Strona 1 z 1

Leaving on the jetplane

: wt lut 17, 2026 11:10 am
autor: Erin St. Clair
1
„Between the Sky and You”

Verse

I left my shadow down in New Orleans,
on a stage still warm from yesterday’s dreams.
Packed my heart with a half-written tune,
chasing sunrise somewhere past the moon.

I didn’t mean to fall that night,
just one wrong step into the light —
and there you were with open hands,
changing all my broken plans.

Pre-chorus

Clouds drift slow like a soft refrain,
every mile feels like sweet champagne.
I laugh, I shake, I almost cry —
learning how to say goodbye.

Chorus

I’m somewhere between the sky and you,
between what I was and what feels true.
If love’s a song I’ve never known,
then play it soft — I’m coming home.

Rae
Mieszanina ekscytacji, ale i przerażenia, oraz tęsknoty sprawiała, że ten lot dłużył się nieziemsko. Nie pomogły też poranne mdłości, ale te opanowała w miarę szybko. Wpatrywała się w okno, mając słuchawki na uszach, bawiąc się pierścionkiem zaręczynowym na palcu lewej dłoni, od czasu do czasu uśmiechając się w rozmarzeniu, ale zaraz później marszcząc brwi, kiedy tak galopada myśli sprzedawała jej wyobrażenia. Obrazy o tym, że teraz na co dzień może być tak pięknie, jak do tej pory było od czasu do czasu, by zaraz jednak przypomnieć, że realne wspólne mieszkanie, obarczone ciążą i ślubem to jednak sporo wyzwań!
W podróży też nie pomogło to, że obok niej siedziała nadmiernie empatyczna starsza pani, która wyczuła zdenerwowanie Erin i przekonana o tym, że Mała boi się latać, uznała, że najlepszym rozwiązaniem jest zagadać ją przez większość czasu. A że Rae nie bardzo potrafiła być asertywna, to brnęła w to, pozwalając starszej pani wyciągać coraz więcej informacji ze swojego życia. Ale kiedy tylko wylądowali, od razu schowała się w telefonie pisząc do Josha. Na szczęście załoga miała w planach najpierw pomóc wysiąść starszej pani, więc Erin miała chwilę na to, by uspokoić rozedrgane emocjami serce.
Strasznie cieszyła się na tę przeprowadzkę, ale też bardzo się jej obawiała. Zmieniała całkowicie swoje życie i to na tak wielu poziomach, że chwilami było to przytłaczające. Więc z roztargnieniem uśmiechnęła się do stewardessy, która drugi raz jej przypomniała, że czas wysiadać. Założyła na siebie płaszcz, który zdecydowanie był za cienki na pogodę w Toronto i szczęśliwie wyszła na lotnisko przez rękaw.
Potem długa kolejka przy odprawie paszportowej i jałowa rozmowa z urzędnikiem, który i tak nie bardzo potrafił sprawdzić, czy Erin niesie jakieś zagrożenie dla Kanady. No, ale też powiedzmy sobie szczerze, jakież ona mogłaby zagrożenie nieść.
Na szczęście nie miała bagażu, prócz podręcznego. Od dawna zostawiała część swoich ubrań u Josha, żeby nie musieć tarabanić się z walizkami, a rodzice prześlą jej rzeczy kurierem, to było najwygodniejsze rozwiązanie. Więc wreszcie wyszła z terminala z małą walizką, szukając spojrzeniem jego. Bezpiecznego punktu, który uciszy głosy w głowie.
Groźna i poważna, na swój melancholiczny sposób mina, rozpogodziła się momentalnie, ozdabiając buzię szerokim uśmiechem, kiedy dostrzegła przyszłego męża. Pisnęła z radości i zapomniawszy o swojej walizce, która wywróciła się ciągnięta za nią dobiegła do niego, bez skrępowania wskakując mu w ramiona. Uwiesiła się na nim, oplatając go nogami w pasie i zaczęła obcałowywać mu twarz.

Joshua Rhodes

Leaving on the jetplane

: wt lut 17, 2026 5:31 pm
autor: Joshua Rhodes
#1
Erin St. Clair

To nie był łatwy dzień, choć w jego skrupulatnie prowadzonym kalendarzu wszystko wyglądało na proste i przyjemne. Godzina 17:00 została zakreślona kilkoma zdecydowanymi, niemal nerwowymi okręgami, uzupełnionymi wykrzyknikami i koślawym sercem wciśniętym między rubryki. Dziś wszystko miało się zmienić. Skończyły się loty w obie strony, bolesne pożegnania na lotniskach i miłość „na chwilę”. Od teraz miało być „na zawsze”.
Ekscytacja mieszała się ze zdenerwowaniem, zwłaszcza gdy ostatni pacjenci zaczęli przeciągać sesje ponad miarę. Jako lekarz i człowiek głęboko empatyczny, Joshua nie potrafił rzucić suchym: „nasz czas dobiegł końca, zapraszam za tydzień”, gdy siedząca naprzeciwko kobieta właśnie zalewała się łzami, rozliczając się z traumą po matce alkoholiczce. W CAMH nie leczy się tylko jednostek chorobowych, leczy się ludzi, a Josh zbyt mocno nasiąkł w warsztacie ojca zasadą, że przerwany w połowie remont to partactwo. Pochylił się nad jej problemem, domykając sesję z należytą uważnością, walcząc w duchu by nie spoglądać co chwilę na zegarek.
Nawet gdy ostatnie drzwi gabinetu się zamknęły, procedura go nie oszczędziła. Odniesienie dokumentacji, szybkie klepnięcie karty w czytniku, wymuszone uprzejmości na oddziale – wszystko to robił w pośpiechu, czując na karku ciężar uciekających minut. W godzinach szczytu każde pół godziny opóźnienia w Toronto oznaczało komunikacyjny wyrok.
Stał w korku, nerwowo stukając palcami w skórzane obicie kierownicy. Z radia sączyła się jakaś przypadkowa melodia, którą zaczął nucić pod nosem, uśmiechnięty na samą myśl o tym, jak Erin skrzywiłaby się z przekąsem na jego brak wyczucia rytmu. Wyobrażał sobie jej minę – ten specyficzny, czuły, a zarazem ironiczny uśmiech profesjonalistki słuchającej amatora. Chwycił telefon, by odpisać na jej wiadomość, ale nagły ryk klaksonu za plecami dobitnie przypomniał mu o zmianie światła na zielone.
Był coraz bliżej. Na siedzeniu pasażera spoczywał niewielki, ale aromatycznie świeży bukiet białych anemonów i drobnych, błękitnych niezapominajek. Wybrał je celowo – anemony były eteryczne jak ona, a niezapominajki miały symbolizować koniec ich rozłąki. Zamówił je prosto do CAMH, by zaoszczędzić cenne minuty, co wywołało niemałe poruszenie w recepcji. Widok doktora Rhodesa wysyłającego kwiaty „samemu sobie” był tematem dnia, ale Josh tylko mrugał do pielęgniarek ze swoim zaraźliwym uśmiechem.
Gdy w końcu dotarł na lotnisko, przebijał się przez gęsty tłum z przepraszająco-wymijającym grymasem, który u każdego innego wyglądałby na irytację, ale u niego był po prostu wyrazem determinacji. Skupiony na jednym zadaniu – odnaleźć ją. Zamknąć w ramionach. Nigdy nie wypuścić.
O mały włos nie wypuścił bukietu, gdy drobna, radosna postać ukochanej nagle wyłoniła się z tłumu i uwiesiła mu się na szyi z siłą, której się nie spodziewał. Objął ją czule, obracając się wokół własnej osi, by wygasić impet, z jakim na niego wskoczyła. Pachniała podróżą, chłodem samolotu i tymi swoimi słodkimi perfumami, które zawsze przypominały mu parne noce w Luizjanie.
Jesteś wreszcie… — niemal wyszeptał z ogromną ulgą prosto w jej ucho, gdy jego nos zanurzył się w jej kręconych włosach.
Przez chwilę pozwalał jej przejąć inicjatywę, przyjmując grad pocałunków na twarzy, aż pierwszy wybuch emocji ustąpił miejsca drugiemu – długiemu, głębokiemu i przepełnionemu nienasyconą tęsknotą połączeniu ust. Joshua i Erin. W końcu razem, przeciwko całemu światu, a na pewno przeciwko tym wszystkim milom, które ich dzieliły.
Jesteś wreszcie… — powtórzył, gdy powoli osadzali się na ziemi, choć wciąż nie rozluźniał uścisku. — Mam nadzieję, że nie czekałaś zbyt długo. Wybacz te korki, pacjenci… nie chcieli mnie wypuścić.
Wyciągnął przytrzymywany za jej plecami bukiecik, który cudem przetrwał to powitanie.
Dla Ciebie, Skarbie. I dla Was! — poprawił się natychmiast, a jego wzrok powędrował niżej. Miał przez chwilę szalony impuls, by przyklęknąć tam, na samym środku terminala, i ucałować bluzkę na wysokości jej pępka, gdzie chowała się najcenniejsza część ich wspólnego bagażu. Zamiast tego, zachowując resztki lekarskiej powagi, ucałował palce własnej dłoni, po czym delikatnie, niemal nabożnie musnął nimi brzuch ukochanej.
Tłum wokół nich zdawał się na moment rozstąpić, tworząc bańkę prywatności w sercu wielkiego miasta.
Dla Ciebie kwiaty, a dla mnie bagaże — oznajmił, rozglądając się za jej małą, wywróconą na posadzce walizką. Nie puszczał jednak jej dłoni. Splótł ich palce mocno, jakby bał się, że to tylko sen, z którego zaraz wybudzi go sygnał pagera. Ale to była rzeczywistość. York Mills czekało. Ich dom czekał.
Chodźmy do domu, Rae. Mamy mnóstwo do zrobienia przed kolacją.

Leaving on the jetplane

: wt lut 17, 2026 6:36 pm
autor: Erin St. Clair
Ostatnie kilka tygodni było megadługie, jakkolwiek infantylnie by to określenie teraz nie zabrzmiało, to Erin nie potrafiła inaczej tego określić. No może koszmarnie byłoby lepsze literacko, ale to nie był koszmarny czas. Oczekiwanie na przeprowadzkę było podniecające i ciepłe. Niestety dłużyło się, bo trzeba było wszystko pozałatwiać.
Erin miała swoje zobowiązania, których nie chciała rzucić z dnia na dzień, bo mimo całkowitej zmiany życia liczyła, gdzieś w głębi serduszka, że będzie wracała do Nowego Orleanu na dłuższy czas, żeby znowu poczuć przydymioną atmosferę klubów i dać się oślepić światłu z reflektorów. Niby w Toronto na pewno są kluby jazzowe, ale nie oszukujmy się, jeśli jest jakieś miasto, które żyje muzyką to nie jest to Toronto. W sumie, jakby się tak zastanowić, to mamy Nowy Orlean od Jazzu, Nashville od Country... Wiedeń od muzyki klasycznej?
Galopada myśli, zaniosła głowę Erin w zupełnie nieznane miejsce, kiedy z ukłuciem żalu dawała się odstawić na ziemię. Palce stóp dotknęły podłoża, ale zatrzymała się na nich wspinając się, żeby przedłużyć ten wytęskniony pocałunek. Paradoksalnie to chyba była ich najdłuższa rozłąka, od czasu, kiedy zaczęli do siebie regularnie latać, ale trzeba było odebrać dom, spakować się, pożegnać z rodziną, wyremontować to, co wołało od razu o naprawy.
- Są piękne! - przyjęła kwiaty z jego rąk i wtuliła w nie nos, co spowodowało, że momentalnie zaczęło ją w nim kręcić.
Krótkie kichniecie ograła uśmiechem, po czym położyła dłoń na jego dłoni i swoim brzuchu, rozczulona tym gestem.
- Nie, wszystko gra... Mnie nie chcieli wpuścić! - zażartowała, dając się pociągnąć za rękę, trochę jak dziecko, ociągające się, bo za bardzo skupiło się na kwiatach, które dostało. - Dużo tego nie ma... Tata się uparł, że wynajmie ciężarówkę i przywiezie resztę, jak nas odwiedzą.
W sumie było to wygodne rozwiązanie, które mogło się sprawdzić.
Walizka została odnaleziona w ostatniej chwili, bo Służba Ochrony Lotniska już zaczynała się do niej zbliżać, na szczęście skończyło się na groźnym pouczeniu palcem, że tak się nie robi i oboje wędrowali w kierunku wyjścia z lotniska. Miała wrażenie, jakby szli w zwolnionym tempie, a wszyscy dookoła biegali w przyspieszeniu. Wypieki na twarzy świadczyły o jej ekscytacji, która potęgowała jej nieuwagę, więc Josh miał dodatkową robotę z pilnowaniem, żeby na nikogo nie wpadła. Ale zapach wanilii, rumu i tytoniu jej perfum chyba to wynagradzał.

Joshua Rhodes

Leaving on the jetplane

: wt lut 17, 2026 10:17 pm
autor: Joshua Rhodes
Erin St. Clair

Joshua stał z uniesionymi brwiami, obserwując, jak Erin z niemal nabożnym skupieniem wbija nos w bukiet anemonów. Widok jej krótkiego, uroczego kichnięcia sprawił, że resztki napięcia po chaotycznym dyżurze w CAMH i wyczerpującej walce z korkami na autostradzie po prostu z niego wyparowały. To było to – ten specyficzny, żywy chaos, który wnosiła w jego uporządkowane życie i za którym tęsknił każdego dnia, budząc się w zbyt cichym domu w York Mills.

Kiedy poczuł jej dłoń na swojej, a potem ten wymowny, delikatny gest na brzuchu, serce zabiło mu mocniej, wybijając rytm znacznie bardziej skomplikowany niż ten, który nucił przed chwilą w aucie. To nie był już tylko kolejny punkt w harmonogramie pod tytułem „przeprowadzka narzeczonej”. To była nowa, namacalna rzeczywistość.

- Nie chcieli Cię wpuścić... - powtórzył i potrząsnął głową, cmokając z udawaną dezaprobatą. - Ja się dziwię, że w ogóle wypuścili z Luizjany swój Skarb Narodowy! Ich strata i całe szczęście dla nas! - dodał z dumą i pełnym przekonaniem.
W jego głowie, niemal automatycznie, przeskoczyła zakładka na „Logistyka”. Zapowiedź ciężarówki teścia oznaczała, że będzie musiał przygotować garaż i zwolnić trochę miejsca obok swoich narzędzi stolarskich. Ale to był temat na zupełnie inny dzień, teraz nie chciał psuć tej chwili planowaniem.
- To bardzo rozsądne ze strony Twojego taty. Przynajmniej będę miał pretekst, żeby pokazać mu mój nowy warsztat. Czy wspominali, kiedy planują taką podróż? Może zdążyłbym jeszcze odmalować pokój gościnny.

Objął ją ramieniem, czując pod dłonią chłód jej płaszcza, i zaczął delikatnie prowadzić w stronę wyjścia. Musiał zachować czujność – Erin w swoim radosnym transie była jak piękny, nieobliczalny żywioł, a terminal lotniska to miejsce pełne rozpędzonych wózków i ludzi pozbawionych choćby krztyny jej melancholijnego uroku. Prawie musiał ją ratować przed gniewem Służby Ochrony Lotniska, gdy jej walizka została samotnie na środku przejścia, ale zrobił to z lekkością mediatora, posyłając strażnikom ten swój specyficzny, "lekarski" uśmiech, któremu trudno było się oprzeć. Nie czuł się tak, jakby prowadził dziecko – wręcz przeciwnie. Gładził kciukiem jej dłoń, z którą się splótł, czując ogromną wdzięczność, że zdecydowała się dołączyć do jego świata.

- Wybacz, nie zdążyłem wziąć Ci z mieszkania nic cieplejszego, ale na szczęście udało mi się zaparkować tuż przy wyjściu. Przegadałem taksówkarza, który zgodził mi się przytrzymać miejsce na piętnaście minut.
Otworzył przed ukochaną drzwi pasażera swojego czarnego Volvo XC60 i pomógł jej wygodnie zająć miejsce, a sam szybko obszedł auto, by zapakować walizkę. Przy okazji wyciągnął wełniany koc w kratę, zakończony frędzlami, który zawsze woził w bagażniku na wszelkie nieprzewidziane okazje – od pikników w lesie, przez wieczorne oglądanie gwiazd, miłosne ekscesy, aż po (co oczywiste) ratowanie zmarzniętej narzeczonej w drodze z lotniska.
Zamknął drzwi i zajął miejsce kierowcy, ale nie odpalił silnika od razu. Siedział przez moment jak zauroczony szczeniak, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
- Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś... - ujął jej dłoń i głęboko wciągnął powietrze, wdychając zapach jej ciepłej skóry. - W końcu mam kogoś, kto będzie mnie wyśmiewał, gdy znów zacznę nucić pod prysznicem.
Tym razem kilka nerwowych puknięć w szybę przebiło ich bańkę i brutalnie sprowadziło na ziemię. Widocznie tylko tych dwoje przeżywało swój własny, filmowy slow motion, podczas gdy cała reszta świata pędziła przed siebie. Joshua odpalił silnik i włączył kierunkowskaz, machając przepraszająco do zniecierpliwionego już taksówkarza. Ale dziś liczyło się tylko to, że zapach wanilii i tytoniu, który przyleciał z Erin aż z Luizjany i nareszcie wypełnił wnętrze jego samochodu.

Leaving on the jetplane

: śr lut 18, 2026 3:05 pm
autor: Erin St. Clair
Przewróciła oczami rozbawiona na wzmiankę o Skarbie Narodowym. Josh potrafił słodzić, trzeba było mu to przyznać, ale uwielbiała tę jego troskliwość jaka cechowała opiekę, jaką nad nią roztaczał. Pozwalało jej to na bycie dzieckiem, kiedy to było wygodne i dorosłą, kiedy tego chciała. Jak chociażby ten koc! No jak wielu facetów wozi w swoim samochodzie koc, specjalnie po to, żeby w razie czego kogoś uratować od zimna? Chyba, że często jeździł w trasy z zasypiającymi koleżankami, to pewnie byłby temat, który musieliby omówić!
- Aj nie martw się... Dla mnie zima jest tak nierealna, że po prostu zapomniałam, gdzie lecę.
Rzeczywiście w jej życiu szykowała się diametralna zmiana atmosferyczno-pogodowa. Jak coś zmieniać to na całego, co? Rzucenie pracy, miejsce zamieszkania na oddalone o tysiące mil, małżeństwo i do tego wszystkiego ciąża. Nic dziwnego, że bywały momenty, w których to ją po prostu przerastało. Ale nie przyznawała się do nich, trochę bojąc się tego, że jeśli ona nie pokaże narzeczonemu, że jest pewna tego wszystkiego, to on straci oparcie i pewność siebie, dzięki której tak dobrze się nią opiekował.
Mróz boleśnie ukarał ją za brak rozsądku, kąsając w kostki, więc wskoczyła do samochodu bez zbędnego ociągania się i przyjęła koc, którym otuliła nogi, niecierpliwie czekając na moment, w który zapłon będzie uruchomiony na tyle, by móc włączyć ogrzewanie przedniego fotela. Nawet nie wiedziała co to za samochód. Najważniejsze, żeby miał podgrzewany fotel i że był czarny. No bo jak go inaczej znaleźć, jeśli nie wie się, jaki ma kolor?
- Wiedziałeś, że są całe magazyny o planowaniu ślubu i wesela? - zapytała, kiedy wsiadł do samochodu koło niej, przeglądając jednocześnie jeden z magazynów, które miała w swojej torebce.
Na kartach gazety jaśniały białe suknie, zieleniły się ogrody, pyszniły bukiety i brylowały casualowe garnitury. Ozdobione czerwonymi paznokciami palce stukały w papier, znacząc w głowie Erin specjalną mapę rzeczy, do których będzie musiała potem wrócić. W pewnym momencie podniosła gazetę do nosa i powąchała ją w zgięciu, ciesząc się zapachem atramentu.
- Prawie, jak nowa książka... - westchnęła i nagle zorientowała się, że Josh patrzy na nią od dłuższego czasu.
Odwróciła się do niego z zaskoczoną miną, by zaraz na jej twarzy pojawił się jeden z tych uśmiechów. Szczery, radosny, będący odpowiedzią na to, co widziała w jego oczach. Coś co bardzo jej się podobało... Ona sama sobie się podobała w tych oczach.
- Wcale tak źle nie śpiewasz... - odpowiedziała, ściskając jego dłoń.
Pukanie w okienko i Josh musiał włączyć się w ruch samochodów, co momentalnie zaczęło nią kołysać do snu. Uśmiechnęła się błogo opierając głowę z niesforną burzą loków na zagłówku. Jej dłoń szybko znalazła, wypracowaną przez wiele wizyt, pozycję, w której sięgała do jego uda, ale nie przeszkadzała w prowadzeniu samochodu. Automatyczne skrzynie biegów są super!

Joshua Rhodes

Leaving on the jetplane

: śr lut 18, 2026 5:36 pm
autor: Joshua Rhodes
Erin St. Clair

Oczywiście, że mogła zapomnieć, gdzie leci. Jako lekarz potrafiłby to wyjaśnić na co najmniej dwa logiczne sposoby. Po pierwsze: buzujące hormony z pewnością zaczęły już subtelnie podmieniać komórki nerwowe na to, co w literaturze medycznej (choć częściej w kuluarach CAMH) nazywano mózgiem ciążowym. Nawet nie chciał sobie wyobrażać - a może właśnie podświadomie chciał się tego dowiedzieć - jaki chaos musi panować teraz w jej głowie. Po drugie, i to wyjaśnienie podobało mu się znacznie bardziej: nie było ważne gdzie leci, lecz do kogo. Joshua był tu po to, by zapewnić jej bezpieczeństwo i stały ląd pod stopami. To było proste, niemal matematyczne równanie.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że modeli sukienek ślubnych jest zapewne tyle samo co rodzajów butów, a w połączeniu z biżuterią i fryzurami dawało to nieskończoną liczbę kombinacji. Wiedział o tym, ale nie zaprzątał sobie tym głowy. Nie dlatego, że go to nie interesowało - miło jest przecież zawiesić oko na pięknych modelkach w magazynach - lecz dlatego, że cokolwiek Erin ostatecznie wybierze, dla niego i tak będzie definicją doskonałości. Wiedział, że podczas ceremonii i tak będzie patrzył tylko w jej oczy. Bo czy cokolwiek innego będzie miało wtedy znaczenie? Jej szczęście było przecież jego własnym.
- Domyślam się... - odpowiedział tylko z pobłażliwym uśmiechem, który od dłuższej chwili nie schodził mu z twarzy. Naprawdę musiał wyglądać jak szczeniak, który świata poza nią nie widzi. Zmusił się w końcu, by oderwać wzrok od narzeczonej i skupić go na lusterkach. Trzeba było w końcu włączyć się do ruchu.

Jej dotyk na udzie, choć mimowolny i niemal wyuczony, zawsze wywoływał u niego tę samą mieszankę ekscytacji i spokoju. To był sygnał wysyłany przez jej podświadomość: jestem tu, jestem bezpieczna. Joshua prowadził auto z niebywałą ostrożnością, delektując się jej zapachem i bliskością. Doskonale wyczuł moment, w którym zasnęła — jej oddech stał się płytki, regularny i kojący. Zamiast przebijać się przez remontowane skrzyżowania, wybrał dłuższą, okrężną drogę do York Mills. Nadkładali kilometrów, ale trasa była płynna, pozbawiona gwałtownych hamowań, co pozwoliło Erin na tę krótką, regeneracyjną drzemkę.

Przez chwilę Joshua bił się z myślami, czy powinien ją wybudzać, czy raczej spróbować przenieść jej bezwładne ciało prosto do przygotowanego już małżeńskiego łoża. Ostatecznie jednak uznał, że musi poczuć pod stopami ich wspólny dom.
- Rae... Skarbie. - odezwał się łagodnie, kładąc dłoń na jej ramieniu i gładząc ją kciukiem, by nie przestraszyć jej gwałtownym dźwiękiem. - Jesteśmy już w domu. Chodź... Pomogę Ci i zaraz będziesz mogła wskoczyć pod ciepłą kołderkę. - Zastanawiał się, czy po tak długiej podróży istnieją słowa bardziej rozkoszne niż dom i ciepła kołderka. Może jeszcze aromatyczna kąpiel znajdowała się wysoko w tej hierarchii, ale patrząc na jej zaspany profil, nie był pewien, czy ukochana wykrzesze z siebie aż tyle siły. - Rae... Pobudka... - powtórzył szeptem, uśmiechając się do własnych myśli. Rozważał, czy „przenoszenie przez próg” uda mu się zaliczyć jeszcze przed sakramentalnym tak. W końcu pod dachem w York Mills ich wspólne życie właśnie oficjalnie się zaczynało.

Leaving on the jetplane

: śr lut 18, 2026 7:20 pm
autor: Erin St. Clair
Erin na pewno by się do tego nie przyznała, ale prawda była taka, że jednak była przerażona tą zmianą. Co innego wpadać nawet na dwa tygodnie do ukochanego i cieszyć się śniegiem oraz jego znajomymi, kiedy ma się świadomość, że wróci się w bezpieczne i znane kąty. Nawet jeśli te tutaj były równie bezpieczne. Jednak codzienne rutyny dawały poczucie uziemienia, którego Erin akurat bardzo potrzebowała. No bo… no przecież wiesz…
Z drugiej strony było to niesamowicie ekscytujące! Totalnie nowy start, totalnie nowe życie, z którym mogła zrobić, co tylko chciała. No… prawie, bo jednak były dwie osoby, które stanowiły probierz tego nowego życia. Ruby to ładne imię dla dziewczynki.
Nawet nie zauważyła, kiedy odpłynęła całkowicie. Dłoń, która jeszcze chwilę wcześniej delikatnie drażniła pazurkami udo narzeczonego przez materiał spodni, przestała się ruszać, a moment później zsunęła się bliżej konsoli środkowej. Nawet wygaszenie silnika jej nie przebudziło — była zdecydowanie wymęczona podróżą, w trakcie której nie zmrużyła oka, zbyt podekscytowana zmianą. W całej tej ekscytacji zapomniała nawet odpowiedzieć na tak ważne pytanie, jak to, kiedy jej ojciec ma przyjechać z ciężarówką wypakowaną jej rzeczami. Oj, biedny Josh — tak trudno jest coś zaplanować w starciu z irlandzko-kreolskim żywiołem.
Hmmm, jeszcze chwila… — odpowiedziała na delikatne przebudzenie, ale w przebłysku świadomości przypomniało jej się, że przecież jest w samochodzie. Leniwie otworzyła oczy i przetarła je prawą dłonią, pozwalając sobie na ziewnięcie, którego nie zdążyła zasłonić drugą ręką.
Śliniłam się?
Zapytała, przeciągając się nieco, by potem posłać ciepły uśmiech swojemu mężowi. A czemu nie — to ładne słowo na to, co ich łączyło, nawet jeśli formalnie nie mogła go jeszcze używać.
Nie, nie chcę spać… Wezmę tylko prysznic i coś ugotujemy.
Jedzenie w trakcie długich lotów akurat najgorsze nie było, ale przecież najlepsze budowanie relacji i wspomnień odbywało się właśnie przez wspólne gotowanie i jedzenie.
No i musisz mi pokazać pokoik dziecięcy! — uśmiechnęła się.
Z samochodu najpierw wyskoczyły stopy w cichobiegach, a potem mała sylwetka Erin, która niemal wskoczyła w śnieg przy podjeździe. Zadygotała bardziej z rozespania niż z zimna i niczym łania przeskoczyła do drzwi domu, orientując się nagle, że przecież nie ma kluczy. Schowała się więc przed wiatrem w załomie drzwi i framugi, z trzęsącą się od dreszczy burzą włosów, czekając na Josha.

Joshua Rhodes

Leaving on the jetplane

: czw lut 19, 2026 1:19 pm
autor: Joshua Rhodes
Erin St. Clair

Była rozkoszna. W tej jednej chwili wydawała się dziecięco niewinna, jednak Joshua doskonale wiedział, że pod maską tej zaspanej, niemal bezbronnej młodej kobiety kryje się istota pełna pasji, namiętności i tej niepokornej iskry, która tak bardzo go fascynowała. Była jego kochanką, przyszłą małżonką i matką ich dzieci. Pragnął jej nawet teraz, gdy z uroczym zakłopotaniem przecierała kącik ust, jakby w obawie, że podróżny sen pozostawił mało estetyczny ślad na tapicerce.
- Tylko trochę- skłamał zaczepnie z rozbawieniem w oczach, jak gdyby to drobne kłamstewko miało jakiekolwiek znaczenie.

Pomógł ukochanej wysiąść z auta, a gdy ta, gnana dreszczem zimna i ekscytacji, pobiegła pod drzwi ich rezydencji w York Mills, on pospiesznie wyciągnął z bagażnika jej walizkę, a potem dołączył do niej i pospiesznie otworzył drzwi. Kiedy tylko znaleźli się w środku pomógł jej zdjąć płaszcz, a potem, bez cienia wahania, przyklęknął przed nią, by odpiąć jej buty. Chciał oszczędzić jej zbędnego schylania się; choć teraz nie stanowiło to problemu, jego lekarski instynkt podpowiadał mu, że już niebawem brzuch zacznie dyktować własne warunki. Poza tym, najwidoczniej lubił przed nią klękać, nawet jeśli zaręczyny przyjęła kilka miesięcy temu.
W przedpokoju, na wąskiej, dębowej szafce, stał przygotowany wcześniej wazon — na razie pusty, ale czekający na anemony, które przetrwały lotniskowe powitanie. Obok leżało kilka kluczy spiętych czerwoną wstążką, ozdobionych metalowym breloczkiem w kształcie klucza wiolinowego.
-A to dla Ciebie, Rae. Klucz do wszystkich drzwi w tym domu - obwieścił, podając jej zimny metal z czułym cmoknięciem w policzek. Sam w tym czasie sprawnie odwiesił ich okrycia, czując, jak z każdym ruchem domowy spokój zaczyna wypełniać się ich obecnością.

- Chcesz najpierw obejrzeć pokoik? — spytał, a w jego głosie pobrzmiewała czysta, niemal chłopięca ekscytacja. Ledwie w ostatni weekend, klnąc pod nosem na smugi i poprawiając każdy detal, skończył malować ściany na słomkowożółty kolor. To był odcień, który Erin wybrała zdalnie — ciepły, uniwersalny dla obu płci i kojący, a nie przytłaczająco energetyczny. Joshua był dumny z efektu; chciał, by to miejsce od progu mówiło jej, że jest wyczekiwana, a ich przyszłość ma już swoje konkretne, jasne ściany.

Leaving on the jetplane

: czw lut 19, 2026 9:48 pm
autor: Erin St. Clair
Zmarszczyła brwi w udawanym gniewaniu się na to, że zauważył nieidealny moment jej snu. Ale kiedy już biegła do domu, nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Z lekkim zaskoczeniem przyjęła fakt, że przyklęknął przed nią na kolano. Josh pod tym względem był obłędny. Dbał o szczegóły, o których większość ludzi zapominała. Wazon na kwiaty, lampka na ganku zapalona na wypadek późnego powrotu, czy wreszcie pęk kluczy spięty w tak uroczy sposób. I ten breloczek.
-Ale wiesz, że nie mam jeszcze brzucha? — zażartowała, wplatając dłonie w jego włosy i mierzwiąc je trochę.
Wykorzystała jego wzrost jako swoją podporę, kiedy zsuwała buty pięta o palce, zostawiając mu widok stanowczo za cienkich skarpetek jak na kanadyjską pogodę. Za to były w pingwiny, więc to już coś.
- Chodź tu. - Zakomenderowała, przyciągając jego twarz do swojej, by pocałować go w geście podziękowania.
- Jeszcze będziesz miał dość pomagania mi. Dziękuję.
Uśmiechnęła się do niego czule, patrząc tak, że nie musiała już nic mówić.
Spoważniała, przyjmując klucze, i zadarła głowę, żeby spojrzeć w jego oczy — tutaj różnica wzrostu nie sprzyjała za bardzo. Kiwnęła głową i zasalutowała dłonią, w której podzwaniały klucze.
- Zatem będę klucznikiem!
Odwróciła się z rozbawieniem, zaczynając oglądać dom z ciekawością małego dziecka, które właśnie odkryło idealne miejsce na kryjówkę dla siebie i swoich kolegów.
- Mamy kominek?
Zapytała trochę naiwnie, po czym klasnęła w dłonie z zadowoleniem, widząc że w salonie pyszni się piękny, ceglany miotacz atmosfery. Spojrzała z radosnym błyskiem w oczach na Josha, nawet nie próbując ukryć swojej radości i podniecenia. Kto wie, kto tu przed kim będzie klękał dzisiaj…
Na moment zawahała się nad jego pytaniem. Strasznie chciała wziąć najpierw prysznic i zmyć z siebie podróż, ale on nawet nie próbował ukryć swojego podekscytowania. Nie byłaby w stanie mu tego odmówić, więc przymknęła lekko oczy, swoją ekscytację zastępując czułym ciepłem.
- Żartujesz? No pewnie, że chcę!
Wzięła go za rękę i pociągnęła w kierunku schodów na górę.
Przygryzając obie wargi weszła przez otwarte przez niego drzwi, chłonąc każdy detal. Powolutku delektowała się fakturą mebli, zapachem niedawnego malowania, ciepłem miejsca i słońca wpadającego przez okno, na którym brakowało tylko zasłonek w jakiś dziecięcy wzór. Brązowe tęczówki przesuwały się leniwie po sztukaterii i drewnianej podłodze, a ona sama czuła, że jest w domu.
- Jest piękny! - głos lekko zadrżał, zanim podeszła do niego, objęła go ręką w pasie i przytuliła się do jego boku.
- Ale jestem obrażona, że pomalowałeś wszystko sam! Specjalnie kupiłam ogrodniczki do tego.
Jej usta ściągnęły się w memiczny, przekrzywiony dzióbek zawodu, ale zaraz rozciągnęły się w szelmowskim uśmiechu.
- Planowałam mieć na sobie tylko je.

Joshua Rhodes