Strona 1 z 1

being with you has opened my eyes

: pn lut 02, 2026 1:28 am
autor: vita holloway
𝓌𝒶𝓃𝓃𝒶 𝒻𝓁𝓎 𝓉𝑜 𝒶 𝓅𝓁𝒶𝒸𝑒, 𝓌𝒽𝑒𝓇𝑒 𝒾𝓉'𝓈 𝒿𝓊𝓈𝓉 𝓎𝑜𝓊 𝒶𝓃𝒹 𝓂𝑒


Wybiegając z łazienki, wpadła na Iana i od razu wyrzuciła z siebie, że coś wzięła - jakąś tabletkę - przerażona, że zaraz coś jej się stanie. Nigdy nie brała żadnych narkotyków, nie wiedziała, jak jej organizm zareaguje na środki odurzające. To, że Ian miał z tym do czynienia od lat, wcale nie poprawiało jej humoru ani nie sprawiało, że czuła się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie. Była dosłownie przerażona. Trzęsła się, czując jak krew odpływa jej z twarzy. Mogłaby przysiąc, że zaraz padnie tam na zawał. A jednak jej 'kolaborant' tej relacji szybko ją uspokoił, próbując sprowadzić ją z powrotem na ziemię. Wzięła głęboki oddech, próbując skupić się na jego słowach.

Placebo. Musimy spierdalać. Prawie zabiłem.

Jej mózg nie potrafił przetworzyć tego wszystkiego naraz. Tylko kiwnęła głową, wpatrując się w niego przeszklonymi oczami... dopiero po chwili dotarło do niej, że on… jest cały we krwi. Przerażenie wymalowało jej twarz. Pobiegła razem z nim na zewnątrz, słysząc za plecami krzyki ludzi. Wskoczyli do taksówki. Zerknęła na niego od góry do dołu i wyglądało na to, że ta krew… nie należała do niego. Poza rozbitą wargą. Odetchnęła z ulgą... na sekundę. Tylko że taksówkarz coraz to niepewniej zerkał na nich w lusterku. Vita, przerażona, bojąc się, że zaraz zadzwoni po policję, usiadła okrakiem na Ianie i schyliła się nad nim - o dziwo dotykanie go przychodziło jej z coraz większą pewnością. - Proszę pani, proszę pasy zapiąć! - rzucił kierowca z ukraińskim akcentem. - Пан, тільки на хвилинку, я так сумувала за своїм хлопцем. - odpowiedziała mu po ukraińsku, z nadzieją, że zyska u niego kilka punkcików. Zazwyczaj to działało z jej klientami. W tym przypadku również nie było inaczej. Kierowca tylko się zaśmiał i rzucił, że zapłaci mandat, jeśli policja ich zepchnie na bok. Vita spojrzała na Iana i oparła twarz we wnęce jego szyi. - Patrzył się na twoje ciuchy… - szepnęła, kompletnie nie przykuwając uwagi do tego, że jej nagie nogi i ubranie też muszą być umorusane krwią. Przymknęła oczy wtulona w niego. A jakieś czterdzieści minut później byli już na miejscu.

Wysiadła, podziękowała kierowcy po ukraińsku i szła krok w krok z Ianem do jego mieszkania. Kiedy weszła do środka, rozejrzała się dookoła, czując się, jakby ktoś wciągnął ją do rockowego teledysku z lat 2000. - Wow, this is so fucking sick… czuję się, jakby zabrano mnie w czasie - parsknęła śmiechem, ale przyglądała się wszystkiemu z przejęciem, bo wystrój naprawdę jej się podobał. Po chwili spojrzała na niego i na siebie. Ściągnęła buty. - Nie wierzę, że zostawiłam płaszcz w tym klubie… będę musiała po niego wrócić któregoś dnia, bo zamarznę na śmierć - mruknęła, po czym dodała z rozbawieniem, - Poza tym… wyglądamy jakbyśmy urwali się z jakiegoś filmu halloweenowego. - Uśmiechnęła się do niego i podeszła bliżej. Wysunęła dłoń i przejechała kciukiem po jego rozbitej wardze. - Opowiesz mi, co się stało? - zapytała cicho. Jej uśmiech zgasł, a w oczach wróciło to samo spięcie, co w łazience. - I czy na pewno nie muszę się bać tego, co mi wsunęły siłą do buzi? - Spojrzała mu prosto w oczy, przejęta.

tiń

being with you has opened my eyes

: pn lut 02, 2026 11:21 am
autor: Ian Swerdlove


𝔗𝔥𝔞𝔱 ℑ 𝔞𝔩𝔪𝔬𝔰𝔱 𝔟𝔢𝔩𝔦𝔢𝔳𝔢 𝔱𝔥𝔞𝔱 𝔱𝔥𝔢 𝔭𝔦𝔠𝔱𝔲𝔯𝔢𝔰 𝔞𝔯𝔢 𝔞𝔩𝔩 ℑ 𝔠𝔞𝔫 𝔣𝔢𝔢𝔩

⛧☾༺♰༻☽⛧

Nieco nieobecny władował się do taksówki. Adrenalina buzowała my w żyłach, a po głowie kręciły się same fatalistyczne myśli. Fakt, że był jeszcze pod wpływem działania jakiegoś syfu potęgował poczucie paranoi. Całe szczęście, gdy jego lęk zaczynał przybierać absurdalne kształty, Vita postanowiła usiąść na nim, zasłonić go swoim ciałem. Dłonie Swerdlove same szybko znalazły się na jej biodrach, jakby same uciekały do nich w krótkim impulsie. Spojrzał na jej twarz, momentalnie zapominając o tym, że jeszcze chwilę temu był przerażony myślą, że faktycznie mogliby go zgarnąć do aresztu. Nie wiedział, czy ktoś wezwał policję, ale jego pogrążony w obłąkaniu mózg sam podszeptywał mu takie scenariusze.
Słysząc jej wyjaśnienia zmarszczył brwi i spojrzał dół, na siebie, na zaschnięte stróżki powstałe w wyniku bójki, w którą się wdał. Chociaż w sumie ciężko było to nazwać bójką, skoro tamten poza jednym ciosem nie zadał żadnego innego. Ian przełknął ślinę i pokiwał szybko głową, dając jej do zrozumienia, że rozumie i popiera ten pomysł. Przytulił ją do siebie, chowając twarz w zagłębieniu pomiędzy szyją a karkiem dziewczyny.

Kiedy już znaleźli się w mieszkaniu tatuatora, ten ściągnął z siebie kurtkę i odwiesił ją w hallu. W powietrzu unosił się zapach piżma wymieszany z wilgocią. Jego małe, socjalne gniazdko miało problemy z wentylacją, wiec zapach pleśni Swerdlove za wszelką cenę starał się zasłonić świeczkami i kadzidłami, udając tym samym, że po prostu dąży do takiego wystroju i ma on tylko i wyłącznie wyraz estetyczny. Któraś z dziewczyn na chwilę określiła kiedyś to miejsce meliną i... Wbrew temu, co Ian chciał o nim myśleć, to chyba najlepsze określenie na to, co zastali. Uśmiechnął się koślawo, gdy znów zalała go potokiem słów.
-Nie wydałem na meble ani grosza. Wszystko jest zwleczone z okolicznych wystawek albo podarowane przez znajomych.- przyznał drapiąc się lekko w kark.- Nie lubię wyrzucać rzeczy, które nadają się jeszcze do użycia. Chyba mam jeszcze na sobie ten osad z noszenia cuchów po kuzynie.-przewrócił ślepiami na samego siebie. - Zaraz o wszystkim ci opowiem, muszę najpierw...
Zsunął ciężkie buty i władował się do mieszkania, kierując swoje kroki prosto do kuchni. Umył pośpiesznie ręce w zlewie, jakby chcąc pozbyć się tego wspomnienia. Kolejno wyciągnął z niej puszkę z kocim żarciem, które następnie rozłożył do dwóch, przeźroczystych miseczek. Przypomniało mu się, że zapomniał dziś wystawić coś swoim-nieswoim kotom. Przemaszerował do balkonu umieszczonego przy salonie. Wyszedł na niego na moment i postawił miseczki na parapet. Ich dźwięk w zaledwie chwilę przywołał z ciemności dwa, czarne koty Pożerając swoje żarcie z prędkością światła, patrzyły na niego spod byka, jakby mając pretensję do bladego mężczyznę o ten brutalny przejaw niepunktualności.
-Sorry chłopaki, nie mam dziś czasu.- mruknął do nich, jakby się usprawiedliwiając i wrócił po chwili do środka mieszkania. - Chcesz herbaty? Mam zamówić jakieś żarcie?- skoro nakarmił już koty, to teraz wypadało zająć się drugą przybłędą. Sam powrócił do lodówki i tym razem wyciągnął z niej piwo. Otworzył je zębami wypluwając kapsel do śmietnika i pociągnął łyka złotego, zmrożonego przyjemnie trunku.- Bycie ćpunem raz na ruski rok się przydaje.- zaczął powoli, w odpowiedzi na jej pytanie i podrapał się po skroni sam nie wierząc, że powiedział coś aż tak absurdalnego na głos.- Tabletki, które dostałaś, próbowali nabyć u kolesia, który jest moim dobrym znajomym. Wyczaił mnie wcześniej i sprzedał im aspirynę.- wzruszył lekko ramionami.- Będziemy mogli przeprowadzić eksperyment, czy łykanie aspiryny w czasie picia niweluje kaca.- wzruszył ramionami po swoim jakże nieśmiesznym, ponurym żarcie.- Wygląda na to, że twoja koleżanka jest nieźle pierdolnięta... naprawdę trzymaj się od niej z daleka, bo jest faktycznie niebezpieczna. Plus jest taki, że chyba nie zgłoszą na pały tego, co się stało, bo nie wiedzą, że ich zorganizowany atak nie wypalił. Są cały czas przekonani, że wcisnęli ci DRD... date rape drug.- westchnął ciężko, wciąż porażony tym wieczorem.

𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪

being with you has opened my eyes

: pn lut 02, 2026 6:16 pm
autor: vita holloway
Rozglądała się po jego mieszkanku, zaglądając w przeróżne zakamarki, skanując wzrokiem dekoracje i akcesoria. W nozdrza uderzał ją zapach kadzidełek. Spodobało jej się to, że choć na pierwszy rzut oka wystrój kompletnie do siebie nie pasował, to… był w jego stylu. Porozrzucany na różne części, a kiedy patrzyło się na to mieszkanie jak na całość... nagle wszystko zaskakiwało i wyglądało, jakby dokładnie tak miało być. - Meble w tych czasach są cholernie drogie. Nawet Ikea się stoczyła! Jakim prawem malutka szafka nocna kosztuje pięćdziesiąt dolarów?! Ja już wolę ustawić sobie pudło z Amazona obok łóżka, zamiast wydawać tyle hajsu! - zaczęła się bulwersować, marszcząc nos, zarzucając rękę na rękę, serio przejęta tym, jak wszystko jest kurewsko drogie. Po chwili złapała się na tym, że znowu wyrzuca z siebie milion słów, więc zamknęła usta w połowie zdania. - Przepraszam… zapominam się czasami.

Zerknęła na niego, jak ściągał buty i kierował się w stronę kuchni. Przeskoczyła z nogi na nogę niczym sarenka, po czym przyglądała się skórzanej kanapie... na którą w końcu się rzuciła, leżąc na plecach i przesuwając głowę tak, żeby móc go obserwować. Obróciła się na bok, żeby mieć lepszy widok. Wychyliła się, próbując rozgryźć, co on właściwie robi z tymi dwiema miseczkami, a potem… jak wyszedł na balkon, usłyszała dwa miauknięcia. Podniosła się od razu, żeby zerknąć, i uśmiechnęła się szeroko do siebie. Poczuła, jak serce pęka jej na milion malutkich kawałeczków. Ian ją rozczulił. Nie mogła uwierzyć, że pomaga kocurkom. - Aww, Tiń… nie mówiłeś mi, że masz nieślubne dzieci - rzuciła, śmiejąc się pod nosem. Wychyliła głowę na balkon i spojrzała na te dwie urocze bestie. - Wybaczcie mu. Dzisiaj jest mój - odparła dumnie, po czym weszła z powrotem do mieszkania, uśmiechając się do niego. - Herbatę chętnie z czymś mocnym! Jedzenie też, ale ja zamawiam. Biorę najbardziej świńskie burgery, frytki i smażone pikle. Trust me - są kurewsko dobre. - Uśmiechnęła się, wysuwając język, i już zamawiała żarcie z najbliższego miejsca, które wyskoczyło jej na apce. Podbiegła jeszcze do drzwi, otworzyła je, żeby upewnić się co do numerku, i złożyła zamówienie. - Idealnie. Będzie za pół godziny! - Wróciła do niego i uniosła brew, słysząc go, przyglądając się, jak popija piwo. Wyjęła mu je z rąk i sama wzięła łyk... po prostu… zaczynała się czuć w jego towarzystwie zbyt komfortowo i nie zastanawiała się nad tym co wyczyniała. - Hmm, co masz na myśli? - zapytała szczerze zaciekawiona, bo w życiu by nie pomyślała, że bycie ćpunem może się komuś do czegokolwiek przydać.

Kiedy dotarło do niej, o co mu chodzi, oddała mu butelkę i usiadła na skórzanej kanapie, wpatrując się w niego. Ogromny ciężar spadł jej z serca, gdy usłyszała, że to tylko aspiryna. - Damn… moje pierwsze zetknięcie z dragami, a tutaj się okazuje, że to lek przeciwbólowy. Ale ze mnie baddie, co? - parsknęła śmiechem. Chwilę później jednak spoważniała, bo uderzyło ją, że on… żyje z tym nałogiem od cholernie dawna. - Um… sorry. To było nie na miejscu - mruknęła, zakrywając twarz dłońmi. Słuchała go dalej i zmarszczyła brwi, unosząc palec, gdy znowu wrócił temat tego, że ta pizda z klubu to jej 'koleżanka'. - Tiń! Ona nie jest, nie była i nigdy nie będzie moją koleżanką. Gdyby mnie nie porwali, to ja bym naprawdę z nimi tam nie przebywała… Przez moment może faktycznie pomyślałam, że ktoś mnie zaakceptował, no ale… myliłam się. - Powiedziała to przejęta, bo nie chciała, żeby myślał, że zadaje się z kimś takim jak Kate i tą bandą NPC-ów. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, co powiedział o tej pieprzonej tabletce i ich zamiarach. - Co? - Zamarła. Wsunęła palce we włosy i schowała głowę między nogi, próbując się uspokoić, złapać oddech. Kurwa mać. Co by było, gdyby do niego nie napisała? Gdyby ich plan zadziałał? Uniósła głowę powoli, jeszcze zamroczona emocjami, wstała i podeszła do Iana. - Kłamca - rzuciła i uderzyła go pięścią w ramię. A potem… wybuchła. Śmiechem i szlochem naraz. - Jak na kogoś, kto nie ma przyjaciół, to jesteś kurewsko dobrym w byciu nim… - parsknęła, łkając w tym samym momencie. - Nie lubię cię. - Powiedziała to ironicznie, odwracając się od niego i przecierając dłońmi policzki przesiąknięte łzami. Bo w tej sekundzie emocje po prostu nią zawładnęły. I chyba dopiero teraz do niej dotarło, że chłopak, który zawsze był sam - albo był odrzucany, jakby nie nadawał się na „materiał” na przyjaciela - zaczynał się dla niej stawać kimś cholernie ważnym.

tiń

being with you has opened my eyes

: pn lut 02, 2026 8:29 pm
autor: Ian Swerdlove

Kiedy jego towarzyszka podjęła temat mebli i ich cen na dzisiejszym rynku, Ian zmarszczył lekko brwi. Z jednej strony chciał podjąć temat i jakoś go skomentował ,ale z drugiej... Cholera, dalej był Swerdlovem, dalej miał pewne opory i nie potrafił z takim polotem gadać o pierdołach jak każdy... Dopiero, kiedy dostrzegł na jej twarzy cień żenady, przymusił się do komentarza. Chciał być sprawiedliwy, pragnął, by i ona czuła, że może być przy nim sobą. Nawet gdyby miało to oznaczać komentowanie sytuacji ekonomicznej i gospodarczej w kraju i na świecie.
-Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, ile meble dziś kosztują. W ikei nigdy nie byłem, chociaż zostały mi przez znajomego zaserwowane klopsiki stamtąd.- przyznał drapiąc się po brodzie pokrytej jednodniowym zarostem.- Nie jestem zwolennikiem przesadnej konsumpcji. Prędzej koszulka zmaterializuje mi się przy silniejszym podmuchu wiatru, niż pozwolę jej odejść. A jak już się rozwali, to i tak znajduję dla niej zastosowanie. Do uszczelniania okien na przykład.- mruknął wskazując skinieniem instalację, którą właśnie opisał.- Widzę, że dałaś się złapać na pierwsze wrażenie. Ta dziura się dosłownie rozpada. Mam problemy z wilgocią, nieszczelne okna i pierdolone myszy.- wzruszył lekko z ramionami- Administrator budynku ma mnie w dupie, a mnie nie stać na remonty.- w myślach oskarżył się o to, że gdyby oszczędził sobie ładowania proszków, to może by i miał... nie powiedział jednak tego na głos, nie chcąc, by Vita poczuła się zobowiązania do tego, by go przed jego własnym, surowym osądem. Niemniej był zaskoczony tym, że wydobył z siebie aż taki słowotok. Chyba faktycznie zależało mu na jej samopoczuciu...
Gdy wystosowała w niego swoje zamówienie, zmarszczył lekko brwi. Nie spodziewał się tego, ale jak najbardziej miał jej zamiar usłużyć. Zaparzył więc herbatę, doprawiając ją, a jakże, rumem. Zgadnijcie, kochani, jaki był ulubiony alkohol Iana Swerdlove... Postawił kubek na stoliku, przed nią, marszcząc brwi słysząc idee gastronomicznej abominacji, o której wspomniała.
-Smażone pikle brzmią jak zgaga, jakiej jeszcze w życiu nie udało mi się osiągnąć, Sztokholm.- mruknął patrząc na nią sceptycznie.- Ale niech ci będzie. Należy ci się za tę dzisiejszą traumę.
Patrzył na nią z kwaśnym wyrazem twarzy widząc jej reakcję na wszystkie rewelacje, które jej sprzedawał. Nie chciał jej wystraszyć, ale wiedział, że trzymanie jej w takiej sytuacji pod informacyjnym kloszem mogło okazać się niebezpieczne. Co, jeżeli po raz kolejny spróbują coś jej zrobić? Lepiej, żeby unikała tych ludzi i trzymała się od nich z daleka. Nawet ktoś z durszlakowym mózgiem, jak Ian, był w stanie to zauważyć. Uniósł bezbronnie ręce do góry, chcąc pokazać jej, że wcale nie ma zamiaru kłócić się z nią o status relacji z Bleemo.
-Nazwałem ja tak z braku lepszego określenia, Vi. Ale rozumiem, już jej tak nie nazwę.- mruknął przerzucając swoimi zielonymi ślepiami. Obserwował ją dość niepewnie. Wszystkie te gesty, które wydawały się całą siłą odciągnąć go od rdzenia problemu- czuła się oszukana, przerażona i zagrożona.
Chciała pokazać mu, że sobie jakoś radzi. I nawet emocjonalny impotent taki jak Swerd potrafił to zauważyć. Złapał ją za nadgarstek i przyciągnął ją do siebie tak, że na niego wpadła. Oplótł ją ramionami, zamykając ją w iście niedźwiedzim uścisku. Nie było w nim nic, co mogłoby zostać dwuznacznie odebrany. Ot zwykły gest współczucia, niewerbalny sposób złożenia przysięgi- jestem z tobą, będę z tobą, możesz na mnie polegać. Coś, co Ianowi jeszcze nigdy nie przeszło przez gardło, a co samym wspomnieniem budziło w nim dziwny dyskomfort. Chciał potrafić powiedzieć coś takiego głośno... ale chyba jeszcze nie czas na to.
-Posłuchaj.- zaczął powoli, gdy upewnił się, że uścisk trwał dostatecznie długo, by dać jej jakiś rodzaj komfortu.- Mówisz tak o mnie, bo jeszcze nie miałaś okazji oglądać mnie w moim najgorszym momencie. Jeżeli masz zamiar zostać ze mną na dłużej, to proszę, bądź gotowa na to, że mogę być niezłym skurwielem. Jeszcze nie raz cię skrzywdzę i rozczaruję.- już teraz czuł się parszywie i ubolewał nad wydarzeniami, które jeszcze nie miały miejsca.- Przebywanie w orbicie osób uzależnionych to... nie jest nic przyjemnego. Wiedz, że jeżeli będziesz czuć, że nie dajesz rady, to uciekaj gdzie pieprz rośnie i nie oglądaj się za siebie, ok?- podniósł jej podbródek, by móc jej spojrzeć głęboko w duszę. Jakby chciał przemówić teraz do resztek rozsądku zamkniętych w jej walecznym ciałku. Nie chciał być teraz romantyczny czy słodki. Wbrew swoich zapędów nie manipulował nią. Chciał po prostu, by była bezpieczna.

𝔖𝔷𝔱𝔬𝔨𝔥𝔬𝔩𝔪

being with you has opened my eyes

: wt lut 03, 2026 7:51 am
autor: vita holloway
Cień zażenowania, który okrył jej buzię, szybko zniknął, kiedy Ian podjął temat mebli. Dzięki temu nie czuła się już tak, jakby gadała trzy po trzy… choć miała wrażenie, że może po prostu próbuje zrobić jej przyjemność, rozmawiając o czymś tak… normalnym. Spojrzała na niego, uśmiechnęła się pod nosem i przymrużyła oczy, próbując wyhaczyć, co dokładnie zrobił, zaklinowując szpary w oknie.- Słuchaj, przynajmniej używasz tego, co masz. To się ceni - rzuciła, po czym wzdrygnęła się na samo wspomnienie o mszach. - Ah! U mnie ten sam problem. Pojawiają się, jak tylko zrobi się chłodniej. Fuck me… Ile razy musiałam je miotłą zaganiać z powrotem do tej dziury, z której wylazły, a Milo - mój dzielny obrońca… wyobraź sobie… tylko się na nie gapi. Nawet łapką nie tknie. Cholera jedna! - Fuknęła, marszcząc nos na samo wspomnienie. - Tiń… masz dach nad głową, masz pracę i dokarmiasz uliczne koty. You’re doing just fine - powiedziała ciszej, nawet na niego nie patrząc, bo naprawdę tak myślała. No dobra, przydałby mu się kaktus o imieniu Winston tu i ówdzie… ale musiała go ocieplać powoli. Co za dużo, to niezdrowo, prawda?

Uradowana tym, że jedzenie już zamówione, nie mogła się doczekać, aż Ian spróbuje tego żywnościowego zboczenia, które było jej ulubioną przekąską. - Ah… i to jest muzyka dla moich uszu - rzuciła zachwycona. Chwyciła kubek z herbatą i upiła łyk, krzywiąc usta. Zirytowana tym nazewnictwem tej pokracznej kwoki, wstała, odstawiła kubek na blat w kuchni, a potem odwinęła mu soczystego plaskacza w ramię za tę zniewagę. Chwilę później chwycił ją za nadgarstek i pociągnął tak, że wtuliła się w niego. Uniosła wzrok, kiedy podniósł jej podbródek i dosłownie ją ostrzegł. Zmarszczyła brwi i fuknęła,- To ty posłuchaj, love. - odezwała się ciszej, ale w tym tonie było coś nie do negocjowania. - Poznałam już jedną wersję skurwiela i nie uciekłam. Mogę poznać kolejne. Mogę ci obiecać, że będę przy tobie… - zerknęła na niego. - A jak faktycznie będzie za ciężko, to będę z tobą szczera. Dobrze? - Wpatrywała się w jego zielonkawe oczy i przełknęła ślinę, jakby nagle zabrakło jej powietrza. Bo to nie był tylko fizyczny pociąg… to było coś gorszego. Coś, co wchodzi pod skórę i siada w środku jak dom. Bratnia dusza. Najgorszy możliwy scenariusz. Nie obchodziło jej, kim był. Obchodziło ją tylko to, że kliknęło. Że jej mózg przestawił się w sekundę, kiedy zobaczyła go w pracy, jakby wszystkie neurony zaczęły wrzeszczeć… IT’S YOUR PERSON, VITA, DON’T FUCK IT UP. Czy zachowywała się jak idiotka? Prawdopodobnie. Jej wrażliwe serce najpewniej nie zniesie ucisku, jaki Ian potrafi uskutecznić… ale chciała spróbować. To nie był żaden eksperyment, żadne 'ile wytrzymasz w przyjaźni z lokalnym ćpunem' - nie. Ona naprawdę wierzyła, że coś między nimi się złączyło, nawet jeśli było to zrobione ze szkła i ostrych krawędzi. Tylko że… jej zaufanie i cierpliwość też miały granice. Vita nie była masochistką. Nie będzie tu stać, żeby dać się ranić w kółko. Ale była gotowa sprawdzić, czy w tym labiryncie traum i strachu da się odnaleźć wyjście - razem.

Przesunęła dłonie po jego klatce i uśmiechnęła się delikatnie, jakby próbowała odjąć ciężaru temu, co właśnie powiedziała. - W twoją stronę idzie to samo. Jak będę too much, to mi powiedz. Tylko mnie nie ghostuj, proszę… i nie rób tego przez smsy, bo przypał. - parsknęła krótko. A potem spojrzała na niego - na te roztrzepane włosy, oczy owinięte czarną kredką, usta - i poczuła to ciepło, które ją zdradzało. Uniosła się na palcach, po prostu chcąc go pocałować. Przymknęła oczy, była dosłownie centymetry od jego ust…

TRZASK. TRZASK. TRZASK.

Walenie w drzwi rozniosło się po mieszkaniu jak plaskacz od losu. Vita wzdrygnęła się i wróciła na ziemię w sekundę, jakby wszechświat krzyczał - nie rób tego. Onieśmielona zerknęła na niego, po czym, - YAAAY! Żarcie! - pisnęła z entuzjazmem, odsunęła dłonie od jego klatki, wyswobodziła się z misiowego uścisku i dosłownie poleciała do drzwi. Odebrała torbę, podbiegła do stolika przy skórzanej kanapie, rozłożyła burgery, frytki i smażone pikle w cieście, wysypała dipy na stół, po czym spojrzała na niego. - Co tak stoisz? Chodź, Tiń. - rzuciła zadziornie i cisnęła w jego stronę jednego burgera w papierku, rechocząc do siebie. Zabrała swój trunek, usiadła na kanapie, rozwinęła burgera i wgryzła się w niego jak w nagrodę za przetrwanie dnia. - Mmm. - jęknęła głośno, przewracając oczami. - Foodgasm. - mruknęła z pełną buzią. Sięgnęła po smażonego pikla, uniosła go dumnie i, kiedy Ian już był obok, przystawiła mu go prawie do ust. - Spróbuj. Odmieni twoje życie, trust me. A jak nie, to udam, że tego nie słyszałam. - parsknęła śmiechem, czekając aż go przejmie. I w tym jednym, beztroskim momencie - z tłuszczem na palcach, jedzeniem na stole i jego obecnością obok, naprawdę zrozumiała, że znalazła swoją osobę. Nieważne, jak bardzo pokaleczoną. Nieważne, z jakim bagażem. Przypomniał jej się wtedy podcast, którego słuchała kilka tygodni wcześniej, leżąc na kanapie z lodami i przekonana, że już nigdy nie pozna nikogo ważnego. Jeden z tych podcastów, gdzie lektor czyta cudze historie… takie, do których ludzie wstydzą się przyznać… Była to opowieść o Słońcu i Księżycu.

O Amaterasu i Tsukoyomi.

Dwie istoty krążące w odległych orbitach, zapisane w zupełnie różnych porach istnienia. Na pozór doskonałe... piękne w swoim blasku, przez niektórych podziwiane. A jednak samotne. Nawet otoczone światłem gwiazd i spojrzeniami ludzi, czuły się jakby nie należały do tego świata. Jakby zawsze były odrobinę nie na miejscu. Często zapominane. Czasem brane za coś oczywistego. Aż do dnia, w którym porządek niebios na chwilę się zachwiał. Amaterasu wzeszła dłużej niż zwykle, a Tsukoyomi nie opadła jeszcze w cień. Ich drogi przecięły się na moment…krótki jak oddech wszechświata. Wymieniły spojrzenia, uśmiechy utkane ze światła i ciszy. I w tej jednej chwili coś się zmieniło. Amaterasu nie potrafiła nazwać tego uczucia. Nie był to impuls ani przypadek... Gwiazdy ułożyły się inaczej, noc trwała odrobinę dłużej, jakby dawała jej czas na decyzję. Wahała się. Wiedziała, że Księżyc i Słońce nie powinny przekraczać granic wyznaczonych przez niebo. Ich spotkania były rzadkie, kruche, zapisane w prawach starszych niż one same. A jednak czuła, że milczenie byłoby większym błędem niż złamanie ciszy. Coś kliknęło, jakby same gwiazdy wstrzymały ruch…i takim sposobem nie mając o tym kosmicznego pojecja, amaterasu poznała swoją najlepszą przyjaciółkę.

Od tamtej pory zaczęły liczyć czas inaczej.

Nie w dniach i nocach, lecz w oczekiwaniu na kolejne spotkanie. Każdy krótki moment wspólnego trwania stał się rutyną, której nie potrafiły przegapić…rozmową bez słów, obecnością silniejszą niż odległość. Znalazły język, którym potrafiły rozmawiać tylko ze sobą.
Lecz czas nie zna litości.

Przyniósł ze sobą próby, wątpliwości i chwile, w których obie myślały, że może jednak nie są sobie pisane. Że ich światy są zbyt różne. Że dystans i niezmienne prawa kosmosu stoją między nimi jak mur. Na moment ich światła znów się rozminęły. Nastała ciemność i pustka. Aż pewnego dnia los pozwolił im znów współbrzmieć w tej samej konstelacji. Na dłużej. Wystarczająco długo, by przypomnieć sobie, jak bardzo im na sobie zależało i jak bardzo za sobą tęskniły. Amaterasu znowu ujrzała w Tsukiyomi kogoś, kogo nie mogła stracić. Kogoś, kto rozświetli jej szarą codzienność wsparciem, śmiechem i beztroskimi żartami. Kogoś, z kim będzie mogła dzielić zarówno najbardziej chujowe, jak i najbardziej zajebiste dni istnienia. Kogoś, przy kim w końcu będzie mogła być sobą… bez masek, bez udawania, bez strachu przed odsłonięciem światła, które tak długo chowała przed innymi.

Przyjaźń, która narodziła się z niczego.
Z jednego kliknięcia.
Z jednej odwagi wyszeptanego „hejka”

I wtedy Amaterasu zrozumiała, że swoją osobę można odnaleźć nie tylko na ziemi. Czasem spotyka się ją między dniem a nocą…w najmniej oczekiwanym miejscu, w najmniej oczekiwanej porze swojego istnienia.


Właśnie tak spędzili resztę wieczoru... wymieniając się anegdotami, na tyle, na ile Ian potrafił się zmusić. Smażone pikle niestety nie przypadły mu do gustu, doprowadzając Vitę do wewnętrznej rozpaczy, ale to wcale, a wcale nie przeszkodzi jej prędzej czy później… go do nich przekonać. Uśmiechnęła się pod nosem, myśląc, że może właśnie Ian jest jej księżycem.

༺ koniec ༻


tsuki ༺♡༻