you're the best bad habit i ever had
: pn sty 26, 2026 2:02 am
i can say that I'm quitting you, then i start missing you,
'cause you're the best bad habit I ever had
Słowo brzmiało zbyt lekko, aby mu uwierzyć, ale jednocześnie zbyt poważnie, aby w pełni je zignorować. Mimo to odsuwał od siebie zarówno myśli, jak i oczekiwania. Przestał czekać. Jedyne, czego pragnął, to wyciszenia niesfornych emocji — czasami za pomocą farmakologii, czasami za pomocą zwyczajnych napraw. Wiedział więc, co robi, pochylając się nad wzmacniaczem, tym samym, o którym ciągle mówił: “da się naprawić” — ale z jakiegoś powodu ciągle tego unikał.
Trzymał właśnie w trzech palcach lampę elektronową, próbując jak najszybciej, ale jednocześnie jak najdelikatniej osadzić ją w gnieździe. Jedną ręką podtrzymywał więc podstawę lampową wzmacniacza, drugą — dociskał szkło ostrożnym, bardzo skupionym ruchem. Marszczył w zamyśleniu brwi, aż wreszcie…
Drgnął.
Odruchowo zacisnął palce, tłucząc szkło z cichym trzaskiem.
Głośno zaklął pod nosem.
Odetchnął raz, drugi, a potem trzeci. Bezskutecznie próbował opanować drżenie rąk, sięgnął więc po telefon, wcześniej odrzucając gdzieś w bok stłuczoną lampę elektronową. Mimowolnie syknął. Milczał, tępo patrząc, jak brudzi stół krwią.
Mimo to odczytał wiadomość.
“Przyjedziesz?”
“Tęsknię za Tobą”.
Jedno nieodebrane połączenie.
Nieważne, czy proste pytanie rzeczywiście dawało wybór, czy nie, głupie serce i tak uderzyło mocniej. Poczuł dziwaczną suchość w ustach. Odłożył telefon równo co do milimetra względem stołu, robiąc to tak delikatnie, jakby obawiał się, czy wiadomość zniknie, jeżeli zrobi to mocniej. Głupota. Trochę nerwowo rozciągnął szyję, przysłuchując się znanemu trzaśnięciu kości, po czym jednym ruchem wyciągnął z kciuka kawałek szkła i otarł ręce w brudną szmatę.
“Przyjedziesz?”
Przecież zawsze to robił. Zawsze przyjeżdżał. Nieważne, co się działo, zdawał się być na każde, najmniejsze nawet kiwnięcie palcem, i tym razem wstał więc od stołu, Ściągnął z siebie brudną bluzkę, łapiąc pierwszą, jaką zobaczył — czarną z wycięciem w serek. Czystą, niekoniecznie pachnącą praniem, bardziej wodą toaletową, taką samą co zawsze. Potem obrócił w palcach małą tabletkę, białą, lekką, co odnotował z niemałym zaskoczeniem, jakby za każdym razem spodziewał się czegoś innego. Reagował odruchowo: pod język, popić, wyjść.
Odchylił głowę, opierając się o drewniany blat obiema dłońmi, jakby czekał, aż zacznie działać. Wziął małą dawkę, ledwie wystarczającą do tego, aby przetrwać noc, ale wystarczającą, aby ręce przestały drżeć — przynajmniej teraz. Instynktownie mocniej zacisnął palce. Czuł ból, piekącą, skaleczoną skórę, ale dyskomfort jedynie zakotwiczył mężczyznę w rzeczywistości.
“Tylko sprawdzę”, powtarzał więc bezgłośnie, wychodząc z domu, “czy wszystko w porządku”.
“Sprawdzę, co się stało”, racjonalizował, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Głęboki, mrukliwy dźwięk ośmiocylindrowego silnika pod maską prawie sześćdziesięcioletniego Mustanga, dokładnie tego samego, w którym siedzieli niegdyś godzinami, rozluźniał do bólu napięte mięśnie. Demian jechał szybciej, niż planował i niż powinien. Dużo za szybko, trochę tak, jakby bał się zwolnienia. Gdyby wcisnął hamulec, rozum być może wreszcie dogoniłby serce, a wtedy po prostu musiałby się prędzej czy później zatrzymać.
Przynajmniej zatrzymał się dopiero pod kamienicą.
Wysiadł od razu, zanim pomyślał, co on, do cholery, robi. Wcześniej, jeszcze prowadząc, odpisał jednym słowem. “Jestem”, dokładnie tak, jak tysiące razy wcześniej, kiedy nocą parkował pod domem jej dziadków.
Wchodząc po schodach, nerwowo zaciskał oraz rozluźniał palce, zanim wreszcie odnalazł odpowiednie piętro i odpowiednie mieszkanie. Uderzył w drzwi, po czym wcisnął jedną dłoń w kieszenie bluzy, a następnie oparł się przedramieniem wysoko o framugę, dokładnie tak, jak często stawał czy to pomiędzy lekcjami, czy to w sklepach — tak, aby widzieć resztę najbliższego otoczenia. Ciągle spięty. Ciągle niepewny.
Czekał z sercem bijącym tak głośno, aż zastanawiał się, czy sąsiedzi też usłyszą jego nierówny rytm.
Ale widząc, jak otwiera drzwi…
— Hej — odezwał się dość cicho, ale przyjemnym, niskim głosem, pochylając głowę tak nisko, aż z łatwością poczuł znajomy zapach. Bo co innego mógł powiedzieć? “Tęskniłem”? “Przepraszam”? “Zostań”?
Sorcha MacRae