Strona 1 z 1

you're the best bad habit i ever had

: pn sty 26, 2026 2:02 am
autor: Demian Crowe
i can say that I'm quitting you, then i start missing you,
'cause you're the best bad habit I ever had
“Z a d z w o n i ę”.
Słowo brzmiało zbyt lekko, aby mu uwierzyć, ale jednocześnie zbyt poważnie, aby w pełni je zignorować. Mimo to odsuwał od siebie zarówno myśli, jak i oczekiwania. Przestał czekać. Jedyne, czego pragnął, to wyciszenia niesfornych emocji — czasami za pomocą farmakologii, czasami za pomocą zwyczajnych napraw. Wiedział więc, co robi, pochylając się nad wzmacniaczem, tym samym, o którym ciągle mówił: “da się naprawić” — ale z jakiegoś powodu ciągle tego unikał.
Trzymał właśnie w trzech palcach lampę elektronową, próbując jak najszybciej, ale jednocześnie jak najdelikatniej osadzić ją w gnieździe. Jedną ręką podtrzymywał więc podstawę lampową wzmacniacza, drugą — dociskał szkło ostrożnym, bardzo skupionym ruchem. Marszczył w zamyśleniu brwi, aż wreszcie…
Drgnął.
Odruchowo zacisnął palce, tłucząc szkło z cichym trzaskiem.
Głośno zaklął pod nosem.
Odetchnął raz, drugi, a potem trzeci. Bezskutecznie próbował opanować drżenie rąk, sięgnął więc po telefon, wcześniej odrzucając gdzieś w bok stłuczoną lampę elektronową. Mimowolnie syknął. Milczał, tępo patrząc, jak brudzi stół krwią.
Mimo to odczytał wiadomość.
“Przyjedziesz?”
“Tęsknię za Tobą”.
Jedno nieodebrane połączenie.
Nieważne, czy proste pytanie rzeczywiście dawało wybór, czy nie, głupie serce i tak uderzyło mocniej. Poczuł dziwaczną suchość w ustach. Odłożył telefon równo co do milimetra względem stołu, robiąc to tak delikatnie, jakby obawiał się, czy wiadomość zniknie, jeżeli zrobi to mocniej. Głupota. Trochę nerwowo rozciągnął szyję, przysłuchując się znanemu trzaśnięciu kości, po czym jednym ruchem wyciągnął z kciuka kawałek szkła i otarł ręce w brudną szmatę.
“Przyjedziesz?”
Przecież zawsze to robił. Zawsze przyjeżdżał. Nieważne, co się działo, zdawał się być na każde, najmniejsze nawet kiwnięcie palcem, i tym razem wstał więc od stołu, Ściągnął z siebie brudną bluzkę, łapiąc pierwszą, jaką zobaczył — czarną z wycięciem w serek. Czystą, niekoniecznie pachnącą praniem, bardziej wodą toaletową, taką samą co zawsze. Potem obrócił w palcach małą tabletkę, białą, lekką, co odnotował z niemałym zaskoczeniem, jakby za każdym razem spodziewał się czegoś innego. Reagował odruchowo: pod język, popić, wyjść.
Odchylił głowę, opierając się o drewniany blat obiema dłońmi, jakby czekał, aż zacznie działać. Wziął małą dawkę, ledwie wystarczającą do tego, aby przetrwać noc, ale wystarczającą, aby ręce przestały drżeć — przynajmniej teraz. Instynktownie mocniej zacisnął palce. Czuł ból, piekącą, skaleczoną skórę, ale dyskomfort jedynie zakotwiczył mężczyznę w rzeczywistości.
“Tylko sprawdzę”, powtarzał więc bezgłośnie, wychodząc z domu, “czy wszystko w porządku”.
“Sprawdzę, co się stało”, racjonalizował, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Głęboki, mrukliwy dźwięk ośmiocylindrowego silnika pod maską prawie sześćdziesięcioletniego Mustanga, dokładnie tego samego, w którym siedzieli niegdyś godzinami, rozluźniał do bólu napięte mięśnie. Demian jechał szybciej, niż planował i niż powinien. Dużo za szybko, trochę tak, jakby bał się zwolnienia. Gdyby wcisnął hamulec, rozum być może wreszcie dogoniłby serce, a wtedy po prostu musiałby się prędzej czy później zatrzymać.
Przynajmniej zatrzymał się dopiero pod kamienicą.
Wysiadł od razu, zanim pomyślał, co on, do cholery, robi. Wcześniej, jeszcze prowadząc, odpisał jednym słowem. “Jestem”, dokładnie tak, jak tysiące razy wcześniej, kiedy nocą parkował pod domem jej dziadków.
Wchodząc po schodach, nerwowo zaciskał oraz rozluźniał palce, zanim wreszcie odnalazł odpowiednie piętro i odpowiednie mieszkanie. Uderzył w drzwi, po czym wcisnął jedną dłoń w kieszenie bluzy, a następnie oparł się przedramieniem wysoko o framugę, dokładnie tak, jak często stawał czy to pomiędzy lekcjami, czy to w sklepach — tak, aby widzieć resztę najbliższego otoczenia. Ciągle spięty. Ciągle niepewny.
Czekał z sercem bijącym tak głośno, aż zastanawiał się, czy sąsiedzi też usłyszą jego nierówny rytm.
Ale widząc, jak otwiera drzwi…
Hej — odezwał się dość cicho, ale przyjemnym, niskim głosem, pochylając głowę tak nisko, aż z łatwością poczuł znajomy zapach. Bo co innego mógł powiedzieć? “Tęskniłem”? “Przepraszam”? “Zostań”?

Sorcha MacRae

you're the best bad habit i ever had

: pn sty 26, 2026 11:48 am
autor: Sorcha MacRae
Zmęczona była walką ze sobą. Poza tym, nie chciała przecież niczego złego. Jedynie wyjaśnić sprawy, oczyścić myśli z domysłów. Intencja była dobra i czysta. Rozmowa, jakieś wyjaśnienie, w końcu postanowienia. Zniszczyłaby ją niepewność gruntu, na którym stała. Znała siebie, za chwilę zaczęłaby szukać ucieczki, tam gdzie nie powinna.
W krótkiej wiadomości, zapytała Demiana czy przyjedzie. Dodała, że tęskni, zgodnie z prawdą, bo właściwie co traciła na obnażeniu swoich uczuć? Nie wstydziła się ich, a mogła je poukładać.
Ukuło ją jednak coś w tej wiadomości, którą przed chwilą stworzyła i zdążyła już wysłać. Ta tęsknota prawdopodobnie niewiele zmieniała. Była faktem, ale też bardziej łączyła się z końcem niż początkiem. Wywlekła ją po to, żeby sobie ulżyć.. szczerze, ale egoistycznie. I Sorcha wcale nie czuła się dobrze z tym, że w ten sposób obarcza Demiana sobą. Była dorosła, powinna sobie radzić ze swoimi emocjami. Tymi bolesnymi również. Ona tymczasem, liczyła na to, że to on sobie z nimi poradzi. Przyjedzie lub nie, jedno i drugie byłoby jakąś odpowiedzią.
Kwestią sekund było, kiedy we wszystko zwątpiła i postanowiła zadzwonić, odwołać, przeprosić, nie ciągnąć go tutaj. Nie odebrał. Dłonie jej drżały, niepewność wzmagała frustrację.
Sorcha krążyła po kuchni, katując się myślami, zmieniając zdanie co pół minuty. Zaklęła w końcu głośno i otworzyła jedną z kuchennych szafek. Wlepiła wzrok w duże kieliszki, z których lubiła pić wodę.
Po powrocie miało być lepiej, a wychodziło na to, że toczy ze sobą ciągłą walkę. Jak mogła być spokojna, skoro bez przerwy musiała analizować co powinna zrobić, a czego nie? Przestała myśleć o tym, czego chciała, a skupiała się jedynie na tym co musiała. Siedziała w mieście, którego nie lubiła, pracowała w miejscu, w którym nie chciała, unikała ludzi, za którymi tęskniła. Jeżeli tak miało być, to czy warto było walczyć? I o co? Nie widziała perspektyw, czuła jedynie otwarte rany, o których udało jej się zapomnieć, kiedy była w Mali. Teraz wszystko krwawiło na nowo.
Alkohol kiedyś pomagał. Przyjemny szum w głowie, myśli prowadzące do nikąd, długi sen i nawet ciężki poranek, odpychały gdzieś szarą codzienność. Opierała dłonie na kuchennym blacie i wpatrywała się w gładkie szkło. Szukała.. starała się znaleźć w sobie jakąś dumę z tego, że jest trzeźwa, ale.. gdzie ta duma? Czy naprawdę stałoby się coś złego, gdyby pozwoliła sobie raz na jakiś czas, w dni wolne od pracy, na kilka kieliszków wina? Tak, żeby wieczór stał się przyjemniejszy? Przecież normalni ludzie tak właśnie funkcjonują. Wino do obiadu, piwo do serialu. Wystarczyło zachować umiar.
Sięgnęła więc po ten kieliszek, a potem do lodówki, po butelkę. Kupiła ją tego dnia, kiedy spotkała Demiana, w jakimś nieprzemyślanym i niezrozumiałym odruchu. Otworzyła ją, wypełniła kieliszek na ponad połowę jego objętości. Jej ruchy były szybkie i płynne, jakby nie dawała sobie czasu, żeby się rozmyślić.
Nie zawahała się przed pierwszym łykiem, bo to przecież nic takiego.
Zamoczyła usta, przełknęła porcję czerwonego płynu i.. nic. Smak rozlał się po podniebieniu, alkohol rozgrzał przełyk.. a świat dalej stał i ona też. Wino smakowało przeszłością, tą dobrą przeszłością. Odetchnęła głęboko. Czuła.. wiedziała, że może nad tym panować.
Wstyd i wyrzuty sumienia pojawiły się dopiero po kilku kolejnych, bardziej łapczywych łykach. Czy naprawdę tego potrzebowała? Czy naprawdę wierzyła, że w porę powie stop? Czy warto było.. ryzykować?
Czuła jak wypieki pojawiają się na jej policzkach. Ciężko stwierdzić czy był to efekt alkoholu, czy zażenowania. Stop. Teraz był idealny moment, żeby właśnie to sobie powiedzieć.
Gwałtownym ruchem wrzuciła więc kieliszek, z resztką jego zawartości, do zlewu. Cienkie szkło momentalnie się stłukło, ale nie dbała teraz o to. Z lodówki wyciągnęła butelkę, która też wylądowała w zlewie. Odkręciła wodę, żeby spłukać wino z kuchennego zlewu. Otworzyła okno, żeby wywietrzyć specyficzny zapach.
Wtedy zapikał telefon.
Odpisał.
Zamarła na chwilę, wpatrując się w niewielki wyświetlacz. Tego przecież chciała.
Kiedy zapukał, otworzyła niemal od razu. Zaprosiła go do środka, a potem oparła się plecami o przed chwilą zatrzaśnięte drzwi.
Wcale nie było łatwo sięgać po wyjaśnienia, ale przecież dobrze wiedziała, że mu się należą. I naprawdę nie chciała tym niczego ugrać. Chciała zamknąć temat, nie dręczyć się nim więcej.
- Przepraszam, Demi. - powiedziała, wciskając plecy w skrzydło drzwiowe, jakby mogły ją te drzwi pochłonąć. - Powinnam się odzywać, ale wtedy nie mogłabym tam zostać. A musiałam zostać. W Mali. Gdybyś to wszystko widział.. - urwała, potrząsając głową. Dopuszczanie do siebie traumatycznych wspomnień nie było zbyt przyjemne, a na pewno nie było łatwe. Drżący oddech wypełnił jej płuca.
- Tęskniłam za Tobą i to się nigdy nie zmieniło. Ale wiesz jacy byliśmy.. - dodała, w końcu zaciskając usta i odwracając wzrok.

Demian Crowe

you're the best bad habit i ever had

: pn sty 26, 2026 5:31 pm
autor: Demian Crowe
Gdyby się zatrzymał, to by zrezygnował. Wykonał więc krok, a potem następny, aż wreszcie wszedł do korytarza niedużego mieszkania. Słysząc, jak drzwi zamykają się z cichym trzaskiem, odruchowo napiął mięśnie ramion. Bezwiednie odetchnął głębiej, zatrzymując powietrze w płucach o wiele dłużej, niż powinien. Otrząsnął się dopiero po chwili. Po prostu dźwięk przekręcanego zamka zabrzmiał tak, jakby to ojciec wracał po służbie. Brakowało jeszcze odgłosu rzuconych nieopodal kluczy.
Odwrócił się momentalnie.
Widział, jak Sorcha stoi boso na chłodnej podłodze, widział rozpuszczone, pofalowane kosmyki jasnych włosów, widział, jak opiera się o drzwi — a jednocześnie wydawała się być dużo bliżej, niż powinna. Wystarczyło wyciągnąć rękę, o parę centymetrów, naprawdę niedużo. Wystarczyło się zdecydować, aby wrócić do tego, co tak dobrze pamiętał.
Zamiast tego wcisnął jedynie obie ręce w kieszenie spodni, odsuwając niechcianą, niewygodną myśl, po czym powoli pokiwał głową. Nieważne, co brał, wypowiadane słowa trafiały głębiej — tam, gdzie nie docierały żadne leki.
“Gdybyś to wszystko widział…”.
Crowe mocno zacisnął szczękę, dopiero teraz rozumiejąc, co tam robiła. Gdzie to robiła. Co widziała. Chciał dobrze, naprawdę zawsze chciał jak najlepiej, jak się jednak okazało — cokolwiek robił i cokolwiek mówił, popychał Sorchę tam, gdzie działo się coś złego czy nieodpowiedzialnego.
Odetchnął powoli, ale płytko, tak, jakby uświadomienie sobie tego przyniosło mu fizyczny ból.
Przez krótką chwilę — sekundę, maksymalnie dwie — stał nieruchomo.
Ani nie odwrócił wzroku, aninie drgnął nawet o milimetr.
Hej — powiedział cicho, wchodząc blondynce w słowo w momencie, w którym mówiła o Mali. Odezwał się niskim tonem, niższym, niż planował, trochę ostrożnie oraz zapobiegawczo. Wypowiedział jednak wyłącznie to jedno słowo: “hej”, ale bezskutecznie próbował przerwać potok jej myśli. On zwyczajnie przestał mówić.
Automatycznie podniósł rękę, ale praktycznie od razu zawahał się, zastanawiając się, co teraz z nią zrobić. Dotknąć ciepłego policzka? Położyć dłoń na karku? Całkiem się cofnąć? Trochę zgłupiał. Ciało mówiło jedno, rozum — drugie. Wykonał jednak mały krok, po czym oparł się o drzwi, do których przywarła. Nieważne, jak szybko biło mu teraz serce, opierał się na wyprostowanym łokciu — niezbyt blisko, ale jednocześnie niezbyt daleko.
Gdzieś pomiędzy.
Pochylił się.
Hej — odezwał się, gdy przestała mówić, ale tym razem ciszej, prawie że szeptem. Wciąż łagodnym, spokojnym oraz stanowczym tonem, dokładnie tak, jakby jego pewność siebie mogła udzielić się i jej. Trudno było mu patrzeć, jak odwraca wzrok. Być może właśnie dlatego, ni stąd, ni zowąd, coś zmieniło się w skupionej, dotychczas nieodgadnionej twarzy — coś zmiękło.
Popatrz na mnie — mówił dalej, trochę prosząc, a trochę informując.
Dzieliło ich maksymalnie paręnaście centymetrów.
Czuł nienarzucający się zapach perfum, kwiatowych, przyjemnych, w teorii znajomych, ale w rzeczywistości — dużo bardziej intensywny. Być może to jego wina? Być może to on stał się bardziej wrażliwy na nią?
Odczekał parę dłużących się w nieskończoność sekund, zanim podniósł drugą dłoń i dotknął jej podbródka. Palec wskazujący ułożył wygodnie pod brodą, kciuk — wyżej, pod dolną wargą. Powoli uniósł rękę, chcąc, aby podniosła wreszcie głowę. Czekał cierpliwie, aż zdecydowała się spojrzeć, a kiedy to zrobiła — patrzył. Milczał, przyglądając się łagodnie tym jasnym oczom.
Zrobiłaś to, co musiałaś. Rozumiem.
Odsunął rękę, wysuwając delikatnie dłoń, po czym przesunął palcami wzdłuż miękkiego, ciepłego policzka, aż dotarł do skroni, gdzie wsunął parę luźnych kosmyków za ucho. Pamięć mięśniowa.
Cholera…
Robił to, co robił zawsze, będąc obok.
Dopiero po chwili zaczął zastanawiać się, czy mógł, czy powinien, a także najważniejsze — czy c h c i a ł a. Cofnął więc rękę, reagując jednak bardzo powoli, jakby obawiał się, czy Sorchę swoim zachowaniem zwyczajnie spłoszy.
Nie musisz nic tłumaczyć. Wszystko w porządku — dodał, odsuwając dłoń, nawet jeśli o drugą wciąż się opierał. Robił to, co robił zawsze. Brał na siebie ciężar. Brał odpowiedzialność. Umiał to unieść. Radził sobie z gorszymi rzeczami. Jedna dodatkowa wina różnicy nie zrobi.

Sorcha MacRae

you're the best bad habit i ever had

: wt sty 27, 2026 9:55 am
autor: Sorcha MacRae
Patrzyła na niego, ale wcale nie wierzyła w to co mówił. Czuła jakby ją zbywał. Jakby nie chciał nic wiedzieć, nie dlatego, że było “w porządku”, tylko dlatego, że go to właściwie nie interesowało. Zmarszczyła brwi nie do końca rozumiejąc jego intencje. Nie było w porządku, nie było dobrze, nie było nawet normalnie. I była przekonana, że on też to zauważa, ale najwyraźniej jedynie jej zależało, żeby atmosfera między nimi była lżejsza. Być może niepotrzebnie. Być może między nimi nie powinno być już żadnej atmosfery.
Wyraźnie pamiętała tamten dzień, który wszystko zmienił. Szpital, Demiana obok łóżka, i tę dojmującą świadomość, że jeśli zostanie z nim, to umrze. A Sorcha jednak chciała żyć. Łatwo było przerzucić odpowiedzialność na niego. Znaleźć winnego. Ułatwić sobie patrzenie w przeszłość. Minęło sporo czasu, zanim wspomnienia przybrały nieco inny wymiar, a świadomość w końcu zaczęła dopuszczać niewygodne fakty. To zawsze były jej decyzje. Jej głód. Wina też jej. Przy nim czuła się na tyle bezpiecznie, że przestawała być ostrożna, jakby sam fakt jego obecności wystarczył, żeby wszystko było dobrze. Poniekąd, w jakimś stopniu to się sprawdziło, bo pewnie gdyby wtedy go nie było, teraz nie byłoby i jej.
Mali, poza traumą, dało jej też siłę. Będąc tam sama, musiała zmierzyć się ze sobą. Przepracować wszystko w swojej głowie, a ostatecznie sobie wybaczyć. I to zrobiła. Wydawało się, że zamknęła te rozdziały, które zamknąć powinna. Alkohol, inne używki.. łatwo było z nich nie korzystać, kiedy nie było ich pod ręką, ale i tak trzeźwość dodawała jej wiary w siebie. Ciężko było za to nie myśleć o Demianie. Nie, tego rozdziału zamknąć się nie dało. Można go było jedynie ignorować w sprzyjających warunkach, których w Toronto nie było.
Prawą ręką podrapała swoje lewe ramię, tylko po to, żeby zająć czymś dłonie. Głowę oparła o drzwi, odchylając ją nieco do tyłu, żeby wygodniej jej było na niego patrzeć. W mieszkaniu czuć było wyraźny chłód, bo przecież nie zdążyła zamknąc okna, zanim zapukał. Ten chłód jednak wcale jej nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie. Przypominał gdzie się znajduje. Dlatego spała przy uchylonym oknie. Kiedy się budziła, momentalnie wiedziała, że to nie Afryka, nawet po najbardziej realnych koszmarach sennych.
- Nie rozumiesz. I nie jest w porządku. Ze mną nie jest w porządku, a już na pewno nie z Tobą. - powiedziała, wyzywająco patrząc mu w oczy. Nie potrzebowała jego czułości i delikatności. Potrzebowała prawdy. Jej klatka piersiowa unosiła się rytmicznie, wydawało się, że całkiem spokojnie. To nic, że krążąca krew paliła ją pod skórą zniecierpliwieniem i rosnącą irytacją. Demian deprecjonował jej odczucia, obojętnie czy taki miał zamiar, czy tak tylko wyszło. Jego słowa bagatelizowały to, przez co ona nie mogła normalnie oddychać, jakby to wszystko było głupie i urojone.
Naprawdę trochę ją kosztowało, żeby chcieć mu wszystko wyjaśnić. Zdobyć się na odwagę, albo dać się ponieść swojej głupocie, zależy jak na to patrzeć. Wypiła to cholerne wino, miotając się gdzieś między tym co może, chce, a powinna. A on? Nie miał nawet jednego pytania? Jednej wątpliwości? Czy stała mu się tak obojętna, że już nie chciał tych pytań zadawać? Wbrew pozorom, “w porządku” stało bardzo blisko od “nie chcę tego słuchać”. I zostawiało ją właściwie z niczym. W punkcie wyjścia. To niby też mógł być jakiś znak, tylko na ten moment, nieco wzburzona, jeszcze go nie odkryła.
Sorcha postanowiła przekonać się o tych ewentualnych wątpliwościach Demiana, bardzo impulsywnie. Na tyle impulsywnie, że nie dała sobie nawet czasu na zastanowienie. Pomysł i wykonanie pojawiły się właściwie jednocześnie. Drgnęła w jego stronę bez wahania. Wyciągnęła dłonie do jego karku i przyciągnęła mężczyznę do siebie. Unosząc się lekko na palcach, sięgnęła ustami do jego ust. Naparła na niego w zachłannym pocałunku. Mocnym i zaborczym. Jej ciało szybko przebiegł dreszcz pożądania, rozpalający ogień w trzewiach tak wyraźny, że aż cicho jęknęła.
Chciała mu coś tym pocałunkiem udowodnić, ale przy okazji udowodniła też sobie, jak ogromne znaczenie on ciągle miał dla niej. I było to równie niepokojące, jak i ekscytujące.

Demian Crowe

you're the best bad habit i ever had

: wt sty 27, 2026 5:48 pm
autor: Demian Crowe
Reagował bezmyślnie.
Reagował porywczo.
Reagował nieprzewidywalnie.
On reagował, zamiast myśleć.
Początkowo: zamarł. Wyglądało to jak krótkie, fizyczne zawieszenie, trwające dosłownie ułamek sekundy; króciuteńki moment, być może w ogóle niezauważalny, podczas którego mózg nadaremno gonił bezwarunkowy odruch. Bezwiednie spiął mięśnie karku, czując dotyk małych, miękkich dłoni. Mgnienie oka — tyle wystarczyło, aby to, o czym chciał zapomnieć, i to, co próbował kontrolować, uderzyło w niego ze zdwojoną siłą.
Crowe chłonął całą zachłanność, zaborczość, ale przede wszystkim — siłę, jaką włożyła w pieszczotę. W s z y s t k o. Łapczywie chwytał się każdego gestu, każdego pocałunku, każdego głośniejszego westchnięcia oraz mocniejszego drżenia. Wyglądał tak, jakby próbował nasycić się bliskością “na zaś”, bo inaczej — ona ucieknie, a on coś zepsuje. Ciągle chciał: więcej, mocniej, bardziej, nieubłaganie dostrzegając swoją przegraną pozycję. Było to niemożliwe. “Więcej”, “mocniej” i “bardziej” to wyłącznie słowa. Za słowem musi iść czyn, z kolei o czyn trudno, jeśli człowiek poświęca całą uwagę temu, aby skontrolować przynajmniej część swoich odruchów.
Dopiero czując gęste, miękkie kosmyki pomiędzy długimi, wytatuowanymi palcami, uświadomił sobie, co zrobił. Wplótł rękę we włosy, po czym zacisnął dłoń, odchylając głowę dziewczyny. Jednocześnie naparł gwałtowniej. Mocniej.
“Jeszcze chwilę”, powtarzał sobie.
“Jeszcze tylko sekundę”, od czasu do czasu myślał, oszukując sam siebie. Świadomie oraz z pełną premedytacją. Sekunda to za mało, ba, godzina to byłoby za mało. Szczególnie po tak wielu latach.
Wciąż zaciskając palce, trzymał dziewczynę w wygodnym ustawieniu, działając trochę za mocno. Ledwie co dostrzegł, co robił, a drugą rękę układał już niżej. Leżała płasko, stanowczo, ale i trochę za mocno, szczelnie przyciskając szczupłe ciało do swojego — tutaj także nie cofnął dłoni. Chwycił w garść materiał bluzki, podwijając go w górę.
Obawiał się tego, co się stanie, jeśli puści.
Dźwięk — to pierwsze, co usłyszał, pierwsze, co odnotował świadomie. Dopiero potem przyszła świadomość: skąd pochodzi, czemu tak blisko, co oznacza. Jeden krótki jęk — teoretycznie cichy, jednak w rzeczywistości bardzo dobrze słyszalny — wdarł się Demianowi w głowę, zawładnął ciałem, umysłem i chwilą. Odruchowo mocniej więc zacisnął palce, zarówno we włosach, jak i na plecach, przez co ściągnął jeszcze większą część materiału. Mimowolnie dotknął dłonią rozgrzanej skóry, czując dreszcz, trudno stwierdzić czyj.
Przechylił głowę w bok, po czym rozchylając własne usta, odnalazł językiem jej. Wciskał nos w policzek.
Wszystko to, co robił, robił w pierwszym odruchu, natomiast w drugim…
Z w o l n i ł.
Nieważne, jak łapczywie odpowiadał dotychczas pocałunkami, inicjując następne, wreszcie jego usta prawie się zatrzymały. Odzyskały dawną delikatność. Zamiast mocno napierać, zwolnił, całując Sorchę raz, krótko, miękko. Odsunął się dosłownie o parę milimetrów.
Wciąż oddychał ciężko.
Oparł czoło o skroń dziewczyny, trochę za długą, twardą brodą drapiąc miękką skórę policzka.
Sam czuł na sobie jej oddech, jej ręce, jej ciepło.
Głośno przełknął ślinę.
Sorcha... — odezwał się cichym, ostrzegawczym wręcz tonem, niskim z pożądania oraz nadmiaru emocji, które próbował sobie poukładać. Tyle że jak mogło się to udać, skoro wszystko, co dotychczas robił, sprowadzało się wręcz do ucieczki przed niechcianymi uczuciami?
Zawisnął tak, oddychając milimetry od jej ust. Trzymał Sorchę w kurczowym uścisku, trochę tak, jakby próbował się kogoś trzymać. Jedną dłonią przyciskał do siebie smukłe ciało, wciąż zaciskając dłoń na koszulce, drugą — przytrzymywał głowę. Chciał, bardzo chciał, zastanawiał się jednak, czy mógł. Czy w ogóle miał do czegokolwiek prawo…?
Pozwalał więc dziewczynie podjąć decyzję
Jeśli dobrze się przyjrzała, z łatwością dostrzegała to napięcie: napięte ramiona, mocno zaciśniętą szczękę, a także oczy, które przymknął na za długą chwilę, jakby zbierając w sobie resztki kontroli i opanowania. A on wiedział, że jeżeli zrobi następny ruch, przestanie widzieć jakiekolwiek granice.

Sorcha MacRae