Cień zażenowania, który okrył jej buzię, szybko zniknął, kiedy Ian podjął temat mebli. Dzięki temu nie czuła się już tak, jakby gadała trzy po trzy… choć miała wrażenie, że może po prostu próbuje zrobić jej przyjemność, rozmawiając o czymś tak… normalnym. Spojrzała na niego, uśmiechnęła się pod nosem i przymrużyła oczy, próbując wyhaczyć, co dokładnie zrobił, zaklinowując szpary w oknie.
- Słuchaj, przynajmniej używasz tego, co masz. To się ceni - rzuciła, po czym wzdrygnęła się na samo wspomnienie o mszach
. - Ah! U mnie ten sam problem. Pojawiają się, jak tylko zrobi się chłodniej. Fuck me… Ile razy musiałam je miotłą zaganiać z powrotem do tej dziury, z której wylazły, a Milo - mój dzielny obrońca… wyobraź sobie… tylko się na nie gapi. Nawet łapką nie tknie. Cholera jedna! - Fuknęła, marszcząc nos na samo wspomnienie.
- Tiń… masz dach nad głową, masz pracę i dokarmiasz uliczne koty. You’re doing just fine - powiedziała ciszej, nawet na niego nie patrząc, bo naprawdę tak myślała. No dobra, przydałby mu się kaktus o imieniu Winston tu i ówdzie… ale musiała go ocieplać powoli. Co za dużo, to niezdrowo, prawda?
Uradowana tym, że jedzenie już zamówione, nie mogła się doczekać, aż Ian spróbuje tego żywnościowego zboczenia, które było jej ulubioną przekąską.
- Ah… i to jest muzyka dla moich uszu - rzuciła zachwycona. Chwyciła kubek z herbatą i upiła łyk, krzywiąc usta. Zirytowana tym nazewnictwem tej pokracznej kwoki, wstała, odstawiła kubek na blat w kuchni, a potem odwinęła mu soczystego plaskacza w ramię za tę zniewagę. Chwilę później chwycił ją za nadgarstek i pociągnął tak, że wtuliła się w niego. Uniosła wzrok, kiedy podniósł jej podbródek i dosłownie ją ostrzegł. Zmarszczyła brwi i fuknęła,
- To ty posłuchaj, love. - odezwała się ciszej, ale w tym tonie było coś nie do negocjowania.
- Poznałam już jedną wersję skurwiela i nie uciekłam. Mogę poznać kolejne. Mogę ci obiecać, że będę przy tobie… - zerknęła na niego.
- A jak faktycznie będzie za ciężko, to będę z tobą szczera. Dobrze? - Wpatrywała się w jego zielonkawe oczy i przełknęła ślinę, jakby nagle zabrakło jej powietrza. Bo to nie był tylko fizyczny pociąg… to było coś gorszego. Coś, co wchodzi pod skórę i siada w środku jak dom. Bratnia dusza. Najgorszy możliwy scenariusz. Nie obchodziło jej, kim był. Obchodziło ją tylko to, że kliknęło. Że jej mózg przestawił się w sekundę, kiedy zobaczyła go w pracy, jakby wszystkie neurony zaczęły wrzeszczeć…
IT’S YOUR PERSON, VITA, DON’T FUCK IT UP. Czy zachowywała się jak idiotka? Prawdopodobnie. Jej wrażliwe serce najpewniej nie zniesie ucisku, jaki Ian potrafi uskutecznić… ale chciała spróbować. To nie był żaden eksperyment, żadne
'ile wytrzymasz w przyjaźni z lokalnym ćpunem' - nie. Ona naprawdę wierzyła, że coś między nimi się złączyło, nawet jeśli było to zrobione ze szkła i ostrych krawędzi. Tylko że… jej zaufanie i cierpliwość też miały granice. Vita nie była masochistką. Nie będzie tu stać, żeby dać się ranić w kółko. Ale była gotowa sprawdzić, czy w tym labiryncie traum i strachu da się odnaleźć wyjście - razem.
Przesunęła dłonie po jego klatce i uśmiechnęła się delikatnie, jakby próbowała odjąć ciężaru temu, co właśnie powiedziała.
- W twoją stronę idzie to samo. Jak będę too much, to mi powiedz. Tylko mnie nie ghostuj, proszę… i nie rób tego przez smsy, bo przypał. - parsknęła krótko. A potem spojrzała na niego - na te roztrzepane włosy, oczy owinięte czarną kredką, usta - i poczuła to ciepło, które ją zdradzało. Uniosła się na palcach, po prostu chcąc go pocałować. Przymknęła oczy, była dosłownie centymetry od jego ust…
TRZASK. TRZASK. TRZASK.
Walenie w drzwi rozniosło się po mieszkaniu jak plaskacz od losu. Vita wzdrygnęła się i wróciła na ziemię w sekundę, jakby wszechświat krzyczał -
nie rób tego. Onieśmielona zerknęła na niego, po czym,
- YAAAY! Żarcie! - pisnęła z entuzjazmem, odsunęła dłonie od jego klatki, wyswobodziła się z misiowego uścisku i dosłownie poleciała do drzwi. Odebrała torbę, podbiegła do stolika przy skórzanej kanapie, rozłożyła burgery, frytki i smażone pikle w cieście, wysypała dipy na stół, po czym spojrzała na niego.
- Co tak stoisz? Chodź, Tiń. - rzuciła zadziornie i cisnęła w jego stronę jednego burgera w papierku, rechocząc do siebie. Zabrała swój trunek, usiadła na kanapie, rozwinęła burgera i wgryzła się w niego jak w nagrodę za przetrwanie dnia.
- Mmm. - jęknęła głośno, przewracając oczami.
- Foodgasm. - mruknęła z pełną buzią. Sięgnęła po smażonego pikla, uniosła go dumnie i, kiedy Ian już był obok, przystawiła mu go prawie do ust.
- Spróbuj. Odmieni twoje życie, trust me. A jak nie, to udam, że tego nie słyszałam. - parsknęła śmiechem, czekając aż go przejmie. I w tym jednym, beztroskim momencie - z tłuszczem na palcach, jedzeniem na stole i jego obecnością obok, naprawdę zrozumiała, że znalazła swoją osobę. Nieważne, jak bardzo pokaleczoną. Nieważne, z jakim bagażem. Przypomniał jej się wtedy podcast, którego słuchała kilka tygodni wcześniej, leżąc na kanapie z lodami i przekonana, że już nigdy nie pozna nikogo ważnego. Jeden z tych podcastów, gdzie lektor czyta cudze historie… takie, do których ludzie wstydzą się przyznać… Była to opowieść o Słońcu i Księżycu.
O Amaterasu i Tsukoyomi.
Dwie istoty krążące w odległych orbitach, zapisane w zupełnie różnych porach istnienia. Na pozór doskonałe... piękne w swoim blasku, przez niektórych podziwiane. A jednak samotne. Nawet otoczone światłem gwiazd i spojrzeniami ludzi, czuły się jakby nie należały do tego świata. Jakby zawsze były odrobinę nie na miejscu. Często zapominane. Czasem brane za coś oczywistego. Aż do dnia, w którym porządek niebios na chwilę się zachwiał. Amaterasu wzeszła dłużej niż zwykle, a Tsukoyomi nie opadła jeszcze w cień. Ich drogi przecięły się na moment…krótki jak oddech wszechświata. Wymieniły spojrzenia, uśmiechy utkane ze światła i ciszy. I w tej jednej chwili coś się zmieniło. Amaterasu nie potrafiła nazwać tego uczucia. Nie był to impuls ani przypadek... Gwiazdy ułożyły się inaczej, noc trwała odrobinę dłużej, jakby dawała jej czas na decyzję. Wahała się. Wiedziała, że Księżyc i Słońce nie powinny przekraczać granic wyznaczonych przez niebo. Ich spotkania były rzadkie, kruche, zapisane w prawach starszych niż one same. A jednak czuła, że milczenie byłoby większym błędem niż złamanie ciszy. Coś kliknęło, jakby same gwiazdy wstrzymały ruch…i takim sposobem nie mając o tym kosmicznego pojecja, amaterasu poznała swoją najlepszą przyjaciółkę.
Od tamtej pory zaczęły liczyć czas inaczej.
Nie w dniach i nocach, lecz w oczekiwaniu na kolejne spotkanie. Każdy krótki moment wspólnego trwania stał się rutyną, której nie potrafiły przegapić…rozmową bez słów, obecnością silniejszą niż odległość. Znalazły język, którym potrafiły rozmawiać tylko ze sobą.
Lecz czas nie zna litości.
Przyniósł ze sobą próby, wątpliwości i chwile, w których obie myślały, że może jednak nie są sobie pisane. Że ich światy są zbyt różne. Że dystans i niezmienne prawa kosmosu stoją między nimi jak mur. Na moment ich światła znów się rozminęły. Nastała ciemność i pustka. Aż pewnego dnia los pozwolił im znów współbrzmieć w tej samej konstelacji. Na dłużej. Wystarczająco długo, by przypomnieć sobie, jak bardzo im na sobie zależało i jak bardzo za sobą tęskniły. Amaterasu znowu ujrzała w Tsukiyomi kogoś, kogo nie mogła stracić. Kogoś, kto rozświetli jej szarą codzienność wsparciem, śmiechem i beztroskimi żartami. Kogoś, z kim będzie mogła dzielić zarówno najbardziej chujowe, jak i najbardziej zajebiste dni istnienia. Kogoś, przy kim w końcu będzie mogła być sobą… bez masek, bez udawania, bez strachu przed odsłonięciem światła, które tak długo chowała przed innymi.
Przyjaźń, która narodziła się z niczego.
Z jednego kliknięcia.
Z jednej odwagi wyszeptanego „hejka”
I wtedy Amaterasu zrozumiała, że swoją osobę można odnaleźć nie tylko na ziemi. Czasem spotyka się ją między dniem a nocą…w najmniej oczekiwanym miejscu, w najmniej oczekiwanej porze swojego istnienia.
Właśnie tak spędzili resztę wieczoru... wymieniając się anegdotami, na tyle, na ile Ian potrafił się zmusić. Smażone pikle niestety nie przypadły mu do gustu, doprowadzając Vitę do wewnętrznej rozpaczy, ale to wcale, a wcale nie przeszkodzi jej prędzej czy później… go do nich przekonać. Uśmiechnęła się pod nosem, myśląc, że może właśnie Ian jest jej
księżycem.
༺ koniec ༻
tsuki ༺♡༻