Strona 1 z 2

i’m perfectly fine

: pn lut 09, 2026 9:36 pm
autor: Dante Levasseur
#009
Tydzień. Mniej więcej tyle właśnie minęło od czasu wyprowadzki Ivy, choć pewnie kłamstwem byłoby, gdyby chciał upierać się, że w tym czasie nie zdarzyły się żadne dni, które mogłyby zlać mu się w jedną, całkiem chaotyczną całość. Niewykluczone więc, że minęło nawet nieco więcej. Tak samo jak niewykluczone było to, że do takich wniosków mógłby dojść również Dante, gdyby faktycznie nieco uważniej przeanalizował ten miniony czas.
Ale na to akurat nie miał najmniejszej ochoty. Zresztą, każdorazowe powstrzymywanie się od chęci zasypania jej telefonu wiadomościami wymagało już dostatecznie wiele zaangażowania. Chociaż w tej kwestii przynajmniej udało mu się odnieść pewien sukces. Mało spektakularny, ale wciąż jednak sukces.
Zadaniem równie – jeśli nie bardziej – wymagającym było stanięcie na wysokości zadania i zajęcie się wciąż bezimiennym psem, który w ostatnich dniach stał się tylko i wyłącznie jego odpowiedzialnością. Choć trzeba było przyznać, że najwyraźniej dość szybko Dante musiał uzmysłowić sobie, że jeśli nie będzie pamiętał o nakarmieniu psa, Ivy z całą pewnością nie zrobi tego za niego. Bo Ivy najwyraźniej wcale nie zamierzała wracać, co okazywało się być faktem znacznie trudniejszym do przyswojenia. Albo w ogóle uznania za fakt.
Pies za to wciąż wymagał opieki, a ta raczej nie mogła sprowadzać się tylko do zaopatrywania go w jedzenie i wodę. Spacery również były punktem obowiązkowym, niezależnie od tego jak sporym wyzwaniem bywało niekiedy wybranie się na nie. Zwłaszcza po powrocie do mieszkania nad ranem i przespaniu ledwie paru godzin. Trzeba było jednak przyznać, że szczeniak dopominający się donośnie wyjścia na zewnątrz był mimo wszystko skuteczną motywacją do tego, by zwlec się z łóżka i po chwilowym spacerze zapewnić sobie kolejnych kilka godzin spokoju. Co pewnie nawet mogłoby się udać – gdyby zapinając psu obrożę upewnił się, że zrobił to dobrze. Bo to właśnie był pierwszy popełniony tego dnia błąd. Kolejnym było zareagowanie odruchowo, kiedy już zapięcie obroży puściło podczas spaceru i kiedy zwierzak pędem puścił się w kierunku czegoś, co zainteresowało go po drugiej stronie ulicy…
Kiedy już zauważył samochód tuż obok siebie, było stanowczo za późno, żeby jakkolwiek zareagować. I to samo najpewniej musiał pomyśleć kierowca, w ostatniej chwili orientując się, że jakiś pieszy postanowił wyjść mu wprost pod maskę.
Dalej wydarzenia musiały już potoczyć się całkiem szybko – tym szybciej, że podczas uderzenia głową o asfalt Dante musiał na jakiś czas stracić przytomność. Na dość długo, jak się zresztą okazało, by w pełni odzyskać ją dopiero na szpitalnym łóżku. Choć i tutaj potrzebował chwili, żeby uświadomić sobie, że nieprzyjemnie jasne światło zdecydowanie nie było tym znanym mu z mieszkania. Jeszcze lepszym tego potwierdzeniem był natomiast ostry ból, jaki pojawił się w okolicy obojczyka, kiedy próbował zmienić wymuszoną półsiedzącą pozycję i przyjąć jakąś nieco wygodniejszą – to zdecydowanie nie były objawy, jakich mógłby spodziewać się na przykład po stanowczo zbyt udanym wieczorze spędzonym w jakimś klubie. Podobnie zresztą jak przytłumiony nieco lekami ból w klatce piersiowej, mimo wszystko dający o sobie znać przy każdym kolejnym oddechu. Choć tego pewnie prędzej można byłoby spodziewać się po zbyt intensywnej imprezie… Gdyby nie fakt, że otoczenie wciąż nijak nie zgadzało się z tym znanym z mieszkania, a po połączeniu wszystkich elementów w jedno, całość sytuacji można było podsumować jedynie wymruczaną pod nosem kurwą.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: wt lut 10, 2026 6:58 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Pod względem wypoczynku był to jej najlepszy tydzień, jaki przeżyła. Pierwszy raz od dawien dawna musiała się przejmować tylko samą sobą. Nie myślała o bezimiennym psie, choć myślami do niego wracała i do tego, czy aby na pewno jest bezpieczny. Nie myślała też o Dante, a przynajmniej próbowała. Ciągłe łapała się w myślach, że wędrowała w jego stronę. Wiele pytań sama sobie zadawała. Czy na pewno wszystko z nim w porządku? Czy dobrze się czuje? Czy ma pełną lodówkę? Tylko ona nie była jego mamusią, by zadawać te pytania.
Ciągle wracała do jego wyjścia i do tego momentu, w którym najzwyczajniej w świecie poczuła się zdradzona. Kradzież leków ze szpitalnej apteki nie była czymś, co ją zaskoczyło, a wręcz przeciwnie. Serce rozdzierało się jej na dwa kawałki, bo choć kochała go, to były pewne granice, których nikt nie powinien przekraczać. On to zrobił. Zostawił ją w momencie, kiedy najbardziej go potrzebowała. Pojawił się przez zwykły przypadek, a gdy ona na niego liczyła, zawiódł. I to podwójnie zawiódł.
To był naprawdę spokojny tydzień. Cały tydzień spokoju. Bez żadnych dram, kłótni i oschłych spojrzeń. Nie padały żadne przekleństwa, a nawet gdyby chciała przyznać, że jej kogoś brakowało, to sama się przed tym powstrzymywała. Nie byłaby w stanie spojrzeć na siebie w lustrze. Choć dalej wszystkim dookoła mówiła, że ma chłopaka i że go kocha, to coś się w niej łamało.
Złamało ją dopiero, kiedy widziała jego nazwisko na liście pacjentów. Długo wzbraniała się przed wejściem do jego sali. Szybko sprawdziła za to kartę pacjenta, z której dowiedziała się każdego najpotrzebniejszego szczegółu. Tylko że naprawdę chciała go zobaczyć. Kiedy miała odrobinę czasu, usiadła obok jego łóżka i mocno chwyciła go za dłoń. Nie mogła powstrzymać się od tego gestu, bo choć on ją zdradził, kim by była, zostawiając go w potrzebie? Sama Ivy lubiła kiedyś zabawę, dlatego tak dobrze byli do siebie dobrani na początku. Tylko że ona dorosła, a Levasseur dalej stał w miejscu. Za to Harrison nie była go w stanie zostawić. Nie poradziłby sobie bez niej, prawda?
Jak się czujesz Dante? — tyle była w stanie powiedzieć, kiedy otworzył oczy. Mimowolnie puściła jego dłonie, prostując się praktycznie od razu jak struna. Wiele mogła mu powiedzieć w tym momencie, tylko nie była w stanie stwierdzić, co powinna, a do czego miała prawo.
To była jej wina, że on znajdował się w szpitalu.

i’m perfectly fine

: wt lut 10, 2026 7:57 pm
autor: Dante Levasseur
Sam najpewniej byłby raczej skłonny twierdzić, że pobyt w szpitalu był winą psa. Ewentualnie samochodu, czegoś co niespodziewanie psa zainteresowało, źle zapiętej obroży…
Jego. I to chyba byłoby stwierdzenie najbliższe prawdy.
Na pewno jednak nie spodziewałby się, że ktokolwiek – choćby i ona sama – miałby winą za tę sytuację obarczyć akurat Ivy. Jeszcze bardziej natomiast nie spodziewał się tego, że to ją jako pierwszą zobaczy koło swojego łóżka. Dobrych kilka sekund musiało zresztą minąć, zanim zdecydował się spojrzeć w jej stronę po usłyszeniu pytania. I pewnie można byłoby zrzucić to na karb stanu, w jakim się znajdował po wypadku i pod wpływem leków. Ale… tej chwili potrzebował też chyba na to, by upewnić się, że nic mu się nie przesłyszało i – kiedy już ewentualne omamy można było wykluczyć – że faktycznie powinni w takich okolicznościach rozmawiać po raz pierwszy od czasu jej wyprowadzki.
Zajebiście – na pytanie zadane w takiej sytuacji prawdopodobnie można było spodziewać się tylko jednej odpowiedzi. Choć pewnie dorzucony do niej krzywy uśmiech powinien mieć w sobie trochę więcej przekonania. Albo przekąsu. Albo w ogóle czegokolwiek, bo temu, który na moment pojawił się na jego twarzy zdecydowanie brakowało właśnie tego. Błędem była za to próba uzupełnienia wypowiedzi wzruszeniem ramion – bo to akurat bardzo szybko musiało skończyć się skrzywieniem i nieprzyjemnym przypomnieniem samemu sobie, że póki co podobne gesty powinien sobie podarować. Zwłaszcza, że najwyraźniej leki przeciwbólowe nie były w stanie załatwić wszystkiego, już nawet niekoniecznie z winy potencjalnie zwiększonej tolerancji na nie.
W porę zorientował się, że uniósł nieznacznie rękę, jakby chcąc odruchowo sięgnąć w stronę Ivy. W porę też opuścił ją z powrotem na pościel. I tak przecież pewnie tylko wydawało mu się, że na skórze czuł jeszcze ciepło jej dłoni.
Co tu robisz? – trudno byłoby nie zadać tego pytania, mając w pamięci ich ostatnią kłótnię. Bez wyrzutu, czy jakichkolwiek pretensji. Za to ze szczerym zdziwieniem, bo przecież fakt, że pracowała w szpitalu nie oznaczał jeszcze, że miała jakikolwiek powód, by siedzieć właśnie tutaj. Przeciwnie – najpewniej miała całą masę innych zajęć, do których powinna wrócić zamiast marnować czas obok jego łóżka. I chyba nawet spodziewał się, że rzeczywiście zaraz to zrobi. W końcu… w trakcie swojej wyprowadzki dość jasno dała mu do zrozumienia co sądziła na jego temat – a w takim wypadku tym bardziej niezrozumiałe było, że odrywała się od swoich zajęć tylko po to, żeby powitać go absurdalnym pytaniem o samopoczucie.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: śr lut 11, 2026 5:44 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Wstrzymała oddech, czekając na jego jakąkolwiek odpowiedź. Zdawała sobie sprawę, że gdy ostatnio się widzieli, nie mieli dobrego pożegnania. Tylko oprócz tych wszystkich gorzkich słów, które wtedy wypływały z jej ust, jedną rzecz trzeba było wypowiedzieć głośno. Naprawdę darzyła go ciepłymi uczuciami i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Z Dante było źle, ale bez niego jeszcze bardziej. Niemalże słyszała, jak serce szybko jej biło. Obserwowała w ciszy każdy najmniejszy grymas pojawiający się na jego twarzy. Cokolwiek byłaby w stanie teraz powiedzieć, nie miałoby to żadnego pokrycia. Nawet to zajebiście nie brzmiało dla niej w ogóle przekonująco.
Mógłbyś nie udawać, jak się połamałeś — mruknęła cicho Ivy, widząc reakcje jego ciała. Nie była głupia, przecież przeczytała kartę pacjenta, zdawała sobie sprawę, jakie leki przyjmował Levasseur i jaka jest wstępna diagnoza. Nie powinna zostawiać go samego, zwłaszcza kiedy jak idiota się połamał, ale nie miała też na tyle odwagi, by go spytać o pomoc. Dużo łatwiej było się skupić na tym, co działo się przed jej oczyma i pytanie, które ktoś powinien zadać głośno... co się stało z ich psem? Choć Ivy nie widziała go od jakiegoś czasu, to jednak martwiła się, czy na pewno dostał odpowiednią ilość jedzenia — bardzo Cię boli? — spytała dość naiwnie, licząc, że to spotkanie nie zamieni się w kolejną kłótnię. Nie chciała wyjaśniać tego, co stało się wcześniej. W końcu, czy znajdowały się na to jakiekolwiek odpowiednie słowa? Zdecydowanie nie. Przymknęła na moment oczy, biorąc głęboki oddech. Chciała móc trzymać go za dłoń, czy tak zwyczajnie się przytulić. Tylko czy powinna? Nie byłoby w tym fałszu, a jednak... ich ostatnie starcie pozostawiało rysę, której nie dało się wymazać.
Siedzę — odparła praktycznie bez zawahania. Nie znała odpowiedzi na jego pytanie, łatwiej było zasłonić się banałem. W końcu faktycznie siedziała obok jego łóżka, spoglądając na niego zmartwionym wzrokiem. Finalnie westchnęła ciężko — chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku — widziała, odhaczyła, za to cisza zapadła między nimi — ale... — zaczęła Ivy, lekko się wahając — skoro jest, to mogę już stąd pójść, tak? — dopytała, bo choć chciała zostać. Szczerze. Tylko czy biorąc pod uwagę ich ostatnie starcie, powinna? Nie chciał jej tu, może pierwszy raz zbyt wiele gorzkich słów padło.

i’m perfectly fine

: śr lut 11, 2026 7:20 pm
autor: Dante Levasseur
Nie spodziewał się, że ich pierwsza rozmowa po ostatniej kłótni miałaby być jakkolwiek łatwa. I może właśnie dlatego udało mu się mimo wszystko powstrzymać od wydzwaniania czy wypisywania do niej… Zdecydowanie jednak nie zakładał, że to pierwsze spotkanie miałoby być aż tak trudne. Pewnie ciężko byłoby znaleźć naprawdę dobre okoliczności, które miałyby mu towarzyszyć, jednak aktualne śmiało można było chyba ochrzcić mianem jednych z najgorszych możliwych. Choć pewnie za jakiś cień pozytywu można byłoby uznać fakt, że w tej chwili przynajmniej kompletnie nie miał siły na jakąkolwiek kłótnię.
Nie, póki pamiętam, żeby za bardzo się nie ruszać – krótkie parsknięcie też nie było najlepszym pomysłem, ale przynajmniej faktycznie nie aż tak bolesnym jak wcześniejsza próba wzruszenia ramionami. Mimo wszystko perspektywa unikania nadmiernego ruszania się w najbliższym czasie, z jego perspektywy zdecydowanie nie wyglądała najlepiej. Zwłaszcza, że sam za bardzo nie wierzył w to, że miałby o tym ograniczeniu pamiętać. Przynajmniej więc mógł liczyć na dosadne przypomnienia ze strony złamanego obojczyka…
O tym, że w najbliższym czasie, kiedy już będzie mógł wrócić do domu, samodzielne funkcjonowanie również mogło być dość poważnie ograniczone, prawdopodobnie nawet jeszcze nie myślał. A jeśli nawet… w obecnej sytuacji poproszenie o pomoc Ivy i tak wydawało się być wyjątkowo kiepskim pomysłem – nawet jak na jego standardy i kompletny brak umiejętności w ocenianiu, które pomysły można było uznać za dobre, a które wręcz przeciwnie. Nie miał przecież zamiaru zmuszać jej do powrotu. A mniej więcej tak właśnie mogłoby to wyglądać. Niezależnie więc od tego, jak bardzo brakowało mu jej na co dzień… to rozwiązanie byłoby po prostu fatalne.
Tak samo powinien pewnie wykazać się rozsądkiem – albo czymkolwiek innym, co w jego przypadku mogłoby go zastępować – i po prostu zgodzić się z tym, że mogła już stąd pójść. Bo przecież nie miała żadnego powodu, żeby nadal tu siedzieć…
Zostań – tym razem bez zastanowienia sięgnął po jej dłoń, tak samo jak bez zastanowienia odpowiedział na jej słowa. – Brakowało mi ciebie. Chociaż… tego akurat nie planowałem, żeby cię zobaczyć.
Tym razem przynajmniej uśmiechnął się z nieco większym przekonaniem, dochodząc najwyraźniej do wniosku, że jeżeli w jakiś sposób nie pozbędą się tej ciężkiej atmosfery, wkrótce obydwoje się uduszą. Albo Ivy rzeczywiście wyjdzie, czego – jak zdążył sobie uświadomić, gdy taka możliwość stała się całkiem prawdopodobna – naprawdę by nie chciał. Nie kłamał przecież mówiąc, że mu jej brakowało. Za to mogłoby być to całkiem spore niedopowiedzenie, bo nawet jeśli w ostatnim czasie ich plany dnia sprawiały, że w mieszkaniu najczęściej zupełnie się mijali… funkcjonowanie całkowicie bez niej w ciągu ostatniego tygodnia okazało się być wyjątkowo nieprzyjemnym doświadczeniem.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: czw lut 12, 2026 8:40 am
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Dla niej konfrontacja z Dante wcześniej nie miałaby żadnego sensu. Przecież doskonale go znała. Jedna rozmowa, nawet w dobrej wierze, z pewnością zamieniłaby się w kłótnię nie do zatrzymania. Sama zdawała sobie z tego sprawę, a w trakcie tego mijającego czasu mogła poukładać sobie w głowie. Tylko nic nie wydawało się być absolutnie jasne, wszystko było zbyt skomplikowane. Z jednej myśli pojawiały się kolejne, których szczerze miała dosyć. Bo jak miała do niego wrócić po takiej akcji?
Poruszanie się jest raczej wpisane w twoją naturę — skwitowała Ivy, przyglądając mu się bacznie wzrokiem. Bardzo musiało go boleć. Każdy ruch musiał go, sporo kosztować. Widziała, jakie leki przyjmuje w obecnej chwili. Modliła się w duchu, by się od nich nie uzależnił. Znała jego zwyczaje imprezowe, całą jego codzienność. Nawet teraz kiedy się wpatrywała, zastanawiała się, jak faktycznie do tego doszło. To pytanie stało w jej gardle. Nie potrafiła przez długi czas go wypowiedzieć. Zamiast tego nabierała do płuc głębokie oddechy, by uspokoić własną głowę.
Wiele słów padło w trakcie ich ostatniego spotkania, ale dla Ivy miłość do Dante zawsze była pełna sprzeczności. Albo się kłócili, albo było jak w niebie. Do tego... incydentu mogło dojść tak naprawdę w każdej chwili. Mógł przecież zabrać jej kartę z mieszkania i przyjść do szpitala na tajną misję. Przymknęła oczy, już gotowa do wyjścia. Musiała się wywietrzyć, pozbyć się natrętnych myśli. Chociaż przez krótki moment wyrzucić z siebie to, co siedziało głęboko.
Popatrzyła na jego dłoń i wzięła kolejny głęboki oddech. Chciał, żeby została. Ona chyba też tego chciała, dlatego na jej twarzy wymalował się krótki, słaby uśmiech. Dopiero jego kolejne słowa wydawały się do niej dotrzeć. Uniosła wzrok i przegryzła swoją dolną wargę. Wiele myśli chodziło jej obecnie po głowie. Nie wiedziała tylko, którą z nich powinna potraktować poważnie. Kochała go i nawet jeśli on ją zranił, to zostanie z nim.
Dobrze, zostanę — powiedziała krótko, miękkim głosem. Sama chwyciła go za dłoń. Była jej tak dobrze znana, kiedyś trzymali się razem i ruszali w rytm zabawy. Tylko coś sprawiło, że ona dorosła, a Dante cały czas tkwił w tym samym miejscu — Mi Ciebie też, nikt nie grał mi na nerwach — rzuciła żartobliwym tonem, unosząc kąciki ust. Faktycznie, w życiu Ivy panował spokój, nie było żadnej adrenaliny, o ile nie licząc zamknięcia we windzie. Ona też sprawiała, że miała drobne wyrzuty sumienia — Dante, a powiesz mi, co się właściwie stało? — spytała finalnie, ściskając mocniej jego dłoń. Słyszała o wypadku samochodowym, ale jak do niego doszło, to była już inna historia. Zresztą... ktoś musiał się zająć no-name. Teraz po prostu musiała na nowo wrócić do domu.

i’m perfectly fine

: czw lut 12, 2026 12:06 pm
autor: Dante Levasseur
Można było przypuszczać, że chociaż na pierwszy rzut oka wyglądało to całkowicie inaczej, paradoksalnie okoliczności tego ich nieplanowanego spotkania jednak im sprzyjały. Bo rzeczywiście, gdyby którekolwiek z nich zdecydowało się na rozmowę wcześniej, wszelkie próby wyjaśnienia nieprzyjemnej sytuacji, z jaką się rozstali, musiałyby zakończyć się widowiskową katastrofą. A w takiej sytuacji istniałoby stanowczo zbyt duże ryzyko, że Dante mógłby ostatecznie pozbyć się wątpliwości, które w ostatnim tygodniu co najmniej kilkakrotnie go nachodziły, a które w głównej mierze dotyczyły tego, czy – biorąc pod uwagę to, w jaki sposób zakończyła się ich ostatnia rozmowa – faktycznie swoją relację z Ivy wciąż powinien nazywać związkiem. Albo czy ona dalej postrzegała to w ten sposób. Kolejna kłótnia mogłaby całkiem skutecznie rozwiązać ten problem – i to niekoniecznie tak, jak Levasseur mógłby sobie tego życzyć.
W tym właśnie problem… – mruknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że leżenie i oszczędność ruchów to zdecydowanie nie było coś, czym mógłby zajmować się przez dłuższy czas. Bezczynność zdecydowanie nie była czymś, co miałoby towarzyszyć mu na co dzień, a przeciągająca się nuda z nią związana… zazwyczaj miała opłakane skutki. Czego świetnym przykładem mógł być powód ich ostatniej kłótni.
Choć w obecnej sytuacji… przynajmniej można było z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że tym razem nawet jeśli do głowy przyjdzie mu coś wyjątkowo durnego, na realizację tego pomysłu raczej nie będzie miał większych szans.
Naprawdę ulżyło mu, kiedy rzeczywiście zdecydowała się zostać. Zwłaszcza, że przez moment był w zasadzie niemal całkowicie pewny, że Ivy oznajmi sucho, że ma inne obowiązki i po prostu wyjdzie. I pewnie nawet nie powinien mieć do niej pretensji, gdyby się na to zdecydowała.
To musiało być strasznie nudne – widząc jej uśmiech i czując ciepło dłoni na własnej, sam mógł uśmiechnąć się nieco szerzej. I jak najbardziej szczerze, bo dzięki temu atmosfera rzeczywiście stała się przynajmniej odrobinę mniej dusząca.
Mimo wszystko uśmiech musiał ulotnić się stosunkowo szybko, mniej więcej po wysłuchaniu jej pytania. W pierwszej chwili mógłby zareagować po prostu wzruszeniem ramion – nie było o czym opowiadać – tym razem jednak pamiętał, żeby nie próbować tego ponownie.
Pies wybiegł na ulicę… – i nawet jeśli to wyjaśnienie miało mieć jakiś ciąg dalszy, ten w jednej chwili stał się kompletnie nieistotny. Bo Dante przypomniał sobie o czymś innym, zdecydowanie ważniejszym. Pies. W przeciwieństwie do swojego właściciela miał dość rozumu, żeby nie władować się pod samochód, ale…
Poruszył się gwałtownie i w zasadzie w tej samej chwili z mimowolnym syknięciem opadł z powrotem na poduszkę. Zdecydowanie próba podniesienia się była jednym z najgłupszych pomysłów, jakie mógłby mieć w ciągu ostatnich kilkunastu minut.
Nie wiem, czy ktoś go złapał. Zerwał się ze smyczy i pobiegł za czymś po drugiej stronie ulicy – wyjaśnił, nie mogąc oczywiście wiedzieć o tym, że bezimienny pies miał dość rozumu nie tylko żeby nie władować się jak idiota prosto pod maskę, a też żeby samodzielnie wrócić do mieszkania. Albo raczej pod jego drzwi, skąd zgarnął go ktoś z sąsiadów.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: czw lut 12, 2026 10:05 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Szczerze sama nie potrafiła określić, co dokładnie się między nimi stało. Chciałaby móc nazwać ich relację związkiem. Tylko czy w ciągłym przepychaniu się i destrukcyjności była prawdziwa miłość? Prawdopodobnie tak. Teraz kiedy siedziała przy jego łóżku, nie zastanawiała się nad niczym innym. Byle mógł poczuć lepiej, stanąć na nogi oraz sprawiać kolejne problemy, przez które nie będzie w stanie zmrużyć oka.
Dasz radę — mogła zabrzmieć, jak typowy coach, ale zdawała sobie sprawę, ile Dante mogło kosztować przykucie go do łóżka oraz odpoczynek. Znała mechanizmy jego działania oraz destrukcyjność nudy. Ona nigdy nie kończyła się w dobry sposób — chociaż patrząc na twoje obrażenia, to musisz pozbyć się... — przełknęła nerwowo ślinę. Teraz byłaby w stanie powiedzieć za dużo. Przecież nie pierwszy raz przekroczył granicę, której nie powinien. Chęć przygód oraz adrenalina były tym, co napędzały Levasseur'a, ale finalnie mogło skończyć się to bardzo źle. Dlatego długo szukała odpowiednich słów — głupich pomysłów — powiedziała to finalnie, unosząc delikatnie kąciki ust do góry. Nie mogła znaleźć innego słowa. Oboje kiedyś kochali niebezpieczeństwo i szaleli na melanżach. Tylko Ivy zdążyła dorosnąć. Praca nauczyła ją jednego odpowiedzialności. Zbyt wiele osób trafiało do niej z trudnymi, irracjonalnymi przypadkami. Jedna rzecz była w stanie je zatrzymać, a był nim rozsądek. Naprawdę staż w szpitalu otworzył blondynce oczy i nie potrafiła już żyć z dnia na dzień bez ani grama odpowiedzialności.
Faktycznie, w końcu mogłam się wyspać bez żadnej imprezy w mieszkaniu — zaśmiała się krótko. O ile normalnie doprowadziłby ją to do wrzenia, tak teraz wiele byłaby w stanie mu odpuścić. Ceniła spokój, ale brak jakiejkolwiek niespokojnej duszy był dla niej znaczący. Spoglądała nerwowym wzrokiem na niego przez chwilę, po czym położyła na jego przedramieniu jeszcze jedną rękę. Tylko nie mogła zbyt wiele usiedzieć w spokoju, skoro ich psiecko mogło być zagrożone. Od tego powinien Dante zacząć, gdy ja zobaczył.
Co? Nic mu się nie stało? — spytała, otwierając szeroko usta i czekając niemalże od razu na odpowiedź. W głowie od razu pojawiło się jej milion pytań. Czy zwierzak jest bezpieczny? Najedzony? Czy zdążył zrobić kupę? Pogoda była wręcz dramatyczna, a to był dalej szczeniak, którego trzeba było otoczyć opieką.
Powinnam zadzwonić do schroniska? Albo wrzucić jego zdjęcie na grupie naszej dzielnicy? — spytała i niemalże w tej samej chwili puściła dłoń Dante, by chwycić od razu za telefon. Zachowała się jak typowa dorosła. Weszła na dzielnicową grupę, po czym zaczęła opisywać sytuację. Kojarzyli ją sąsiedzi z psem, za każdym razem się śmiała, że nie potrafiła z chłopakiem zdecydować się na imię dla psa. Tylko ile można było krzyczeć: ej ty, albo halo, halo piesku. Czasami zdarzało się jej szczekać, by mógł zwrócić na nią uwagę.
Poczekaj moment — zaczęła, unosząc dłoń. Finalnie uniosła głowę i popatrzyła w Dante z dość poważną imię — Powinnam napisać jego imię... — stwierdziła, wpatrując się w niego badawczo, jakby miał podjąć pierwszą, dorosłą decyzję.

i’m perfectly fine

: pt lut 13, 2026 11:52 am
autor: Dante Levasseur
Może i ich relacja od zawsze była dość burzliwa i w żadnym momencie nie przypominała niczego, co dałoby się nazwać zdrowym związkiem… Jednocześnie jednak Dante w zasadzie nigdy nie miał wątpliwości co do uczuć, jakimi darzył Ivy – tak wtedy, kiedy łączyło ich podejście do preferowanych rozrywek, jak i nieco później, kiedy ich style życia coraz bardziej zaczynały się rozmijać. Za to pewnie próbą okłamywania samego siebie byłoby upieranie się przy tym, że absolutnie nigdy nie przeszło mu przez myśl, że w pewnym momencie te narastające różnice miałyby sprawić, że to Ivy będzie miała tego wszystkiego dość i zdecyduje się zakończyć i relację. Tyle, że podobne myśli zwykle najłatwiej było po prostu ignorować i uparcie od siebie odpędzać – bo co do tego, czy potrafiłby zrobić coś, co miałoby temu zapobiec, sam prawdopodobnie musiałby mieć spore wątpliwości… Pewnie nawet mimo szczerych starań. Bo te zwykle kończyły się jeszcze gorzej.
Skoro to oficjalne lekarskie zalecenie, to chyba nie mam innego wyjścia – w żadnym razie nie wydawało się możliwe, żeby faktycznie tak po prostu mógł pozbyć się głupich pomysłów. Albo przynajmniej przestać bezmyślnie je realizować. Dlatego też jej słowa najłatwiej było skwitować może i nieco nieporadnym, ale wciąż jednak swego rodzaju żartem. Chociaż przynajmniej nie było to kategoryczne stwierdzenie, że na coś podobnego nie było najmniejszych szans. Może więc – przy odrobinie dobrej woli – dałoby się przyjąć, że w tej jego wypowiedzi kryła się mimo wszystko jakaś obietnica, że przynajmniej się postara.
Dobrze, że nie zanosi się na to, żeby w najbliższym czasie jakaś miała się trafić. Będziesz… – jak zwykle zdążył wypowiedzieć zdanie zanim w ogóle przemyślał sens poszczególnych słów. I najwyraźniej musiał przez chwilę zapomnieć, że aktualnie jakiekolwiek imprezy organizowane w mieszkaniu raczej niespecjalnie były problemem Ivy. Kiedy zorientował się w tym potknięciu, może i było już za późno, żeby cofnąć wypowiedziane słowa, ale przynajmniej mógł odpuścić sobie kończenie niefortunnego zdania. Problem w tym, że nie bardzo miał pomysł na to, jak można byłoby z tego wybrnąć. Pozostało więc zamknąć się i pokręcić lekko głową po posłaniu Ivy wymownego spojrzenia – coś, co mogłoby oznaczać mniej więcej przepraszam, możesz udawać, że nic nie słyszałaś.
I tak, temat psa zdecydowanie powinien być tym pierwszym, który mógłby z nią poruszyć. Jego usprawiedliwieniem może i mogłyby być niezbyt sprzyjające logicznemu myśleniu okoliczności, ale… jakoś wcale nie sprawiało to, że czuł się lepiej ze świadomością, że nie miał kompletnie pojęcia, co aktualnie działo się z psem. I że mimo wszystko była to poniekąd jego wina.
Pobiegł gdzieś dalej. Może… – nie miał pojęcia, gdzie w trakcie całego tego zamieszania mógł pobiegnąć pies. Nie miał też pojęcia, na ile było prawdopodobne, że szczeniak, który na co dzień sprawiał wrażenie równie ogarniętego jak i tego właściciel, mógłby samodzielnie trafić z powrotem do domu. – Może schronisko nie jest złym pomysłem…
Przyglądając się przez moment jak Ivy wystukuje tekst, rozejrzał się za własnym telefonem. Pewnie nawet faktycznie mógłby w tym czasie sam zadzwonić do schroniska – gdyby pamiętał, czy w ogóle na ten krótki spacer z psem zabrał telefon, czy też ten leżał bezużyteczny w mieszkaniu. Biorąc pod uwagę jego brak w zasięgu wzroku… pewnie bardziej prawdopodobna była ta druga opcja.
Przecież na żadne nie reaguje – zaskoczony przeniósł na nią spojrzenie, marszcząc na moment brwi. Raczej nie zakładał, że ostateczny wybór imienia dla psa miałby przydarzyć się w takiej sytuacji. Zwłaszcza, że w gruncie rzeczy Pies też brzmiało przecież wcale nie najgorzej. – Po prostu Pies. Albo Murphy, jak chcesz, żeby faktycznie jakieś miał.
Luźne skojarzenie z Prawami Murphy’ego na pewno nie było niczym przemyślanym i zaplanowanym. Ale właściwie… chyba faktycznie całkiem nieźle tu pasowało.
Mogłabyś zająć się nim przez… parę dni, jak już się znajdzie? – tym razem przynajmniej pamiętał o tym, że to wcale nie była taka oczywista kwestia. I najwyraźniej zdążył uświadomić sobie, że sam niekoniecznie da sobie z tym radę, więc warto byłoby powierzyć zwierzaka komuś zaufanemu.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: sob lut 14, 2026 3:30 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Jak dotąd Ivy nigdy nie myślała o zakończeniu ich relacji, ostatnio jednak ta kwestia zaczynała wybrzmiewać w jej głowie. Pewne granice nigdy nie powinny zostać przekroczone, a zostały. Może byłoby to łatwiejsze, gdyby Dante właśnie nie był przykuty do łóżka. Do jej głowy przychodziła tylko jedna krótka myśl. On jej potrzebował. Była jedynym, stabilnym elementem jego świata. Dalej miała w sobie sporo z dziecka, za to ona musiała się nim zaopiekować.
Zdecydowanie nie masz wyjścia, bo będę Cię pilnować, chciała dokończyć, a zamiast tego usta ułożyły się jej we wąską linię. Nie powinna wypowiadać pewnych słów bez jakiegokolwiek przegadania ich wspólnej sprawy. Przecież zdawała sobie sprawę, że cała afera, cała wyprowadzka poszłaby na marne, gdyby tak teraz łatwo i prosto przystała na jego propozycję — nieważne — mruknęła finalnie. Cokolwiek by mu teraz powiedziała, byłoby to sporym błędem. Wręcz ogromnym. Finalnie przymknęła delikatnie oczy. Powoli zaczęła się zastanawiać, co dokładnie musiałby jej powiedzieć. Czasami wystarczył jeden uśmiech, ten błysk w oku, by była w stanie uwierzyć we wszystko bez żadnych wątpliwości. Tylko sprawa wydawała się być inna, bardziej skomplikowana.
Zamilknęła, patrząc na niego badawczo. Momentami brakowało jej hałasu. Tylko czy powinna się przyznawać do tego? Był jednym, wielkim chaosem, który sprawiał, że na jej twarzy malował się uśmiech. Choć chciała coś powiedzieć, zamilknęła. Zamiast tego mocniej chwyciła go za dłoń. Schyliła się delikatnie, by przystawić jego dłoń do własnego policzka. Serce się jej rozdzierało, bo chciała móc się nim zająć. Finalnie znowu przybrała pozę dorosłej osoby, ktoś musiał zainteresować się ich psem. Tylko czy on dalej był wspólny?
Podzwonię i się wszystkiego dowiem — powiedziała spokojnym tonem, unosząc delikatnie oba kąciki ust ku górze — a ty... wypoczywaj Dante — głos miała miękki, spokojny. W tym momencie nie chciała się z nim kłócić, tylko móc porozmawiać bez większych awantur. Ich związek mógł być zawsze trudny, ale prawdopodobnie to lubiła w nim bardziej. Tę przedziwną obietnicę adrenaliny, która wybuchała za każdym razem, kiedy mieli inne zdanie.
Ale co mam napisać? Zaginął pies? Jacy z nas właściciele, że nie potrafimy wybrać mu imienia? — pyta lekko poddenerwowana. Wystawianie ogłoszenia bez imienia... byłoby totalnie irracjonalne. Finalnie unosi kącik ust. Spodobała się jej propozycja mężczyzny, choć może to Levasseur powinien zmienić własne imię — niech będzie Murphy — stwierdza finalnie Ivy. Podobało się jej to, choć kątem oka patrzy na Dante, czekając na jego potwierdzenie — i oby jego żywot nie był jak to prawo — jeśli coś miało pójść nie tak, może w przypadku psa pójdzie wręcz zajebiście. Nie chciała myśleć o nim w kategorii problemów. Lubiła psiaka, nawet jeśli w innych przypadkach sprawiał on drobne problemy.
Po jego kolejnym pytaniu wpadła w konsternację. Dla niej odpowiedź wydawała się być przesądzona od samego początku. Lubiła psa, naturalnym wyborem wydawało się być zajęcie się nim... Tylko ta ostatnia kłótnia dalej była drzazgą w jej sercu. Zresztą nie tylko ona.
Tak... — stwierdza finalnie Harrison, unosząc oba kąciki ust delikatnie ku górze — chcesz jeszcze o czymś pogadać Dante? — i chyba na to pytanie najbardziej oczekiwała. Choć przyszła tu bez żadnych wątpliwości, wiedziała, że jej miejsce jest przy jego boku. To mieli niezałatwione oraz niewypowiedziane sprawy — O nas? — powiedziała w końcu finalnie, czując jak atmosfera, robi się gęsta. Unikali tego tematu, ale powinni od niego zacząć. Nawet nie wiedziała, czy dalej chciała z nim mieszkać, ale... skoro zostali postawieni pod ścianą, to ktoś musiał zacząć tę rozmowę.