Strona 1 z 1

no, it's not fine

: sob sty 31, 2026 12:20 pm
autor: Abby Wallace

011.
I'm fine, seriously.


Ciężko było jej wrócić.
Harvick sukcesywnie powtarzał, że jeszcze powinna odpocząć; że po takich przeżyciach chociaż człowiek goił się fizycznie, to przecież głowa również potrzebowała odpocząć. Nabrać dystansu. Oddzielić przeszłość od teraźniejszości.
Tylko Abby wcale nie chciała odpoczywać. Nie chciała siedzieć całymi dniami w domu, kręcić się bez celu i na siłę szukać sobie jakiegoś zajęcia, żeby przypadkiem nie myśleć. Potrzebowała powrotu do normalności. Wrócić do standardowego rytmu, w którym pół dnia — jak nie dłużej — spędzała w szpitalu, skupiała się na pacjentach i rzygała w kiblu jak kot, bo na SORze pojawił się już kolejny skrajny przypadek, który ją zemdlił. Tego potrzebowała, a nie urlopu.
Dlatego już od rana przechadzała się korytarzem Mount Sinai, zbierając kolejne próbki do badania. Powinna być na intensywnej, tak było przecież odgórnie ustalone w grafiku, jednak Savannah przepisała ją na ogólną i do tego kazała zajmować się najbardziej przyziemnymi rzeczami, jakie tylko były do roboty dla rezydentów. Jakby bała się, że Wallace nie była jeszcze gotowa na pełnoprawny powrót do pracy, a przynajmniej nie na tyle, by ufać jej ze skalpelem w ręce.
I może coś w tym było. Bo chociaż sama Abby wmawiała sobie, że wszystko było w jak najlepszym porządku, tak jej ciało oraz głowa zdawały się pamiętać wydarzenia z Detroit aż za bardzo. Te złe jak i te dobre. Bo o tym zdarzeniu nie dało się mówić jedynie jako o tragedii. A przynajmniej według Abby. A dlaczego to już wiedziała tylko ona i ten jeden strażak, którego przecież i tak więcej nie spotka.
Wciąż nie wiedziała, jak długo siedzieli pod tym gruzem, jednak jej plecy wciąż odczuwały tego skutki, nie mówiąc już o głowie, która w najmniej oczekiwanych momentach, przywoływała przykre wspomnienia krzyczących ludzi, nim dach metra na dobre odebrał im ostatni oddech.
Tak jak teraz, kiedy niosąc pudło z pustymi fiolkami na pobór krwi, na moment się zamyśliła. Znowu katowała się przebitkami z tamtego dnia i to do tego stopnia, że nawet nie zauważyła momentu, w którym na kogoś wpadła. Pudło wbiło się jej w pieś, mocno, a zaraz potem wyleciało z rąk, oczywiście wysypując wszystkie probówki na chłodną podłogę.
Kurwa, przepraszam — wypsnęło się jej. Szczególnie ten niezbyt… kulturalny początek. Podniosła wzrok na ofiarę jej nieuwagi, a kiedy szaro-niebieskie oczy Finnicka osadziły się na jej twarzy, aż odetchnęła z ulgą. Przynajmniej nie był to żaden chirurg lub — co gorsza — Savannah. — Finnick — jego imię opuściło jej usta naturalnie, bardziej z odruchu niż jakby faktycznie potrzebowała coś z tym faktem zrobić, po prostu uznając jego obecność w tym nagłym, zaistniałym chaosie.
Nie zmieniało to faktu, że pod ich butami walała się cała masa fiolek. Kilka z nich było doszczętnie popsute, inne może jeszcze by się nadawały. Abby praktycznie od razu zeszła do parkietu i zabrała się za zbieranie, chociaż jej ręką jakoś dziwnie drżała. Może po prostu bała się konsekwencji?

Finnick Harrison