la vida no es jodidamente justa
: śr sty 28, 2026 7:46 am
#1 i'm dancing on the edge of the knife
Kto powiedział, że w życiu wszystko może iść jak po maśle? No kto? Jest jakaś niezapisana zasada, że jak zrobisz wystarczająco dużo dobrego, to los ci odda tym samym? Ezequiel przez czterdzieści sześć lat był o tym święcie przekonany. Był tym idealnym lekarzem. Takim, który ryzykuje. Który nie odrzuca sprawy tylko dlatego, że jest zawiła, nieosiągalna, że „nie ma sensu”. Nie. On siedział nad przypadkami godzinami, dniami, aż w końcu znajdował sposób, jak przedrzeć się przez czyjś guz mózgu i wyciąć go tak czysto, tak sprawnie, żeby ten ktoś mógł jeszcze mieć życie. Lata przed sobą... Przyszłość..
Więc wróćmy do najważniejszego.
Kto do kurwy nędzy mówi, że musisz być dobrym, żeby odwdzięczano ci się dobrem? Bo Garcia chciał z tą osobą porozmawiać. Na poważnie. W cztery oczy. Z gotowymi pięściami, żeby przypieczętować swoją złość… i tę obrzydliwą, rosnącą niechęć do życia, do wszystkiego. Do tego uczucia, że wszystko jest przeciwko niemu. A czemu się tak czuł? Bo tydzień wcześniej sam dostał diagnozę.
Glioblastoma.
Teraz siedział w pokoju, sam, z wydrukami MRI z kontrastem, które zrobił w innym szpitalu. Oczywiście w innym. Przecież nikt z jego kolegów nie mógł się dowiedzieć, co mu się właśnie odpierdala w głowie. Chwycił zdjęcia i przeglądał je z każdej strony, jakby miał tam znaleźć ukryty błąd. Jakby mógł przekonać własne oczy, że to nieprawda. Wiedział, co by zrobił, gdyby to był jego pacjent. Resekcja. Potem radioterapia. Chemioterapia. Standard. Wszystko jak w podręczniku. I tak… może udałoby się to wyciąć…Może udałoby się zrobić to tak by w dalszym ciągu mógł sam siebie rozpoznać.. Może. Tylko że to nie był jego pacjent. To był on. I nagle całe to bycie zajebiście dobrym człowiekiem mogło iść się właśnie walić. Rzucił zdjęciami na stół. Jakby były obraźliwe. Jakby miały czelność leżeć tam spokojnie. Jakby nie zawierały wyroku. Chwycił telefon i zawiesił wzrok na ikonce portalu randkowego. Przez sekundę myślał, żeby wrzucić własne zdjęcie. Ale nie chciał być sobą. Nie teraz. Nie w tym momencie. Chciał być kimś innym… choćby na chwilę. Kimś, kto nie ma w mózgu czegoś, co rośnie i zżera mu czas. I miał tę cichą, nieprzyzwoitą nadzieję, że trafi tam na swoją młodszą sąsiadkę. Postanowił pierwszy raz w życiu się zabawić. Przynajmniej spróbować. Bo co mu dała dobroć?
Dziesięć kurewskich miesięcy.
Więc teraz był jego czas. Czas sprawdzić, jak długo da się żyć, kiedy przestajesz być tym grzecznym, poukładanym, zawsze właściwym Ezequielem Garcią. Nim się obejrzał, zdążył poudawać młodszego faceta przez jakieś czterdzieści minut… zostać przyłapanym na kłamstwie i umówić się z nią na randkę. Randkę. No tego jeszcze nie grali, Garcia. Uradowany wskoczył pod prysznic, następnie przebrał w eleganckie ciuchy, wyperfumował. A ta „konsultacja”, o której wspomniał w wiadomości? Nie było jej. Po prostu chciał sprawdzić, czy pozwoli sobie na kolejne kłamstwo. I pozwolił. To bycie „villainem”… nawet mu się podobało. Z boku pewnie wyglądało to komicznie - bo dla innych ludzi to było białe kłamstwo, pierdoła, nic. Ale dla Ezequiela to było jak transformacja. Jakby przekraczał jakąś granicę, której całe życie nie przekraczał.
W restauracji pojawił się piętnaście minut wcześniej. Zajął stolik, co chwilę zerkał na zegarek, zastanawiając się, czy będzie punktualna, czy się spóźni. Nienawidził spóźnień, według niego były brakiem szacunku. Nie umiał tego znieść. Miał nadzieję, że nie będzie musiał kończyć szybciej tej… randki. Kolacji. Spotkania? Sam się gubił w tych definicjach. Zatonął w myślach, aż nagle zobaczył kogoś zbliżającego się w jego kierunku. Spojrzał na zegarek na nadgarstku i uśmiechnął się szeroko. 19:00. Punktualnie. - Firecracker. - wstał, uśmiechając się do niej. - Pensé muchas cosas sobre ti, pero nunca pensé que serías tan puntual.
firecracker
Kto powiedział, że w życiu wszystko może iść jak po maśle? No kto? Jest jakaś niezapisana zasada, że jak zrobisz wystarczająco dużo dobrego, to los ci odda tym samym? Ezequiel przez czterdzieści sześć lat był o tym święcie przekonany. Był tym idealnym lekarzem. Takim, który ryzykuje. Który nie odrzuca sprawy tylko dlatego, że jest zawiła, nieosiągalna, że „nie ma sensu”. Nie. On siedział nad przypadkami godzinami, dniami, aż w końcu znajdował sposób, jak przedrzeć się przez czyjś guz mózgu i wyciąć go tak czysto, tak sprawnie, żeby ten ktoś mógł jeszcze mieć życie. Lata przed sobą... Przyszłość..
Kto do kurwy nędzy mówi, że musisz być dobrym, żeby odwdzięczano ci się dobrem? Bo Garcia chciał z tą osobą porozmawiać. Na poważnie. W cztery oczy. Z gotowymi pięściami, żeby przypieczętować swoją złość… i tę obrzydliwą, rosnącą niechęć do życia, do wszystkiego. Do tego uczucia, że wszystko jest przeciwko niemu. A czemu się tak czuł? Bo tydzień wcześniej sam dostał diagnozę.
Teraz siedział w pokoju, sam, z wydrukami MRI z kontrastem, które zrobił w innym szpitalu. Oczywiście w innym. Przecież nikt z jego kolegów nie mógł się dowiedzieć, co mu się właśnie odpierdala w głowie. Chwycił zdjęcia i przeglądał je z każdej strony, jakby miał tam znaleźć ukryty błąd. Jakby mógł przekonać własne oczy, że to nieprawda. Wiedział, co by zrobił, gdyby to był jego pacjent. Resekcja. Potem radioterapia. Chemioterapia. Standard. Wszystko jak w podręczniku. I tak… może udałoby się to wyciąć…Może udałoby się zrobić to tak by w dalszym ciągu mógł sam siebie rozpoznać.. Może. Tylko że to nie był jego pacjent. To był on. I nagle całe to bycie zajebiście dobrym człowiekiem mogło iść się właśnie walić. Rzucił zdjęciami na stół. Jakby były obraźliwe. Jakby miały czelność leżeć tam spokojnie. Jakby nie zawierały wyroku. Chwycił telefon i zawiesił wzrok na ikonce portalu randkowego. Przez sekundę myślał, żeby wrzucić własne zdjęcie. Ale nie chciał być sobą. Nie teraz. Nie w tym momencie. Chciał być kimś innym… choćby na chwilę. Kimś, kto nie ma w mózgu czegoś, co rośnie i zżera mu czas. I miał tę cichą, nieprzyzwoitą nadzieję, że trafi tam na swoją młodszą sąsiadkę. Postanowił pierwszy raz w życiu się zabawić. Przynajmniej spróbować. Bo co mu dała dobroć?
Więc teraz był jego czas. Czas sprawdzić, jak długo da się żyć, kiedy przestajesz być tym grzecznym, poukładanym, zawsze właściwym Ezequielem Garcią. Nim się obejrzał, zdążył poudawać młodszego faceta przez jakieś czterdzieści minut… zostać przyłapanym na kłamstwie i umówić się z nią na randkę. Randkę. No tego jeszcze nie grali, Garcia. Uradowany wskoczył pod prysznic, następnie przebrał w eleganckie ciuchy, wyperfumował. A ta „konsultacja”, o której wspomniał w wiadomości? Nie było jej. Po prostu chciał sprawdzić, czy pozwoli sobie na kolejne kłamstwo. I pozwolił. To bycie „villainem”… nawet mu się podobało. Z boku pewnie wyglądało to komicznie - bo dla innych ludzi to było białe kłamstwo, pierdoła, nic. Ale dla Ezequiela to było jak transformacja. Jakby przekraczał jakąś granicę, której całe życie nie przekraczał.
W restauracji pojawił się piętnaście minut wcześniej. Zajął stolik, co chwilę zerkał na zegarek, zastanawiając się, czy będzie punktualna, czy się spóźni. Nienawidził spóźnień, według niego były brakiem szacunku. Nie umiał tego znieść. Miał nadzieję, że nie będzie musiał kończyć szybciej tej… randki. Kolacji. Spotkania? Sam się gubił w tych definicjach. Zatonął w myślach, aż nagle zobaczył kogoś zbliżającego się w jego kierunku. Spojrzał na zegarek na nadgarstku i uśmiechnął się szeroko. 19:00. Punktualnie. - Firecracker. - wstał, uśmiechając się do niej. - Pensé muchas cosas sobre ti, pero nunca pensé que serías tan puntual.
firecracker