Strona 1 z 1

all oopsies, no daisies

: ndz lut 01, 2026 11:59 am
autor: Mindy Montague
Już od chwili, w której podjęła decyzję o zaangażowaniu się w realizację przedsięwzięcia, jakim było poprowadzenie filii rodzinnego kasyna w zupełnie innym mieście, Mindy miała świadomość tego, jak wielkie miało to stanowić wyzwanie. Wiedziała, że na jej drodze pojawi się niejeden problem, co mogło być efektem tego, jakie nazwisko nosiła, oraz tego, jak wielu wrogów narobił sobie w ostatnim czasie jej ojciec.
To odrobinę ją przerażało, jednak dzięki temu mogła okazać się jeszcze lepsza w prowadzeniu tego biznesu, niż mogłaby być początkowo, ponieważ była jeszcze bardziej świadoma tego, że kierować powinna się przede wszystkim ostrożnością. Starała się nie popełnić żadnego błędu, jednocześnie rozgrywając wszystko tak, aby ojciec był z niej jak najbardziej zadowolony.
Ostatecznie przecież naprawdę była córeczką tatusia, która desperacko wręcz pragnęła jego miłości i akceptacji. Nawet jako dorosła kobieta chciała, aby to w niej widział swoje ukochane dziecko i nie zamierzała dzielić tego tytułu z jego imperium. A może raczej z i c h imperium, skoro teraz także ona je budowała?
Czuła się więc w obowiązku, aby stanąć na wysokości zadania i chronić tę działalność za wszelką cenę. Chciała przede wszystkim ochronić własnego ojca, ponieważ obecnie stanowił jedyną rodzinę, jaka jej pozostała. W młodości poza nim i matką nie miała nikogo, przy czym większość czasu spędzała właśnie z tą drugą. To ona poświęcała jej się, podczas gdy tata ciągle pracował.
Cały czas słyszała, że robił to dla n i c h.
Teraz ona chciała odpłacić się jemu, nawet jeżeli sama uważała, że nie wszystko można zdobyć za pomocą pieniędzy. Z tą jedną rzeczą mogła tak sobie poradzić, choć biła się jeszcze z myślami, ponieważ została postawiona w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. Tym razem zagrożenie stanowił bowiem ktoś, kto także był jej bliski. Ktoś, kogo za nic w świecie nie chciała skrzywdzić, ale nie mogła też dopuścić do tego, aby dowiedział się za dużo.
Nie mogła też pozwolić, aby o czymkolwiek dowiedział się jej ojciec.
Przez kilka minionych wieczorów biła się z myślami, chcąc rozegrać to tak, aby jak najbardziej zminimalizować straty. W końcu doszła do wniosku, że posiadała tylko jedną opcję. Kogoś, kto teoretycznie pochodził z zewnątrz, ale jednocześnie stanowił nieocenioną pomoc. Kiedy to przemyślała, poprosiła Welcha o spotkanie w klubie. Miała nadzieję, że tam uda im się na spokojnie porozmawiać.
Po zajęciu ustronnej loży napisała mu, gdzie dokładnie się znajdowała. Znajomą postać przywitała uśmiechem, po czym chwyciła za własne szkło. — Zamówiłam ci drinka. Kolejne mają nam przynosić — odezwała się, najwyraźniej nie planując od razu atakować go prawdziwym powodem, dla którego go tu ściągnęła.
Interesy odrobinę mogły zaczekać.

Clyde D. Welch

all oopsies, no daisies

: pt lut 06, 2026 12:26 am
autor: Clyde D. Welch
005.
You didn’t call me for luck.
You called me because luck runs out.


Nie wiedział dokładnie o co chodziło, ale czy musiał wiedzieć?
Czy dla niego jakąś przeszkodą, kiedykolwiek było to, że nie miał za wielu informacji, żeby i tak w to wejść do reszty?
Nie, nigdy. W jego zawodzie... Pracy? W tym, co robił. Często trzeba było improwizować, brać życie takim jakim jest, korzystać, wyciskać do cna. Pewniki były wyjątkowo rzadkie. Dlatego Clyde nie zadawał pytań, nie przez telefon, co innego w cztery oczy. Kiedy z tych oczu zamierzał cokolwiek wyczytać, z tych Mindy też pewnie będzie chciał. Zwłaszcza, że nie byli jakimiś przyjaciółmi, gdzieś się zgadali chyba na temat kasyna. Bo to była taka jego mała słabostka.
Pieniądze. Ale też żetony, ludzie którzy starali się liczyć na łut szczęścia, tak naprawdę licząc karty. Welch dorastał w tym środowisku, pomiędzy jednorękimi bandytami, a stołami do ruletki.
Gdyby nie bawiło go tak oszukiwanie, granie faceta, którym tak naprawdę nie był, to na pewno prowadziłby jakieś kasyno. Szkoda tylko, że w Las Vegas, gdzie okradł swojego ojca, był spalony. Ale czy tylko Vegas żyło kasynami? Okazywało się, że nie. Że Kanada też miała tutaj coś do powiedzenia, a nazwiskiem, które w tym temacie pojawiało się wyjątkowo często było to należące do Mindy, a właściwie do jej ojca.
Montague, na pewno też miało w brzmieniu pieniądze, nieprzyzwoite, a to pociągało go tym bardziej.
Dlatego zgodził się od razu na spotkanie. Bez pytań, bez gadania. Kiedy i gdzie.
Bywał w The Fifth Social Club, ale zazwyczaj po to, żeby na parkiecie pobawić się z jakimiś małolatami, nawet nie zwrócił uwagi na te przestronne loże, do których zaraz się skierował. Zazwyczaj siadał przy barze.
Nie odwalił się w garnitur, czy w te idealnie skrojone koszule, bo to wcale nie miała być randka, zwykła, biała koszulka i jeansy, skórzana kurtka z kożuchem.
Wyglądał dobrze, zawsze wyglądał, jak facet wyjęty z Instagrama. I taki właśnie uśmiech jej posłał, kiedy się do niej dosiadł wyćwiczony, hollywoodzki.
- Chcesz mnie upić? - zapytał zawieszając na niej niebieskie tęczówki, ale zaraz chwycił za tego drinka, którego mu zamówiła, upił łyk - może być - stwierdził i dopiero zdjął kurtkę, dopiero powiesił ją na oparciu i rozsiadł się wygodnie na krześle - potańczymy też dla niepoznaki? - zapytał zerkając w kierunku parkietu. Też nie zamierzał od razu przechodzić do rzeczy. Bo akurat Clyde lubił długie gry wstępne. Lubił najpierw sobie pogadać, a dopiero później przejść do rzeczy. Kiedy już oczaruje ją jego uśmiech, albo te niebieskie oczy. Które teraz przesunęły się po jej sylwetce, powoli, ale nie do końca lubieżnie. Znowu podniósł szkło do ust. Skoro drinki były dzisiaj po jej stronie, to zamierzał to wykorzystać. Wykorzystywał wszystkie sytuacje. Zawsze.

Mindy Montague

all oopsies, no daisies

: pn lut 09, 2026 1:47 pm
autor: Mindy Montague
Rozpoczynanie życia w nowym mieście nie było najwyraźniej wcale tak proste, jak mogłaby sobie tego życzyć. Nie było też czymś, do czego mogłaby podejść z pełnym luzem i dystansem, ponieważ na jej barkach spoczywały spore zobowiązania.
Nie bała się jednak tego, czy uda jej się to u d ź w i g n ą ć. Nie posiadała być może ogromnego zawodowego zaplecza, ale mimo to czuła, że była do tego dobrze przygotowana, nie tylko za sprawą szkoły, ale przede wszystkim dzięki długim latom obserwowania w akcji własnego ojca. To właśnie on pokazał jej, jak należało prowadzić biznes, aby jak najlepiej zaowocował.
Niewiele wiedziała jednak na temat jego p o z o s t a ł y c h interesów. Na krótko przed wyjazdem wprowadzona została wyłącznie w pobieżne szczegóły, co ostatecznie pozostawiło ją pełną wątpliwości nie tylko względem działań jej ojca, ale przede wszystkim także w kwestii jego ewentualnych planów.
Nie wiedziała, czy w którymś momencie i jej nie będzie próbował w to wciągnąć.
Teraz jednak zaczęło robić się n i e b e z p i e c z n i e. Na horyzoncie pojawiło się ryzyko związane z tym, że ktoś, kto był jej naprawdę bliski, zaczynał węszyć. Nie miała stuprocentowej gwarancji co do tego, że osobą, co do której zlecenie otrzymał Victor, był właśnie jej ojciec, ale nie chciała dopuścić do sytuacji, w której nie byłaby na to przygotowana.
Innymi słowy, musiała wyprzedzić go ze swoimi działaniami.
Nie wiedziała jednak, na ile mógłby pomóc jej w tym Clyde. Wszystkie powiązania, które posiadała w Toronto powstały w mniejszym lub większym stopniu za sprawą jej ojca, a przecież teraz potrzebowała kogoś, kto nie pobiegnie do niego na skargę. Potrzebowała kogoś, ze strony kogo będzie mogła liczyć na pełną anonimowość, a nawet jeżeli Clyde nie byłby w stanie dać jej wszystkiego, czego potrzebowała, mógł okazać się niezłym początkiem. Gdzieś przecież musiała zacząć szukać.
Uniosła jedną brew ku górze, kiedy próbował drinka. Dopiero po chwili zdecydowała się odpowiedzieć na jego wcześniejsze pytanie. — A niby byś na to narzekał? — sama sięgnęła po własny alkohol, którego kilka łyków upiła, podczas gdy zlustrowała spojrzeniem sylwetkę mężczyzny. Nie była jedną z tych osób, które obawiały się przyglądania, ponieważ przez całe życie uczono ją tego, że powinna być spostrzegawcza.
Wtedy trochę trudniej będzie cię upić, ale niech będzie — zawyrokowała, uśmiechając się delikatnie. — Później mogę nawet zostać twoją skrzydłową — dodała, spojrzeniem na moment uciekając gdzieś w stronę tej części klubu, w której znacznie żwawiej toczyło się życie. Nie sądziła co prawda, by miał realnie potrzebować jej pomocy, jednak nic nie stało na przeszkodzie temu, aby po załatwieniu wszelkich spraw, rzeczywiście skupili się na zabawie.

Clyde D. Welch