i need you more than ever
: pt lut 06, 2026 11:09 pm
Spoiler
Widywanie Skye w pracy, mimo iż ich relacja pozostawała niezmiennie daleka od ideału, było na swój dziwny sposób kojące. Po dwóch tygodniach jej nieobecności, podczas których zaczynał mieć coraz większe obawy, że już więcej jej nie zobaczy, jej powrót okazał się miłą odmianą nawet, jeśli utrzymywany przez nich dystans nie pozwalał na więcej, niż ukradkowe spojrzenia czy zdawkowe rozmowy, gdy przypadkiem wpadli na siebie w kuchni. Tęsknota za nią i tym, co mieli, nie mijała, ale już sama jej obecność dawała mu złudne wrażenie, że gdzieś tam nadal w jej życiu istniał. I przerażało go, że niedługo miało się to skończyć.
Rozsądek podpowiadał mu, że powinien zostawić ją w spokoju. W końcu jej życie wreszcie zaczęło się układać zgodnie z jej planem, prawda? Nie mógł znów zachować się tak egoistycznie, a już tym bardziej nie względem niej i popsuć jej wymarzoną wizję przyszłości. Zwłaszcza, że za każdym razem, kiedy ich oczy się spotykały, jakaś niewidzialna siła ciągnęła go do niej. Mimo niesprzyjających okoliczności wciąż coś go do niej przyciągało, a jego serce miękło. I mimo niezmiennego pragnienia, żeby znów pojawić się na granicy ich relacji, powstrzymywała go świadomość, że stwarzało to zbyt duże zagrożenie dla Skye i jej marzeń. Ich znajomość nie wyglądała już tak, jak miesiąc temu, kiedy spychał odpowiedzialność za śmiałe gesty na karb ich bliskiej przyjaźni, tym samym całkowicie nie bacząc na konsekwencje. Ta linia została już przekroczona i nie dało się już wrócić do tego, co było. Dlatego z każdym dniem rosło w nim coraz większe postanowienie, że musiał usunąć się w cień. Tłumaczył sobie, że tak będzie lepiej dla ich obojga.
Kiedy w tym tygodniu znajomi po raz kolejny zaproponowali wyjście do baru, tym razem postanowił do nich dołączyć. Miał już dość wpatrywania się w cztery ściany swojego mieszkania i nadmiaru mało komfortowych emocji, potrzebował chwili wytchnienia. Poza tym musiał wykorzystać okazję, gdyż możliwe, że ich spotkania niedługo staną się rzadsze. Alkohol coraz intensywniej krążący w jego żyłach oraz towarzystwo chłopaków sprawiło, że wreszcie trochę się rozluźnił i na chwilę odpłynął myślami od ciemnowłosej, czując się jak za starych czasów. Nie wiedział, skąd w pewnym momencie przy ich stoliku pojawiła się grupka wdzięczących się do nich studentek. Jedna z nich zagadnęła go, pochylając się w jego stronę, chcąc ewidentnie pokazać mu swoje walory. Wabiła go swoim wdziękiem i wyraźnie była chętna poznać go bliżej. Jeszcze miesiąc temu nie miałby żadnych oporów przed podjęciem flirtu, ale teraz jakoś nie miał na to ochoty. Zamiast tego wyznał, że musi już wracać, bo następnego dnia czekała go praca, po czym pożegnał się i wyszedł do domu. Sam.
Następnego dnia dotarły do niego wieści, że akurat w ten weekend Josh i Skye zapraszali znajomych na parapetówkę. Jakoś wcale go nie zdziwił brak zaproszenia. I tak nie potrafiłby cieszyć się razem z nimi. Na domiar złego akurat w dzień parapetówki były też urodziny Skye. I choć nie mógł świętować ich razem z nią, to chciał pokazać, że o niej pamiętał.
Dał się za to namówić Sydney na weekendowy wyjazd do Montrealu, podczas którego miał się przyjrzeć przyszłej inwestycji i przekonać się, jak wyglądałaby jego przyszła praca. Co prawda, wciąż nie podjął decyzji, ale oferta blondynki kusiła go, bo była to dla niego ogromna szansa. Wmawiał sobie, że byłby głupi, gdyby nie podszedł do sprawy poważnie.
Sydney przyjechała po niego w sobotę wczesnym rankiem, ale zanim wybrał się na lotnisko, poprosił kierowcę, by zatrzymał się w jednym miejscu. Po chwili wspinał się już po schodach do mieszkania, które całkiem dobrze znał, choć wiedział, że nie trafi tam na osobę, którą chciałby teraz zobaczyć. Drzwi otworzyła mu wyraźnie zaspana kobieta.
— Hej, Hailey. Jeszcze raz przepraszam, że zawracam Ci głowę i że w ogóle wyrwałem Cię z łóżka o tak nieludzkiej porze, ale miałbym prośbę. Wręczyłabyś to dziś Skye ode mnie? - zapytał, wyjmując z kieszeni płaszcza niewielkie pudełko owinięte czerwoną kokardą. W środku wraz z zawartością znajdował się liścik o treści:
“... ponieważ Słońce jest tylko jedno.
Wszystkiego najlepszego, Skye
- D.”
Hales zlustrowała go od stóp do głów: — Czemu nie zrobisz tego sam, Nicky?
Dominic pokręcił głową. Nawet, gdyby został w mieście, osobiste wręczenie jej prezentu raczej nie było dobrym pomysłem.
— Nie mogę, właśnie jestem w drodze na lotnisko. Wyjeżdżam w sprawach służbowych. Po prostu… mogłabyś to jej przekazać, proszę? - ponowił prośbę, mając wrażenie, że dziewczyna jakimś cudem go lubiła. Nie mylił się, gdy odebrała od niego pakunek, na co uśmiechnął się szerzej z ulgą. - Dzięki. Jesteś najlepsza. Mam u Ciebie dług - zapewnił, ruszając z powrotem do auta.
Dalsza część dnia pozwoliła mu skupić myśli na towarzyszce i miejscach, po których go oprowadzała - przyszłej filii firmy i lokacji, w której miał powstać nowy projekt. Dzień był intensywny, ale gdy nadszedł wieczór, czas zwolnił. Wtedy też Dominic zauważył walentynkowe ozdoby na wielu mijanych lokalach i wszędzie wokół mnóstwo zakochanych par i poczuł mimowolne ukłucie. Nie lubił tego święta, było dla niego stanowczo przereklamowane.
Mimo przepełnionych restauracji bez trudu zdobyli stolik - wystarczyło podać nazwisko Sydney, by poczuć, jakie wpływy miała jej rodzina. Nie uszło jego uwadze, że w obcisłej sukience prezentowała się nad wyraz kobieco. Gdy rzucił zabawną uwagę o parze obok, wyraźnie okazując w ten sposób swój stosunek do walentynek, blondynka podchwyciła żart, przyznając mu rację, że również za nim nie przepadała.
— Mogę zadać Ci pytanie? - Uniósł wyżej brew, a na jej potwierdzenie pociągnął temat: - Dlaczego wolisz spędzać ten dzień w pracy, ze mną, a nie z kimś innym? - zapytał z zaciekawieniem. Zastanawiało go, czemu taka dziewczyna, jak ona, nikogo nie miała?
— Już jest wieczór - zauważyła z rozbawieniem, ale zaraz beztrosko wzruszyła ramionami: - Praca to mój jedyny stały związek. - Mimowolnie się uśmiechnął. Wiedział coś na ten temat, gdyż sam przez ostatnie lata ciągle stosował tę wymówkę. - To teraz pozwól, że ja zadam Ci pytanie: czemu przyjechałeś tu ze mną, a nie zostałeś z kobietą, przez którą wciąż wahasz się przed przyjęciem oferty?
— To skomplikowane.
— Gdyby było proste, już dawno dałbyś mi odpowiedź. - W jego głowie była pustka. Widząc jego wahanie, Sydney powiedziała: - Na jej miejscu skakałabym z radości, że Cię mam i nie pozwoliłabym Ci nigdzie jechać z jakąś obcą babą. Ale ona wcale z Tobą nie jest, prawda?
Przygryzł wargę, po czym pokręcił głową. - Jest moją przyjaciółką. Właśnie się zaręczyła - odparł z trudem, choć raczej powinien użyć słowa była. Nie był jednak gotowy na tę zmianę. - To musi być frustrujące, mieć coś w zasięgu ręki i nie móc po to sięgnąć. Rozumiem Cię. Jesteśmy tacy sami: atrakcyjni, cholernie ambitni, a przy tym uwielbiamy wyzwania i dobrą zabawę. A kiedy się na coś uprzemy, trudno nas od tego odwieść. Czasem jednak mimo wszystko trzeba odpuścić. Zarówno dla ich dobra, jak i naszego.
W jej słowach znajdował sens. Szum alkoholu w głowie i jej zachęta spowodowały, że po kolacji znaleźli się w klubie. Naprawdę chciał zapomnieć o Skye, ale z Sydney w ramionach jego ciało zaczęło krzyczeć, jak bardzo było to niewłaściwe.
— Nie mogę, Syd. Powinniśmy już wrócić - powiedział, na co dziewczyna westchnęła i przytaknęła. W drodze powrotnej zdążył ją przeprosić za siebie, ale tylko pokręciła głową i sama przeprosiła za swoje zachowanie, zapewniając, że między nimi było w porządku, a oferta wciąż była aktualna. Zanim jednak wszedł do własnego pokoju hotelowego, usłyszał od niej jedno zdanie:
— Musisz ją bardzo kochać.
Momentalnie jego serce przyspieszyło i zabolało, kiedy zrozumiał jej słowa. Chyba tak właśnie było.
Rozsądek podpowiadał mu, że powinien zostawić ją w spokoju. W końcu jej życie wreszcie zaczęło się układać zgodnie z jej planem, prawda? Nie mógł znów zachować się tak egoistycznie, a już tym bardziej nie względem niej i popsuć jej wymarzoną wizję przyszłości. Zwłaszcza, że za każdym razem, kiedy ich oczy się spotykały, jakaś niewidzialna siła ciągnęła go do niej. Mimo niesprzyjających okoliczności wciąż coś go do niej przyciągało, a jego serce miękło. I mimo niezmiennego pragnienia, żeby znów pojawić się na granicy ich relacji, powstrzymywała go świadomość, że stwarzało to zbyt duże zagrożenie dla Skye i jej marzeń. Ich znajomość nie wyglądała już tak, jak miesiąc temu, kiedy spychał odpowiedzialność za śmiałe gesty na karb ich bliskiej przyjaźni, tym samym całkowicie nie bacząc na konsekwencje. Ta linia została już przekroczona i nie dało się już wrócić do tego, co było. Dlatego z każdym dniem rosło w nim coraz większe postanowienie, że musiał usunąć się w cień. Tłumaczył sobie, że tak będzie lepiej dla ich obojga.
Kiedy w tym tygodniu znajomi po raz kolejny zaproponowali wyjście do baru, tym razem postanowił do nich dołączyć. Miał już dość wpatrywania się w cztery ściany swojego mieszkania i nadmiaru mało komfortowych emocji, potrzebował chwili wytchnienia. Poza tym musiał wykorzystać okazję, gdyż możliwe, że ich spotkania niedługo staną się rzadsze. Alkohol coraz intensywniej krążący w jego żyłach oraz towarzystwo chłopaków sprawiło, że wreszcie trochę się rozluźnił i na chwilę odpłynął myślami od ciemnowłosej, czując się jak za starych czasów. Nie wiedział, skąd w pewnym momencie przy ich stoliku pojawiła się grupka wdzięczących się do nich studentek. Jedna z nich zagadnęła go, pochylając się w jego stronę, chcąc ewidentnie pokazać mu swoje walory. Wabiła go swoim wdziękiem i wyraźnie była chętna poznać go bliżej. Jeszcze miesiąc temu nie miałby żadnych oporów przed podjęciem flirtu, ale teraz jakoś nie miał na to ochoty. Zamiast tego wyznał, że musi już wracać, bo następnego dnia czekała go praca, po czym pożegnał się i wyszedł do domu. Sam.
Następnego dnia dotarły do niego wieści, że akurat w ten weekend Josh i Skye zapraszali znajomych na parapetówkę. Jakoś wcale go nie zdziwił brak zaproszenia. I tak nie potrafiłby cieszyć się razem z nimi. Na domiar złego akurat w dzień parapetówki były też urodziny Skye. I choć nie mógł świętować ich razem z nią, to chciał pokazać, że o niej pamiętał.
Dał się za to namówić Sydney na weekendowy wyjazd do Montrealu, podczas którego miał się przyjrzeć przyszłej inwestycji i przekonać się, jak wyglądałaby jego przyszła praca. Co prawda, wciąż nie podjął decyzji, ale oferta blondynki kusiła go, bo była to dla niego ogromna szansa. Wmawiał sobie, że byłby głupi, gdyby nie podszedł do sprawy poważnie.
Sydney przyjechała po niego w sobotę wczesnym rankiem, ale zanim wybrał się na lotnisko, poprosił kierowcę, by zatrzymał się w jednym miejscu. Po chwili wspinał się już po schodach do mieszkania, które całkiem dobrze znał, choć wiedział, że nie trafi tam na osobę, którą chciałby teraz zobaczyć. Drzwi otworzyła mu wyraźnie zaspana kobieta.
— Hej, Hailey. Jeszcze raz przepraszam, że zawracam Ci głowę i że w ogóle wyrwałem Cię z łóżka o tak nieludzkiej porze, ale miałbym prośbę. Wręczyłabyś to dziś Skye ode mnie? - zapytał, wyjmując z kieszeni płaszcza niewielkie pudełko owinięte czerwoną kokardą. W środku wraz z zawartością znajdował się liścik o treści:
“... ponieważ Słońce jest tylko jedno.
Wszystkiego najlepszego, Skye
- D.”
Hales zlustrowała go od stóp do głów: — Czemu nie zrobisz tego sam, Nicky?
Dominic pokręcił głową. Nawet, gdyby został w mieście, osobiste wręczenie jej prezentu raczej nie było dobrym pomysłem.
— Nie mogę, właśnie jestem w drodze na lotnisko. Wyjeżdżam w sprawach służbowych. Po prostu… mogłabyś to jej przekazać, proszę? - ponowił prośbę, mając wrażenie, że dziewczyna jakimś cudem go lubiła. Nie mylił się, gdy odebrała od niego pakunek, na co uśmiechnął się szerzej z ulgą. - Dzięki. Jesteś najlepsza. Mam u Ciebie dług - zapewnił, ruszając z powrotem do auta.
Dalsza część dnia pozwoliła mu skupić myśli na towarzyszce i miejscach, po których go oprowadzała - przyszłej filii firmy i lokacji, w której miał powstać nowy projekt. Dzień był intensywny, ale gdy nadszedł wieczór, czas zwolnił. Wtedy też Dominic zauważył walentynkowe ozdoby na wielu mijanych lokalach i wszędzie wokół mnóstwo zakochanych par i poczuł mimowolne ukłucie. Nie lubił tego święta, było dla niego stanowczo przereklamowane.
Mimo przepełnionych restauracji bez trudu zdobyli stolik - wystarczyło podać nazwisko Sydney, by poczuć, jakie wpływy miała jej rodzina. Nie uszło jego uwadze, że w obcisłej sukience prezentowała się nad wyraz kobieco. Gdy rzucił zabawną uwagę o parze obok, wyraźnie okazując w ten sposób swój stosunek do walentynek, blondynka podchwyciła żart, przyznając mu rację, że również za nim nie przepadała.
— Mogę zadać Ci pytanie? - Uniósł wyżej brew, a na jej potwierdzenie pociągnął temat: - Dlaczego wolisz spędzać ten dzień w pracy, ze mną, a nie z kimś innym? - zapytał z zaciekawieniem. Zastanawiało go, czemu taka dziewczyna, jak ona, nikogo nie miała?
— Już jest wieczór - zauważyła z rozbawieniem, ale zaraz beztrosko wzruszyła ramionami: - Praca to mój jedyny stały związek. - Mimowolnie się uśmiechnął. Wiedział coś na ten temat, gdyż sam przez ostatnie lata ciągle stosował tę wymówkę. - To teraz pozwól, że ja zadam Ci pytanie: czemu przyjechałeś tu ze mną, a nie zostałeś z kobietą, przez którą wciąż wahasz się przed przyjęciem oferty?
— To skomplikowane.
— Gdyby było proste, już dawno dałbyś mi odpowiedź. - W jego głowie była pustka. Widząc jego wahanie, Sydney powiedziała: - Na jej miejscu skakałabym z radości, że Cię mam i nie pozwoliłabym Ci nigdzie jechać z jakąś obcą babą. Ale ona wcale z Tobą nie jest, prawda?
Przygryzł wargę, po czym pokręcił głową. - Jest moją przyjaciółką. Właśnie się zaręczyła - odparł z trudem, choć raczej powinien użyć słowa była. Nie był jednak gotowy na tę zmianę. - To musi być frustrujące, mieć coś w zasięgu ręki i nie móc po to sięgnąć. Rozumiem Cię. Jesteśmy tacy sami: atrakcyjni, cholernie ambitni, a przy tym uwielbiamy wyzwania i dobrą zabawę. A kiedy się na coś uprzemy, trudno nas od tego odwieść. Czasem jednak mimo wszystko trzeba odpuścić. Zarówno dla ich dobra, jak i naszego.
W jej słowach znajdował sens. Szum alkoholu w głowie i jej zachęta spowodowały, że po kolacji znaleźli się w klubie. Naprawdę chciał zapomnieć o Skye, ale z Sydney w ramionach jego ciało zaczęło krzyczeć, jak bardzo było to niewłaściwe.
— Nie mogę, Syd. Powinniśmy już wrócić - powiedział, na co dziewczyna westchnęła i przytaknęła. W drodze powrotnej zdążył ją przeprosić za siebie, ale tylko pokręciła głową i sama przeprosiła za swoje zachowanie, zapewniając, że między nimi było w porządku, a oferta wciąż była aktualna. Zanim jednak wszedł do własnego pokoju hotelowego, usłyszał od niej jedno zdanie:
— Musisz ją bardzo kochać.
Momentalnie jego serce przyspieszyło i zabolało, kiedy zrozumiał jej słowa. Chyba tak właśnie było.
Ten weekend go wykończył i cieszył się, że mógł wrócić do własnego łóżka. Po drugiej w nocy obudził go jednak telefon. Wyrwany ze snu, przekręcił się na swoim łóżku i zaspany sięgnął po komórkę, ale ujrzawszy nazwę kontaktu, gwałtownie się poderwał.
— Tato, co się stało? - zapytał z rosnącym niepokojem.
— Chodzi o mamę, jesteśmy w szpitalu. - Serce załomotało mu jak oszalałe, a żołądek podskoczył mu do gardła.
— Już jadę - wydusił tylko z siebie, zgarniając swoje ubrania.
Na miejsce dotarł w ciągu pół godziny. Przytulił tatę, który pokrótce opowiedział mu wydarzenia sprzed przyjazdu do szpitala. Zemdlała w drodze do łazienki. Robili jej wszystkie badania. Im dłużej to trwało, tym w Dominicu rodziły się coraz większe obawy.
Odkąd mama zachorowała po raz pierwszy, nienawidził szpitali. Wywoływały w nim same najgorsze wspomnienia. Nagle przypomniały mu, jak bardzo przeżył tamten trudny okres. I choć zdawał sobie sprawę, że mieli niesamowite szczęście przez tyle lat żyć w spokoju, bo rak mógł wrócić w każdym momencie, tak nie był gotowy na to ponowne doświadczenie. A teraz, kiedy Helene znowu tu wylądowała, miał straszne przeczucie, że sytuacja sprzed kilkunastu lat znów zatoczyła koło. Mimo to starał się za wszelką cenę zachować spokój i nie dopuszczać do siebie najczarniejszych myśli. Dla siedzącego obok taty, również oczekującego w napięciu na wieści, jak i dla samego siebie.
Podejście lekarza prowadzącego wywołało w Dominicu ucisk w gardle, ale to werdykt sprawił, że zamarł w bezruchu, a czas stanął w miejscu. Rak powrócił. Tym razem był znacznie groźniejszy i szybciej się rozwijał. Ale to, co lekarz powiedział zaraz potem, zabolało go jeszcze bardziej. Na poprzedniej konsultacji państwo Reyes zostali poinformowani o tym, że takie sytuacje mogą się wydarzyć. To znaczyło, że…
— Wiedzieliście o tym już wcześniej?! - Dominic spojrzał z wyrzutem na ojca. - Czemu, do cholery, mi o tym nie powiedzieliście? - W jego głosie wściekłość mieszała się z żalem.
— Mama zabroniła mi o tym wspominać. Bała się, jak na to zareagujesz.
Blondyn oddychał ciężko. Ostatnim razem zaczął uciekać ze szkoły. Po raz pierwszy się upił, a potem pobił się z kolegą i został zawieszony. Był zły na cały świat za to, co ją spotkało. I zaczął zdawać sobie sprawę, jak życie było ulotne, by nie korzystać z niego, ile wlezie.
— Nie jestem już dzieckiem - odparł w końcu, nadal będąc zły za to, że tak bezsensownie tracił ostatnio czas na własne problemy, zamiast spędzać go z matką.
Widok jej bladej twarzy i wciśniętego ciała w szpitalne łóżko łamał mu serce, ale przełknął dumę i czające się pod powiekami łzy, i wysilił się na łagodny uśmiech, po czym wziął ją za rękę. Nie mógł okazać przy niej słabości. Musiał być silny - dla niej, za nią.
O poranku napisał wiadomość do pracodawczyni, że dziś go nie będzie, po czym wyłączył telefon. Prawie nigdy mu się nie zdarzało brać tak nieoczekiwanych urlopów, więc liczył na to, że zostanie to zrozumiane i wybaczone mu. Z resztą, nie to było teraz najważniejsze. W głowie wciąż miał mętlik myśli i emocji, które w ciągu tych ostatnich godzin w szpitalu urosły do niebotycznych rozmiarów, jednak niezmiennie tłumił je w sobie. Dopiero, gdy tata wrócił z domu i go zmienił, z ociąganiem wyszedł ze szpitala. Wrócił do domu wziąć szybki prysznic, ale mimo rosnącego zmęczenia nie potrafił spokojnie się zdrzemnąć czy choćby usiedzieć w miejscu.
Wiedziony instynktem, znalazł się pod znanym mu adresem. Było już późne popołudnie, a zapadający zmrok sprzyjał przechadzkom w zadumie wzdłuż alejek. Wpływ roślinności i spokojnej atmosfery koił jego zszargane nerwy, w końcu pozwalając mu złapać głębszy oddech. Nawet nie spostrzegł się, kiedy wybiła godzina zamknięcia i został sam. Kiedy jeden z pracowników poprosił go o wyjście, niepostrzeżenie obok niego pojawił się Steve, który poklepał go przyjacielsko po ramieniu i obiecał wziąć za niego pełną odpowiedzialność.
Starszy mężczyzna od razu zauważył, że coś jest nie tak, ale nie dopytywał o szczegóły, gdy Dominic wyznał prawdę, za co blondyn był mu wdzięczny. Gdy ochroniarz oddalił się na swój posterunek, Reyes w zamyśleniu skierował swoje kroki do Palm House. Dotarłszy do swojej ulubionej sali, spojrzał w miejsce, w którym ostatnim razem stała Skye i poczuł nagły ucisk w klatce. Bezwiednie położył się na środku pomieszczenia i spojrzał do góry na dzisiejsze niebo. Bez gwiazd. Okropnie za nią tęsknił. Za jej ciepłem, dotykiem, uśmiechem. W tym momencie była jedynym, czego potrzebował. I to bardziej niż kiedykolwiek.
Skye Murray