Strona 1 z 1

don't touch me

: sob lut 07, 2026 9:48 am
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

To był najgorszy dyżur, który miała w swojej krótkiej karierze. Nie dość, że zmęczenie weszło jej na zupełnie nowy poziom, to była kompletnie wypruta z jakichkolwiek emocji. Ta jedna śmierć znaczyła tyle, co wszystkie wcześniejsze. Tylko nawet nie mogła jej odpowiednio przeżyć, wcale nie chodziło o pracę, a o jej chłopaka. Zawsze wiedziała, że Dante oznacza kłopoty. W normalnych warunkach jej to nie przeszkadzało, ale kiedy siedziała, płacząc w kantorku, to usłyszała.
Ochroniarz zgarniający Levasseura. Jak wcześniej nie miała jakichkolwiek drzwi, to uchyliła drzwi i słyszała wszystko. Kradzież leków. Nagle rozpacz pomieszała się razem z furią, a Ivy nerwowo zaczęła poszukiwać własnego identyfikatora. Znalazła. Leżącego na podłodze w kantorku. Kiedy ona walczyła o czyjeś życie, Dante okazał się jeszcze bardziej lekkomyślny niż kiedykolwiek. Ścisnęła mocno swoje pięści, od razu wbijając paznokcie wewnątrz dłoni.
Chociaż jedno z nich musiało zachować się odpowiedzialnie. Wpierw ruszyła do łazienki, gdzie umyła twarz i uderzyła się kilka razy mocno w twarz, a potem... powiedziała o wszystkim lekarzowi prowadzącemu. Postawiła wszystko na jedną kartę, na szczerość, bo była gotowa ponieść konsekwencje. Choć dostała największy ochrzan własnego życia, to została też na rezydenturze. Zawieszona na jakiś czas, ale została. Za to z dyżuru wyszła wcześniej. Nic dziwnego nie potrafiła w ogóle funkcjonować. Powrót do mieszkania wydawał się jej irracjonalny, stąd siedziała przed szpitalem z kubkiem kawy i wpatrywała się przed siebie. Pierwszy raz od dawna Ivy nie wiedziała, co powinna zrobić. Czy spotykała się z kryminalistą? Kochała go, ale musiała z kimś porozmawiać, skonsultować się i wykonać jakikolwiek krok do przodu.
Może dlatego chwyciła telefon i odezwała się do najstarszej siostry. June zawsze potrafiła zaoferować jej najbardziej sensowne rozwiązanie jako najstarsza latorośl wśród Harrisonów. Pierwszym przystankiem by do niej dotrzeć było wspólne mieszkanie. Miała nadzieję, że Dante spędza czas na posterunku policji, lub w ochronie, a ona będzie mogła tak po prostu uciec. Wcale nie patrzyła na bezimiennego psa, ruszyła wprost do szafy, zabierając najpotrzebniejsze rzeczy ze sobą. Nie chciała go widzieć, nie chciała go słyszeć. Wiele rzeczy mogłaby mu powiedzieć, kiedy brakowało jej jakichkolwiek pokładów cierpliwości. Złamał prawo w jej miejscu pracy, co mogło rzutować na nią. Pewnych rzeczy nie mogłaby mu wybaczyć i pierwszy raz... mogłoby się skończyć gorzej niż na potłuczonych talerzach.

don't touch me

: sob lut 07, 2026 11:15 am
autor: Dante Levasseur
Nie miał pojęcia, ile dokładnie czasu zajęło mu tłumaczenie się z całego tego popisu lekkomyślności. W jego opinii – stanowczo zbyt wiele. W rzeczywistości – najpewniej i tak zdecydowanie krócej niż mogłoby to mieć miejsce, gdyby w trakcie konfrontacji zachował się dokładnie jak on, a więc traktując ją jako swego rodzaju przedłużenie pokrętnie rozumianej zabawy i absurdalne wyzwanie polegające na sprawdzeniu, jak szybko miałoby udać mu się wyprowadzić z równowagi ochroniarza. Choć pewnie i tak niewiele brakowało, by jego powrót do domu znacząco się przedłużył, a plan Ivy mógł udać się bez większych przeszkód. Wizyta na komisariacie – chociaż ostatecznie również zaskakująco, a także wbrew odczuciom Dantego, krótka – była już zdecydowanie większym wyzwaniem. Na pewno jednak nie dlatego, że w jakiś sposób miałoby wreszcie do niego dotrzeć, że czasami konsekwencje idiotycznych pomysłów mogły okazać się niewarte ich realizacji. Przeciwnie. Tutaj już zdecydowanie trudniej było o powstrzymanie się od bycia sobą i mimowolne wcielenie się w rolę poirytowanego nastolatka, który we wcale nie tak odległej przeszłości spędził w tym miejscu stanowczo zbyt wiele czasu.
Wisienką na torcie mogłoby się pewnie okazać spotkanie z ojczymem, jeśli ten w ogóle wciąż pozostawał w czynnej służbie. Najwyraźniej tej atrakcji los postanowił już Dantemu oszczędzić, być może dochodząc do wniosku, że jak na jeden dzień dostał już i tak wystarczająco.
Zresztą, to wciąż nie był przecież koniec atrakcji. Wciąż czekał go powrót do mieszkania i konfrontacja z Ivy. Nawet jeśli przynajmniej raz lub dwa przeszło mu przez myśl, że może jednak lepiej byłoby przełożyć to na bliżej nieokreślone później. Zwłaszcza, że emocjonalna mieszanina złości po konieczności tłumaczenia się z czegoś tak idiotycznego oraz uwierającego poczucia winy, najpewniej nie była w tej sytuacji najlepszą kompozycją. Bez trudu mógł się domyślić jak ewentualna rozmowa z Ivy się skończy – i może właśnie dlatego już nawet z ręką na klamce drzwi wejściowych, jeszcze na moment zawahał się rozważając odwrót i odwleczenie tego w czasie.
Ostatecznie… może przynajmniej raz na jakiś czas warto było zachować się jak należy
A to oznaczało, że zamiast decydować się na ucieczkę, rzeczywiście wszedł do mieszkania. Choć widok, jaki zastał za drzwiami zdecydowanie nie był czymś, co mogłoby go jakkolwiek uspokoić. Zwłaszcza, że najwyraźniej zdążył zastać Ivy ledwie kilka chwil przed tym, jak mogłoby udać się jej bez większego problemu wyjść i uniknąć konieczności wpadania na siebie.
Co ty robisz? – rzucone może zbyt ostro, ale na to akurat nie zwracał uwagi, mimo pytania doskonale wiedząc przecież co robiła i przez moment wahając się pomiędzy chęcią zabrania się za rozpakowywanie jej rzeczy, a strategicznym pozostaniem w okolicy drzwi. Z dwojga kiepskich wyborów zdecydował się wreszcie na to drugie, jakby fakt, że będzie stał przy tych cholernych drzwiach faktycznie miał ją w jakiś sposób powstrzymać przed wyjściem.

Ivy Harrison

don't touch me

: sob lut 07, 2026 12:15 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Nie słyszała jego wejścia do mieszkania. Wrzucała swoje rzeczy do plecaka, nie zastanawiając się nad jego obecnością. W głowach zaczynała przeklinać samą siebie. Jak mogła być związana z takim idiotą? Jedno to przynoszenie do domu bezdomnego psa i chęć zajęcia się nim, a drugie to kradzież leków z miejsca, w którym ona pracowała. Gdyby nie trafiła na dobrego prowadzącego, mogłaby się pożegnać z karierą. Nie wyobrażałaby sobie kradzieży leków, zwłaszcza takich które POTRZEBUJĄCY chorzy pacjenci powinni dostać w trakcie leczenia.
Po całym ciele przeszły jej dreszcze, kiedy usłyszała głos Dantego. Nie spodziewała się tak szybkiej konfrontacji. W obecnym momencie nie chciała spojrzeć mu w oczy, bo byłaby w stanie go rozszarpać. Cała sparaliżowana stała, by po kilku momentach odwrócić się, wbijając w niego niezwykle chłodny wzrok. Nienawidziła go, tak samo bardzo jak go kochała. Zranił ją w najgorszym momencie, kiedy była najbardziej odsłonięta.
Pakuję się — wycedziła przez usta, odwracając się do szafy, by chwycić jej ulubioną niebieską bluzę. Zaraz nerwowo wciskała ją do plecaka. Musiała się od niego uwolnić, nawet jeśli czuła wobec mężczyzny dziwny obowiązek — jadę do... — zaczyna Ivy, ale finalnie prycha. Co go w ogóle to obchodziło? Mógł przekreślić wszystkie lata jej nauki, każde staranie zostania najlepszym chirurgiem w całym Toronto. To co zrobił, było jak pocałowanie jej prosto w pośladki. Nie miała wobec niego żadnego sensownego wytłumaczenia, ono po prostu nie istniało, a ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
A właściwie co Cię to kurwa obchodzi? — pyta finalnie Ivy. Oddech jej drży, a ręce zaciska bardzo mocno w pięści. Sama nie wiedziała, co bardziej nią kierowało. Złość za to, w jaki sposób została potraktowana. Zostawienie jej w rozpaczy, czy kradzież leków, a to wszystko wymieszane z żałobą, którą przeżywała w tym momencie. Była gotowa wyjść, uderzyć go mocno w twarz, za to stała przy szafie, wbijając najchłodniejsze spojrzenie, które mu ofiarowała w całym swoim życiu.
Co robiłeś, jak mnie nie było, co? — postawiła na szczerość, nie mógł uciec od tłumaczeń. Powinna je dostać tak samo jak pierdolone przepraszam — przesuwałeś rękawiczki?! — krzyknęła, czując narastającą w niej irytację. Miała dosyć, zwyczajnie chciała stąd wyjść bez słuchania go, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że czeka ją prawdziwa wojna.

don't touch me

: sob lut 07, 2026 1:03 pm
autor: Dante Levasseur
Wyrzuty sumienia zdecydowanie nie były czymś, co mogłoby go męczyć szczególnie często – choć pewnie powodów znalazłoby się całkiem sporo. W nieco innych okolicznościach pewnie nawet tę niezbyt udaną kradzież mógłby uznać za nic wielkiego i nic czym warto byłoby zawracać sobie głowę. Właściwie… nawet teraz trudno byłoby mu przyznać, że drobna głupota w pewnym momencie faktycznie przestała już być aż tak drobna. Po prostu wybrał na to wszystko trochę kiepski moment, nie będąc w stanie przewidzieć, że miałyby się na to nałożyć inne, kompletnie niesprzyjające okoliczności.
Spojrzenie Ivy z zaskakującą łatwością potrafiło jednak wywołać nieprzyjemne uderzenie poczucia winy. Gorzej, że w ślad za nim musiała przyjść również myśl na temat tego, czy całe to zamieszanie odbiło się na niej w znaczący sposób. Albo jakikolwiek sposób.
Bo tego, że najwyraźniej całkiem nieźle orientowała się już w sytuacji, raczej nietrudno było się domyślić.
Widocznie świetnie już wiesz, co robiłem – wyjaśnienia jak najbardziej jej się należały. Pewnie nawet znacznie bardziej niż poirytowany ton, jaki dostała w odpowiedzi. Tyle, że w tym momencie chyba naprawdę nie miał już najmniejszej ochoty na wyjaśnianie czegokolwiek po raz kolejny. Zwłaszcza, gdy wydawało się to całkowicie zbędne. – Nie przesuwałem żadnych pieprzonych rękawiczek. I nie czekałem na ciebie w tym cholernym kantorku. Zadowolona?
Pewne oczywistości może i zostały wypowiedziane na głos, jednak ta kluczowa część – wciąż nie. Bo to akurat wymagałoby wyłowienia spod warstwy złości tego niechcianego poczucia winy. A przecież zdecydowanie łatwiej było skupić się właśnie na narastającej irytacji i tym jednym przekonaniu, że sprawa nie była aż tak wielka. To Ivy niepotrzebnie ją wyolbrzymiała.
Trochę trudniejsze było zagłuszenie cichego podszeptu uparcie twierdzącego, że tym razem to faktycznie ona mogła mieć rację. Ale i z tym można było sobie poradzić.
Przeszedł przez pokój, bez większego namysłu sięgając po częściowo już spakowany plecak. Nie zastanawiał się nad tym, ile miało to sensu, póki co chciał go po prostu utrzymać poza zasięgiem Ivy i skutecznie przerwać jej całą tę idiotyczną akcję z pakowaniem się.
Gdzie chcesz jechać? – nie dokończyła tego wcześniej, a on – nawet jeśli w tej chwili nie zamierzał przyjmować w ogóle opcji, że miałby faktycznie dać jej jechać gdziekolwiek – nie mógłby jej przecież wypuścić i nie wiedzieć nawet dokąd miałaby się udać.
Przestań się wydurniać, wiesz przecież, że nie tak to miało wyjść – o tym, jak źle musiało to zabrzmieć, mógł przekonać się dopiero bezrefleksyjnie wypowiadając to na głos. Ale w takich sytuacjach zazwyczaj było już trochę za późno, żeby odwoływać swoje słowa. Zresztą… nic lepszego i tak w tej chwili nie mogło przyjść mu na myśl. Bo rzeczywiście – to wszystko zdecydowanie miało wyjść nie tak.

Ivy Harrison

don't touch me

: sob lut 07, 2026 5:21 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Zaśmiała się głośno, słysząc jego słowa. Doskonale wiedziała, czego się dopuścił. Wszystko słyszała za drzwiami i widziała, jak jest odprowadzany do ochrony. Chociaż ona miała na tyle odwagi, by przyznać się prowadzącemu. W innych okolicznościach mogłaby zostać zwolniona i tyle byłoby ze wszystkich lat nauki. Pierwszy raz czuła tak wielką furię, bo inaczej nie można było tego nazwać. Dante powinien być kimś, kto wspiera ją w karierze, przekazuje jej jedynie dobro, a za to... jest wręcz odwrotnie. Dopiero teraz przychodzą do jej pamięci wszystkie kłótnie, każda impreza, którą musiała znosić po szesnastogodzinnym dyżurze. Teraz była w stanie kwestionować każdą sprawę.
Zadowolona, ty pierdolony, nałogowo kłamco — warknęła Ivy, bo miarka się przebrała. Gdyby było mu chociaż GŁUPIO, to może by to kupiła. Może nie doszłaby do momentu, w którym obecnie się znajdowała. Czuła, jak ta nieszczęsna żyłka zaczyna jej pulsować na czole, a mięśnie wręcz sama się zaciskają. Gdyby zobaczyła, chociaż jeden szczegół wyrzutów sumienia, mogłaby go zacząć bronić przed samą sobą.
Patrzyła sparaliżowana, jak podchodzi w jej stronę i zabiera plecak. Ani na moment nie drgnęła, wiedząc, jak to może się skończyć. Oddech miała ciężki. Normalnie zaczęłaby krzyczeć, lub poleciałyby łzy. Dzisiejsza wściekłość była dla wszystkich nieznana. Ivy jedynie chciała uciec, jak tylko będzie gotowa.
Gówno Cię to obchodzi — burczy finalnie Harrison. Nie miał żadnego prawa, by wiedzieć, gdzie miała zamiar się podziać. Może powinna zabrać ze sobą psa? Przynajmniej zostałby z kimś odpowiedzialnym, a nie osobą, która w każdej chwili może zostać zgarnięta z ulicy przez policję — tak jak w poważaniu masz moją przyszłość — dodaje wściekła, patrząc mu prosto w oczy. Nie miała zamiaru się z nim kłócić, wyrzucać jego rzeczy przez okno, czy zacząć kolejną słowną, lub fizyczną przepychankę. Tylko nie dała rady. Kolejne słowa zadziałały na nią jak płachta na byka.
Pierwszy raz się zamachnęła i uderzyła go płaską dłonią w twarz. To nie tak miało wyjść cały czas wybrzmiewało w jej głowie. W jej oczach cały czas błyszczała prawdziwa furia i złość. Sama po sobie nie spodziewała się tak mocniej reakcji. Zadziałała instynktownie. Często leciały u nich talerze, meble, ale nigdy wprost go nie uderzyła. Pierwszy raz czuła, jak mocno bije jej serce, jak mocno jej oddech jest niespokojny. Miała go dosyć. Zwyczajnie dosyć.
Zostaw mój plecak i daj mi wyjść — warknęła, odsuwając się od niego na krok i wyciągając w jego stronę jedną rękę. Nie chciała słyszeć przeprosin. Miała się przebrała, a ona nie była w stanie nawet na niego spojrzeć. Pierwszy raz zastanawiała się, czy to dalej miłość, czy już nienawiść.

don't touch me

: sob lut 07, 2026 6:24 pm
autor: Dante Levasseur
Sytuacji nijak nie poprawiał fakt, że nawet nie mógł gładko odbić jej słów deklarując, że nigdy jej nie okłamał. Albo chociaż – że nie okłamał jej w żadnej ważnej kwestii. To znaczy… pewnie mógłby to zrobić. Tyle, że nie byłoby to nic innego, jak po prostu kolejne kłamstwo.
W którym dokładnie momencie chciałaś to niby usłyszeć wcześniej? – odciął się więc, jakby faktycznie sam był w stanie uwierzyć w to, że sama była sobie winna temu, że nie przyznał się jej do wszystkiego od razu. W końcu… jak miałby to zrobić widząc w jakim stanie pozostawiła ją nieudana próba ratowania pacjenta?
Zupełnie osobną kwestią było już to, że najpewniej nie zamierzał się jej do niczego przyznawać w ogóle. A także to, że zanim cała sprawa się posypała, całkowicie wierzył w to, że jego drobna wycieczka po szpitalu pozostanie właśnie tym – drobną wycieczką, z której nikt nie wyciągnie żadnych konsekwencji, bo nikt o niczym się nie dowie.
Zastanawiał się przez moment, czy nie powinien po prostu wyciągnąć spakowanych przez nią rzeczy z plecaka i nie odczekać aż cały ten niedorzeczny pomysł z wyjściem dokądś jej nie przejdzie. I wtedy… Wymierzony mu policzek bezdyskusyjnie był czymś niespodziewanym. Ale…
Zasłużył sobie. Co więcej – miał tego pełną świadomość i nawet nie próbował oszukiwać samego siebie, że miałoby być inaczej. Cios w policzek był zresztą całkiem skutecznym otrzeźwieniem, z czego również zdał sobie sprawę, przez krótką chwilę zostając tak z głową odchyloną lekko na bok. Z kolei wykwitający na skórze piekący ślad mógł działać jako przypomnienie, że czasami naprawdę nie było sensu uparcie trwać przy swoim.
Zwłaszcza, kiedy wiedział przecież, że tym razem zdecydowanie nie miał racji. I kiedy problemem było przede wszystkim przyznanie tego – tak na głos, jak i przed samym sobą.
Nie mam w dupie twojej przyszłości – oznajmił wreszcie i chociaż w tonie wypowiedzi wciąż można byłoby wychwycić dość bogatą mieszaninę emocji, tym razem to nie złość wysuwała się na pierwszy plan. Przez moment zresztą ewidentnie chciał do tego dodać coś jeszcze, po krótkim wahaniu zamiast tego po prostu oddając jej plecak. Czegokolwiek nie chciałby powiedzieć, i tak nie byłby w stanie logicznie wyjaśnić jej, że naprawdę starał się zrobić wszystko, żeby tylko nie zaszkodzić właśnie jej.
Bo gdyby faktycznie tak było, poczekałby na nią w kantorku.
Zjebałem, wiem – to zdecydowanie nie były przeprosiny. Chyba nawet nie próba odwiedzenia jej od wyjścia z mieszkania. Raczej dopuszczenie do głosu tego cholernego poczucia winy i uświadomienie sobie, że jak dotąd zdecydowanie bardziej złościł się na samego siebie, nie na nią. – Ale naprawdę w żadnym momencie to nie miało odbić się na tobie…
Nie odważył się jednak zapytać wprost, czy – lub może raczej jakie – konsekwencje jego głupoty spadły bezpośrednio na nią. Nie dlatego, że miałoby go to nie obchodzić. Po prostu… niewypowiedziane na głos, wciąż mogło być uważane za nieistniejące.

Ivy Harrison

don't touch me

: sob lut 07, 2026 9:52 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Strzeliła swoimi, błękitnymi oczami. Nie takich słów się po nim spodziewała, a właściwie... nie. Spodziewała się po nim właśnie tego. Cały czas to ona musiała być tą odpowiedzialną i pierwszy raz miarka przebrała się na tyle, że nie miała żadnych argumentów, by móc go wybronić. Zachował się jak skończony chuj, zamiast spuścić głowę, postanowił dolać oliwy do ognia.
Tu nie chodzi o brak rozmowy na ten temat, a o samo wykonanie Dante — warknęła Ivy, nie kryjąc własnej złości. Pięści zaciskały się jej coraz mocniej, aż poczuła ból od wbijanych paznokci we wewnętrzną część dłoni — kurwa, pracuję w tym szpitalu, równie dobrze mogli mnie zwolnić przez CIEBIE — dodała finalnie, trzęsąc się ze złości. Mogli to zrobić, niech Dante finalnie usłyszy realne konsekwencje, które mogły się zadziać. Pięć lat studiowania, rok rezydentury mogłyby prysnąć, jak za dotknięciem magicznej różdżki.
W szpitalu była najlepszą wersją samej siebie. Współczującą, empatyczną oraz pilną rezydentką, wracając do domu przygotowywała się do pierwszego egzaminu, który miał mieć miejsce za kilka lat. Całą siebie poświęcała tej pracy, a on mógł ją dmuchnąć, a ona nie usłyszała, nawet jebanego przepraszam.
Uderzyła go w policzek, bo nie dała rady. Każdy miał swoje pokłady cierpliwości, a te u Ivy się skończyły. Mogli się kłócić o film, o zły dobór jedzenia, nawet o przyniesienie psa do domu bez żadnego uprzedzenia, ale istniały granice, których nie powinien przekraczać. Mimo to zrobił to, a ona miała go serdecznie dosyć. Musiała się odciąć, chociażby na jakiś czas, móc poskładać myśli.
To po chuja kradłeś leki? — pyta, a Dante zginąłby, gdyby wzrok Ivy byłby laserem. Wręcz świdruje go wzrokiem. Kradł w JEJ pracy, to w JEJ szpitalu wbił na luzaku do apteki, a ona miała ochotę go wręcz za to udusić — żeby zapełnić sobie chwilę nudy? W ogóle nie pomyślałeś, jakie to konsekwencje może dla mnie nieść — zaraz unosi obie brwi i czeka na jego odpowiedź. Nie myślał. Była wręcz tego pewna. Zwyczajnie zaczęło mu się nudzić, postanowił zyskać dla siebie dodatkowy zastrzyk adrenaliny i samo się stało. Tego się spodziewała, a to tylko rozwścieczy ją jeszcze bardziej. Odebrała mu nerwowo plecak.
Gratuluję, pierwszy raz przyznajesz się do błędu — mruknęła, mierząc go wzrokiem. Westchnęła ciężko, próbując się opanować. Nie mogła go kolejny raz uderzyć — daruj sobie — wycedziła finalnie, wywracając teatralnie oczyma. Nie miało się na niej odbić? Może uwierzyłaby, gdyby mieli pięć lat, nawet piętnaście. Oboje na karku mieli ponad dwadzieścia lat, ludzie w ich wieku zaczynają brać śluby, zachodzić w ciąże, a nie kłócą się z powodu KRADZIEŻY leków ze szpitala.
Masz mi coś jeszcze do powiedzenia, czy mogę wyjść? — nie spodziewała się zdobycia na przeprosiny, czy na jakiekolwiek mądre przemyślenia — nie chcę na Ciebie patrzeć, brzydzę się Tobą — wycedza finalnie Ivy. Nie widziała w nim ani odrobiny skruchy, ani sekundy zrozumienia, w jakim położeniu on ją postawił. Tylko tyle od niego oczekiwała.

don't touch me

: sob lut 07, 2026 11:01 pm
autor: Dante Levasseur
Czy zdawał sobie sprawę z tego, że przez niego mogła stracić pracę?
Jak najbardziej, był lekkomyślny, bywał kompletnym idiotą, ale wbrew temu wszystkiemu nie był przecież aż tak głupi. Problem polegał raczej na tym, że ani nawet przez moment nie brał tego pod uwagę i nie pomyślał o tym, kiedy postanowił pójść za chwilowym impulsem. W tamtym momencie wolał najwyraźniej założyć, że żadne konsekwencje nie istniały, póki ktoś nie miałby nakryć go na kradzieży. I nawet na krótką chwilę mógł utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko poszło całkowicie bezproblemowo.
Póki wszystko nie postanowiło się koncertowo posypać…
Nie miał na to dobrej odpowiedzi. Miałby prawdopodobnie całkiem sporo tych, które z dobrymi nie miały absolutnie nic wspólnego. Ale tych wykorzystał już chyba wystarczająco dużo i przynajmniej raz postanowił ugryźć się z język w odpowiednim momencie.
Niestety, nie miał też trafnej odpowiedzi na jej kolejne pytania. A przynajmniej nie takiej, która mogłaby się jej jakkolwiek spodobać – bo przecież rzeczywiście jedynym powodem całej tej kradzieży była tylko i wyłącznie chwilowa nuda. I jedna głupia myśl, której nie potrafił tak po prostu odgonić czy zignorować. Do tego chęć zapewnienia sobie dodatkowych emocji. W każdym razie nic, co faktycznie można byłoby uznać za warte ryzyka, którego w tamtej chwili nawet nie brał pod uwagę.
Wtedy faktycznie nie… – musiał więc przyznać, jednocześnie uciekając spojrzeniem na dłuższą chwilę gdzieś w bok. I chyba wreszcie powoli dopuszczając do siebie myśl, że tym razem szanse na to, że cokolwiek miałoby naprawić się samo były praktycznie zerowe. Nawet jeśli zwykle to działało i jeśli większość popełnianych przez niego głupot nie eksplodowało na aż taką skalę. A przynajmniej część z nich mimo wszystko pewnie można byłoby uznać za poważniejsze niż próba wyniesienia ze szpitala marnych dwóch opakowań z lekami.
Podniósł na nią spojrzenie pod wpływem kolejnych słów. I tak, z całą pewnością miał jej całkiem sporo do powiedzenia. Problem polegał na tym, że o ile na co dzień słowa wypływały z jego ust zdecydowanie zbyt szybko – najczęściej zanim w ogóle miał okazję je przemyśleć – i bez większej trudności, w tym konkretnym momencie naprawdę nie miał pojęcia jak miałby jej powiedzieć cokolwiek z tego, co faktycznie chciał.
Co z… – zaczął i nie dokończył. Bo o ile to pytanie mogłoby kończyć się na wiele sposobów – co z twoją pracą?, co z nami dalej? – w tej chwili chyba całkiem szczerze obawiał się odpowiedzi na którekolwiek z nich.
Przepraszam, Ivy. To… – kolejne zdanie, którego nie zdecydował się dokończyć. Może przez to, że w jakiś sposób całe to przepraszam brzmiało mimo wszystko dość… absurdalnie? I tak nie mogło przecież załatwić absolutnie niczego, nawet jeśli nie znosiło żadnych znamion fałszu. A przez to jakiekolwiek dalsze słowa też zdawały się tracić na znaczeniu.
Nie zatrzymuję cię – choć zdecydowanie wolałby ją mimo wszystko zatrzymać, tym razem najlepszym rozwiązaniem faktycznie wydawało się być to, żeby odpuścić. Niechętnie i z zapasem zbyt wielu niewypowiedzianych słów, ale… nie, nawet gdyby bardzo chciał doszukiwać się w tym rozwiązaniu choćby jednego pozytywnego aspektu, nie dałby rady tego zrobić. A przynajmniej nie, jeśli chodziło o jakiekolwiek pozytywy widziane z jego perspektywy.
Ale rzeczywiście – zatrzymywać jej nie zamierzał.

Ivy Harrison