pure disaster
: ndz lut 08, 2026 5:43 pm
William N. Patel
Nie wierzyła w żadnego pierdolonego łosia. Nie spodziewała się, że znała takie słowa, ale uruchomiła się w niej polska natura i leciała z bluzgami jak kurwa z kutasami. Nic nie było w stanie jej powstrzymać. Podobnie jak zdjęcia małego Williama, które cały czas dochodziły do Jane, albo które zaczęły wisieć na klatce schodowej, kiedy wychodził do pracy. Prawdziwe wkurwienie Charlotte zaczynało wychodzić na jaw. Odkąd wróciła do domu, nie odezwała się do niego słowem. Za to uprzykrzała mu życie na każdy możliwy sposób przez żałobę samochodu, który postanowił skasować. Szczerze? Spodziewała się, że zrobił to specjalnie i nie przyjmowała żadnych wymówek dotyczących łosia. Łosia to on mógł mieć na kutasie, a nie na drodze w takiej metropolii, jaką jest Toronto.
Sama nie wiedziała, dlaczego zdecydowała się na wyjście na bankiet z okazji urodzin Franklina. Przygotowała najdroższą butelkę wina z Sycylii, jaką udało jej się importować. Pamiętała ich rozmowę oraz wspomnienia podróży poślubnej. Chciała dla nich dobrze, a wyjście na bankiet spowoduje ból głowy u Williama. Nie mogła przegapić takiej okazji. Odstawiła się jak woźny na dzień nauczyciela. Czerwona sukienka, złote dodatki i ta czerwień na ustach, jakby samym ubiorem wszem i wobec ogłaszała, że idzie po głowę Patela.
— Miło Państwa widzieć, wszystkiego najlepszego — zaczepia Charlotte rodziców Williama. Franklin jedynie skinął na nią głową, a później Lotte wita się z Anabelle. Tradycyjna wymiana buziaczków, radości oraz informacji — wiesz co Charlotte, mój syn w ogóle nie ma polotu. Przyszedł z jakąś dziwną dziewczyną. Wolałabym Ciebie — rzuca pani Patel, a Lotte już się tylko uśmiecha. Oczywiście, oczami wyobraźni widziała, kogo ze sobą przyprowadził. Tylko wtedy zobaczyła Gustava, jej ojca. Nie spodziewała się go tutaj i nie miała zamiaru z nim rozmawiać. Odkąd ogłosił wszem i wobec na kolacji rodzinnej, że rozwodzi się z matką Lotty, nie miała z nim kontaktu. Szczerze wolała tego nie zmieniać.
— Przepraszam, muszę zniknąć — rzuca Kovalski i choć chciała brylować w towarzystwie... zaczyna ukrywać się za kolumnami. Wcześniej jedynie chwyta po butelkę wina, od razu nalewając sobie kieliszek do pełna. Dwa pierwsze wypiła na raz, a trzeci dopiero zaczęła sączyć, spoglądając na ojca ze sporej odległości. Nie chciałaby doszło do jakiejkolwiek konfrontacji.
Nie wierzyła w żadnego pierdolonego łosia. Nie spodziewała się, że znała takie słowa, ale uruchomiła się w niej polska natura i leciała z bluzgami jak kurwa z kutasami. Nic nie było w stanie jej powstrzymać. Podobnie jak zdjęcia małego Williama, które cały czas dochodziły do Jane, albo które zaczęły wisieć na klatce schodowej, kiedy wychodził do pracy. Prawdziwe wkurwienie Charlotte zaczynało wychodzić na jaw. Odkąd wróciła do domu, nie odezwała się do niego słowem. Za to uprzykrzała mu życie na każdy możliwy sposób przez żałobę samochodu, który postanowił skasować. Szczerze? Spodziewała się, że zrobił to specjalnie i nie przyjmowała żadnych wymówek dotyczących łosia. Łosia to on mógł mieć na kutasie, a nie na drodze w takiej metropolii, jaką jest Toronto.
Sama nie wiedziała, dlaczego zdecydowała się na wyjście na bankiet z okazji urodzin Franklina. Przygotowała najdroższą butelkę wina z Sycylii, jaką udało jej się importować. Pamiętała ich rozmowę oraz wspomnienia podróży poślubnej. Chciała dla nich dobrze, a wyjście na bankiet spowoduje ból głowy u Williama. Nie mogła przegapić takiej okazji. Odstawiła się jak woźny na dzień nauczyciela. Czerwona sukienka, złote dodatki i ta czerwień na ustach, jakby samym ubiorem wszem i wobec ogłaszała, że idzie po głowę Patela.
— Miło Państwa widzieć, wszystkiego najlepszego — zaczepia Charlotte rodziców Williama. Franklin jedynie skinął na nią głową, a później Lotte wita się z Anabelle. Tradycyjna wymiana buziaczków, radości oraz informacji — wiesz co Charlotte, mój syn w ogóle nie ma polotu. Przyszedł z jakąś dziwną dziewczyną. Wolałabym Ciebie — rzuca pani Patel, a Lotte już się tylko uśmiecha. Oczywiście, oczami wyobraźni widziała, kogo ze sobą przyprowadził. Tylko wtedy zobaczyła Gustava, jej ojca. Nie spodziewała się go tutaj i nie miała zamiaru z nim rozmawiać. Odkąd ogłosił wszem i wobec na kolacji rodzinnej, że rozwodzi się z matką Lotty, nie miała z nim kontaktu. Szczerze wolała tego nie zmieniać.
— Przepraszam, muszę zniknąć — rzuca Kovalski i choć chciała brylować w towarzystwie... zaczyna ukrywać się za kolumnami. Wcześniej jedynie chwyta po butelkę wina, od razu nalewając sobie kieliszek do pełna. Dwa pierwsze wypiła na raz, a trzeci dopiero zaczęła sączyć, spoglądając na ojca ze sporej odległości. Nie chciałaby doszło do jakiejkolwiek konfrontacji.