stand out, fit in
: pn lut 02, 2026 1:16 pm
𝒫𝓇𝑒𝓉𝑒𝓃𝒹𝒾𝓃𝑔 𝑒𝓋𝑒𝓇𝓎𝓉𝒽𝒾𝓃𝑔'𝓈 𝒶𝓁𝓇𝒾𝑔𝒽𝓉
Dzisiejszy dzień był dla Holloway cholernie stresujący. Najpierw odcięto jej ogrzewanie w mieszkaniu, zamieniając je w epokę lodowcową… landlord dosłownie jej powiedział, że w całym budynku odłączono, aby naprawić jakąś uszczelkę i żeby nie zawracała mu głowy. Do tego musiała zadzwonić na sicka do pracy, bo Milo przez noc zaczął wydawać jakieś przedziwne dźwięki, a ona sama czuła, jakby jakieś choróbsko się w niej panoszyło. Była roztargniona. Czuła, że wszystko ją irytuje bardziej niż zazwyczaj, a w dodatku nie wpychała w siebie nic innego niż chipsy o smaku barbecue i tabliczki czekolady. O zgrozo. Tak… to był już ten czas. Okres się zbliżał, a emocje brały górę. Wiedziała, że jeśli ktoś ją dzisiaj wnerwi, to już nie będzie odwrotu… nie dość, że będzie musiała przemierzyć spory kawałek z Milo w transporterku, którego nienawidził, to jeszcze spróbować socjalizować się z którymś z sąsiadów, żeby zbadać sytuację ogrzewania. Po nocy spędzonej z Ianem nie mogła przestać o nim myśleć, ale też było jej głupio napisać do niego i zapytać, czy może u niego nocować, bo ma antarktydę zamiast mieszkania. Nie chciała, żeby myślał, że odzywa się tylko jak ma tarapaty.
Zapakowała Milo do transporterka i ruszyła z nim do weterynarza, gdzie… uwaga… nic mu nie było... No do cholery jasnej! Skubany wyzdrowiał jak gdyby nigdy nic w momencie, gdy wyjęła go z tego pierwszoklasowego podróżniczego pudła i pokazała w pełnej okazałości weterynarzowi. Lżejsza o przeszło 200 dolców wracała do domu obolała, wkurwiona i wymarznięta. Pogoda w Toronto ostatnimi dniami była brutalna, a sam fakt, że wracała ze świadomością, że będzie musiała nałożyć na siebie w mieszkaniu pierdyliard warstw, wcale nie pomagał. Po drodze weszła jeszcze do sklepu, żeby obkupić się w słodycze, chipsy, podpaski i napoje gazowane. Wychodząc, uniosła transporterek, żeby spojrzeć na Milo, wystawiła język w jego kierunku i mruknęła, - Jesteś najdroższą inwestycją w moim życiu, wiesz? - Jeszcze tylko przejść kilka przecznic i będzie w domu. Już teraz musi być tylko lepiej, prawda? Welp. NIE. Milo zaczął miauczeć jak poparzony. Wszyscy ludzie wokół zaczęli się na nią patrzeć, jakby dosłownie obdzierała go ze skóry. W dodatku torba jej pękła i wszystkiego posypało się na lodowaty chodnik. Z jej ust wyleciało soczyste 'kurwa', gdy zobaczyła kolesia, który mignął jej przed oczami kilka tygodni wcześniej, w tej samej dzielnicy mieszkalnej… i który akurat przechodził obok. - EJ! - wskazała na niego palcem, mając nadzieję, że zorientuje się, że krzyczy właśnie do niego. - POMOŻESZ?!
sąsiad?
Dzisiejszy dzień był dla Holloway cholernie stresujący. Najpierw odcięto jej ogrzewanie w mieszkaniu, zamieniając je w epokę lodowcową… landlord dosłownie jej powiedział, że w całym budynku odłączono, aby naprawić jakąś uszczelkę i żeby nie zawracała mu głowy. Do tego musiała zadzwonić na sicka do pracy, bo Milo przez noc zaczął wydawać jakieś przedziwne dźwięki, a ona sama czuła, jakby jakieś choróbsko się w niej panoszyło. Była roztargniona. Czuła, że wszystko ją irytuje bardziej niż zazwyczaj, a w dodatku nie wpychała w siebie nic innego niż chipsy o smaku barbecue i tabliczki czekolady. O zgrozo. Tak… to był już ten czas. Okres się zbliżał, a emocje brały górę. Wiedziała, że jeśli ktoś ją dzisiaj wnerwi, to już nie będzie odwrotu… nie dość, że będzie musiała przemierzyć spory kawałek z Milo w transporterku, którego nienawidził, to jeszcze spróbować socjalizować się z którymś z sąsiadów, żeby zbadać sytuację ogrzewania. Po nocy spędzonej z Ianem nie mogła przestać o nim myśleć, ale też było jej głupio napisać do niego i zapytać, czy może u niego nocować, bo ma antarktydę zamiast mieszkania. Nie chciała, żeby myślał, że odzywa się tylko jak ma tarapaty.
Zapakowała Milo do transporterka i ruszyła z nim do weterynarza, gdzie… uwaga… nic mu nie było... No do cholery jasnej! Skubany wyzdrowiał jak gdyby nigdy nic w momencie, gdy wyjęła go z tego pierwszoklasowego podróżniczego pudła i pokazała w pełnej okazałości weterynarzowi. Lżejsza o przeszło 200 dolców wracała do domu obolała, wkurwiona i wymarznięta. Pogoda w Toronto ostatnimi dniami była brutalna, a sam fakt, że wracała ze świadomością, że będzie musiała nałożyć na siebie w mieszkaniu pierdyliard warstw, wcale nie pomagał. Po drodze weszła jeszcze do sklepu, żeby obkupić się w słodycze, chipsy, podpaski i napoje gazowane. Wychodząc, uniosła transporterek, żeby spojrzeć na Milo, wystawiła język w jego kierunku i mruknęła, - Jesteś najdroższą inwestycją w moim życiu, wiesz? - Jeszcze tylko przejść kilka przecznic i będzie w domu. Już teraz musi być tylko lepiej, prawda? Welp. NIE. Milo zaczął miauczeć jak poparzony. Wszyscy ludzie wokół zaczęli się na nią patrzeć, jakby dosłownie obdzierała go ze skóry. W dodatku torba jej pękła i wszystkiego posypało się na lodowaty chodnik. Z jej ust wyleciało soczyste 'kurwa', gdy zobaczyła kolesia, który mignął jej przed oczami kilka tygodni wcześniej, w tej samej dzielnicy mieszkalnej… i który akurat przechodził obok. - EJ! - wskazała na niego palcem, mając nadzieję, że zorientuje się, że krzyczy właśnie do niego. - POMOŻESZ?!
sąsiad?