Strona 1 z 2

playing with fire

: pn lut 16, 2026 7:46 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

To była zwykło, rutynowe badanie. Zwykła praca. Odcięcie się od emocji, które wisiały jej w głowie. Wracanie do szpitala powodowało u niej rozdzieranie serca. Nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało i czym było podyktowane. Cholera, doskonale wiedziała. W sercu trzymała dwóch mężczyzn. Charliego i Dante. Choć postawiła granicę, nie potrafiła wrócić ot tak do codzienności. Korytarze szpitala przypominały jej o wszystkim na nowo.
Nawet teraz gdy wykonywała rentgen nowego pacjenta, nie była w stanie się na nim skupić. Jej myśli wędrowały w stronę Marshalla. Ich ostatniego spotkania przez które czuła rozdarcie tak wielkie na sercu, że nie była w stanie normalnie funkcjonować. Zwyczajnie nie była. Gdziekolwiek spoglądała na szpitalnych korytarzach widziała jego. Gdy jechała windą, przypominała sobie na nowo smak jego warg oraz intensywny zapach perfum. Wzrokiem próbował go znaleźć, licząc, że odwiedzi ojca. Tylko go nie było.
Za to ona tkwiła w sali, wykonując badanie. Aż w pewnym momencie czerwone światła na nowo rozbłysnęły, a z głośników szpitalnych rozległ się alarm. Szpital płonął. Pacjentem zajęli się inni rezydenci, a ona w pewnym momencie ucieczki stanęła. Na nowo nie mogła nabrać oddechu. Czuła, jak kończy się jej tlen. Pozostali zdołali wydostać się ze skrzydła, a ona zaczęła czuć zapach dymu. Intensywny, obezwładniający. W pewnym momencie po prostu padła. Nie mogła wziąć oddechu, całe ciało miała spięte, a wszystko wydawało się być obezwładniające. Za to w tych krótkich chwilach przed utratą świadomości, widziała jedynie jego. Głupio liczyła, że pojawi się, że znowu zostanie jej bohaterem, a go nie było. Nie pojawił się tym razem, a jej ciało wydawało się poddać.
Obudziła się w ambulansie. Podłączona do maszyny z maską tlenową założoną na twarz i ciężkim ciałem. Ze słów lekarzy zdołała usłyszeć, że wszystko z nią w porządku. W porę została zauważona, a później zabrana od strażaków. Tyle że te słowa w ogóle do niej nie trafiały. Wzrokiem poszukiwała wiceprezesa, który kiedyś dał jej... bezpieczeństwo. Nie wiedziała, ile trwało, zanim pozwolili jej wyjść poza karetkę. Dostała kocyk oraz herbatę, by móc usiąść przed palącym się budynkiem. Widziała jedynie kłęby dymu, które ulatniały się ku górze.
W jej oczach pojawiły się automatycznie łzy. Jedna spłynęła po całym policzku, a ciało zaczęło jej na nowo drżeć. Przecież niedawno była wśród pacjentów, wykonywała badania, a teraz obserwowała jak część szpitala dosłownie płonęła, a ona? Potrafiła myśleć jedynie o Marshallu i przez to czuła się jeszcze gorzej.

playing with fire

: pn lut 16, 2026 9:08 pm
autor: Charlie Marshall
Głos spikerki radiowej wciąż brzmiał mu w uszach, gdy niedbale zaparkował samochód na chodniku, trzy ulice od Mount Sinai Hospital. Nie dbał o to, czy dostanie mandat albo czy odholują mu auto. W tej chwili liczył się tylko czas. Biegł, a mroźne powietrze Toronto paliło go w płucach. Pierwszą myślą, jaka pojawiła mu się w głowie tuż po usłyszeniu komunikatu, był ojciec - bezbronny, podłączony do aparatury, zdany na łaskę personelu. Zaraz po niej, jak bolesne ukłucie, pojawił się obraz Ivy - Ivy w różowych crocsach, Ivy, która obiecała mu, że zajmie się jego ojcem i Ivy, która kazała mu odejść. "Na pewno ktoś się nią zajął" - powtarzał sobie w duchu, próbując uspokoić walące serce. "Ma chłopaka, ma rodzinę, ma tabun lekarzy wokół siebie. Nie jest sama". Ale... ta myśl nie przynosiła ulgi. Zamiast tego czuł wściekłość na samego siebie, że od razu nie przeniósł ojca do prywatnej kliniki. Uniknęliby tego wszystkiego. Pożaru. Emocji. Urażonej dumy. Cholera. Dlaczego teraz o tym myślał? Uspokój się, Charles. Gdy dopadł do żółtych taśm policyjnych, ledwo mógł złapać oddech. Gęsty, szary dym zasnuwał niebo nad szpitalem, a zapach spalenizny gryzł w gardło.
- Proszę się odsunąć! Teren zabezpieczony! - wrzasnął policjant, blokując mu drogę.
- Tam jest mój ojciec! Nazywam się Marshall, Northland Power, muszę wiedzieć... - zaczął, ale funkcjonariusz nawet nie drgnął.
- Nie obchodzi mnie, jak się pan nazywa! Nikt nie wchodzi za taśmę!
Charles zaklął pod nosem, czując bezsilność, której nienawidził bardziej niż czegokolwiek innego. Rozejrzał się gorączkowo po tłumie ewakuowanych pacjentów, ratowników i gapiów. Chaos był obezwładniający. Wszędzie było słychać syreny. I wtedy ją zobaczył. Siedziała na krawężniku, nieco z boku, odgrodzona od największego zgiełku. Sama. Była skulona pod kocem, w dłoniach trzymała herbatę. Jej twarz była brudna od sadzy, a błękitne oczy, zwykle tak żywe, teraz wydawały się puste. Cholera. Obiecał sobie, że da jej spokój. Obiecał, że nie będzie jej niepokoił, że uszanuje jej wybór, ale... nogi same niosły go w jej stronę. Przeszedł pod taśmą, ignorując okrzyki policjanta, i w kilka sekund znalazł się przy niej. Stanął nad nią, a jego cień padł na jej skuloną sylwetkę. Przez moment po prostu jej się przyglądał - włosom, oczom, ubraniu - jakby chciał pobieżnie sprawdzić, czy była cała. Po chwili kucnął przed nią i wyciągnął przed siebie rękę, ale jego dłoń zawisła w powietrzu, centymetry od jej ramienia, wciąż walcząc z zakazem, który sam na siebie nałożył. - Jesteś cała? - spytał, ostatecznie cofając dłoń. - Co się stało? Widziałaś mojego ojca? - wyrzucał z siebie kolejne pytania.

Ivy Harrison

playing with fire

: pn lut 16, 2026 9:28 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Nie słyszała jego kroków. Dźwięk syren, krzyków oraz poleceń medyków wybrzmiewał w jej głowie obezwładniająco. Patrzyła na kubek herbaty, a w nim widziała jedynie jego. Charlie. To jego potrzebowała. Różne myśli przechodziły przez jej głowę, cały czas się trzęsła, nie mogąc uspokoić samą siebie. On był tym, który byłby w stanie ją uspokoić. Przecież to było tak piekielnie oczywiste. Nie powinna o nim myśleć, a robiła to. Jej myśli nie były w stanie od niego uciec.
I wtedy usłyszała go.
Uniosła wzrok z oczami zeszklonymi, a serce jej zamarło. Był przy niej znowu, kiedy go potrzebowała. Był. Nie słyszała jego słów. Za to przez jej ciało przeszła swego rodzaju ulga. Nie wiedziała, kiedy ale wręcz automatycznie wtuliła się w niego. Mocno zacisnęła dłonie na jego płaszczu, próbując doszukiwać się w nim spokoju, bezpieczeństwa. Cały czas drżała, a dopiero czując na nowo jego ciepło, jego zapach poczuła automatyczne odprężenie. Jakby jej ciało właśnie przestało walczyć, wyszło z trybu niebezpieczeństwa i na nowo spotkało się z nim.
Nie wytłumaczyłaby tego w żaden racjonalny sposób. On po prostu kiedyś był, gdy go potrzebowała. Teraz znowu się pojawił. Czy to nie było wystarczające? Czuła, jak kolejne łzy spływają powoli po jej policzkach, a ona nie mogła w żaden sposób się uspokoić. Zwyczajnie nie była w stanie. Jej oddech był niespokojny, cały czas drżał. Serce wydawało się chcieć wybiec z jej klatki piersiowej. To nie była jedna z tych pięknych, filmowych scen. Więcej było w tym lęku, niebezpieczeństwa, bo przecież wszyscy ich teraz mogli zobaczyć. Tylko dla niej się to nie liczyło. Liczył się tylko on.
Charlie... — wydukała z siebie drżącym głosem, zaciskając jeszcze mocniej dłonie na jego płaszczu. Musiała schować się przez całym światem w jego ramionach. Nie kontrolowała własnego ciała, ale po kilku sekundach zaczynała odczuwać ulgę. Oddech zaczął się jej uspokajać, serce zaczęło bić szybciej. Nawet przez moment nie chciała go puszczać. Mogli na nich patrzeć, oglądać ich. Dla niej cały świat się zatrzymał. Nie liczyło się nic poza nim. Chciała móc ukryć się w jego ramionach przed całym światem. Dawał jej to, czego potrzebowała. Bezpieczeństwo. Nie potrafiła tego zrozumieć w żaden racjonalny sposobów. Po prostu był.

playing with fire

: wt lut 17, 2026 7:09 pm
autor: Charlie Marshall
Patrzył na jej łzy i czuł się całkowicie rozdarty. Z jednej strony jego chłodny umysł kazał zachować mu dystans - czyż nie tego chciała jeszcze kilka dni temu? Nie potrafił być na nią zły za to, że wybrała lojalność wobec partnera. Teraz, z perspektywy czasu, zaczynał nawet rozumieć tę decyzję, choć sam nie zamierzał być wtedy aż tak szlachetny. Przecież w tej konkretnej chwili powinien skupić się wyłącznie na ojcu - odnaleźć go i upewnić się, że jest bezpieczny, a Ivy rzucić jedynie zdawkowe pytanie o stan zdrowia i odejść. Bo kim ona właściwie dla niego była? Zwyczajną rezydentką w szpitalu, która przypadkiem wywróciła jego poukładany świat do góry nogami. A z drugiej strony... patrzył na jej drżące ramiona i twarz pobrudzoną sadzą, a wtedy wszystko inne - zasady, lojalność, a nawet strach o ojca - przestawało mieć znaczenie. A gdy zacisnęła dłonie na jego płaszczu i po prostu się w niego wtuliła... Cały świat po prostu na moment zamilkł. Przez ułamek sekundy Charlie trwał w bezruchu, walcząc z ostatnim echem rozsądku, ale przegrał. Powoli, niemal wbrew swojej woli, domknął ramiona wokół jej drobnego, drżącego ciała. Przegrał. Nie był w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa. W gardle czuł palącą gulę - mieszankę dymu, zazdrości, o której próbował zapomnieć, i czystej troski o kobietę, którą właśnie trzymał w ramionach. Co mógłby powiedzieć? Że mu przykro? Że się bał? Że oszalał na jej punkcie, choć widział ją zaledwie kilka razy? Zamiast mówić, po prostu mocniej zacisnął ramiona. Pozwolił, by pochłonęły ją ciepło jego ciała, bicie jego serca i jego bliskość. Teraz to on tutaj był i to on mógł dać jej wsparcie, nie jej chłopak. Przymknął oczy, opierając podbródek o czubek jej głowy. Wmawiał sobie w duchu, że ten uścisk nic nie znaczył - że był tylko instynktowną reakcją na traumę, której po raz kolejny był świadkiem. Przecież był cywilizowanym człowiekiem, a Ivy była ofiarą katastrofy, pożaru, który w dalszym ciągu trawił szpital. Każdy na jego miejscu zrobiłby to samo, prawda? Ten uścisk był po prostu... ludzki. Tak to sobie tłumaczył, próbując zagłuszyć narastające pod skórą napięcie. Jednak mimo tych zapewnień, nie potrafił po prostu wypuścić jej z objęć. Zapach dymu na jej ubraniu mieszał się powoli z zapachem jego drogich perfum, tworząc przedziwną mieszankę drażniącą jego nozdrza. Był rozdarty między kłamstwem, które serwował własnemu sumieniu, a prawdą, która pulsowała w jego ramionach wraz z każdym uspokajającym się oddechem Ivy. Trzymał ją tak, jakby od tego zależało jego życie, jednocześnie przysięgając sobie, że gdy tylko ona przestanie drżeć, on odejdzie i nigdy więcej nie spojrzy wstecz. Problem polegał na tym, że kłamał w obu przypadkach.

Ivy Harrison

playing with fire

: wt lut 17, 2026 10:47 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Wyjaśnienie tej bliskości przyszłoby jej z wielkim trudem. Był dla niej obcym. Widzieli się raptem cztery razy, które nie powinny niczego znaczyć. Jednak jego pojawienie się znaczyło. Cholernie, dużo znaczyło. W tym całym chaosie, okrzykach bólu oraz strachu przerywanych przez strażacką syrenę, on znowu ją odnalazł. Wcześniej była pusta, wpatrywała się w kubek z herbatą w ciszy, a jej wzrok był nieobecny. Jakby patrzyła przez mgłę, a wszystko co działo się dookoła leciało w spowolnieniu. Skąd się jej to wzięło? Dlaczego reagowała w ten sposób? Nie potrafiła racjonalnie do tego podejść.
Teraz czuła wyłącznie jego ciepło, a w jego objęciach czuła się jak w niebie. Pewnie brzmi to patetycznie, lub zbyt wzniośle, ale ten gest otaczających ją ramion był wystarczający, by na nowo mogła się w nim schować. Cały świat dla niej nie istniał poza nim. Łzy spływały jej strugami po policzkach, a ciało nie było w stanie się uspokoić. Aż w pewnym momencie poczuła ulgę. Dalej płakała, tak głośno i mocno, że nie mogła się powstrzymać przed uronieniem kolejnych. Za to jej oddech zaczynał był głębszy, wolniejszy. Podobnie serce zaczynało zwalniać. Przez moment nie przeszła jej niestosowność, to że go odrzuciła jeszcze nie tak dawno temu. Tylko teraz nie była w stanie racjonalnie myśleć. Liczył się jedynie on i jego bezpieczne ramiona.
Zabierz mnie stąd — powiedziała jeszcze drżącym, łamiącym się głosem — proszę — dodała po chwili, wpatrując się w jego oczy. Ani na moment go nie puściła, a kubek z herbatą leżał na chodniku. Jakby w ogóle nie istniał. Tak samo jak pożar. Całe ciało wzięło nad nią górę. Dalej była w swoich różowych crocsach oraz granatowym scrubs'ie. Na stroju błyszczał identyfikator z dźwięcznym napisem Ivy Harrison, rezydentka chirurgi. Dalej była rezydentką, a on synem jej pacjenta. Tylko w tym momencie jakiekolwiek szczegóły przestały się liczyć, bo byli razem. Teraz nie była w stanie uciekać przed własnymi emocjami, bo wiedziała. Wiedziała, że go potrzebuje.
I nie puszczaj — powiedziała ciszej, pociągając krótko nosem, a jej wzrok na moment zawędrował w kłęby dymu roztaczające się nad budynkiem szpitala — ani na moment Charlie — wyszeptała, próbując ruchem dłoni wytrzeć spływające łzy po policzkach. Nie powinna go o nic prosić. Na pewno nie oto. Tylko rozsypałaby się na milion kawałeczków, jeśli teraz nie byłby przy niej. Naprawdę był jej niebem.

playing with fire

: czw lut 19, 2026 6:13 pm
autor: Charlie Marshall
Czuł potworny dysonans. W głowie wciąż krążyły pytania dotyczące ojca - czy Christopher był bezpieczny? Czy zdążyli go ewakuować? Powinien biec do dowódcy akcji, powinien wymuszać informacje, powinien być odpowiedzialnym synem, który trzymał rękę na pulsie, a tymczasem... dalej stał z Ivy Harrison w objęciach, a jej łzy wsiąkały w jego płaszcz. Zerknął w jej oczy i od razu tego pożałował. Znowu wystarczyło tylko jedno spojrzenie w te duże, błękitne oczy, żeby zaczął podejmować nieracjonalne decyzje. Zabierz mnie stąd, proszę. I nie puszczaj. Ani na moment, Charlie. Widział jej różowe crocsy na brudnym chodniku, jej granatowy scrubs i identyfikator z nazwiskiem, który przypominał mu o wszystkim, co ich dzieliło. Była rezydentką. Była nikim w jego wielkim świecie, a jednocześnie w tej sekundzie była jedyną osobą, która potrafiła sprawić, że on, Charles Marshall, poczuł się... potrzebny. Chciała, żeby ją stąd zabrał. Przez ułamek sekundy walczył ze sobą - instynkt nakazywał mu zostać, szukać ojca, kontrolować sytuację, ale Ivy trzęsła się tak mocno i była tak bardzo przerażona, że po prostu bał się, iż jeśli zaraz ją puści, ona po prostu rozsypie się na tym brudnym betonie w drobny mak. - Dobrze, chodź - podjął decyzję w ułamku sekundy, jeszcze jej nie żałując. Nie rozluźnił uścisku - wręcz przeciwnie, objął ją mocniej i zaczął prowadzić w stronę, gdzie trzy przecznice dalej zostawił auto. Każdy krok do przodu sprawiał, że czuł ogromne wyrzuty sumienia. Dalej nie wiedział, co z jego ojcem, a na dodatek zamiast spróbować dowiedzieć się czegoś więcej, odchodził od źródła informacji z Ivy pod rękę, co było do niego zupełnie niepodobne. Jednak gdy czuł, jak Ivy kurczowo zaciskała na nim palce, nie mógł się zatrzymać. Ona na nim teraz polegała. Musiał jej pomóc. Musiał zabrać ją w bezpieczne miejsce, z dala od dymu, hałasu syren i okrzyków ratowników. A zaledwie chwilę później w jego umyśle zaczęła tańczyć kolejna myśl - to był absurd. Powinien zostawić ją pod opieką ratowników, podać jej koc termiczny i wrócić do dowódcy akcji. A zamiast tego - niemal niósł ją przez opustoszałe przecznice do swojego samochodu. Wstydził się tej słabości. Wstydził się tego, jak bardzo instynktowna była jego reakcja na jej szeptane Charlie. To imię w jej ustach brzmiało jak wyrok na jego zdrowy rozsądek. Gdy w końcu dotarli do auta, otworzył tylne drzwi pilotem, ale Ivy wciąż do niego przylegała. Stała tam, między drzwiami pojazdu a jego ciałem, nie ruszając się z miejsca. - Wsiadaj - mruknął do niej, starając się nie patrzeć w jej oczy, jakby spodziewał się znaleźć w nich zastawioną na niego pułapkę. Co do tego na pewno się nie mylił. - Ivy, wsiadaj... - zanim się rozmyślę. Nie dokończył tego zdania na głos. To była prawda, która bolała najbardziej - wiedział, gdzie było teraz jego miejsce, a mimo to wybierał ucieczkę z nią. W końcu Charles, nie czekając na jej ruch, delikatnie, ale stanowczo ujął ją za ramiona i niemal fizycznie usadził na fotelu pasażera. - Oddychaj, Ivy. Tylko to masz teraz robić - powtórzył stanowczo, zatrzaskując za nią drzwi z głuchym łoskotem. Przez chwilę stał przy samochodzie w milczeniu, zastanawiając się, co on najlepszego wyprawiał. Westchnął ciężko. Wpatrywał się w ciemną szybę samochodu, za którą majaczył zarys jej sylwetki, i czuł się jak oszust. Właśnie porzucił swojego ojca dla dziewczyny, której imienia nie powinien nawet pamiętać. W końcu, ostatni raz spoglądając w stronę szpitala, obszedł samochód i otworzył tylne drzwi. Usiadł obok niej, nie chcąc stwarzać dystansu, którego ona najwyraźniej nie była w stanie teraz znieść.

Ivy Harrison

playing with fire

: czw lut 19, 2026 7:03 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Ta sekunda dla Ivy trwała niemalże całą wieczność. W myślach błagała by przestać oglądać kłęby dymu ulatniające się w budynku szpitala, przestać słyszeć krzyczących i działających strażaków, przestać słyszeć syreny nadjeżdżających ambulansów. Wszystko działo się szybko, a jej głowa nie była w stanie przyjąć tak wielu bodźców na raz. Patrzyła błagająco przez łzy na Charliego, licząc, że podejmie decyzję. Weźmie ją stąd i da to, czego potrzebowała najbardziej. Spokoju oraz uczucia bezpieczeństwa. Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego totalnie obcy mężczyzna dawał jej to, czego nikt inny nie był w stanie. Piąty raz widziała go na oczy, a jak idiotka błagała w myślach, by to on się tu pojawił. Nikt inny. Znalazł ją i teraz ciągnął.
W ogóle nie interesowali ją przechodnie, przejeżdżające auta, czy jakiekolwiek dźwięki. Trzymała się mocno jego ramienia, jakby puszczenie go miałoby spowodować zniszczenie jej świata na tysiąc małych kawałeczków. Sama nie wiedziała, kiedy zsunęła rękę, by chwycić go za dłoń. Mocno, jakby bała się, że zostawi ją. To uczucie nie mogło wyjść z jej głowy. Serce dalej przeraźliwie szybko biło. Zwłaszcza gdy postawił ją przed autem. Nie zauważyła otwartych drzwi, bo dalej płakała.
Próbowała zajrzeć mu w ciemne tęczówki, tylko nie patrzył na nią, a ona mocno pociągnęła nosem. Nie tak to miało wyglądać, kiedy wyczuła od niego chłód. Łzy jeszcze mocniej zaczęły napływać do jej oczu. Pierwszy raz nie poczuła tego ciepła, a choć chciała coś mu powiedzieć, to coraz gorzej łapała oddech. Nigdy nie czuła się w ten sposób, tak zniszczona, tak ponura. Nie była w stanie tego racjonalnie wytłumaczyć. A kiedy sadzał ją na fotelu pasażera, pierwszy raz poczuła dysonans. Jeszcze mocniej zaniosła się płaczem, bo przecież... co ona odprawiała? Dlaczego poszukiwała bezpieczeństwa w ramionach ZARĘCZONEGO mężczyzny, kiedy sama była zajęta? Myśli ze szpitala, sprzed paru sekund zaczęły mieszać z wyrzutami sumienia. Nie zniknęły wraz z pojawieniem się mężczyzny w aucie, a wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej się nasiliły, a jej ciało zadziałało automatycznie. Wtuliła się znowu w niego, dalej drżąc, ale tym razem zdołała unieść głowę, by powiedzieć mu.
Przepraszam — zaczyna, zaciskając mocno palce na jego płaszczu — przepraszam Charlie... — że tyle wymaga od niego. Oddech jej drżał i pierwszy raz bała się mu spojrzeć w oczy, bo te sekundy rozłąki przytłoczyły ją. Nie była w stanie być rozsądna, kiedy znów poczuła się sama, a przed samą sobą widziała jedynie ciemność. Tylko to było niesprawiedliwe.
Nie powinnam — kontynuuje i czuje, jak coś grzęźnie jej w gardle — ale ja Cię potrzebuję — nikogo innego, tylko Charliego. Jej myśli były irracjonalne, nie potrafiła ich zatrzymać, kiedy zamykała oczy widziała ciemność, a jedynie jego dotyk był w stanie wygnać od niej czarne myśli.
Proszę nie znienawidź mnie — widziała, że dużo od niego wymaga. Odrzuciła go, a teraz gdy wszystkie bodźce do niej wracały, potrzebowała go jeszcze bardziej. Jakby jej ciało wiedziało w czyich ramionach znajdzie spokój.

playing with fire

: czw lut 19, 2026 11:20 pm
autor: Charlie Marshall
Charles siedział obok niej na tylnej kanapie, a ciężka cisza wypełniająca wnętrze samochodu była niemal namacalna. Bardzo szybko się w niego wtuliła - czuł na ramieniu ciężar jej głowy, czuł jej palce zaciśnięte na materiale jego ubrania i czuł przede wszystkim wyrzuty sumienia. Jeszcze kilka dni temu ta dziewczyna uciekała przed nim z windy, jakby był źródłem wszelkiego zła, a teraz... szukała w nim jedynego ratunku. To było nielogiczne. To było nieracjonalne. A jednak Charles, zamiast wyjść z auta i zostawić ją w środku, wciąż tam siedział. To było silniejsze od niego - to irracjonalne, niemal fizyczne przyciąganie, którego nie potrafił stłumić żadnym logicznym argumentem. Jakby niewidzialna więź trzymała go w fotelu pasażera, unieruchamiając skuteczniej niż jakiekolwiek więzy. Patrzył na jej skuloną sylwetkę i czuł, jak każda komórka jego ciała rwie się do tego, by ją pocieszyć. Chciał ująć jej twarz w dłonie, kciukiem otrzeć słone ślady łez z jej policzków i zapewnić, że jest bezpieczna, ale... nie mógł. Coś w środku paraliżowało jego ruchy. Poczucie winy wobec Blair, obraz ojca w szpitalu i ta cholerna bariera, którą wzniósł wokół siebie przez te wszystkie lata? Znowu wrócił do tego, co znał - do powinności. Robił to, co powinien i to, czego od niego oczekiwano. Wrócił do tego, do czego Ivy kazała mu wrócić. Nie powinniśmy. Tak mu wtedy powiedziała. A teraz, teraz co powiedziała? Przepraszam. Przepraszam, Charlie. Nie powinnam, ale ja cię potrzebuję. Proszę, nie znienawidź mnie. - Ivy... - zaczął cicho, szukając w głowie odpowiednich słów, które mógłby z siebie wykrztusić w odpowiedzi. Co miał jej powiedzieć? Że on też nie powinien, mimo że jej potrzebował? Że czuł się jak ostatni drań, siedząc tutaj z nią, podczas gdy Christopher Marshall może właśnie walczył o życie kilka przecznic dalej? Przesunął dłonią po twarzy i westchnął. - Ivy, przestań - mruknął, już nieco ciszej, chwilę później. Chciał brzmieć surowo, chciał przypomnieć jej o wszystkim, co ich dzieliło - o Blair, o jej chłopaku.... ale kiedy poczuł, jak ona znów wtuliła się w niego jeszcze bardziej, jego ciało zdradziło go po raz kolejny. Zamiast się odsunąć, położył dłoń na jej plecach i zaczął powoli masować je ręką, raz w górę, a raz w dół. - Nie nienawidzę cię - powiedział cicho, niemal do jej ucha, choć sam czuł do siebie nienawiść za to, jak łatwo ulegał tej chwili. - Po prostu... to jest obłęd. To, co my robimy, to czysty obłęd. Mieszasz mi w głowie - westchnął, mimowolnie wtulając twarz w jej włosy, które teraz pachniały dymem, ale w ogóle mu to nie przeszkadzało. Patrzył przed siebie, w tył fotela kierowcy, czując, jak serce powoli zwalnia, ale niepokój wcale nie mijał. Wiedział, że ta chwila słabości będzie go kosztować więcej, niż był gotów zapłacić. - Nie płacz już, proszę - dodał na koniec, walcząc z pokusą, aby pocałować ją we włosy lub w skroń.

Ivy Harrison

playing with fire

: pt lut 20, 2026 11:22 am
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Jego głos wydawał się ją koić. Cały czas mógł nazwać ją panienką Harrison, zostawić ją w aucie, a jednak pozwolił się jej przytulić. Trzymała go nerwowo, a każda próba odsunięcia się od niego kosztowałaby ją teraz zbyt wiele. Każda komórka jej ciała zdawała sobie sprawę, że on da to potrzebne ukojenie, którego potrzebowała. Wcześniej zadziałało, więc teraz też powinno. Prawda? Nie była w stanie o tym myśleć, kiedy jej drżące ciało poszukiwało spokoju.
Charlie... — powtarza, próbując złapać oddech. Tyle była w stanie z siebie wydusić, kiedy powoli zdała sobie sprawę, do jakiej sytuacji zaczęła doprowadzać. Kiedy myśli zaczęły zalewać jej głowę, po słowach mieszasz mi w głowie. Przez moment chciała się odsunąć, by... no właśnie sama nie wiedziała co, bo w momencie gdy zaczęła to zrobić, zdała sobie sprawę, że nie chciała. Automatycznie znów na niego opadła, pociągając krótko nosem.
Nie chcę myśleć — głos Ivy z każdą sekundą słabł. Dotyk Charliego ją koił, aż znowu się wyłączyła. Zamknęła oczy, próbując czuć odprężenie. Próbowała skupić się na dłoni Marshalla na jej plecach. Góra, dół, góra. Charlie, Dante, Charlie. Cholera, znów zalewały ją wyrzuty sumienia, których nie była w stanie powstrzymać. Nabrała finalnie głębokiego oddechu, próbując się wyłączyć, skupić jedynie na tych bodźcach, które do niej docierają. Zanim rozpadnie się jak domek z kart. Była moralna, miała spore uczucie powinności, ale ta Ivy wtulająca się w zaręczonego mężczyznę, została nich pozbawiona przez dym, który dalej ulatniał się ze szpitala.
Dobrze — powiedziała cicho, a choć nie przyszło jej to łatwo z minuty na minutę coraz bardziej się uspokajała. Znalazł ją i był przy niej. Nie chciała nic analizować, jedynie móc przy nim być. Poruszyła jedną z dłoni, by móc chwycić go za dłoń, spleść ich palce ze sobą. Nie interesował ją świat, bo był dla niej kotwicą (tak Pilar, wiem, że czytasz. Pozdrawiam!), która utrzymywała ją w rzeczywistości.
Będzie dobrze, prawda? — mówi lekko spokojnym, ale przerywanym głosem. Myśli je nie działały, a w głowie był tylko Charlie. Skuliła się jeszcze mocniej, by móc schować twarz blisko jego szyi. Jedną z dłoni uniosła, by móc poczuć pod opuszkami jego tętno. Wybijało ono rytm, który zaczął sprawiać, że powoli się uspokajała w rytm jego bijącego serca. Świat nie istniał między jej przerywanymi oddechami, ale w końcu zaczęła się uspokajać.
Przy nim była w stanie to zrobić, bo znalazł ją, gdy go potrzebowała.

playing with fire

: sob lut 21, 2026 12:10 am
autor: Charlie Marshall
Charles uznał, że oficjalnie zwariował. Nie było innego logicznego wyjaśnienia dla faktu, że dalej siedział na tylnej kanapie swojego auta i pozwalał Ivy przytulać się do siebie. Powinien przerwać to wszystko, odwieźć ją do domu albo do szpitala i przede wszystkim... nie powinien pozwalać jej na splecenie ich dłoni ze sobą, nie powinien głaskać jej pleców i nie powinien opierać czoła o czubek jej głowy. Jednak on nie potrafił się poruszyć. To było jak jakiś chory impuls, którego nie umiał wyłączyć - kontrola wręcz przeciekała mu przez palce. Ciało Ivy powoli przestawało drżeć pod wpływem jego dotyku, ale w tej chwili nie potrafił skupić się na tym, że najwidoczniej był dla niej ukojeniem. Zdawał sobie sprawę, że to co robili, było totalnie bez sensu, i tylko ta jedna myśl pojawiała się i znikała w jego głowie. - Będzie dobrze, Ivy, musi być - odparł na jej słowa, mimo że sam nie wierzył w swoje słowa. Czuł jej tętno pod swoimi palcami, czuł chłód jej skóry. Był wściekły na siebie, że zwracał uwagę na takie szczegóły i tak łatwo dawał się w to wciągać, ale jednocześnie ten impuls... Ten impuls sprawiał, że chemia między nimi była silniejsza niż zdrowy rozsądek. - Oddychaj - wymruczał prosto w jej włosy. Zacisnął dłoń na jej palcach, jakby chciał jej przekazać resztki swojego spokoju, którego sam już prawie nie miał. Dalej myślał o swoim ojcu i o tym, że powinien być gdzieś indziej, że każda kolejna sekunda z Ivy była zdradą wobec rodziny... Wtedy poczuł krótką wibrację w kieszeni spodni. Przez chwilę chciał to zignorować, bojąc się najgorszego, ale profesjonalny nawyk wygrał. Ostrożnie, starając się nie przesuwać Ivy, wyciągnął telefon i zerknął na wyświetlacz. Była to Cherry. Z tatą wszystko w porządku, jest w innym skrzydle. W tym momencie kochał Cherry całym sercem, że udało jej się dotrzeć do informacji o ojcu. Przez chwilę po prostu wpatrywał się w jasny ekran telefonu, a potem zamknął oczy i wypuścił głośno powietrze, czując ulgę. Paradoksalnie jednak ta ulga wcale go nie uspokoiła - skoro ojciec był bezpieczny, zniknął ostatni racjonalny powód, by zostawić Ivy samą w aucie, bo nagle presja czasu i poczucie obowiązku zniknęły, zostawiając go sam na sam z Ivy i tą cholerną chemią pomiędzy nimi. Mimo że powinien teraz wyjść z auta i pójść do Christophera, on tylko mocniej splótł swoje palce z jej dłońmi. Skoro z tatą wszystko było w porządku, nagle w jego głowie zrobiło się niebezpiecznie dużo miejsca na myśli o Ivy. Myślał o tym, jak blisko znajdowała się jej szyja, o zapachu jej skóry i o tym, że właściwie... nie chciał, żeby stąd wychodziła. Wstydził się tego, jak bardzo wiadomość od siostry go rozluźniła. Przesunął kciukiem po wierzchu jej dłoni, delektując się tym, że w końcu przestała drżeć. - Naprawdę mnie potrzebujesz? - spytał nagle miękko. Pytanie zawisło między nimi, a on przesunął głowę w jej stronę, żeby zerknąć w jej oczy. Sam siebie zaskoczył tym, jak bardzo potrzebował usłyszeć odpowiedź. Przesunął kciukiem po jej kostkach, wciąż trzymając mocno jej dłoń. - Kilka dni temu nie chciałaś mieć ze mną nic wspólnego - dodał po chwili, dalej nie odwracając od niej wzroku. Nie chciał wywierać na niej presji, ale bardzo potrzebował tych kilku sekund szczerości. Pytanie mogło zabrzmieć niemal oskarżycielsko, ale jego ton był zbyt miękki, by rzeczywiście zabolało. Wpatrywał się w jej oczy, szukając w nich czegokolwiek, ale nie znalazł w nich nic. Dziś Ivy Harrison była dla niego chodzącą zagadką, pełną sprzecznych komunikatów. - Zaraz znów odzyskasz zdrowy rozsądek i uciekniesz? - zapytał na koniec. Prawdopodobnie stąpał po cienkim lodzie, ale Ivy kompletnie odebrała mu zdolność racjonalnego myślenia.

Ivy Harrison