Not the hands. And the face
: pt lut 13, 2026 1:44 am
Nocami szpital generalnie zamierał. Wyludniał się, korytarze cichły, a światła w salach gaszono, dając pacjentom odpocząć. Gdyby nie utrzymujący się w powietrzu zapach środka odkażającego, można by nawet zapomnieć, że była to placówka medyczna. No, chyba że właśnie na parking zajechała karetka, błyskając na dachu dyskoteką i wyjąc w niebogłosy. I właśnie tego wycia Rohan miał już dziś serdecznie dosyć. Światło świetlówek odbijało się w wypolerowanej posadzce, gdy pchnął ciężkie drzwi oddziału i wyszedł na korytarz. Dwanaście godzin dyżuru pogłębiło lwią zmarszczkę na jego czole. Kitel miał zmięty, włosy w nieładzie, a rękawy podwinięte - co było oznaką, że był wyjątkowo wymęczony, bo zwykle starał się prezentować nienagannie. Nawet w tak chaotycznym otoczeniu, jakim był szpital. A chaosu dziś tu nie brakowało Kilka przypadków krytycznych - i każdym należało zająć się szybko i sprawnie. Najpierw zszywał pękniętą śledzionę u chłopaka który rozbił się na motocyklu, potem walczył o życie starszej kobiety uskarżającej się na ból w piersi - okazało się że właśnie miała zawał. Kiedy nad ranem aparat EKG wreszcie przestał piszczeć alarmująco, Rohanaw pozwolił sobie na krótkie, ciężkie westchnienie. Nie triumfował. Po prostu odhaczyć kolejną bitwę.
Teraz stał przy oknie na końcu korytarza i przez chwilę patrzył na szarzejące niebo. Miasto budziło się do życia - ludzie w pośpiechu ruszali do pracy, dzieci ciągnęły za sobą plecaki. Zwyczajność. Świat, który toczył się dalej, niezależnie od dramatów rozgrywających się za murami szpitala. W szatni przebrał się w ciemny płaszcz, starannie owijając szyję szalikiem. Spojrzał w lustro - zmęczone oczy, napięta linia ust. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku. Pomimo całej swojej pasji do medycyny, nie chciał słyszeć o żadnym medycznym przypadku aż do chwili swojego następnego dyżuru.
- Kelly. Walker. Nikogo dziś nie zabiliście, brawo - kierując sie ku wyjściu, przystanął jeszcze na moment przy dyżurce ratowników medycznych. Nawet skinął im obu głową. Słowa mogły brzmieć ironicznie lub pretensjonalnie, ale w jego przypadku była to pochwała. Szorstka bo szorstka, ale jednak pochwała. Ratownicy medyczni mieli dziś nie mniej roboty nić lekarze. Spisali się dziś.
Rohan od razu poczuł się lepiej gdy wyszedł na chłodne, poranne powietrze i wciągnął je głęboko w płuca. Już planował zatopienie się w swojej miękkiej pościeli - nawet prysznic sobie odpuści, chociaż było to niehigieniczne. Po prostu chciał iść spać. Ruszył w kierunku swojego auta, całkowicie skupiony na tym, aby nie wywalić się na oblodzonym chodniku - stąd też nie zauważył, że na parkingu nie jest sam.
Connor Walker
Teraz stał przy oknie na końcu korytarza i przez chwilę patrzył na szarzejące niebo. Miasto budziło się do życia - ludzie w pośpiechu ruszali do pracy, dzieci ciągnęły za sobą plecaki. Zwyczajność. Świat, który toczył się dalej, niezależnie od dramatów rozgrywających się za murami szpitala. W szatni przebrał się w ciemny płaszcz, starannie owijając szyję szalikiem. Spojrzał w lustro - zmęczone oczy, napięta linia ust. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku. Pomimo całej swojej pasji do medycyny, nie chciał słyszeć o żadnym medycznym przypadku aż do chwili swojego następnego dyżuru.
- Kelly. Walker. Nikogo dziś nie zabiliście, brawo - kierując sie ku wyjściu, przystanął jeszcze na moment przy dyżurce ratowników medycznych. Nawet skinął im obu głową. Słowa mogły brzmieć ironicznie lub pretensjonalnie, ale w jego przypadku była to pochwała. Szorstka bo szorstka, ale jednak pochwała. Ratownicy medyczni mieli dziś nie mniej roboty nić lekarze. Spisali się dziś.
Rohan od razu poczuł się lepiej gdy wyszedł na chłodne, poranne powietrze i wciągnął je głęboko w płuca. Już planował zatopienie się w swojej miękkiej pościeli - nawet prysznic sobie odpuści, chociaż było to niehigieniczne. Po prostu chciał iść spać. Ruszył w kierunku swojego auta, całkowicie skupiony na tym, aby nie wywalić się na oblodzonym chodniku - stąd też nie zauważył, że na parkingu nie jest sam.
Connor Walker