Something Feels Wrong
: wt sty 27, 2026 5:11 pm
Dante Levasseur
Była cholernie zmęczona. Dziesiąta godzina dyżuru. Bez Dante, bez znanych dla siebie pacjentów, a przede wszystkim bez szczeniaka, którego przygarnęli. Miała dosyć. Głowa powoli jej pękała. Z domu zapomniała zabrać ze sobą obiadu, przygotowanego dzień wcześniej. Spędzanie dyżuru na izbie przyjęć wymagało od niej swego rodzaju siły. Ludzi krzyczeli, narkomani wyrywali się z pasów. Jeden z nich zdażył zaatakować pielęgniarza laską starszego pana.
Tak stała na środku sali, wypełniając stosy dokumentacji w tablecie. Każdy pacjent musiał być odpowiednio opisany. Rodzaj leków, zabiegi medyczne, symptomy, wyniki badań. Wszystkie szczegóły musiały zostać odpowiednio napisane, by zmieniający dyżur lekarze potrafili odnaleźć się w konkretnym przypadku. Dla samej Ivy przypominało to żmudną pracę, wręcz niekończącą się mękę, ale została ona przerwana, kiedy uniosła wzrok. Dante. Nie spodziewała się go w pracy. Nigdy nie był typem opiekuńczej osoby, a może był? Momentami sama nie wiedziała. Ich relacja zawsze była trudna. Kłócili się, gdy tylko mogli, zmierzając go przełomowego etapu. Może właśnie nadszedł? Levasseur się zmieni. Stała, wpatrując się w niego bez słowa dobrych kilka długich sekund.
— Dante? — to mogły być przywidzenia. Nie spodziewała się go tutaj zobaczyć. Przetarła dość mocno swoje oczy, by finalnie się uszczypnąć w rękę. Nie śniła, czuła i naprawdę miała go przed sobą — coś się stało z psem? — to było pierwsze, co w ogóle przyszło jej na myśl. Przyjście chłopaka musiało być spowodowane katastrofą. Może zjadł trującego kwiatka? Albo okradli ich mieszkanie w trakcie jednej z imprez Levasseur'a?
— Armagedon u nas w domu? Przecież nie przyszedłbyś w dzień drugich połówek, by zrobić mi przyjemność — zaśmiała się pod nosem. Nie spodziewała się po nim romantycznych gestów. Prędzej wyjście do kina zamieniłoby się w prawdziwą bitwę — zresztą, chodź, nie stójmy tak na widoku — chwyciła go za dłoń, ciągnąc w stronę kantorka. Zbyt szybko w szpitalu pojawiały się plotki, a ona wolała by na jej temat nikt nie rozmawiał.
— No, wyduś z siebie — mruknęła Ivy, chwytając go za dłoń. Bała się prawdziwego chaosu, zniszczonego mieszkania, zarwanej podłogi.
Była cholernie zmęczona. Dziesiąta godzina dyżuru. Bez Dante, bez znanych dla siebie pacjentów, a przede wszystkim bez szczeniaka, którego przygarnęli. Miała dosyć. Głowa powoli jej pękała. Z domu zapomniała zabrać ze sobą obiadu, przygotowanego dzień wcześniej. Spędzanie dyżuru na izbie przyjęć wymagało od niej swego rodzaju siły. Ludzi krzyczeli, narkomani wyrywali się z pasów. Jeden z nich zdażył zaatakować pielęgniarza laską starszego pana.
Tak stała na środku sali, wypełniając stosy dokumentacji w tablecie. Każdy pacjent musiał być odpowiednio opisany. Rodzaj leków, zabiegi medyczne, symptomy, wyniki badań. Wszystkie szczegóły musiały zostać odpowiednio napisane, by zmieniający dyżur lekarze potrafili odnaleźć się w konkretnym przypadku. Dla samej Ivy przypominało to żmudną pracę, wręcz niekończącą się mękę, ale została ona przerwana, kiedy uniosła wzrok. Dante. Nie spodziewała się go w pracy. Nigdy nie był typem opiekuńczej osoby, a może był? Momentami sama nie wiedziała. Ich relacja zawsze była trudna. Kłócili się, gdy tylko mogli, zmierzając go przełomowego etapu. Może właśnie nadszedł? Levasseur się zmieni. Stała, wpatrując się w niego bez słowa dobrych kilka długich sekund.
— Dante? — to mogły być przywidzenia. Nie spodziewała się go tutaj zobaczyć. Przetarła dość mocno swoje oczy, by finalnie się uszczypnąć w rękę. Nie śniła, czuła i naprawdę miała go przed sobą — coś się stało z psem? — to było pierwsze, co w ogóle przyszło jej na myśl. Przyjście chłopaka musiało być spowodowane katastrofą. Może zjadł trującego kwiatka? Albo okradli ich mieszkanie w trakcie jednej z imprez Levasseur'a?
— Armagedon u nas w domu? Przecież nie przyszedłbyś w dzień drugich połówek, by zrobić mi przyjemność — zaśmiała się pod nosem. Nie spodziewała się po nim romantycznych gestów. Prędzej wyjście do kina zamieniłoby się w prawdziwą bitwę — zresztą, chodź, nie stójmy tak na widoku — chwyciła go za dłoń, ciągnąc w stronę kantorka. Zbyt szybko w szpitalu pojawiały się plotki, a ona wolała by na jej temat nikt nie rozmawiał.
— No, wyduś z siebie — mruknęła Ivy, chwytając go za dłoń. Bała się prawdziwego chaosu, zniszczonego mieszkania, zarwanej podłogi.