Strona 1 z 1

drink the problems away

: ndz lut 08, 2026 2:19 pm
autor: Maya Parker
02.


Nie powinna tego robić. Wiedziała to. A jednak kiedy tylko Frank zadzwonił do niej w środku nocy i powiedział, że będzie mieć dla niej towar do przemycenia, to nie zastanawiała się nawet całej minuty. Na jej nieszczęście wszystkie argumenty przeciw kompletnie chowały się przy tych za, dlatego negocjacje z własną głową odbyły się w zastraszającym tempie. Musiała to zrobić. Nie miała innego wyjścia. Potrzebowała pieniędzy, a Frank oferował jej całkiem pokaźną sumę za dostarczenie prochów do klubu. Nawet nie musiała nimi handlować, po prostu dostarczyć do odpowiedniej osoby, w umówione miejsce. Co mogło pójść nie tak?
Zapewne dużo rzeczy, dlatego na ten sam wieczór ustawiła się z Dante. Nie dość, że i tak już od dobrego tygodnia powtarzali, że muszą się spotkać, a to przecież był jej jedyny wolny weekend, to jeszcze potrzebowała towarzystwa, by lepiej wtopić się tłum. Nie wspominając już o wsparciu moralnym. Szkoda tylko, że nie wspominała o tym w ani jednym SMSie, które wymienili od tego czasu, uznając, że może łatwiej będzie to zrobić osobiście.
Właśnie z takim nastawieniem pojawiła się na dachu opuszczonej kwiaciarni niedaleko centrum. Znaleźli je kiedyś przez przypadek i nie wiedzieć kiedy ochrzcili ich miejscem. Swego czasu załadowali tam nawet kilka skrzynek, które służyły jako miejsca do siedzenia i niewielki stolik, na którym teraz Maya rozłożyła kilka puszek piwa. Pogoda wcale nie rozpieszczała Toronto, wciąż było chłodno i pewnie mogli umówić się już w klubie, ale przecież chcieli pierwsze pogadać. Dante ewidentnie miał w ostatnim czasie paskudny humor, a ona zerowy czas w kalendarzu, by go chociaż wysłuchać, jak na dobrą kumpelę przystało.
Odpaliła papierosa, zaciągając się sporą ilością dymu. Wolną dłoń władowała do kieszeni kurtki, upewniając się, czy towar od Franka wciąż tam był. Zacisnęła palce na foli, w którą zapakowane było kilka małych woreczków i na krótką chwilę zamyśliła się nad tym, jak głupio powtarzała błędny własnego brata. Nawet nie usłyszała, kiedy levasseur pojawił się na dachu. Zobaczyła go dopiero, gdy ciemna sylwetka znalazła się już przerażająco blisko.
Ja pierdole — rzuciła głośno, odskakując na bok, o mały włos nie wywalając skrzynki, na której siedziała. — Musisz tak straszyć ludzi? — zapytała z pretensją w głosie, chociaż dało się tam również usłyszeć rozbawienie. Dobrze było go widzieć. — Wiesz, w piekle jest specjalne miejsce dla takich ludzi jak ty, co się kurwa skradają za plecami. — Chociaż Maya też z pewnością miała tam już zarezerwowany pokój, biorąc pod uwagę obecne życie. Zgarnęła ze stolika paczkę fajek i rzuciła w stronę przyjaciela, żeby się poczęstował.

Dante Levasseur

drink the problems away

: ndz lut 08, 2026 4:15 pm
autor: Dante Levasseur
#007
O ile już wcześniej można było śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Dante spędzał zdecydowanie więcej czasu poza mieszkaniem niż w nim, tak w ciągu ostatnich dni ta dysproporcja jeszcze bardziej się zwiększyła. Właściwie… w większości chyba po prostu ograniczał się do niezbędnego minimum, jakiego trzeba było, żeby nakarmić psa i od czasu do czasu wyjść z nim na zewnątrz. Poza tym absolutnie każdy pretekst był dobry, żeby wyjść poza uparcie i irytująco puste mieszkanie.
Spotkanie z Mayą było pretekstem tym lepszym, że… nawet nie musiało nim być. Jakkolwiek absurdalne i pozbawione sensu nie byłoby to stwierdzenie. Całkiem nieźle oddawało za to fakt, że Parker zdecydowanie znajdowała się w gronie osób, z którymi był w stanie spotkać się absolutnie zawsze, niespecjalnie zważając przy tym na porę czy okoliczności. Albo – jak w tym przypadku – miejsce i niekoniecznie sprzyjającą pogodę.
Ewentualne odmrożenia nie były jednak wygórowaną ceną za możliwość skupienia myśli na czymś innym.
Nie planował jej straszyć, nie planował jej nawet zaskoczyć. Po prostu… zabrakło gdzieś wyraźnego zaakcentowania własnej obecności już z daleka. Nieczęste, ale najwyraźniej od czasu do czasu potrafił pojawić się gdzieś bez wprowadzania chaosu już na wstępie. Choć może to akurat potrafił od niedawna, ucząc się właśnie nowych, kompletnie nieprzydatnych nikomu umiejętności. W każdym razie on sam miałby pewnie spory problem z tym, żeby uznać je za jakkolwiek przydatne.
Na nic innego nie liczę – parsknął, zdobywając się przy tym na uśmiech. Taki nie do końca jego, ale jednak. – Ale nie martw się, zajmę ci miejsce zaraz obok. Pewnie się zresztą przyda do leczenia odmrożeń.
Złapał odruchowo rzuconą w jego kierunku paczkę, bez większego namysłu wyciągając z niej jednego papierosa i odpalając go wygrzebaną z kieszeni zapalniczką. Po tym paczka wylądowała ponownie na stoliku, a on sam zajął miejsce na jednej z wolnych skrzynek. Zaraz po tym, jak niedbałym ruchem zgarnął z niej nieco zalegającego tam śniegu. Drugie tyle wciąż pozostawało na swoim miejscu, ale najwyraźniej nie było to coś, czym miałby się aż tak bardzo przejmować.
Zauważyłaś, że dalej jest, kurwa, zima? Nie wiem, jakiś może śnieg na przykład…? – chociaż dalej ewidentnie robił przytyki do wyboru miejsca na całe to ich spotkanie, tym razem trochę wyraźniej w jego wypowiedzi zabrzmiała nieco rozbawiona nuta. Może jakiś wpływ miała na to puszka, po którą właśnie sięgnął, a może po prostu widok kogoś, kogo faktycznie dobrze było widzieć. Albo po prostu to, że w gruncie rzeczy ta mało przyjazna pogoda wcale nie była przecież aż tak wielką przeszkodą…

Maya Parker

drink the problems away

: pn lut 09, 2026 9:51 pm
autor: Maya Parker
Uśmiechnęła się szczerze, kiedy oznajmił, że zajmie jej miejsce w piekle. Doceniała ten gest. Nawet nie łudziła się, że gdyby przyszło jej stanąć przed sądem ostatecznym, miałaby jakiekolwiek szanse na drafienie do góry. Tam przecież szli ludzie dobrzy, nieskalani grzechem, a tych Maya miała na swoim koncie aż za dużo. I w planach jeszcze kilka kolejnych, których nawet nie miała zamiaru rozważać, a po prostu je egzekwować.
Tak jak to, żeby spotkać się wieczorem na dachu zaśnieżonej kwiaciarni, żeby odmrozić sobie tyłki, zanim ruszą na kluby.
Zauważyłam — skwitowała luźno, przytrzymując papierosa między wargami, by poprawić się na drewnianej skrzynce. — Ale sam przecież powiedziałeś, że chciałeś się znieczulić. Chcesz mi teraz powiedzieć, że wcale nie chodziło ci o hipotermię? — spojrzała na niego wymownie, wyciągając peta spomiędzy ust i malując na nich szeroki uśmiech.
Doskonale zdawała sobie sprawę, że na zewnątrz było zimno, ale przecież nie mieszkali w Kanadzie od wczoraj. Gnili w Toronto od urodzenia, a więc i niskie temperatury nie powinny być im straszne. Zimy tutaj zawsze były srogie i chociaż Maya też wolałaby się wylegiwać w słoneczku, tak już zdążyła przyzwyczaić się do chłodu, który szczypał w policzki i czerwienił nos.
Poza tym… — zaczęła, przy okazji łapiąc w rękę zimną puszkę piwa. Zwinnie wcisnęła paznokieć pod zawleczkę, a chwilową ciszę wypełniło charakterystyczne psyknięcie. Przez moment zapomniała, że niosła te w plecaku, a z nim na plecach zaś biegła jak pojebana na autobus, więc mogą być nieco… gazowane. Biała piana zaczęła wylewać się na boki, a Maya automatycznie rozkroczyła nogi, nachylając się do przodu, żeby przypadkiem się nie ufajdać, gdy będzie spijać jej nadmiar. — Twoje i tak już zziębnięte serce nie powinno mieć problemu z chłodem — dokończyła, co chciała powiedzieć, wycierając wierzchem dłoni nadmiar alkoholu, który pociekł jej po brodzie.
Może i nie widywali się na porządku dziennym, ale Parker doskonale zdawała sobie sprawę z problemów jakie Dante miewał w związku. Wiadomo, że to on wiecznie był tym złym, który nastawiał nerwy Ivy na próbę. A przynajmniej taka właśnie narracja zawsze była przedstawiana. Gdzie leżała wina? Pewnie pośrodku, a przynajmniej takiego zdania była Maya.
Co tym razem odjebałeś? — musiała spytać. Po pierwsze autnetycznie ją to ciekawiło, jak wszystko inne, co toczyło się w życiu przyjeciela, a po drugie prochy, które trzymała w kieszeni kurtki ciągle nie dawały jej spokoju i musiała jakoś odrzucić od nich myśli. Chociaż na chwile. Kilkanaście minut normalności, zanim znowu wpierdoli się w kolejne bagno tylko po to, żeby ratować brata i jakoś znaleźć fundusze na odwyk dla matki.

Dante Levasseur