run
: śr lut 11, 2026 7:09 pm
Charlie Marshall
Codzienność zaczynała ją przytłaczać. Pocałunek z Charlie'm, wypadek Dante. Czy tego nie było zbyt wiele jak na jedną blondynkę, która nie miała zbyt wielu sił? O obu panach myślała zdecydowanie za często. Łapała się, że myślała zarówno o jednym, jak i drugim. Choć Marshall był jedynie rodziną jej pacjenta, ona skutecznie go unikała. Kiedy tylko były godziny odwiedzin, zgłaszała się do ochotnika do najbardziej absurdalnych czynności. Proste szycia, lewatywy, wykonywanie badań. Wszystko byle nie musieć się z nim konfrontować. Tamten pocałunek był... intensywny. Pamiętała go jeszcze na własnych wargach. Charlie był niebezpieczny i przez to musiała go unikać.
Była w trakcie długiego dyżuru. Godziny się jej rozlewały, ale na całe szczęście mogła odpocząć w pokoju rezydentów na tej zasłużonej kanapie. Jedyne co jej przeszkadzało, to krzyki dochodzące z korytarza. Niechętnie wstała, podchodząc do drzwi i delikatnie je uchylając. Czuła się prawie jak odlotowa agentka, a widok, który ujrzała, sprawił, że po jej ciele przeszedł dreszcz.
— Panie Marshall, odwiedziny dawno się skończyły — mówi stanowczym tonem pielęgniarka Stephanie, lekko po czterdziestce. Ostatnio jej nerwy były mocno szargane, przez chorobę jednego z jej dzieci — nie wpuszczę Pana na oddział — już unosi bezsilnie głos i choć Ivy nie chce w żaden sposób się ujawniać, dalej wpatruję się w rozgrywającą się sytuację przed jej oczyma — nie obchodzą mnie życzenia pana ojca na temat posiłku — cokolwiek co się kryło w siatce, nie miało żadnego znaczenia. Kobieta jedynie krótko pokręciła głową, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Aż westchnęła teatralnie tak głośno. Jej granica została przekroczona, a Marshall doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
— Anne, zajmę się panem Marshallem — powiedziała finalnie Ivy, unosząc delikatnie kąciki ust. Na Charlesa nie mogła nawet spojrzeć. Obawiała się tego, co mogłaby zobaczyć w jego ciemnych, brązowych tęczówkach. Znów mogłyby ją zahipnotyzować i odebrać do końca resztki trzeźwości.
— No oby, to jakiś pokręcony typ — mruczy Stephanie do ucha blondynki i kładzie jej rękę na ramieniu — Ivy ty to masz za dobre serce dla wszystkich — nie miała. Czuła się okropną osobą. Zdradziła własnego chłopaka, a na Charliego bała się spojrzeć. Choćby chciała przez krótki moment, znów poczuć to samo.
— Panie Marshall, odwiedziny już dawno skończone — powiedziała finalnie, spoglądając gdzieś w bok. Kątem oka zauważyła zawartość jego torby i aż przeszedł przez nią nieprzyjemny dreszcz. Marshall musiał oszaleć — poza tym McDonald's dla Pana ojca? Chciałby go Pan otruć — pyta lekko skonsternowana. Znała podejście Marshalli do fastfood'ów, raczej jego ojciec nie zdecydowałby się na taki posiłek — Charlie, nie rób problemów i wyjdź... — zaczęła błagalnym tonem — ludzie tu naprawdę walczą o życie — i potrzebują świętego spokoju. Ona też go potrzebowała, nawet w pracy.
Codzienność zaczynała ją przytłaczać. Pocałunek z Charlie'm, wypadek Dante. Czy tego nie było zbyt wiele jak na jedną blondynkę, która nie miała zbyt wielu sił? O obu panach myślała zdecydowanie za często. Łapała się, że myślała zarówno o jednym, jak i drugim. Choć Marshall był jedynie rodziną jej pacjenta, ona skutecznie go unikała. Kiedy tylko były godziny odwiedzin, zgłaszała się do ochotnika do najbardziej absurdalnych czynności. Proste szycia, lewatywy, wykonywanie badań. Wszystko byle nie musieć się z nim konfrontować. Tamten pocałunek był... intensywny. Pamiętała go jeszcze na własnych wargach. Charlie był niebezpieczny i przez to musiała go unikać.
Była w trakcie długiego dyżuru. Godziny się jej rozlewały, ale na całe szczęście mogła odpocząć w pokoju rezydentów na tej zasłużonej kanapie. Jedyne co jej przeszkadzało, to krzyki dochodzące z korytarza. Niechętnie wstała, podchodząc do drzwi i delikatnie je uchylając. Czuła się prawie jak odlotowa agentka, a widok, który ujrzała, sprawił, że po jej ciele przeszedł dreszcz.
— Panie Marshall, odwiedziny dawno się skończyły — mówi stanowczym tonem pielęgniarka Stephanie, lekko po czterdziestce. Ostatnio jej nerwy były mocno szargane, przez chorobę jednego z jej dzieci — nie wpuszczę Pana na oddział — już unosi bezsilnie głos i choć Ivy nie chce w żaden sposób się ujawniać, dalej wpatruję się w rozgrywającą się sytuację przed jej oczyma — nie obchodzą mnie życzenia pana ojca na temat posiłku — cokolwiek co się kryło w siatce, nie miało żadnego znaczenia. Kobieta jedynie krótko pokręciła głową, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Aż westchnęła teatralnie tak głośno. Jej granica została przekroczona, a Marshall doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
— Anne, zajmę się panem Marshallem — powiedziała finalnie Ivy, unosząc delikatnie kąciki ust. Na Charlesa nie mogła nawet spojrzeć. Obawiała się tego, co mogłaby zobaczyć w jego ciemnych, brązowych tęczówkach. Znów mogłyby ją zahipnotyzować i odebrać do końca resztki trzeźwości.
— No oby, to jakiś pokręcony typ — mruczy Stephanie do ucha blondynki i kładzie jej rękę na ramieniu — Ivy ty to masz za dobre serce dla wszystkich — nie miała. Czuła się okropną osobą. Zdradziła własnego chłopaka, a na Charliego bała się spojrzeć. Choćby chciała przez krótki moment, znów poczuć to samo.
— Panie Marshall, odwiedziny już dawno skończone — powiedziała finalnie, spoglądając gdzieś w bok. Kątem oka zauważyła zawartość jego torby i aż przeszedł przez nią nieprzyjemny dreszcz. Marshall musiał oszaleć — poza tym McDonald's dla Pana ojca? Chciałby go Pan otruć — pyta lekko skonsternowana. Znała podejście Marshalli do fastfood'ów, raczej jego ojciec nie zdecydowałby się na taki posiłek — Charlie, nie rób problemów i wyjdź... — zaczęła błagalnym tonem — ludzie tu naprawdę walczą o życie — i potrzebują świętego spokoju. Ona też go potrzebowała, nawet w pracy.