Strona 1 z 1

you make it kinda hard not to stare

: wt sty 27, 2026 9:23 pm
autor: Debbie McDowell
Miała za sobą koszmarnie wyczerpujący lot. Niesamowicie długi, a dodatkowo obarczony niezbyt przyjemnymi przygodami. Mieli na pokładzie ekipę, która wybierała się najwyraźniej na przedłużony wieczór kawalerski, a przyjęcie postanowili zacząć już na pokładzie samolotu.
Innymi słowy, Debbie raz po raz biegała w obie strony z coraz to nowszymi butelkami alkoholu, które im dostarczała, z każdym kolejnym razem wysłuchując też coraz mniej wyrafinowanych komplementów. Choć nie przeszkadzały jej one początkowo, może nawet w pewnym stopniu schlebiały jej, straciło to na uroku, kiedy to właśnie ona pozostawała jedyną trzeźwą osobą w towarzystwie.
W dodatku w takim, w którym najwyraźniej bardzo łatwo było o zapalnik. Z tego też powodu Debbie kilka razy musiała interweniować, aby uniknąć katastrofy w postaci afery, która była bliska tego, aby się rozpętać.
Była więc niesamowicie zmęczona, kiedy w końcu dotarli na docelowe lotnisko. Odetchnęła z ulgą, kiedy pasażerowie zaczęli zbierać się do wyjścia, a imprezująca ekipa zdołała nawet podnieść się ze swoich siedzeń o własnych siłach. Ostatecznie nikogo nie trzeba było wyprowadzać, co wcale nie znaczy, że jej praca była zakończona. Pomogła jeszcze trochę z porządkowaniem wnętrza, a później już mogła skupić się wyłącznie na tym, aby dotrzeć do hotelu.
Całe szczęście, że ten nie znajdował się daleko. Nie było to korzystne, jeśli chciało się zwiedzić okolicę, ale o tej porze Debbie i tak nie byłaby w stanie tego zrobić. Był środek nocy, odrobinę zaczynała doskwierać jej zmiana czasu i marzyła jedynie o tym, aby przytulić głowę do poduszki. Kiedy więc dostrzegła, że przy hotelowej recepcji nie było teraz kolejki, nie mogła uwierzyć w to, jak bardzo sprzyjało jej szczęście.
Ale tak było tylko przez chwilę.
Nie była w stanie uwierzyć w to, że n i e b y ł o dla niej pokoju. Takich kwestii zawsze pilnowały za nich linie lotnicze i przez tych kilka lat pracy Debbie jeszcze nie spotkała się z sytuacją, w której nie miałaby gdzie spędzić nocy. Była więc pewna, że doszło do jakiegoś nieporozumienia. Problem polegał jednak na tym, że z dziewczyną znajdującą się za kontuarem strasznie ciężko było jej się dogadać.
Powtórzę jeszcze raz — zaczęła, wyciągając swoją legitymację służbową. — Air Canada. Przylecieliśmy z Toronto. M u s i tu być dla mnie jakiś pokój — dodała takim tonem, jakby perswazja w czymś rzeczywiście miała jej tu pomóc.
To przekonanie nie potrwało jednak długo, dlatego prędko przeszła do etapu r o z p a c z y. Oparła łokcie na kontuarze i ukryła twarz w dłoniach. Naprawdę nie mogła uwierzyć, że ze wszystkich ludzi, którzy byli tu obecni, przytrafiło się to akurat jej.

Tracy Raynott

you make it kinda hard not to stare

: śr sty 28, 2026 5:18 pm
autor: Tracy Raynott
Dla Tracy’ego ten lot był typowy. W jego małym świecie, który zamykał się w kokpicie, nie działo się nic, co mógłby uznać za nadprogramowo męczące, ponieważ nie wydarzyło się nic nieprzewidzianego, co mogłoby mu dołożyć trudów w pracy. Dlatego jedyne, co mogło go zmęczyć, to ewentualnie długość lotu, ale znów, nie było to nic nowego, czego by w przeszłości nie przerabiał i co mógłby uznać za nietypowe.
I właśnie takie zwyczajne, typowe loty Raynott cenił sobie najbardziej, mimo że był też fanem ekscytujących wrażeń… tylko nie w pracy. Tam wolał w spokoju robić to, co lubił najbardziej, czyli latać. Był jednym z tych szczęściarzy, którzy mogli powiedzieć, że lubili swoją pracę i sprawiała im przyjemność.
Nie wszystko udało mu się w życiu, ale z tej jednej rzeczy był szczerze zadowolony i miał pewność, że wybrał dobrze. Całej reszty swoich wyborów nie mógł być już tak bardzo pewny, ale czy ktokolwiek był? Dopiero po czasie, często już gdy było za późno, okazywało się, czy wybrało się dobrze… czy też źle. Jak na przykład w przypadku kobiety, z którą Tracy planował spędzić resztę życia. Był jej cholernie pewny, przecież oświadczył się jej i dzień dzielił go od poślubienia jej! I właśnie wtedy, w tak ważnym momencie dowiedział się, że się co do niej pomylił i wszystko, na co stawiał z taką pewnością, było zwykłym błędem.
Takim, który mógł zaważyć na reszcie jego życia, biorąc pod uwagę to, że to jedno wydarzenie skutecznie zniechęciło go do pakowania się w związki na lata. I to nadal mu nie przeszło.
Co nie znaczy, że miał cokolwiek przeciwko luźniejszym relacjom z kobietmi, bo te akurat nie budziły u niego żadnych obaw, skoro wchodząc w nie narażał się na kolejne poniżenie i złamane serce.
I jedną z osób, z którymi wpakował się w romans, była Debbie, z którą na dodatek pracował. Takie połączenie zwykle nie wróżyło nic dobrego, ale Raynott nie sądził, aby im w jakikolwiek sposób to szkodziło. Może nawet czasami okazywało się być nie tylko wygodne, ale też zbawienne?
Właśnie wszedł do hotelu, gdy usłyszał, jak brunetka spierała się z recepcjonistką z hotelu. To nie była jego sprawa, ale słysząc, że wystąpił jakiś problem, czy naprawdę mógł obok tej sytuacji i osób przejść obojętnie? – Coś się stało? – zapytał od razu po tym, jak przystanął obok brunetki, którą omiótł spojrzeniem. Niby miał jakiś obraz sytuacji po tym, co usłyszał po wejściu do hotelu, ale chciał się upewnić, że wszystko dobrze zrozumiał.

Debbie McDowell

you make it kinda hard not to stare

: śr sty 28, 2026 9:18 pm
autor: Debbie McDowell
Miała świadomość tego, że jej praca skrajnie różniła się od tego, jak wyglądała robota w kokpicie. Wiedziała również, że to na barkach pilotów spoczywało o wiele poważniejsze zadanie, zatem to właśnie oni zasługiwali na a b s o l u t n y spokój. Dbanie o to niekiedy spadało właśnie na stewardessy i stewardów, bo kiedy w samolocie rozpoczynała się impreza, niekiedy zdarzały się nawet sytuacje, gdy jeden z bardziej podpitych pasażerów próbował wtargnąć do kokpitu.
Debbie sama niejednokrotnie odwodziła ludzi od takiego pomysłu. Był to ten rodzaj szaleństwa, którego nawet ona nie była w stanie zrozumieć. Na szczęście musiała być całkiem skuteczna, ponieważ do tej pory nie miała na swoim koncie ani jednego awaryjnego lądowania, które wiązałoby się z karygodnym zachowaniem pasażera.
Teraz miała jednak wrażenie, że byłby to scenariusz o wiele lepszy od tego, w którym utknęła obecnie.
Naprawdę nie wiedziała, jak poradzić sobie z faktem, że hotel nie miał jej do zaoferowania żadnego pokoju. Była w obcym kraju nie po raz pierwszy i być może wystarczyłoby złapać taksówkę i wybrać się do centrum, aby tam znaleźć coś na tę noc, ale na ostatnią chwilę prawdopodobnie ładnie pociągnęłoby ją to po kieszeni. Nie uśmiechało jej się także to, ile czasu mogłoby jej to zająć.
Jedynym, czego chciała, to po prostu trafić do łóżka.
Dlatego zareagowała nieco nerwowo. Domyślała się jednak, że to nie przyniesie zamierzonego skutku, ponieważ dziewczyna po drugiej stronie kontuaru stosowała tę samą taktykę, na którą zwykle siliła się Debbie, kiedy miała do czynienia z wyjątkowo upierdliwym pasażerem. Po prostu próbowała kulturalnie go spławić.
Zanim dodałaby cokolwiek, rozproszył ją dźwięk znajomego głosu. Debbie odkleiła twarz od własnych dłoni, a później obejrzała się przez ramię, a wtedy jej wzrok utknął w blondynie. — Poza faktem, że jestem dziś najwyraźniej bezdomna? — zapytała z przekąsem. Dało się zauważyć, że wcale nie była z tego powodu zadowolona. — To nie, wszystko jest w porządku — wypuściła głośniej powietrze, a później się wyprostowała.
Odruchowo zerknęła na własny nadgarstek, aby zorientować się, która jest godzina. Przed wylotem zadbała również o to, aby wyświetlał się na nim czas lokalny, który teraz był już naprawdę późny.
Tylko potwierdził, że była w d u p i e.

Tracy Raynott

you make it kinda hard not to stare

: czw sty 29, 2026 7:35 pm
autor: Tracy Raynott
Ich role się różniły, ale to nie znaczy, że ktoś był mniej ważny. Nic by nie było z lotu zarówno bez pilotów, jak i stewardess oraz stewardów, dlatego Tracy zawsze doceniał pracę swoich kolegów oraz koleżanek, którzy dbali o to, aby lot przebiegał w spokojnej atmosferze i było zachowane bezpieczeństwo. Dzięki nim sam mógł skupić się na swojej robocie i nie martwić się tym, co działo się poza kokpitem, bo o to dbały inne, znacznie bardziej doświadczone na tym polu osoby.
A już szczególnie był spokojny wtedy, gdy latał z ludźmi, których znał, a w tym gronie znajdowała się także McDowell, która dziś znalazła się w jakichś kłopotach, a przynajmniej tak to wyglądało, gdy Raynott wszedł do hotelu.
I prędko udało mu się potwierdzić swoje podejrzenia.
Tracy westchnął głośno, spoglądając na Debbie. Jej sytuacja nie była lekka, widział, jak zdołała ją zdenerwować, dlatego postanowił się wmieszać i zwrócił się do recepcjonistki z prośbą, aby jeszcze raz sprawdziła, czy na pewno nie mają pokoju dla Debbie. Jednocześnie mówił to stanowczo i na tyle wymownie, by kobieta za ladą wiedziała, że jeśli coś kombinowała, to on nie da się oszukać. Raynott nie pierwszy raz był w podróży, wiedział, że w hotelach miały miejsce różne oszustwa, łącznie z próbami odwołania “nieodebranych” rezerwacji, aby potem wepchnąć komuś pokój drożej, dlatego chciał się upewnić, czy teraz nie mieli do czynienia z podobną sytuacją, ale kobieta naprawdę nie sprawiała wrażenia, jakby coś kręciła. Nawet obróciła ekran, by mogli zobaczyć, że nic pod nazwiskiem Debbie nie ma.
– Dobra… Po prostu przenocujesz u mnie. Jeśli dla mnie jest jakiś pokój – dodając ostatnie zdanie, ponownie zwrócił się do recepcjonistki, której podał swoje dane, dodał, że rezerwacja była robiona przez Air Canada i tym razem obyło się bez problemów, a w ręce blondyna trafiła karta do jego pokoju. – No dalej, zbieraj się – skinął głową w stronę wind, wskazując Debbie kierunek, który powinna obrać.
Tak, zdecydował za nią, bo czy było jakieś inne rozwiązanie? Wolnych pokoi tu nie mieli, a szukanie czegoś o tej porze było marnym pomysłem. Tracy zaś nie widział problemu w tym, aby podzielić się swoim noclegiem z nią, w końcu chodziło o kogoś, kogo dobrze znał.

Debbie McDowell

you make it kinda hard not to stare

: sob sty 31, 2026 2:14 pm
autor: Debbie McDowell
Debbie nie zamierzała dzielić ich na lepszych i gorszych, ale mimo to podziwiała pracę, jaką wykonywali piloci. Niewykluczone też, że w pewien sposób jej to imponowało, czego Tracy miał okazję doświadczyć, kiedy sama tak chętnie dawała mu do zrozumienia, jak bardzo kręcił ją w swoim służbowym wydaniu. Nie kłamała zresztą, ponieważ do mężczyzn w mundurach miała wyjątkową słabość.
Zwłaszcza wtedy, kiedy okazywali się n i e g r z e c z n i.
Dziś jednak jej myśli nie uciekały w tym kierunku. Była naprawdę zmęczona i chciała już wyłącznie zaszyć się w swoim pokoju hotelowym, aby tam wziąć ciepły prysznic, a później wskoczyć do miękkiej pościeli. Była przekonana, że przespałaby poranek do późna, ale najpierw potrzebowała w ogóle się do tego pokoju dostać, natomiast sytuacja, w której właśnie się znajdowała, wskazywała raczej na to, że może to być utrudnione. Z tego powodu straciła zimną krew.
Kiedy obok pojawił się Tracy, odezwał się w niej jakiś cień nadziei, który podpowiadał, że być może pomoże jej jakoś rozwiązać ten problem. Liczyła jednak raczej na to, że za sprawą własnego autorytetu sprawi, że recepcjonistka znajdzie dla niej coś wolnego, ale tak się nie stało. McDowell jęknęła pod nosem, a później niepewnie spojrzała na Raynotta.
Jesteś pewien? — zapytała, wcale nie wyrywając się do tego, aby od razu ruszyć za nim. Zrobiła to dopiero po chwili, co było prawdopodobnie efektem tego, że odrobinę jednak zwątpiła w słuszność tego posunięcia. Tak, Debbie zastanawiała się nad tym, czy było r o z s ą d n e. Zaraz doszła jednak do wniosku, że jej związek nie musiał niczego zmieniać. To przecież nie tak, że w obecności Tracy’ego nie umiała utrzymać rąk przy sobie.
Zagryzła dolną wargę, ciągnąc za sobą niewielką walizkę prosto do windy. Kiedy przystanęła w niej obok Raynotta, ukradkiem zmierzyła jego sylwetkę spojrzeniem. — Nie będzie dzisiaj żadnych seksownych biznesów — uprzedziła, posiłkując się przy tym określeniem, które zasłyszała gdzieś podczas ciągłych podróży.
Dzisiaj naprawdę niczego nie mogła mu zaoferować, chociaż to wcale nie tak, że to w ogóle nie było k u s z ą c e. Odrobinę było.

Tracy Raynott

you make it kinda hard not to stare

: sob sty 31, 2026 7:43 pm
autor: Tracy Raynott
Tracy nie miał ambitniejszych planów na ten wieczór, ponieważ był zmęczony po długim locie. Dziś więc nawet nie rozważał tego, aby zaszyć się w hotelowej restauracji na chwilę, żeby się czegoś napić, jak to zwykle robił. Myślał tylko o tym, żeby pójść do swojego pokoju i położyć się spać.
I właściwie to jego plany jakoś bardzo nie zmieniły się po tym, jak zaprosił do siebie Debbie, której chciał po prostu pomóc. Gdzieś musiała się przecież podziać, a przecież nie mógł pozwolić na to, żeby teraz pół nocy błądziła po obcym mieście w poszukiwaniu wolnego pokoju. Domyślał się, że była równie zmęczona, co on, a skoro i tak zdarzało im się dzielić ze sobą pokój, to czemu dziś to miałoby okazać się złym pomysłem?
Dla niego ta sprawa była prosta. I myślał, że dla niej też będzie, dlatego udało jej się lekko go zaskoczyć swoimi wątpliwościami. – Pewnie, chodź – zdecydowany zachęcił ją jeszcze raz, ponieważ on nie miał żadnych wątpliwości, chciał jej pomóc i mógł podzielić się z nią swoim pokojem. Naprawdę nie widział ku temu żadnych przeszkód, dlatego z zadowoleniem przyjął to, że Debbie w końcu zdecydowała się skorzystać z jego pomocy i poszła z nim do windy.
Kiedy dotarli do niej, Tracy nacisnął odpowiedni przycisk, aby dotrzeć na ich piętro. Właśnie wtedy Debbie zaskoczyła go swoim wyznaniem, po którym spojrzał na nią, nie kryjąc własnego zdziwienia. Nawet nie chodziło o to, że ono w ogóle padło, ale o to, jak nagle McDowell z nim wyskoczyła. – Żadnych seksownych biznesów? – powtórzył po niej, z jakiegoś powodu rozbawiony nie tylko tym określeniem, ale również tym, w jaki sposób mówiła o tym ona. I że w ogóle to od niej wyszło, bo zwykle właśnie te seksowne biznesy interesowały ją najbardziej. Ale… Może to była jakaś jej gra? Tak czy inaczej, Tracy mógł w to pójść. – W porządku… Nie będzie ich – pokiwał głową, nadal uśmiechając się.
– A mogę wiedzieć dlaczego? – dopytał po chwili, gdy winda dotarła na ich piętro, a oni z niej wychodzili. Zrobił to nie dlatego, że był rozczarowany (no, może lekko był), bo przecież nawet nie nastawiał się na taki przebieg wieczoru. Do niedawna nie spodziewał się nawet tego, że wylądują w jednym pokoju. Pytanie wynikało zwyczajnie z jego ciekawości, bo to była niecodzienna sytuacja i zaintrygowało go, co mogło za nią stać.

Debbie McDowell

you make it kinda hard not to stare

: ndz lut 01, 2026 12:37 pm
autor: Debbie McDowell
W zupełnie innych okolicznościach nie zastanawiałaby się nad tym, czy powinna na jego propozycję przystać. Gdyby ich drogi znów skrzyżowały się tak, jak krzyżowały się do tej pory, Debbie weszłaby w to ochoczo i pewnie oznalazłaby w sobie jeszcze trochę sił na to, aby nie pozwolić mu od razu zasnąć. Tracy był przecież naprawdę fajnym gościem, a w dodatku potrafił być naprawdę pociągający, zatem niczym zaskakującym nie powinno być to, że McDowell miała względem niego pewną słabość.
Słabość, której dziś nie mogła dać dojść do głosu, ponieważ w Toronto pozostawiła osobę, której na niej zależało. A Debbie nie chciała tego spieprzyć.
Tracy mógł więc odnieść wrażenie, że McDowell wyskoczyła ze swoim wyznaniem kompletnie niespodziewanie, jednak spoglądając na to, jaki kształt ich relacja miała do tej pory, Debbie była przekonana o tym, że powinna go uprzedzić, aby sytuacja stała się jasna już na samym początku. Nie uważała zatem, że postąpiła źle, a grymas rozbawienia, który wymalował się na jego twarzy, także jej nie zraził. Nie przejęła się tym, z jakiegoś powodu nie podejrzewając go o to, że mógłby ją oceniać.
Wzruszyła tylko bezradnie ramionami, jak gdyby w formie potwierdzenia tego, że mówiła naprawdę poważnie. Sama jednak nie pospieszyła z wyjaśnieniami, na te decydując się dopiero, kiedy Raynott sam pociągnął temat. — Mam teraz kogoś. I to całkiem na poważnie — zadeklarowała w odpowiedzi. Nie kłamała, bo chociaż ze swoim c h ł o p a k i e m nie spotykała się szczególnie długo, to jednak ich relacja od razu przybrała intensywniejszy obrót. Układało im się naprawdę dobrze i Debbie czuła, że to mogło być t o. Nie było tu więc miejsca na potknięcia.
Ale naprawdę potrzebuję się wyspać — dodała, chcąc chyba nie tyle wytłumaczyć się przed nim, co przed samą sobą, bo przecież wiedziała, jak niefortunnie ta sytuacja mogłaby wypaść w oczach jej partnera. Zmierzała właśnie do pokoju faceta, z którym zdarzało jej się sypiać, aby to w jego towarzystwie spędzić noc. Brzmiało to tak, jakby chciała zachować się niewłaściwie, ale przecież chodziło wyłącznie o to, że została postawiona pod ścianą. Nie miała gdzie się zatrzymać, a pokój Tracy’ego, pomimo ich wspólnej historii, wydawał się być najbezpieczniejszą opcją.

Tracy Raynott