me gustan los aviones, me gustas tú
: pt sty 30, 2026 8:25 am
#02 she is electricity, running to my soul
Nie chciał już dłużej czekać. Nie chciał się powstrzymywać przed ułożeniem dłoni na jakiejkolwiek części jej ciała. Po prostu chciał ją poczuć. Dotknąć. Siedzieć tak blisko, żeby czuć jej zapach i to, jak oddycha. Przez chwilę, kiedy wyglądała, jakby zrobiło jej się słabo, coś w nim drgnęło. Zmartwił się... odruchowo, automatycznie. Przeszło mu przez głowę, żeby podejść pod łazienkę, sprawdzić, czy wszystko okej… ale zaraz sam siebie zgasił. Przecież był w swojej villain erze, prawda? To nie powinno go obchodzić. Poczekał na Alexa, aż przyniesie rachunek i potwierdzi zamówienia. Poprosił go, żeby wykorzystał chłopaka od dowozów i kazał zanieść wszystko do budynku, w którym mieszkał, zostawić u portiera. Jak wrócą ze spaceru, po prostu odbierze jedzenie i ewentualnie odgrzeje - jeśli posiłki zdążą się już schłodzić. Uregulował płatność, zostawiając kelnerowi szczodry napiwek, a przy okazji dał mu do zrozumienia, żeby nie zapomniał o najważniejszej rzeczy w pracy z ludźmi. Szacunku.
Zerknął na zegarek. Nie było jej już dobre pięć minut. I już zaczynał się nakręcać, kiedy… wróciła. Jak huragan. Zgarniając wszystko po drodze. Pokiwał głową, parsknął śmiechem pod nosem i w końcu pozwolił sobie na to, na co czekał od początku - położył dłoń na jej talii i przysunął do siebie, jakby to było najnormalniejsze na świecie. - To nie nasze. - wskazał palcem na czyjeś jedzenie na wynos - Nasze jedzenie jest już w drodze do budynku. - uśmiechnął się pod nosem. - Wolałem cię tu nie zostawiać samej nawet przez moment. - Zerknął na nią z rozbawieniem, nachylając się minimalnie. - A jeżeli faktycznie poszłaś zwymiotować… to nie jestem pewny, czy chcę tak wspominać nasz pierwszy pocałunek. - Oczywiście, że chciał ją pocałować. Ale naprawdę nie miał ochoty zastanawiać się, co miała w żołądku przez cały dzień i czy zaraz mu tego nie zademonstruje.
Wyszli na zewnątrz i zimne powietrze uderzyło ich w twarze. Tego wieczoru było cholernie zimno.... temperatury biły rekordy, a miasto wyglądało, jakby ktoś je zamroził w pół ruchu. Zrobił kilka kroków, kiedy stanęli na śliskiej powierzchni. Zobaczył, jak Sofia traci grunt pod nogami, prawie się wywracając. Zareagował odruchowo. Chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie, mocno, pewnie - tak, żeby oboje nie wylądowali na brudnym lodzie. - Ayyy… mierda - syknął pod nosem, łapiąc równowagę. I wtedy dotarło do niego, co się stało. Złamała obcas. Nie myśląc nawet sekundy, wsunął dłonie pod jej uda i uniósł ją, jakby ważyła nic, a nic. - Dobra. Zmiana planów. - uśmiechnął się, patrząc na jej gładką, promienistą cerę - Wracamy. Ale do ciebie. - Podniósł brew, dumny z własnej bezczelności. - W końcu przekonam się, jak żyje moja sąsiadka. - I ruszył. Powolnym, ale pewnym krokiem przez przeludnione centrum. Ignorując ludzi. Zupełnie tak, jakby za chwilę miał ją przenieść przez próg domu i celebrować ich spontaniczny ożenek. Dopiero po chwili zdając sobie sprawę o czym myślał - przewrócił na siebie oczami, mając nadzieję, że tego nie zauważyła.
Wchodząc do budynku, przywitał się z portierem Winstonem. Ten zaoferował, że za dziesięć minut przyniesie jedzenie do mieszkania panny Torres. Na szczęście nie zadawał pytań na widok ich w takiej pozycji. Garcia wybrnął z tego gładko, pokazując jej złamany obcas, a wszyscy go znali... jego charakter był jak nóż do rany przyłożyć. Zawsze uczynny. Uwielbiany przez wszystkich. Przecież nie miał żadnych egoistycznych zamiarów.No właśnie..
Parę chwil później byli już w jej mieszkaniu. Postawił ją delikatnie na ziemi. Rozejrzał się po ogromnym salonie, który był uwity w przeróżne barwy. Uśmiechnął się do siebie. Zdjął płaszcz i powiesił go tam, gdzie widział, że ona wiesza swoje rzeczy - jakby był u siebie. Zsunął buty i wszedł głębiej do środka, bez pytania. - Panno Torres. - zaczął, niby poważnie, ale w głosie miał ten charakterystyczny uśmiech. - Muszę przyznać, że to mieszkanie jest idealnym odzwierciedleniem ciebie. - Obrócił się powoli, dalej lustrując przestrzeń, którą dane mu było w tamtym momencie podziwiać - Chaos. Barwność. I dosłowna spontaniczność. - I wtedy... jakby ktoś mu znów wcisnął w głowę tę samą myśl co kilka godzin temu... poczuł, że Sofia Torres może być jedynym logicznym rozwiązaniem na ubarwienie jego nieuniknionej, szarej rzeczywistości.
noisy hurricane
Nie chciał już dłużej czekać. Nie chciał się powstrzymywać przed ułożeniem dłoni na jakiejkolwiek części jej ciała. Po prostu chciał ją poczuć. Dotknąć. Siedzieć tak blisko, żeby czuć jej zapach i to, jak oddycha. Przez chwilę, kiedy wyglądała, jakby zrobiło jej się słabo, coś w nim drgnęło. Zmartwił się... odruchowo, automatycznie. Przeszło mu przez głowę, żeby podejść pod łazienkę, sprawdzić, czy wszystko okej… ale zaraz sam siebie zgasił. Przecież był w swojej villain erze, prawda? To nie powinno go obchodzić. Poczekał na Alexa, aż przyniesie rachunek i potwierdzi zamówienia. Poprosił go, żeby wykorzystał chłopaka od dowozów i kazał zanieść wszystko do budynku, w którym mieszkał, zostawić u portiera. Jak wrócą ze spaceru, po prostu odbierze jedzenie i ewentualnie odgrzeje - jeśli posiłki zdążą się już schłodzić. Uregulował płatność, zostawiając kelnerowi szczodry napiwek, a przy okazji dał mu do zrozumienia, żeby nie zapomniał o najważniejszej rzeczy w pracy z ludźmi. Szacunku.
Zerknął na zegarek. Nie było jej już dobre pięć minut. I już zaczynał się nakręcać, kiedy… wróciła. Jak huragan. Zgarniając wszystko po drodze. Pokiwał głową, parsknął śmiechem pod nosem i w końcu pozwolił sobie na to, na co czekał od początku - położył dłoń na jej talii i przysunął do siebie, jakby to było najnormalniejsze na świecie. - To nie nasze. - wskazał palcem na czyjeś jedzenie na wynos - Nasze jedzenie jest już w drodze do budynku. - uśmiechnął się pod nosem. - Wolałem cię tu nie zostawiać samej nawet przez moment. - Zerknął na nią z rozbawieniem, nachylając się minimalnie. - A jeżeli faktycznie poszłaś zwymiotować… to nie jestem pewny, czy chcę tak wspominać nasz pierwszy pocałunek. - Oczywiście, że chciał ją pocałować. Ale naprawdę nie miał ochoty zastanawiać się, co miała w żołądku przez cały dzień i czy zaraz mu tego nie zademonstruje.
Wyszli na zewnątrz i zimne powietrze uderzyło ich w twarze. Tego wieczoru było cholernie zimno.... temperatury biły rekordy, a miasto wyglądało, jakby ktoś je zamroził w pół ruchu. Zrobił kilka kroków, kiedy stanęli na śliskiej powierzchni. Zobaczył, jak Sofia traci grunt pod nogami, prawie się wywracając. Zareagował odruchowo. Chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie, mocno, pewnie - tak, żeby oboje nie wylądowali na brudnym lodzie. - Ayyy… mierda - syknął pod nosem, łapiąc równowagę. I wtedy dotarło do niego, co się stało. Złamała obcas. Nie myśląc nawet sekundy, wsunął dłonie pod jej uda i uniósł ją, jakby ważyła nic, a nic. - Dobra. Zmiana planów. - uśmiechnął się, patrząc na jej gładką, promienistą cerę - Wracamy. Ale do ciebie. - Podniósł brew, dumny z własnej bezczelności. - W końcu przekonam się, jak żyje moja sąsiadka. - I ruszył. Powolnym, ale pewnym krokiem przez przeludnione centrum. Ignorując ludzi. Zupełnie tak, jakby za chwilę miał ją przenieść przez próg domu i celebrować ich spontaniczny ożenek. Dopiero po chwili zdając sobie sprawę o czym myślał - przewrócił na siebie oczami, mając nadzieję, że tego nie zauważyła.
Wchodząc do budynku, przywitał się z portierem Winstonem. Ten zaoferował, że za dziesięć minut przyniesie jedzenie do mieszkania panny Torres. Na szczęście nie zadawał pytań na widok ich w takiej pozycji. Garcia wybrnął z tego gładko, pokazując jej złamany obcas, a wszyscy go znali... jego charakter był jak nóż do rany przyłożyć. Zawsze uczynny. Uwielbiany przez wszystkich. Przecież nie miał żadnych egoistycznych zamiarów.No właśnie..
Parę chwil później byli już w jej mieszkaniu. Postawił ją delikatnie na ziemi. Rozejrzał się po ogromnym salonie, który był uwity w przeróżne barwy. Uśmiechnął się do siebie. Zdjął płaszcz i powiesił go tam, gdzie widział, że ona wiesza swoje rzeczy - jakby był u siebie. Zsunął buty i wszedł głębiej do środka, bez pytania. - Panno Torres. - zaczął, niby poważnie, ale w głosie miał ten charakterystyczny uśmiech. - Muszę przyznać, że to mieszkanie jest idealnym odzwierciedleniem ciebie. - Obrócił się powoli, dalej lustrując przestrzeń, którą dane mu było w tamtym momencie podziwiać - Chaos. Barwność. I dosłowna spontaniczność. - I wtedy... jakby ktoś mu znów wcisnął w głowę tę samą myśl co kilka godzin temu... poczuł, że Sofia Torres może być jedynym logicznym rozwiązaniem na ubarwienie jego nieuniknionej, szarej rzeczywistości.
noisy hurricane