2 × Birthday
: ndz lut 08, 2026 3:19 pm
Cora Marshall, Charlie Marshall, Blair Mayfield
Nadszedł najważniejszy dzień w dniu rodziny Marshalli. Tak zawsze mówiła sama Charity, bo jej urodziny należały do stałego elementu świętowania. Zresztą nie były to tylko jej urodziny, ale też Charliego. Nic dziwnego, że ze wszystkich dat ta wydawała się wybrzmiewać najbardziej. Pan wice prezes i pani prezes urodzeni tego samego dnia. Tylko ona pięć minut przed nim. Restaurację miała wybraną kilka miesięcy wcześniej, jedynie skonsultowała własną decyzję z Charlim. Zawsze organizowała kolację, by później napić się wraz z całym rodzeństwem. Jedynie najmłodszy wydawał się zniknąć gdzieś bez śladu.
Wynajęła całą restaurację specjalnie dla nich. Nie zapraszała wielu osób, ostatnio wolała postawić na czas z najbliższymi. Go ceniła dużo bardziej. Wszyscy ją wspierali, uśmiechali się i choćby góry się waliły, byli ze wszystkim razem. Nieważne, jakie fajerwerki ich spotkają, dadzą sobie radę. Nawet jeśli ojciec leżał w szpitalu, a matka z Cassie siedziały przy nim. Za to oni mogli świętować we własnym kółeczko adoracji i cieszyć się chwilą.
— Charlie, dlaczego one zawsze muszą się spóźniać? — pyta Cherry, odwracając głowę w stronę brata bliźniaka. Tak, dla Charity jedna sekunda oznaczała już spóźnienie. Nawet na własnych urodzinach liczył się dla niej każda chwila. Mogliby w tej chwili jeść piekielnie drogie przekąski i zapijać je aperolem. Potrzebowała odrobiny oderwania się od rzeczywistości. Co prawda ostatnio skutkiem zabawy były spalone włosy, ale nie spodziewała się aż tak wybuchowego spotkania.
— Jak myślisz, co one wymyśliły? — pyta, spoglądając nerwowo na bliźniaka i finalnie wzdycha ciężko — na pewno są razem i knują coś niecnego. Jak przyjdą ze striptizerem, to przyrzekam, wychodzę — rzuca lekko podirytowana Cherry pod nosem, bo oczami wyobraźni ma różne wizje przygotowań Cory i Blair. One potrafiły być naprawdę szalone.
Nadszedł najważniejszy dzień w dniu rodziny Marshalli. Tak zawsze mówiła sama Charity, bo jej urodziny należały do stałego elementu świętowania. Zresztą nie były to tylko jej urodziny, ale też Charliego. Nic dziwnego, że ze wszystkich dat ta wydawała się wybrzmiewać najbardziej. Pan wice prezes i pani prezes urodzeni tego samego dnia. Tylko ona pięć minut przed nim. Restaurację miała wybraną kilka miesięcy wcześniej, jedynie skonsultowała własną decyzję z Charlim. Zawsze organizowała kolację, by później napić się wraz z całym rodzeństwem. Jedynie najmłodszy wydawał się zniknąć gdzieś bez śladu.
Wynajęła całą restaurację specjalnie dla nich. Nie zapraszała wielu osób, ostatnio wolała postawić na czas z najbliższymi. Go ceniła dużo bardziej. Wszyscy ją wspierali, uśmiechali się i choćby góry się waliły, byli ze wszystkim razem. Nieważne, jakie fajerwerki ich spotkają, dadzą sobie radę. Nawet jeśli ojciec leżał w szpitalu, a matka z Cassie siedziały przy nim. Za to oni mogli świętować we własnym kółeczko adoracji i cieszyć się chwilą.
— Charlie, dlaczego one zawsze muszą się spóźniać? — pyta Cherry, odwracając głowę w stronę brata bliźniaka. Tak, dla Charity jedna sekunda oznaczała już spóźnienie. Nawet na własnych urodzinach liczył się dla niej każda chwila. Mogliby w tej chwili jeść piekielnie drogie przekąski i zapijać je aperolem. Potrzebowała odrobiny oderwania się od rzeczywistości. Co prawda ostatnio skutkiem zabawy były spalone włosy, ale nie spodziewała się aż tak wybuchowego spotkania.
— Jak myślisz, co one wymyśliły? — pyta, spoglądając nerwowo na bliźniaka i finalnie wzdycha ciężko — na pewno są razem i knują coś niecnego. Jak przyjdą ze striptizerem, to przyrzekam, wychodzę — rzuca lekko podirytowana Cherry pod nosem, bo oczami wyobraźni ma różne wizje przygotowań Cory i Blair. One potrafiły być naprawdę szalone.