Scratched by the sand that fell from my love
: pn lut 16, 2026 4:52 pm
22
W przerwie od obowiązków służbowych zarezerwowała wszystko, co było im potrzebne. Czyli miejsce, bilety na samolot i samochód na miejscu. W tej kwestii pewnie mogła bardziej uważać. Głównie na budżet. Ale pieniądze totalnie nie grały roli. Mogła w to wpakować nawet cały roczny budżet wyjazdowy, jaki sobie zakładała. Ignorowała też wszystkie pytania o pieniądze, jakie zadawała jej Teddy, powtarzając, że się rozliczą na końcu i niech przestanie wreszcie dramatyzować. Zaglądając jej przez ramię strażaczka pewnie mogła się nieco obawiać tego, co czeka jej konto, ale cóż. Zawsze mogły liczyć, że w razie kryzysu finansowego uśmiechną się ślicznie do smutnych państwa Finchów.
W międzyczasie powinna jeszcze sypiać, ale tego akurat robiła bardzo mało. Nie nadawała się do życia przez ostatni tydzień, no i trudno. Teddy mogła rozkoszować się ciszą, która była bardzo rzadko spotykana, gdy April znajdowała się w tym samym pomieszczeniu. O dziwo nie starała się wywołać w tym czasie żadnej kłótni! Trudno się kłócić, jak nie ma czasu na rozmowy.
Dzień, w którym wpakowały się do samolotu, uznała za błogosławieństwo. Wprawdzie na lotnisku prawie dostała ataku paniki, że zostawiła w domu bilety i laptopa, ale to wszystko okazało się bzdurą. Były na swoim miejscu. Nie zapomniała też słuchawek ani czytnika, dzięki czemu lot na Hawaje nie był skończonym koszmarem. Udało im się uniknąć obecności dzieci na pokładzie, a to wielki sukces. April miała ambitne plany, by w samolocie jeszcze chwilę popracować, ale dość szybko wymiękła, zasypiając na ramieniu Teddy. Jeszcze trochę i jej dziewczyna zapomni, jak brzmi jej głos. Na szczęście dla barków strażaczki nie spała zbyt długo. To była prosta, regeneracyjna drzemka, która miała jej pozwolić przetrwać nadchodzący jet lag.
Rzadko kiedy zdejmowała płaszcz z takim entuzjazmem, jak na lotnisku. No dobra, ona się często rozbierała z wielkim entuzjazmem. Ale teraz naprawdę miała fenomenalny humor! Wyraźnie odżyła. Honolulu przywitało je przyjemnym ciepłem, które na szczęście nie było piekącym gorącem. Odkąd tylko ich stopy dotknęły terytorium Hawajów, April wróciła do bycia sobą. Niemal podskakiwała radośnie, ciągnąć za sobą walizę w stronę lotniskowego parkingu. Żałowała, że nie przywitała ich jakaś hotelowa banda z naszyjnikami z kwiatów, ale szybko się za te myśli skarciła. Po pierwsze, to było jakieś rasistowskie okropieństwo. A po drugie, przecież specjalnie szukała czegoś, co nie będzie miało nic wspólnego z wielkimi, zatłoczonymi pensjonatami. Miały mieć czas dla siebie i prywatność, a nie biegających dookoła turystów i kretynki rozbijające szklanki do drinków w hotelowym basenie.
— Jak się pewnie domyślasz, chciałam różowy. Ale nie było na dzisiaj dostępnych, wyobrażasz sobie? Na szczęście ten też jest śliczny. — Zatrzymała się przy błękitnym Fordzie Mustanu, który wcześniej zarezerwowała. Jego bagażnik niespecjalnie spełniał ich wymagania, ale trudno! Muszą tylko dojechać na miejsce. Potem przecież nie będą przewozić nim żadnych luster albo innych mebli. O dziwo nie wręczyła kluczyków Teddy. Sama wpakowała się na fotel kierowcy. Pierwsze, co zrobiła, to zdjęcie dachu. Wymarzył jej się przecież kabriolet! Z parkingu wyjeżdżała dość niepewnie, martwiąc się, czy nie zafunduje sobie na powitanie w tym chorym kraju okropnych mandatów, które będzie musiała zapłacić ich okropnymi dolarami. Ale nie! Poszło jej całkiem sprawnie. Pierwsza dłuższa, prosta droga wystarczyła, by ją do siebie przekonać. Podkręciła głośniej muzykę i wcisnęła gaz do dechy, zdecydowanie łamiąc masę lokalnych przepisów. Szybko przestała się martwić o te mandaty. Stać ją, a co! Byle tylko nikogo po drodze nie zabić.
Zatrzymała się na podjeździe jednopiętrowego domku. Z zewnątrz, na szczęście, wyglądał identycznie, jak w internecie. Nieduży, nowoczesny, naprawdę świetny. Przynajmniej jej zdaniem. To nie był żaden kiczowaty, hawajski hotel z plastikowymi kwiatami i rozwodnionymi drinkami. Niewielka willa u stóp Diamond Head była po prostu urocza. Mnóstwo jasnego drewna, bielone ściany, naturalne materiały i przestrzeń, która oddychająca oceanem. No i te okna! Sięgały od podłogi aż po sam sufit, zacierając granicę między luksusowym wnętrzem, a turkusowym Pacyfikiem. Oby w środku wszystko również spełniało ich wymagania. Ale skoro nie oszukiwali z zewnętrzem, to i tam będzie świetnie, prawda? Z salonu wychodziło się prosto na spory, zadaszony taras, za którym rozlewała się soczysta zieleń trawnika. Zewsząd otaczały ich gęste, tropikalne rośliny, wysokie palmy i plumerie, które tworzyły naturalny mur oddzielający je od reszty świata. No i ten ciągły szum fal, rozbijających się o brzeg kilkanaście metrów dalej. Ta absurdalna wręcz bliskość plaży najmocniej chwyciła za jej serce w trakcie rezerwacji. I pewnie też za portfel.
— Do centrum jest z 5 minut samochodem, dasz wiarę? To można tam chodzić nawet z buta. Czy to nie jest zajebiste? — Wyskoczyła z samochodu bez otwierania drzwi, chcąc zasmakować nieco filmowego życia. Udało jej się nawet nie wyrżnąć zębami o podjazd, to już czas. Od razu podbiegła do Teddy i zarzuciła jej ręce na szyi.
— Powiedz, że jest zajebiste i że już nie jesteś na mnie zła, i że będzie super, i że się cieszysz, i że spędzimy najlepsze wakacje świata, i że będzie piękna pogoda, i że już nie jesteś na mnie zła. — Zasypała ją gradem komunikatów po każdym z nich obdarowując ją całusem w kolejny fragment twarzy, skrupulatnie omijając przy tym wszystkim usta.
teddy darling