smoke from a distant fire
: wt lut 10, 2026 11:47 pm
Zakończenie sesji, choć wyczekiwane przez Oleandra w stanie rzadkiej dla niego desperacji, ostatecznie przyszło bez fanfar. Jednego dnia Everhart jeszcze drżał z obawy przed oblaniem ostatniego egzaminu, a następnego wreszcie, po wielu tygodniach nerwów i panicznych rewizji materiału z ostatnich miesięcy wykładów i zajęć, wypuszczał powietrze w westchnieniu głębokiej ulgi. Mało pocieszający był fakt, że teraz od k o l e j n e j sesji dzieliło go znowu parę miesięcy, ale były one na tyle odległe, że przynajmniej nie rzucały się w oko wraz z pierwszym spojrzeniem w kalendarz. A, jak to mówią, co z oczu, to z serca.
Odłożywszy długopis i oddawszy arkusz egzaminacyjny jednemu z doglądających go dziś asystentów akademickich, Oleander wyszedł z budynku uczelni z plecakiem przewieszonym przez ramię i uczuciem lekkiej dezorientacji — tej przyjemnej, która pojawia się wtedy, gdy przez chwilę nie trzeba nigdzie iść ani niczego nikomu udowadniać. W ten mroźny, zimowy dzień, miasto wydawało się dziś bezlitośnie jasne: śnieg skrzył się pod stopami, a słońce wisiało nisko, jego promienie ostre jak szkło. Ollie lubił takie dni, bo wszystko było w nich wyraźne: granice chodników, myśli, wreszcie - jego własne ciało: obecne, prawdziwe, i żywe.
Szedł wolno, pozwalając myślom rozplątywać się bez większego pośpiechu. Choć nawigowanie spacerów z protezą w dni, gdy szron i lód rozciągały się na ulicach szerokimi płatami nadal napełniały go niepokojem, uczucie to zmniejszało się wraz z coraz to większą praktyką. Nie było zatem porównania między wprawą, z jaką Oleander robił to dziś, a jakiej brakowało mu jeszcze choćby poprzedniej zimy. To fakt, żadna adaptacja nie była idealna, ale tę brunet mógł uznać przynajmniej za wystarczająco dobrą.
Początkowo wcale nie planował przerwy na kawę: na wyznaczonej sobie wcześniej trasie znajdowała się księgarnia i sklep sportowy, a potem może jego ulubiona meksykańska knajpka, jeśli ściśnięty do tej pory adrenaliną żołądek rozluźniłby się na tyle, by pozwolić mu na spożycie lunchu. Ollie musiał jednak przecenić własną odporność na mróz, bo po przejściu paru przecznic poczuł, że palce mrowią mu w ten nieprzyjemny, zwiastujący przechłodzenie sposób. To samo uczucie panoszyło się już też i u szczytów jego ud, a - nauczony na własnej skórze - Ollie wiedział, że przeziębienia tylko potęgują jego bóle fantomowe. Wolałby zatem uniknąć rozłożenia się z jakimś paskudnym choróbskiem, zwłaszcza jeden dzień po zakończeniu sesji.
To było jedno z tych spontanicznych skręceń w boczną ulicę, które bierze się raczej z impulsu niż świadomej decyzji. Dopiero po chwili zorientował się, że coś w rozciągającym się przed nim krajobrazie budzi w nim dziwną, cichą nieufność — jakby oko rozpoznało kształt wcześniej, niż umysł zdążył go nazwać. Zatrzymał się.
Szyld był nowy. Albo odnowiony. Litery układały się w nazwę, która niczego mu nie mówiła, a jednak ciało odpowiedziało napięciem tak szybkim, że aż absurdalnym. Oleander zmarszczył brwi, próbując uchwycić myśl, która nie chciała się sformułować. Miał wrażenie, że stoi przed miejscem, które kiedyś znał — nie na poziomie wspomnienia, lecz czysto-fizycznej reakcji. Jak przy zapachu, który wywołuje mdłości, zanim człowiek zdąży przypomnieć sobie dlaczego.
Przez chwilę wpatrywał się w witrynę. W środku było jasno, ciepło, zupełnie bezpiecznie; żadnych śladów po tym, co mogłoby usprawiedliwiać to nagłe, irracjonalne napięcie. I właśnie to było w tym najbardziej niepokojące. Oleander nauczył się ufać instynktom, nawet gdy nie potrafił ich uzasadnić — zwłaszcza wtedy. Otworzył drzwi, bardziej z potrzeby zamknięcia pętli niż z ochoty na kofeinę.
Dzwonek zabrzmiał cicho, niemal grzecznie. Ciepło uderzyło go od razu, osiadając na skórze i za kołnierzem puchowej kurtki. Oleander rozejrzał się powoli, rejestrując detale z automatyzmem, którego nigdy do końca się nie pozbył: układ przestrzeni, drogi wyjścia, brak napięcia w powietrzu. Zaciągnął się kojącym zapachem kawy.
Dopiero wtedy, gdzieś na granicy pola widzenia, zauważył kogoś za kontuarem — sylwetkę, która zdawała się należeć tu w sposób absolutny, choć dla niego była zupełnie obca (albo tak mu się wyłącznie wydawało).
Podszedł bliżej, odwijając szczelnie zapętlony dotąd na szyi szalik. Tak nos, jak i policzki, miał zaróżowione chłodem, a na ciemnej czuprynie osiadł mu pojedynczy płatek śniegu.
Chciał powiedzieć, że to miejsce wygląda znajomo. Albo też spytać, czy on i stojąca za ladą dziewczyna kiedyś się przypadkiem nie spotkali?
Ale obydwie te opcje wydały mu się nagle kompletnie absurdalne. Jeszcze tego mu brakowało, by Bogu ducha winna pracownica kawiarni wzięła go teraz za szaleńca.
– Dzień dobry – powiedział zatem tylko, adekwatnie do rozciągającego się za oknem kawiarni poranka - Uhm... - najczęściej Ollie pijał kawę: czarną, albo flat white, bez cukru, i na mleku owsianym. Ale teraz jakoś nagle zabrało mu pomysłów - Czy... hmm. Czy może mi pani coś polecić? Tylko żadnych mrożonych napojów - uśmiechnął się niemal przepraszająco, rumiany chłodem, i szczerze zakłopotany, choć nie był pewien czemu.
Jamie Park
Odłożywszy długopis i oddawszy arkusz egzaminacyjny jednemu z doglądających go dziś asystentów akademickich, Oleander wyszedł z budynku uczelni z plecakiem przewieszonym przez ramię i uczuciem lekkiej dezorientacji — tej przyjemnej, która pojawia się wtedy, gdy przez chwilę nie trzeba nigdzie iść ani niczego nikomu udowadniać. W ten mroźny, zimowy dzień, miasto wydawało się dziś bezlitośnie jasne: śnieg skrzył się pod stopami, a słońce wisiało nisko, jego promienie ostre jak szkło. Ollie lubił takie dni, bo wszystko było w nich wyraźne: granice chodników, myśli, wreszcie - jego własne ciało: obecne, prawdziwe, i żywe.
Szedł wolno, pozwalając myślom rozplątywać się bez większego pośpiechu. Choć nawigowanie spacerów z protezą w dni, gdy szron i lód rozciągały się na ulicach szerokimi płatami nadal napełniały go niepokojem, uczucie to zmniejszało się wraz z coraz to większą praktyką. Nie było zatem porównania między wprawą, z jaką Oleander robił to dziś, a jakiej brakowało mu jeszcze choćby poprzedniej zimy. To fakt, żadna adaptacja nie była idealna, ale tę brunet mógł uznać przynajmniej za wystarczająco dobrą.
Początkowo wcale nie planował przerwy na kawę: na wyznaczonej sobie wcześniej trasie znajdowała się księgarnia i sklep sportowy, a potem może jego ulubiona meksykańska knajpka, jeśli ściśnięty do tej pory adrenaliną żołądek rozluźniłby się na tyle, by pozwolić mu na spożycie lunchu. Ollie musiał jednak przecenić własną odporność na mróz, bo po przejściu paru przecznic poczuł, że palce mrowią mu w ten nieprzyjemny, zwiastujący przechłodzenie sposób. To samo uczucie panoszyło się już też i u szczytów jego ud, a - nauczony na własnej skórze - Ollie wiedział, że przeziębienia tylko potęgują jego bóle fantomowe. Wolałby zatem uniknąć rozłożenia się z jakimś paskudnym choróbskiem, zwłaszcza jeden dzień po zakończeniu sesji.
To było jedno z tych spontanicznych skręceń w boczną ulicę, które bierze się raczej z impulsu niż świadomej decyzji. Dopiero po chwili zorientował się, że coś w rozciągającym się przed nim krajobrazie budzi w nim dziwną, cichą nieufność — jakby oko rozpoznało kształt wcześniej, niż umysł zdążył go nazwać. Zatrzymał się.
Szyld był nowy. Albo odnowiony. Litery układały się w nazwę, która niczego mu nie mówiła, a jednak ciało odpowiedziało napięciem tak szybkim, że aż absurdalnym. Oleander zmarszczył brwi, próbując uchwycić myśl, która nie chciała się sformułować. Miał wrażenie, że stoi przed miejscem, które kiedyś znał — nie na poziomie wspomnienia, lecz czysto-fizycznej reakcji. Jak przy zapachu, który wywołuje mdłości, zanim człowiek zdąży przypomnieć sobie dlaczego.
Przez chwilę wpatrywał się w witrynę. W środku było jasno, ciepło, zupełnie bezpiecznie; żadnych śladów po tym, co mogłoby usprawiedliwiać to nagłe, irracjonalne napięcie. I właśnie to było w tym najbardziej niepokojące. Oleander nauczył się ufać instynktom, nawet gdy nie potrafił ich uzasadnić — zwłaszcza wtedy. Otworzył drzwi, bardziej z potrzeby zamknięcia pętli niż z ochoty na kofeinę.
Dzwonek zabrzmiał cicho, niemal grzecznie. Ciepło uderzyło go od razu, osiadając na skórze i za kołnierzem puchowej kurtki. Oleander rozejrzał się powoli, rejestrując detale z automatyzmem, którego nigdy do końca się nie pozbył: układ przestrzeni, drogi wyjścia, brak napięcia w powietrzu. Zaciągnął się kojącym zapachem kawy.
Dopiero wtedy, gdzieś na granicy pola widzenia, zauważył kogoś za kontuarem — sylwetkę, która zdawała się należeć tu w sposób absolutny, choć dla niego była zupełnie obca (albo tak mu się wyłącznie wydawało).
Podszedł bliżej, odwijając szczelnie zapętlony dotąd na szyi szalik. Tak nos, jak i policzki, miał zaróżowione chłodem, a na ciemnej czuprynie osiadł mu pojedynczy płatek śniegu.
Chciał powiedzieć, że to miejsce wygląda znajomo. Albo też spytać, czy on i stojąca za ladą dziewczyna kiedyś się przypadkiem nie spotkali?
Ale obydwie te opcje wydały mu się nagle kompletnie absurdalne. Jeszcze tego mu brakowało, by Bogu ducha winna pracownica kawiarni wzięła go teraz za szaleńca.
– Dzień dobry – powiedział zatem tylko, adekwatnie do rozciągającego się za oknem kawiarni poranka - Uhm... - najczęściej Ollie pijał kawę: czarną, albo flat white, bez cukru, i na mleku owsianym. Ale teraz jakoś nagle zabrało mu pomysłów - Czy... hmm. Czy może mi pani coś polecić? Tylko żadnych mrożonych napojów - uśmiechnął się niemal przepraszająco, rumiany chłodem, i szczerze zakłopotany, choć nie był pewien czemu.
Jamie Park