 11:18 pm
autor: Ian Swerdlove
Wbił wzrok w jej czarujący uśmiech zastanawiając się, skąd w niej ta potrzeba protekcyjności. Był przyzwyczajony do tego, że wszelkie błędy i niedopatrzenia wcierano w niego bezlitośnie. Byłby w stanie przysiąc, że niemalże fizycznie odczuwał podrażnienie skóry. Zastukał paznokciami w szkło kręcąc lekko głową z niedowierzaniem.
-W lokalu gdzie serwujecie alkohol nie macie miejsca dla sezonowych palaczy? Nic tak nie wyzwala potrzeby palenia jak alkohol.- mruknął dość uszczypliwie, jednak na tyle neutralnie, by nie zabrzmiało to niegrzecznie. Spoglądał na nią z dołu, jakby nie potrafił do końca uwierzyć w to, co właśnie powiedziała. Wydawał się czekać na jakiekolwiek słowo lub gest dające jasno do zrozumienia, że nie żartowała.
Oglądał Vitę czując jak ogarnia go jakiś absurdalny spokój. Jej płynne, delikatne i niemalże taneczne ruchy wydawały się być jakimś przedziwnym rytuałem. Cicho i konsekwentnie odprawiała go co jakiś czas wymieniając się większymi lub mniejszymi grzecznościami z kolejnymi, pragnącymi jej uwagi klientami. Snuła się po drugiej stronie, niczym zgrabna, elfia księżniczka w zaczarowanym lesie, jakby dzieliły ich kilometry, lata świetlne, galaktyki, a nie głupi, drewniany blat z wystającymi kranikami na piwo. A mimo to trajektoria tej gwiazdy wydawała się w jakiś koślawy sposób orbitować coraz bardziej w jego kierunku.
Złapała przynętę? Smakowało jej to, co zaserwował jej w ramach zanęty?

-Nie przepraszaj. Jesteś w pracy. Miło mi, że mimo wszystko znajdujesz dla mnie chwilę.- odbił tą piłeczkę protekcyjności zachowując się niczym obrzydliwy mimik. Lata wprawy sprawiły jednak, że jego słowa, chodź totalnie przerysowane, brzmiały autentycznie i... bardzo ciepło. Ktoś, kto znał go dłużej niż chwilę, mógłby się w tym momencie poczuć nieswojo. Ian nie miał w zwyczaju zachowywać się w ten sposób. By ucementować (pozorną) czystość swoich intencji, posłał jej delikatny uśmiech. - Zostanę.- odpowiedział ze spokojem, znów pociągając łyk z kufla. Odprowadził szkło wzrokiem i znów wświdrował w nią swoje natarczywe, trupie ślepia.- Stwór, to może dużo powiedziane...- zaczął powoli, bo ewidentnie odpowiedź na to pytanie mogła jej się nie spodobać. Postanowił mimo wszystko podjąć próbę dyplomatycznego wyjaśnienia o co dokładnie mu chodziło.- Tomie to główna i tytułowa postać z mangi autorstwa Junji Ito... poczekaj.- po tych słowach podwinął sprawnie prawy rękaw swojego golfa pokazując jej tym samym swoje przedramię. Po chwili, pośród różnych, mniej i bardziej mrocznych wzorów, na cienkiej, bladej skórze, tuż przy pulsującej, sinej żyle wskazał jej postać , do której jeszcze przed chwilą referował.- W opowieści japońskiego mistrza makabry Tomie to istota, która wyróżnia się niesamowitą, hipnotyczną urodą. Doprowadza mężczyzn do obłędu i rządzy mordu... Reszty szczegółów może faktycznie ci oszczędzę. Ale wydaje mi się, że chyba macie ze sobą coś wspólnego, eh?- psotny kącik ust znów drgnął do niej w tajemniczym uśmiechu, a migoczące spojrzenie przesuwało się z gracją edeńskiego węża po jej atrakcyjnej posturze. Im dłużej jej się przyglądał, tym mocniej cieszyła jego oko... i to właśnie zaczynało być dla niego nieco niepokojące. Otworzył usta, by móc dodać coś jeszcze, ale... Tym razem to ona mu się wyślizgnęła. A raczej została mu ślisko wyrwana.
Odwrócił się lekko w stronę podchmielonego entuzjasty deptania po krtani własnego związku i zmierzył go bez cienia jakiejkolwiek emocji. Słyszał na swój temat wiele rzeczy, a to... Cóż, to była chyba jedna z najłagodniejszych uwag, jakie ostatnio usłyszał. Uniósł teatralnie kufel w stronę swojego największego fana i powrócił do spokojnego sączenia złotego trunku, który zaserwowała mu jeszcze chwilę temu dziewczyna. Gdzieś w gardle kręciła mu się pikantna uwaga. Coś, co mocno zapiekłoby ego tego starego ochlejusa... Ale jednak mimo wszystko zachował ją dla siebie. Ledwo...
A potem, jak gdyby nigdy nic powrócił spojrzeniem do pary, która rozmawiała ze sobą zdecydowanie spokojniej. Zawiesił się gdzieś pomiędzy własnymi myślami, meandrując w rytm przyjemnego, cichego szumu wywołanego przez pochłaniany z coraz większą ochotą trunek. W pewnym momencie uniósł kufel i dostrzegł w nim puste dno. Nie zdążył nawet zareagować, bo ta niewątpliwa gwiazda znów wtoczyła się w jego orbitę. Tym razem dopytując go przyjaźnie o przyczynę, dla jakiej tu przybył. Po raz kolejny oparł się przedramionami o bar dobierając uważnie słowa we własnej głowie. Nic, co chciał odpowiedzieć, nie równało się jednak z...
-...a musi być jakaś?- uniósł brew ku górze, znów obdarowując ją uśmiechem pełnym tej tajemniczej i niebezpiecznej, chłopięcej przekory. Darmowego piwa nie skomentował, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.- Po prostu byłem w okolicy. Musiałem coś szybko załatwić i uznałem, że skoro i tak nie mam planów, to chociaż wypiję piwo.- odpowiedział zgodnie z prawdą, co nie było dla niego takież znowuż oczywiste. Wzruszył ramionami, stukając palcami ręki, która nie dzierżyła kufla, w świecący blat.-Odbiję pytanie w twoją stronę i zapytam- czemu ze wszystkich możliwych miejsc, gdzie można zarobić pieniądze, wybrałaś akurat to, w którym musisz męczyć się z... tym.- to mówiąc skinął konspiracyjnie w kierunku coraz bardziej podpitego gościa, który ewidentnie nie miał zamiaru wziąć jej rady na poważnie. Ba, wyglądało na to, że coraz poważniej swędziały go pięści na widok prowokacyjnie niewzruszonej postawy Swerdlove. Chyba nie podobały mu się te przeciągłe spojrzenia Iana wymierzone w kierunku absurdalnie uroczej barmanki... och, jaka szkoda.

𝔑𝔬𝔰𝔶 𝔅𝔞𝔯𝔱𝔢𝔫𝔡𝔢𝔯

Come closer and see into the trees

: pn sty 26, 2026 7:15 am
autor: vita holloway
Podobało jej się to, że wciąż drążył temat palenia, a raczej niemożności wykonywania tej czynności w tym barze. Po części wydawało jej się, że robi to celowo, żeby podtrzymać między nimi konwersację, ale może się myliła? Musiała to wybadać. Odwróciła się, zgarnęła kilka brudnych szklanek i włożyła je do zlewu. - Nie musisz mi tego mówić, ja tu tylko pracuję… kolego - zerknęła na niego kątem oka, ukradkiem dając mu moment, żeby się przedstawił. Wolała, żeby wyszło to w ten sposób, zamiast pytać wprost jak ma na imię, ile ma lat, jaki znak zodiaku. To nie było w jej stylu, co było z lekka paradoksalne, bo uwaga, proszę państwa - jeśli chodziło o rzeczy podstawowe, uwielbiała, kiedy wychodziły na wierzch naturalnie. Ale rzeczy, które trzeba było odklejać warstwa po warstwie… no wtedy lubiła rzucać niezręcznymi pytaniami, żeby wybadać, co naprawdę siedzi drugiej osobie w głowie.
Nie była pewna, dlaczego aż tak przykuł jej uwagę. Może dlatego, że wyglądał jak jakaś gwiazda rocka wyjęta ze starego czasopisma, które kiedyś, jako nastolatka, przeglądała. Może dlatego, że to przenikające spojrzenie, wybielała cera i kruczoczarne włosy kojarzyły jej się z księciem ciemności. Wyglądał trochę jak wampir, trochę jak coś majestatycznego… i nie mogła odkleić od niego wzroku. Powoli, z każdą kolejną chwilą, zaczęła się łapać na tym, że wlepia w niego te swoje niebieskookie ślepia dłużej, niż chciałaby przyznać. Uśmiechnęła się delikatnie, wpatrując się w niego. - Wydajesz się jedną z ciekawszych postaci dzisiejszego wieczoru, więc po części mogłabym powiedzieć, że dostarczasz mi rozrywki - uśmiechnęła się szeroko, eksponując swój perlisty uśmiech. W głębi serca można by powiedzieć, że się ucieszyła, kiedy usłyszała, że jednak zostanie. A po chwili była już szczerze zaciekawiona, kim lub czym była ta cała Tomie. Przyglądała się jego gestom, temu, jak podciągnął rękaw, ukazując przedramię pokryte różnymi tatuażami… jego skóra dosłownie przypomniała jej przepiękną mozaikę. - Hm… - nachyliła się, żeby lepiej przyjrzeć się jednemu z nich. Z pozoru wyglądał przerażająco, a jednocześnie był niezwykle piękny.
Uwielbiała sztukę. Sama świetnie rysowała portrety, a na uczelni zajmowała się ilustracjami pod niszowe gry indie, więc kiedy opowiadał z pasją o tym japońskim artyście, uśmiechnęła się i delikatnie przesunęła koniuszkami palców po twarzy wytatuowanej dziewczyny. Powoli uniosła jasnoniebieskie spojrzenie i zatrzymała je na jego szmaragdowych tęczówkach, wciąż opierając opuszki palców na jego przedramieniu. - Wiesz, jak poprawić dziewczynie humor - uśmiechnęła się szerzej. - Może sprawdzę na tobie, czy to stwierdzenie okaże się prawdą. - Unosząc brew, zerknęła na moment dłużej na jego usta, po czym wróciła wzrokiem do jego oczu. - Tylko nie wiem, jakbyś się po tym pozbierał. - Odsunęła się powoli, prostując się, i uśmiechnęła się szeroko. Mogła równie dobrze powiedzieć wprost, że chce sprawdzić, czy uda jej się go w ten sposób sprowokować, ale uznała, że był wystarczająco inteligentny, żeby wyłapać kontekst. Odrobina flirtu nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a Vita była przyzwyczajona do niemałej uwagi ze strony klientów.

Wsłuchiwała się w jego pytanie i z jakiegoś niepozornego powodu wywołało ono szeroki uśmiech na jej twarzy. Było w nim coś zaskakująco uroczego… zabrzmiał tak, jakby naprawdę obchodziło go jej samopoczucie w obliczu tych obleśnych typów. Z drugiej strony… przecież wcale jej nie znał. I to właśnie ją zdziwiło, ale też uruchomiło tę maciupeńką lampkę w jej mózgu, która krzyczała, żeby była ostrożna. Tylko że w tamtym momencie po prostu chciała kontynuować konwersację, więc tak też zrobiła. Przyłożyła dłoń do klatki piersiowej i westchnęła teatralnie. - Ouch. A może to praca moich marzeń, eh? - rzuciła z lekkim rozbawieniem. Zaśmiała się, po czym dodała, - Jednego dnia pilnie potrzebowałam pracy. Mieli wywieszone ogłoszenie, weszłam tutaj i godzinę później byłam już na pierwszej zmianie. I tak od kilku lat sobie dorabiam. - Uśmiechnęła się subtelnie. - Napiwki są bardzo dobre… chociaż ostatnio ludzie trochę bardziej żydzą. - wzruszyła ramionami. - Chyba muszę się bardziej postarać. - poprawiła swój biust teatralnie i zaśmiała się cicho, po czym zerknęła kątem oka i zobaczyła, że Roger podnosi się z miejsca. - Pa, Vicia! Pamiętaj, co ci mówiłem! - machnął dłonią, przyłożył ją do ust i posłał jej buziaka. - Na razie, Rog! - odpowiedziała śmiechem. Podeszła do miejsca, w którym przed chwilą siedział, zgarnęła zapłatę, wsunęła ją do kasy, a napiwek. bez pośpiechu wcisnęła sobie w stanik, delikatnie odchylając górną część sukienki.
Wróciła do tajemniczego mężczyzny. - Słuchaj - zaczęła swobodnie. - Mam dziesięć minut przerwy. Menadżerka mnie zastąpi, żebym wyszła na fajkę. Chcesz iść ze mną? Uchronić mnie przed bezdomnymi, którzy uciekli z psychiatryka? - Jeszcze go nie rozgryzła. Jego aura aż prosiła się o pytania… musiała wiedzieć, co kryje się za tymi zielonymi oczami podkreślonymi czarną kredką. - Zaraz wrócę - rzuciła i przeszła za bar do pomieszczenia socjalnego. Chwyciła płaszcz, wciągając go na siebie, zarzuciła szalik na szyję i kilka chwil później stała już obok niego. - Wisisz mi papierosa za piwo, tak by the way - powiedziała od razu z uśmiechem, nie dając mu dojść do słowa. - A i te tatuaże… - Ruszyła pierwsza w stronę tylnego wyjścia. - Jesteś tatuażystą czy… czym ty się właściwie zajmujesz? - Nie odwróciła się ani na moment, tylko zapytała głośniej. Coś jej podpowiadało, że pójdzie za nią. W końcu był jej winny fajkę.
Kiedy wyszła na zewnątrz, zimne powietrze uderzyło w jej bladą skórę. Oparła się o ścianę obok wyjścia i przez krótką chwilę niemal błagała w myślach, żeby do niej dołączył… żeby jej arogancka pewność siebie tym razem jej nie zgubiła. Chciała po prostu wiedzieć o nim... więcej.

prince of darkness

Come closer and see into the trees

: pn sty 26, 2026 12:30 pm
autor: Ian Swerdlove
Wiedział doskonale, że próbuje w podstępny sposób wyciągnąć od niego coś więcej. Powoli usiłowała zajrzeć nieco pod powłokę, dowiedzieć się czegoś więcej, niż tylko to, co dostępne jest dla gołego oka. Że tworzy sobie w głowie jego kartę postaci. Domyślał się, że przywykła do tego, że ci klienci, którzy już postanawiają podjąć z nią rozmowę są nieco bardziej wylewni, ale... Oczywiście, że nie zamierzał niesprowokowany mówić na swój temat! sprowokowany tym bardziej Sam fakt, że pokazał jej kawałek swojego ciała pokryty tuszem był dla niego wystarczająco osobisty. Nie czuł potrzeby, by rozmawiać z nią o czymkolwiek, co dotykało go chociażby na mieliznach, a co dopiero nurkować gdzieś w zagłębia duszy. Nie czuł potrzeby, by dać się jej poznać, zdecydowanie wolał pozostać przy tych nieco bardziej trywialnych tematach. Był mistrzem, jeżeli chodziło o prowadzenie pozornie głębokich rozmów, które nie prowadziły jednak do niczego konkretnego. Jedyną formą pocieszenia w tym wszystkim jest fakt, że Vita nie była jedyną osobą, którą celowo od siebie izolował. Robił tak dosłownie z każdym. Ian Swerdlove nie był jakoś szczególnie wylewnym człowiekiem, a swoich rozmówców traktował zawsze z zasadą ograniczonego zaufania. Nie ważne jak piękna byłaby ta barmanka, nie zamierzał tej zasady w żaden sposób naginać.
Poczęstował ją tym samym, zadziornym uśmiechem, który zdążył jej już wcześniej kilkakrotnie przedstawić, gdy posłała w jego kierunku ten jakże specyficzny komplement. Oczywiście, że musiał sobie pozwolić na to, by odpowiedzieć równie zaczepną uwagą.
-To śmieszne. Zawsze odnosiłem wrażenie, że to my, klienci, oglądamy was, barmanki, w akwarium. Nie będę ukrywać, że zaskoczyłaś mnie troszkę twierdząc, że jest odwrotnie.- postarał się nawet o to, by w głosie pobrzmiało mu coś na rodzaj autentycznego zaskoczenia. Zastygł jak posąg antycznego filozofa, gdy dotknęła jego skóry. Może i Ian był emocjonalnym impotentem, ale... w sprawach intymności było zgoła odwrotnie. Owszem, nie miał w zwyczaju eksplodować z podniecenia w momencie najmniejszego, fizycznego kontaktu... ale nie da się ukryć, że dzięki takowemu jego myśli przybierały dość specyficzny kształt. Wbrew wszystkiemu co w nim na chwilę zabłysło, nie skomentował głośno dotykalskości swojej rozmówczyni, postanowił przyciąć głupa. - Myślę, że ten twój wianuszek adoratorów jest wystarczającym potwierdzeniem, nie musisz więcej sprawdzać. No i wizualnie przede wszystkim bardzo mi ją jakoś przypominasz.- zamruczał swoim aksamitnym barytonem, tasując zielonym spojrzeniem jej szeroko uśmiechniętą, dziewczęcą twarz. Powoli zaczynał rozumieć, dlaczego przyciągała aż taką uwagę samców w tym miejscu. Było w niej coś delikatnego i dziewczęcego. Coś, co krzyczało niewinnością, ciepłem i miękkością. Mężczyźni z zasady mieli podszytą w sobie chęć do gniecenia, tłamszenia i brudzenia tego rodzaju czystości. Byłby kłamcą, gdyby stwierdził, że sam nie poczuł przez chwilę takiego impulsu. On, w przeciwieństwie do wcześniejszych klientów, potrafił to w sobie w porę odpowiednio stłamsić.
Cofając rękę strzepnął rękaw golfa tak, by ukrył to, co jeszcze przed chwilą postanowił przed nią obnażyć. Słuchał jej w skupieniu. Starał się chociaż na chwilę zapamiętać jej światopogląd, by rozmowa lepiej się kleiła... nie mógł jednak obiecać tego, że miał zamiar zabrać to ze sobą gdzieś na dłużej. Popijał piwo śledząc ruch jej ust, dając jej tym samym nieco dwuznaczny sygnał. Chyba tylko i wyłącznie z czystej ciekawości. Był zaintrygowany tym, w jaki sposób to odbierze, ale... Cóż, ktoś, kto pracował w takim miejscu, był chyba na takie spojrzenia wyjątkowo uodporniony, prawda? A może ona poniekąd na to liczyła? Może czerpała z tego satysfakcje? Może pod płaszczykiem uroczego, czerwonego kapturka krył się prawdziwy wilk? Sukub?
-Mamy ciężką sytuację w kraju i na świecie. Ludzie czują się niepewnie, zaczynają oszczędzać. Niepewna przyszłość rodzi niepewne napiwki.- mruknął, uśmiechając się do kufla na ten swój głupi tekścik na pograniczu żartu i faktycznego zaintrygowania się sytuacją geopolityczną na świecie. Tak, dobrze zgadliście, w rzeczywistości miał to wszystko głęboko w dupie i chciał utwierdzić ją w przekonaniu, że w ogóle go to interesowało. Jeżeli poczuje się pewnie, poczuje się słuchana, będzie skłonna mówić o sobie więcej. To jedna z lekcji, którą wyniósł z relacji z ludźmi w przeciągu trzydziestu dwóch lat swojego życia.
A potem zaprosiła go na krótką przerwę. Nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie dała mu nawet chwili na przemyślenie tej propozycji, bo postanowiła ruszyć z tą przedziwną pewnością siebie, kołysząc przy tym biodrami zupełnie tak, jakby rozpoczynała kolejny rytuał. Tym razem godowy. Zarzucił na siebie totalnie niedbale płaszcz i szal, po czym ruszył za nią. Wodzony za czubek nosa niczym innym jak zwykłymi, pierwotnymi potrzebami i instynktami. Słyszał jej pytania, ale nie odpowiadał. Szedł za nią cicho, o tyle cicho, że mogła przez chwilę zwątpić, że przyjął jej propozycję. Dopiero kiedy wyszedł za nią po chwili na dwór, postanowił odpowiedzieć.
-Podobno piwo było on the house. Nie możesz tak mieszać ludziom w głowach, stale zmieniając zdanie.- to mówiąc wyciągnął zmiętą paczkę marlboro w miękkiej oprawie i wysunął ją w jej kierunku. Sam wepchnął jedną z fajek między usta i odpalił ją w międzyczasie.- Każdy wytatuowany facet w czarnym golfie i glanach to dla ciebie tatuator?- zapytał z przekorą, przyjemnym, zaczepnym pomrukiem. Zaciągnął się dymem i przytrzymał go chwilę w płucach. Oczywiście, że postanowił odpowiedzieć jej pytaniem na pytanie. Nie byłby sobą, gdyby było inaczej.- Zawsze prowadzisz wywiad z klientami, Vita, czy po prostu jestem wyjątkowy?- i znowu on, ten cholerny, zadziorny uśmiech. Ten grymas zwiastujący kłopoty. Zupełnie, jakby sam starał się ostrzec ją przed tym, że pcha się w bardzo niebezpieczne rejony. Że znajomość z nim może jej się gorzko odbić. Wypuścił wreszcie dym, patrząc na nią długo, przeciągle i w swój sposób natarczywie. Teraz mógł zobaczyć ją całą, nie ukrywał jej ten wysoki, barowy mur i... podobało mu się to, co widział.

𝔑𝔬𝔰𝔶 𝔅𝔞𝔯𝔱𝔢𝔫𝔡𝔢𝔯

Come closer and see into the trees

: pn sty 26, 2026 8:34 pm
autor: vita holloway
W swoim dwudziestosześcioletnim życiu ceniła sobie szczerość. Uważała, że nawet najgorsza prawda jest lepsza niż najpiękniejsze kłamstwo. Nie rozumiała sensu kłamania, mijania się z prawdą... wydawało jej się to po prostu męczące, siłą rzeczy. Jak można kłamać i nie gubić się we własnych wersjach? Czy ktoś, kto został przyłapany na kłamstwie, nie czuje wstydu przed samym sobą? Tak było w przypadku jej rodzicielki. Kłamała pięknie. Na tyle dobrze, że nawet przez moment nie przeszło jej przez głowę, że mogłaby zdradzać jej ojca. Ba! nawet ojciec się nie zorientował, dopóki po prostu jej nie przyłapał. Zamotała się we własnych historyjkach, które doprowadziły do efektu kuli śnieżnej - spadała powoli z górki, coraz bardziej przyspieszając, aż w końcu wszystko zmiażdżyło ją i zrzuciło na sam dół eteru.
A teraz ten „książę ciemności” wtargnął tutaj z taką aurą, z taką energią, że nie dało się jej ukryć - przyciągała ją, choć nie chciała tego przyznać. To uczucie niepewności, to, że patrząc na jego bladą niczym kość słoniowa skórę nie potrafiła znaleźć niczego, co podpowiedziałoby jej, jakie życie prowadzi. I może właśnie dlatego lubiła pracę za barem... ludzie byli bardziej wylewni, otwarci, rzucali w nią historiami, o które wcale się nie prosiła, a jednak po jednej wizycie wiedziała, jakim typem człowieka byli. Skrzywdzonym? Pracowitym? Wiernym? Chciwym?

Z nim, jednak, nie było tak łatwo. Z niego nie mogła prawie niczego wyciągnąć. Wyglądało to wręcz tak, jakby to on trzymał w dłoniach włóczkę nici - podał jej tylko koniuszek, a potem odchodził powolutku, odkręcając ją centymetr po centymetrze i pozwalając jej poznawać go na jego zasadach. Nie jej. Podobało jej się to? Ależ skąd. Wewnętrznie można by powiedzieć, że czuła coś w rodzaju irytacji… ale to przecież sprawiało, że ta zmiana była ciekawsza. Miała czym zająć głowę między obsługiwaniem klientów. Mogła się skupić na czymś bardziej interesującym. Na nim. Wpatrywała się w jego zadziorny uśmiech i parsknęła śmiechem. - Moim zadaniem jest obserwować ludzi. - wysunęła dwa palce - środkowy i wskazujący - i wskazała nimi na swoje jasnoniebieskie oczy. - Dzięki nim potrafię stwierdzić na milę, czy będę komuś sprzedawała kolejną kolejkę. - Odpowiedziała dumnie.
Temat tatuażu jej schlebiał. Jeszcze nigdy nie porównano jej do dosłownego dzieła sztuki - obojętnie, w jakiej formie miałoby się to ukazać. Trochę można by powiedzieć, że nawet ją to speszyło. Zazwyczaj słyszała obleśne komentarze typu „fajny tyłek”, „ładna buźka”, a tutaj nagle… to było coś innego. Uniósła brew, pokiwała głową w niedowierzaniu i znowu parsknęła śmiechem. - Naprawdę uważasz, że wianuszek zachlanych adoratorów, którzy ślinią się na mój widok tylko dlatego, że jestem jedyną osobą, która w tym momencie nie traktuje ich gorzej niż ich własna smutna rzeczywistość, to jakieś osiągnięcie? - prychnęła pod nosem, po czym dodała, - Anyway… dzięki za komplement. - Oddałaby wiele za jakąś zdrową relację. Przyjaźń. Związek. Cokolwiek. Była zmęczona niekończącymi się, nic nieznaczącymi komentarzami i rozmowami, ale taki był jej los... osoby, która słucha o związkach, zdradach i połamanych sercach, a potem patrzy, jak ludzie i tak potrafią wrócić, wybaczyć, zaufać ponownie. Ona nie była taka. Na jej zaufanie trzeba było sobie zapracować. A jak już ktoś je złamał… odbudowanie? Nie było na to szans.

Schyliła się do kartonu, żeby wyjąć dodatkowe butelki likieru, odłożyła je na półkę i dopiero wtedy odwróciła się z powrotem do niego, słysząc jego wywód o sytuacji na świecie. - Gdyby nasz rząd dbał o porządne wynagrodzenie ludzi pracujących w gastronomii, to nie robiłabym z siebie kukiełki, żeby dostać napiwki. - wymusiła uśmiech, po czym na chwilę delikatnie posmutniała. Nie była łasa na pieniądze, co to, to nie. Ale marna stawka godzinowa nie dawała jej innego wyboru, jak polegać na napiwkach, żeby przetrwać w Toronto. W końcu musiała wykarmić Milo, a skubany nie jadł byle czego. Pożegnawszy się z Rogem, naprawdę chciała dowiedzieć się czegoś więcej o tym towarzyszu, który unikał pytań jak ognia, więc spędzenie z nim przerwy brzmiało w tamtym momencie jak najbardziej rozsądna opcja. Zaśmiała się na jego komentarz, machnęła ręką i rzuciła głośno, - Szczegóły! - I ruszyła w stronę wyjścia. - Dajesz po prostu taki vibe - odpowiedziała szybko. Oparła się, wyciągnęła papierosa z paczki, wysunęła zapalniczkę z kieszeni płaszcza i odpaliła fajkę, zaciągając się. Irytowało ją to, że unikał jej pytań. Nie podobało jej się to. I nie miała zamiaru tego w sobie tłamsić. - Zawsze odbijasz pytaniem na pytanie, unikając odpowiedzi? - rzuciła i zaciągnęła się ponownie. - Wolałbyś rzeczywistość, w której traktuję cię jak każdego innego klienta… czy taką, w której jesteś kimś wyjątkowym? - Zrobiła kilka kroków w jego kierunku i stanęła przed nim. Uniosła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy... był cholernie wysoki. - Odpowiesz… czy znowu się wycofasz? - Wsadziła papierosa między usta i zaciągnęła się ponownie, skanując jego twarz.

prince of avoidance

Come closer and see into the trees

: pn sty 26, 2026 9:42 pm
autor: Ian Swerdlove
Palił w milczeniu, obserwując każdy jej ruch. Zupełnie tak, jakby miał możliwość przeczytania nie tylko tego, co do niego mówi, ale również to, co starała się ukryć... Cóż, pozory mylą. Swerdlove był strasznie kiepski, jeżeli chodzi o rozczytywanie mowy ciała. Ale za to potrafił wyglądać tak, jakby tę umiejętność posiadł w bardzo wczesnych etapach swojego życia. Kiedy poczęstowała się papierosem, schował paczkę prosto do kieszeni, na czuja, bo z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny nie potrafił oderwać oczu od jej migoczących oczu. Spojrzał gdzieś w przestrzeń w momencie, kiedy zaczęła go konfrontować. Nie dlatego, że się speszył, poczuł niekomfortowo, czy szukał odpowiedzi na to pytanie. Na dobrą sprawę przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem...
-Zrobiłaś dosłownie to samo.- wyprzedził własne myśli zauważając pewną hipokryzję, a po tych słowach szmaragd jego spojrzenia plusnął głośno wzburzając taflę jej błękitnych, morskich oczu-Ale może masz rację.- przyznał po kolejnej chwili ciszy, przyciskając usta do luftu. Znów zaciągnął się głęboko, by po chwili otulić jej twarz nikotynowym dymem wypuszczonym prosto z płuc. Nie zamierzał podporządkować się jej woli. Dał jej jasno do zrozumienia, że albo zaakceptuje jego tajemniczą mrukliwość, albo wróci do domu opalony z fajki, ale dwa darmowe piwa do przodu. Za to pierwsze w takim przypadku też nie zamierzał płacić, tak po prostu, z miłości do gry.- Nie jestem po prostu nikim ciekawym. Nikim, kogo faktycznie chciałabyś bliżej poznać.- mówił spokojnie, ale z jakimś rodzaju przekonaniem. Przekonaniem, które miało bardziej zagrać jej na emocjach, zamącić w głowie i odwieść od drążenia tematu. Kolejna umiejętność nabyta podczas długich lat wciskania ludziom kłamstw. Nawet jemu raz do roku zdarzyło mu się powiedzieć prawdę, bo to ostrzeżenie miało w sobie więcej prawdy, niż mógłby się tego spodziewać.
Zbliżyła się do niego na tyle blisko, że nawet pomimo podmuchu mroźnego powietrza był w stanie poczuć jej zapach. Zaciągając się fajką upewnił się, że wypełnił po brzegi płuca jej, a jakże, słodkim zapachem. Wszystko w tej dziewczynie krzyczało, że jest jego absolutnym przeciwieństwem, a dalsze obcowanie z nią mogłoby ją jedynie głęboko zranić, skrzywdzić. Czy zamierzał powstrzymać się przed dalszym kontaktem z nią? W jego pokręconym umyśle sam fakt dawania jej ostrzeżeń starczył. Jeżeli ona w dalszym ciągu do niego lgnęła- on nie miał w zamiarze z nią walczyć. W końcu byłą dorosłą, samostanowiącą kobietą. Może gdzieś w głębi ducha kręciła ją dynamika związku, w której byłaby przez kogoś zupełnie zdominowana, sprowadzona do parteru i poniżona? Może lubiła słodkie kłamstwa i ostre...
Przerzucił włosy opadające mu twarz, jakby starając się jednocześnie wyrzucić z głowy kłębiące się, coraz bardziej duszne myśli.
-Nie jestem jakimś wielkim fanem bycia w centrum uwagi...- zaczął wreszcie, tym razem, po raz pierwszy tego wieczoru (i możliwe, że od dawna), zupełnie szczerze. Bezwstydnie patrzył jej prosto w oczy, jakby samym spojrzeniem chciał wgryźć się w jej serce. Tylko i wyłącznie po to, by w przyszłości móc zatopić zęby w innej części jej ciała. Nie, nie chodziło już o organy wewnętrzne.-... ale ta rzeczywistość zdecydowanie o wiele bardziej mi odpowiada.- jego spojrzenie zsunęło się mimowolnie na jej pełne wargi oplatające czule papierosa.
Przy kolejnym podmuchu wiatru, kosmyki jej włosów uniosły się w chaotycznym tańcu. Ian, bez słowa, bezczelnie pomógł jej zgarnąć kosmyk włosów i upchnąć go ostrożnie za jej uchem, nie szczędząc sobie przy tym okazji do muśnięcia koniuszkami płatka jej ucha. Chwilę potem znów wcisnął dłoń w kieszeń, jak gdyby nigdy nic i dopalił papierosa wypuszczając go niedbale na ziemie. Przygasił go ciężkim butem, ani na moment nie odrywając spojrzenia od swojej rozmówczyni.
-Skąd ta pewność, że ja się do ciebie nie ślinię?- rzucił niby od niechcenia, nawiązując tym samym do tego, co mówiła wcześniej. Zrobił zdecydowany krok w jej stronę. Zmniejszył odległość tak dramatycznie, że nie zostawił między ich ciałami zbyt wiele wolnej przestrzeni. Byłby w stanie przyrzec, że poczuł ciepło jej ciała.- Skąd ta pewność, że twój klient nie miał racji, hm? Może faktycznie pchasz się właśnie w paszczę lwa na własne życzenie?- zapadła ciężka, bardzo gęsta cisza. Patrzył na nią tak, jakby w okolicy nie było niczego innego poza nią.- Odpowiesz, czy znów się wycofasz?- ten cholerny, charakterystyczny uśmiech sam znów wymalował się mimowolnie na jego twarzy. Chciał przesuwać granice. Chciał zobaczyć w jej oczach ten sam, znajomy wyraz, co u każdej innej, nowo napotkanej osoby.
Lęk, zastraszenie i wycofanie.
Szukał w niej potwierdzenia.

𝔇𝔬𝔫 𝔔𝔲𝔦𝔵𝔬𝔱𝔢

Come closer and see into the trees

: wt sty 27, 2026 1:03 pm
autor: vita holloway
Z tego wszystkiego, Vita mogła stwierdzić tylko jedno... był spostrzegawczy. Nie mogła tego zaliczyć do jakiegoś przełomowego odkrycia, ale hej - to nie jest cecha, którą ma każdy, więc małe zwycięstwo i tak rozgrzało jej serce. I mimo wszystko nie umiała dać sobie spokoju. Wciąż miała wrażenie, że on po prostu z nią igra. Jakby to była dla niego zabawa - wybadać teren, sprawdzić, co ona zrobi… zamiast odwrotnie. Może była zbyt nieufna? Może już układała w głowie kilka możliwych scenariuszy tego, co mogłoby się wydarzyć między nimi? A może po prostu wkurzała ją ta jego dyskrecja, bo na koniec dnia psuła jej plany dowiedzenia się czegokolwiek. Na jej ustach pojawił się delikatny, niemal triumfalny uśmiech. - Po prostu chciałam przez chwilę pobawić się w twoją grę. - wzruszyła ramionami i spojrzała w dół... na swoje buty i jego ciężkie glany. Zabawne było to, jak zaczęła do niego mówić jak do kogoś, kogo zna od dawna, a nie do klienta, którego zobaczyła raptem ponad godzinę temu. Życie płata niezłe figle - a ona czuła, że on jest ich żywym odzwierciedleniem.
Uniosła wzrok, gdy powiedział coś o sobie, a ona zmarszczyła nos, wpatrując się w jego bladą twarz. - A może po prostu jestem niezwykle miła dla mojego nowego klienta? - uśmiechnęła się zadziornie. - A to mój sposób na to, żebyś stał się stałym bywalcem, eh? - Zaśmiała się pod nosem. Pierwszy instynkt mówił jej, żeby od razu wybić mu z głowy to, jak o sobie myśli. Ale przecież… tak naprawdę nie była dla niego nikim. Nie będzie mu tu prawiła emocjonalnych, protekcyjnych, wspierających rzeczy tylko po to, żeby poczuł się lepiej... po pierwsze - skąd miała wiedzieć, że tak się stanie, a po drugie... to chyba nie było miejsce na takie rozmowy. - Poza tym, panie, którego trzeba dosłownie ciągnąć za język, żeby cokolwiek powiedział… a tym bardziej zdradził swoje imię… - uniosła brew. - Pozwól mi, że sama zdecyduję, czy jesteś kimś ciekawym, okej?- Położyła dłoń na jego ramieniu i lekko je ścisnęła. - Jestem dużą dziewczynką. - puściła mu oczko i uśmiechnęła się szeroko.

Sposób, w jaki jego spojrzenie ją przenikało... był momentami wręcz hipnotyzujący. Nie czuła się nim stłamszona ani zawstydzona - była pewną siebie kobietą, więc bezczelnie stała tam przed nim, blisko. Na tyle blisko, że gdyby któreś z nich przesunęło się o krok bliżej, mogłaby przysiąc, że poczułaby jego oddech na sobie. Przełknęła powoli ślinę, słuchając jego następnych słów. Coś w niej zaczęło buzować. Mogłaby przysiąc, że to adrenalina - taka, która miesza w głowie i krzyczy, żeby robić najbardziej nieodpowiedzialne rzeczy, o których w ogóle nie powinno się myśleć. Trzymała między palcami powoli dopalającego się papierosa, który tlił się samoistnie, podczas gdy ona zastanawiała się, co właściwie ma mu odpowiedzieć.
W końcu postawiła na swoją flirciarską naturę. - W takim razie… traktuję cię jak kogoś wyjątkowego - rzuciła niby pewnie, ale i tak jej głos lekko zadrżał. Wiatr wzburzał jej ciemne włosy, a to, co zrobił chwilę później, zaskoczyło ją kompletnie. Serce załomotało jej kilka razy mocniej, gdy poczuła opuszki jego palców przy uchu, kiedy wsunął za nie kosmyk włosów. Atmosfera nagle zgęstniała. Mróz i wiatr, które przed chwilą mroziły krew w żyłach, teraz jakby stały się niewidoczne. Nieodczuwalne. Czuła, jak policzki jej różowieją - nie od zimna, tylko od gorąca. Od jego słów. Od tego, jak płynnie jeszcze bardziej zmniejszył dystans między nimi. Może faktycznie była tylko bezbronną zdobyczą, która zaraz dobrowolnie wyląduje w paszczy lwa? A może jednak pokaże mu, że w tej znajomości nie tylko ona będzie grała na jego zasadach… ale on też będzie musiał zagrać na jej. Wypuściła papierosa na ziemię... już parzył ją między palcami. Nie patrząc na niego, wiedziała, że zaraz dopali się w śniegu i lodzie, na który spadł. Przysunęła się jeszcze bliżej. Perfidnie, tak żeby jej ciało musnęło jego, żeby już nie było udawania, że to tylko rozmowa. Spojrzała na niego od dołu. - Jestem aż tak interesująca, że słuchałeś mojej rozmowy z klientem? - uniosła delikatnie brew, wpatrując się w jego oczy. Jej opuszki palców dotknęły jego dłoni - nie splatała ich palców, tylko po prostu się z nimi stykała. - I nie mam w zwyczaju się wycofywać… bezimienny.

no name