I Can’t Be Strong Today
: sob lut 07, 2026 10:29 am
June Harrison
Bywają takie dni, w trakcie których nawet najsilniejsze osoby potrafią złamać się na pół. Ivy na co dzień była uśmiechniętą, optymistyczną dziewczyną. Choć życie z Dante nauczyło już ją, czym jest gorycz życia, zawsze patrzyła do przodu. W końcu nie uważała go za złego człowieka, jedynie takiego z problemami od których trzeba było go izolować. Momentami stanowiła jego głos rozsądku, albo głos jego sumienia. Nie wiedziałaby, co byłoby bardziej trafnym określeniem. Bywała matką, opiekunką i kochanką dla własnego faceta. On był powodem, dla którego trafiła do Toronto, ale też tym samym przez którego ukrywała się przed całym rodzeństwem.
Byłaby w stanie ciągnąć to w nieskończoność, gdyby nie seria niefortunnych wydarzeń, która wydarzyła się w trakcie jednego dnia. Nagłe zatrzymanie akcji serca przez dziecko i niestety, nie udało się wznowić jego działania. Był to jeden z ulubionych pacjentów Ivy, czasami przemycała dla niego słodycze, by chociaż przez krótki czas zobaczyć na jego twarzy uśmiech. Odszedł, a jak dotąd żadna śmierć nie zostawiła na jej sercu takiej blizny. Później było już tylko gorzej. Dante złapany przez ochronę po kradzieży leków z apteki szpitalnej. Tego nie potrafiła zrozumieć. Zwyczajnie nie mogła. Rozpacz mieszała się ze złością i frustracją. Była przyzwyczajona do jego wybryków, część znosiła jako normę, łącznie z ich kłótniami, kiedy talerze lądowały na podłodze. Tym razem granica została przekroczona. Cierpliwość Ivy miała własne granicę, a przy sobie potrzebowała kogoś bliskiego.
Wycieńczona po ciężkim dyżurze, zdewastowana po kłótni z Levassuer'em, która działa się w domu, trafiła pod drzwi mieszkania siostry. Wyglądała jak trup. Włosy potargane, skóra blada jak ściana i podkrążone, czerwone od płaczu oczy. Nic w tym dziwnego, skoro jedynym posiłkiem były trzy gryzy sałatki z rukolą, burakami oraz fetą. Miała wszystkiego dosyć. Jednak nie sądziła, że do mieszkania siostry będzie miała tak blisko. Cudem nie spotkały się wcześniej. Dziesięć minut stała, myśląc nad tym, czy powinna powiedzieć jej o wszystkim. Chyba przyszedł czas na szczerość. Uniosła dłoń i wcisnęła dzwonek do drzwi. Oddech jeszcze delikatnie jej drżał po wyjściu z mieszkania, łzy jeszcze spływały, nie takiego widoku spodziewać się mogła June. Dla blondynki wystarczył jedynie krótki dźwięk otwieranych drzwi, by rzucić się wprost do June i przytulić ją mocno.
Bywają takie dni, w trakcie których nawet najsilniejsze osoby potrafią złamać się na pół. Ivy na co dzień była uśmiechniętą, optymistyczną dziewczyną. Choć życie z Dante nauczyło już ją, czym jest gorycz życia, zawsze patrzyła do przodu. W końcu nie uważała go za złego człowieka, jedynie takiego z problemami od których trzeba było go izolować. Momentami stanowiła jego głos rozsądku, albo głos jego sumienia. Nie wiedziałaby, co byłoby bardziej trafnym określeniem. Bywała matką, opiekunką i kochanką dla własnego faceta. On był powodem, dla którego trafiła do Toronto, ale też tym samym przez którego ukrywała się przed całym rodzeństwem.
Byłaby w stanie ciągnąć to w nieskończoność, gdyby nie seria niefortunnych wydarzeń, która wydarzyła się w trakcie jednego dnia. Nagłe zatrzymanie akcji serca przez dziecko i niestety, nie udało się wznowić jego działania. Był to jeden z ulubionych pacjentów Ivy, czasami przemycała dla niego słodycze, by chociaż przez krótki czas zobaczyć na jego twarzy uśmiech. Odszedł, a jak dotąd żadna śmierć nie zostawiła na jej sercu takiej blizny. Później było już tylko gorzej. Dante złapany przez ochronę po kradzieży leków z apteki szpitalnej. Tego nie potrafiła zrozumieć. Zwyczajnie nie mogła. Rozpacz mieszała się ze złością i frustracją. Była przyzwyczajona do jego wybryków, część znosiła jako normę, łącznie z ich kłótniami, kiedy talerze lądowały na podłodze. Tym razem granica została przekroczona. Cierpliwość Ivy miała własne granicę, a przy sobie potrzebowała kogoś bliskiego.
Wycieńczona po ciężkim dyżurze, zdewastowana po kłótni z Levassuer'em, która działa się w domu, trafiła pod drzwi mieszkania siostry. Wyglądała jak trup. Włosy potargane, skóra blada jak ściana i podkrążone, czerwone od płaczu oczy. Nic w tym dziwnego, skoro jedynym posiłkiem były trzy gryzy sałatki z rukolą, burakami oraz fetą. Miała wszystkiego dosyć. Jednak nie sądziła, że do mieszkania siostry będzie miała tak blisko. Cudem nie spotkały się wcześniej. Dziesięć minut stała, myśląc nad tym, czy powinna powiedzieć jej o wszystkim. Chyba przyszedł czas na szczerość. Uniosła dłoń i wcisnęła dzwonek do drzwi. Oddech jeszcze delikatnie jej drżał po wyjściu z mieszkania, łzy jeszcze spływały, nie takiego widoku spodziewać się mogła June. Dla blondynki wystarczył jedynie krótki dźwięk otwieranych drzwi, by rzucić się wprost do June i przytulić ją mocno.