buy me coffee, will you?
: pt lut 06, 2026 10:19 pm
— Nie możemy tego przełożyć na przyszły miesiąc? — rzuciła błagalnie, przyciskając telefon ramieniem do ucha, podczas gdy jej dłoń zacisnęła się na chłodnej, metalowej klamce od lokalnej kawiarni. — Tak jak wspominałam, mamy w tym miesiącu wyjątkowo dużo wydatków, jeszcze przelewałam wam przecież pieniądze na antybiotyki dla mamy i kolejną ratę… — kobieta po drugiej stronie nawet nie dała jej dokończyć — od razu zaczęła prawić swoje racje na temat polityki ośrodka i jak to muszą traktować każdego tak samo, bez wyjątków. Tylko co ona miała poradzić w sytuacji, w której fizycznie nie miała tych pieniędzy?
Maya wiodła życie od pierwszego do pierwszego. Wszystkie wydatki miała starannie policzone i odpowiednio przygotowane, żeby starczało na czynsz, miesięczną opłatę za ośrodek odwykowy dla matki oraz doładowanie środków Tobiemu, by mógł chociaż dzwonić z więzienia. Nie wspominając o tym, że wciąż potrzebowała kolosalną ilość pieniędzy na spłacenie długu. W jej budżecie nie było więc miejsca na nagłą podwyżkę i to jeszcze o wartości drugie tyle, co płaciła obecnie.
— Ja wszystko rozumiem, ale niech mnie pani też chociaż spróbuje. To jest naprawdę spra… — i znowu jej przerwano. Nawet nie była w stanie jakkolwiek spróbować jej przekonać do przesunięcia terminu zapłaty, bo kobieta po drugiej stronie nawijała jak nakręcona, a kiedy nagle znalazło się okienko, by się odezwać, ktoś akurat szturchnął ją w ramię i zanim zdążyła porządnie spiorunować go wzrokiem, administratorka ośrodka już na nowo nawijała, przytaczając jej nikogo nie interesujące podpunkty w regulaminie. — Ale ja… — nie no kurwa nie było opcji, że ta rozmowa zakończy się jakimkolwiek kompromisem, dlatego Parker
— Prze… przepraszam, ale jadę tu-ne-em i ni-c ni-słysz-e — kręciła komórką na wszystkie strony świata, o mały włos nie trącając jednej z kelnerek, która próbowała przebić się przez tłum ludzi z tacką pełną szklanek. — Za-szzzz-dzwonie pote…szyszy — podrzuciła ją dwa razy w powietrzu, tak dla lepszego efektu, a zaraz potem nacisnęła czerwoną słuchawkę. — Ja pierdole — mruknęła pod nosem, wypuszczając z płuc większy haust powietrza i przy okazji robiąc krok w tył.
Może nawet byłby to normalny krok w tył, gdyby jej but nie natrafił na coś twardego, zupełnie jak jej łokieć, który mimowolnie wbił się w — tak dla odmiany — coś miękkiego. A raczej kogoś, bo jak się okazało, gdy tylko się odwróciła; wpadła na człowieka. Mężczyznę dokładniej. Uniosła ciemne spojrzenie do jego twarzy, by zauważyć, że jego błękitne oczy, już były w nią intensywnie wpatrzone. Długo się jej przyglądał? Widział ten cały cyrk, który odwaliła przed chwilą z telefonem i tunelem? Oby nie.
— Nic nie słyszałeś — dla pewności zagroziła mu palcem, zadzierając głowę w górę, nawet nie siląc się na jakiekolwiek przeprosiny, że przed chwilą zamachnęła się na jego życie własnym łokciem i piętą. A tą piętę to wciąż trzymała na jego ładnym lakierku, czego nawet nie zauważyła. Pachniał też niczego sobie. Może dlatego wciąż się nie odsunęła?
Galen L. Wyatt