(not) strong enough
: pn lut 16, 2026 10:51 pm
Czy dało się przygotować na śmierć? Mimo świadomości, że Helene z każdym dniem stawała się coraz słabsza i zamykała wszystkie swoje sprawy, a najbliżsi towarzyszyli jej w ostatnich dniach najlepiej, jak potrafili, w pełni zdając sobie sprawę z nieuniknionego, tak poranek, w którym wydała ostatnie tchnienie, należał do porażająco rozrywających serce.
Dominic ze wszystkich sił starał się zachować opanowanie i wspierać ojca w tych trudnych chwilach. Ponadto wziął na siebie przekazanie rodzinie i przyjaciołom przykrych wieści, z każdym rozmawiając przez chwilę, jednak żadne słowo pocieszenia nie było w stanie złagodzić cierpienia, które w sobie dusił. Mimo to zachowywał zimną krew i nie dopuszczał do siebie żadnych myśli i emocji, które mogłyby odebrać mu trzeźwość myślenia. Musiał się skupić, żeby zająć się wszystkim i odciążyć ojca.
Pamiętał, jak jako nastoletni chłopak bardzo bał się straty mamy. Jak szybko zdał sobie sprawę, że życie było zbyt ulotne, by przejmować się problemami i należało z niego czerpać całymi garściami, żeby nie mieć czego żałować. To nadało mu kierunek, w którym podążał przez ostatnie kilkanaście lat. Aczkolwiek ta obawa przed śmiercią zawsze gdzieś tam w nim pozostawała, mimo iż spychał ją w otchłań podświadomości.
Już wtedy udawał przed Helene, że się trzymał, żeby nie musiała się martwić, choć jego zachowanie poza domem zupełnie temu przeczyło. I nic dziwnego, gdyż był tylko nastolatkiem, popełniał głupstwa, w ten sposób próbując radzić sobie z przytłaczającymi emocjami. Po tylu latach w kwestii skrywania uczuć przed światem niewiele się zmieniło.
Z rodzicami w ostatnim czasie spędzał niemal każdą chwilę, chcąc się nacieszyć ich towarzystwem i podziwiać duet, który tworzyli, próbując jednocześnie zapamiętać każdy szczegół tych miłych chwil. Uśmiech, spojrzenie i poczucie humoru mamy, które nie ustawało mimo coraz gorszego samopoczucia. Przegadali ze sobą mnóstwo czasu, dzięki czemu Dominic odkrył nowe ciekawostki o mamie, którymi wcześniej nie dzieliła się tak szczodrze. Przy tym świadomie nie poruszali zbyt często tematu śmierci, by nie psuć tych ostatnich chwil złymi myślami.
Był tylko jeden moment, podczas którego coś w Dominicu niemal pękło. Ta jedna rozmowa z Helene, kiedy znaleźli się sam na sam w jej sypialni, była najpoważniejszą, jaką przyszło im podjąć. Wtedy właśnie wyznała, że widziała, więcej, niż mu się wydawało. Że pragnęła dla niego więcej, niż przelotne znajomości. A najtrudniej było mężczyźnie przyjąć od niej szkatułkę z pamiątką po sobie. Trzymając w swojej ręce najpiękniejszy klejnot, który nosiła do tej pory, zrozumiał, że się z nim żegnała.
A teraz zniknęła na zawsze, pozostawiając mu jedynie cudowne wspomnienia. I ogromny smutek, który tłamsił w sobie w obawie, że go pochłonie i doprowadzi do sytuacji, które nie będą napawały go dumą. A przede wszystkim, zawiedzie ją i wszystkich dookoła. Musiał być silny. Musiał wszystkiemu podołać.
Przyjazd Skye nie był dobrym pomysłem. Wiedział, że nie powinna zjawiać się tego wieczoru w ich rodzinnym domu. Nie powinna się nim tak przejmować, tylko zająć własnym życiem. Nie powinna doświadczać tego, co on. I najważniejsze, widzieć, jak się rozpadał. Bo bał się, że kiedy ją zobaczy, to tylko pogorszy sprawę. Dlatego upierał się, żeby tego nie robiła. Ale czy ona kiedykolwiek go słuchała?
To był cholernie ciężki dzień i miał go dość, ale wiedział, że po powrocie do pokoju nie uśnie. Był tylko jeden odpowiedni sposób na uśmierzenie bólu i sen. Siedział więc na kanapie i sączył w samotności kolejną już szklankę jego ulubionej whisky. Tata dawno poszedł do siebie, pozostawiając mu niemal całą butelkę, która w tym momencie stała na stoliku kawowym przed blondynem, już opróżniona do połowy.
Mimo wszystko, gdy usłyszał podjeżdżający pod dom samochód, poderwał się z miejsca i z przyspieszonym biciem serca podszedł do drzwi wejściowych, otwierając je, zanim Skye przed nimi stanęła.
Na sam jej widok na kilka sekund wstrzymał powietrze. Była tu. Pomimo jego protestów, żeby nie przyjeżdżała. Była tu. I nie miała pojęcia, jak przeraźliwie jej potrzebował.
— Nie musiałaś przyjeżdżać - zaoponował, ale jego słowa nie miały tyle mocy, żeby pokazać choćby odrobinę poirytowania za jej nieposłuszeństwo. Prawda była taka, że nie potrafił być na nią zły. Przechodził ostatnio zbyt wiele, żeby nie odczuwać tęsknoty za jedyną osobą, która sprawiała, że w jej obecności wszystko stawało się znośniejsze. Nawet ból po stracie matki.
Skye Murray
Dominic ze wszystkich sił starał się zachować opanowanie i wspierać ojca w tych trudnych chwilach. Ponadto wziął na siebie przekazanie rodzinie i przyjaciołom przykrych wieści, z każdym rozmawiając przez chwilę, jednak żadne słowo pocieszenia nie było w stanie złagodzić cierpienia, które w sobie dusił. Mimo to zachowywał zimną krew i nie dopuszczał do siebie żadnych myśli i emocji, które mogłyby odebrać mu trzeźwość myślenia. Musiał się skupić, żeby zająć się wszystkim i odciążyć ojca.
Pamiętał, jak jako nastoletni chłopak bardzo bał się straty mamy. Jak szybko zdał sobie sprawę, że życie było zbyt ulotne, by przejmować się problemami i należało z niego czerpać całymi garściami, żeby nie mieć czego żałować. To nadało mu kierunek, w którym podążał przez ostatnie kilkanaście lat. Aczkolwiek ta obawa przed śmiercią zawsze gdzieś tam w nim pozostawała, mimo iż spychał ją w otchłań podświadomości.
Już wtedy udawał przed Helene, że się trzymał, żeby nie musiała się martwić, choć jego zachowanie poza domem zupełnie temu przeczyło. I nic dziwnego, gdyż był tylko nastolatkiem, popełniał głupstwa, w ten sposób próbując radzić sobie z przytłaczającymi emocjami. Po tylu latach w kwestii skrywania uczuć przed światem niewiele się zmieniło.
Z rodzicami w ostatnim czasie spędzał niemal każdą chwilę, chcąc się nacieszyć ich towarzystwem i podziwiać duet, który tworzyli, próbując jednocześnie zapamiętać każdy szczegół tych miłych chwil. Uśmiech, spojrzenie i poczucie humoru mamy, które nie ustawało mimo coraz gorszego samopoczucia. Przegadali ze sobą mnóstwo czasu, dzięki czemu Dominic odkrył nowe ciekawostki o mamie, którymi wcześniej nie dzieliła się tak szczodrze. Przy tym świadomie nie poruszali zbyt często tematu śmierci, by nie psuć tych ostatnich chwil złymi myślami.
Był tylko jeden moment, podczas którego coś w Dominicu niemal pękło. Ta jedna rozmowa z Helene, kiedy znaleźli się sam na sam w jej sypialni, była najpoważniejszą, jaką przyszło im podjąć. Wtedy właśnie wyznała, że widziała, więcej, niż mu się wydawało. Że pragnęła dla niego więcej, niż przelotne znajomości. A najtrudniej było mężczyźnie przyjąć od niej szkatułkę z pamiątką po sobie. Trzymając w swojej ręce najpiękniejszy klejnot, który nosiła do tej pory, zrozumiał, że się z nim żegnała.
A teraz zniknęła na zawsze, pozostawiając mu jedynie cudowne wspomnienia. I ogromny smutek, który tłamsił w sobie w obawie, że go pochłonie i doprowadzi do sytuacji, które nie będą napawały go dumą. A przede wszystkim, zawiedzie ją i wszystkich dookoła. Musiał być silny. Musiał wszystkiemu podołać.
Przyjazd Skye nie był dobrym pomysłem. Wiedział, że nie powinna zjawiać się tego wieczoru w ich rodzinnym domu. Nie powinna się nim tak przejmować, tylko zająć własnym życiem. Nie powinna doświadczać tego, co on. I najważniejsze, widzieć, jak się rozpadał. Bo bał się, że kiedy ją zobaczy, to tylko pogorszy sprawę. Dlatego upierał się, żeby tego nie robiła. Ale czy ona kiedykolwiek go słuchała?
To był cholernie ciężki dzień i miał go dość, ale wiedział, że po powrocie do pokoju nie uśnie. Był tylko jeden odpowiedni sposób na uśmierzenie bólu i sen. Siedział więc na kanapie i sączył w samotności kolejną już szklankę jego ulubionej whisky. Tata dawno poszedł do siebie, pozostawiając mu niemal całą butelkę, która w tym momencie stała na stoliku kawowym przed blondynem, już opróżniona do połowy.
Mimo wszystko, gdy usłyszał podjeżdżający pod dom samochód, poderwał się z miejsca i z przyspieszonym biciem serca podszedł do drzwi wejściowych, otwierając je, zanim Skye przed nimi stanęła.
Na sam jej widok na kilka sekund wstrzymał powietrze. Była tu. Pomimo jego protestów, żeby nie przyjeżdżała. Była tu. I nie miała pojęcia, jak przeraźliwie jej potrzebował.
— Nie musiałaś przyjeżdżać - zaoponował, ale jego słowa nie miały tyle mocy, żeby pokazać choćby odrobinę poirytowania za jej nieposłuszeństwo. Prawda była taka, że nie potrafił być na nią zły. Przechodził ostatnio zbyt wiele, żeby nie odczuwać tęsknoty za jedyną osobą, która sprawiała, że w jej obecności wszystko stawało się znośniejsze. Nawet ból po stracie matki.
Skye Murray