Strona 1 z 3

Cold sparks

: wt lut 17, 2026 2:28 pm
autor: Lian Mei

Czasami cisza traciła swoją magiczną właściwość i zamiast, jak to z założenia by wynikało, oferować przestrzeń w której łatwiej się oddychało, jeszcze bardziej uwidaczniała to, na co człowiek akurat nie chciał patrzeć. W przypadku Liana były to myśli kotłujące się ciężką, niejednolitą masą i sprawiające, że od kilku dni miał nieodparte wrażenie jakoby gotował mu się mózg.
Ponad pięćdziesiąt cztery godziny - tyle minęło odkąd ostatnio udało mu się skutecznie zamknąć oczy na dłużej niż dwie minuty, liczył skrupulatnie, jak nastolatka odmierzająca czas od ostatniej schadzki z ukochanym, aczkolwiek Lian nie był do końca przekonany, czy ten rodzaj relacji oddawał koloryt i dynamikę jego burzliwego związku ze snem. Wątpił.

...ktoś chyba odpadł. Ja pierdolę, co to za gówniarz, kto go tu przyprowadził?
Kto go wpuścił?
Zrzyga się na kanapę, założę się. Lian?
Mrugnął słysząc swoje imię; nie uśmiechnął się, ale nie było w tym nic nowego, podobnie jak w nieco opóźnionej reakcji. Mei operował w dziewięćdziesięciu procentach swojego okresu czuwania albo w zawieszeniu wynikającym z niedospania albo po prostu trzymał się uparcie swojego milczenia po prostu się zastanawiając, lub dając otoczeniu chwilę na autorefleksję. Ewentualnie miał w dupie wspomniane otoczenie i prawdopodobnie to przeważyło.

Dobra, kogo to obchodzi. Wszyscy wiedzą jak tacy kończą na imprezach, dobrze jak rano obudzi się tylko z kacem. Kto idzie na fajkę? Lian?
Lian nie pali! 一 obruszyła się dziewczyna, której imienia nie pamiętał. Kojarzył natomiast, że wyjątkowo często i chętnie odpowiadała za niego na większość pytań, jakby była jebaną wikipedią otwartą na jego krótkiej notce biograficznej i instagramem dopowiadającym resztę.
Miała też bardzo ładny choker, prosty i z zawieszką z podrabianego złota w kształcie księżyca, chociaż Lian chętniej zobaczyłby w tym miejscu gwiazdę. Właściwie to cały choker wolałby oglądać na innej szyi, bo o tyle o ile dziewczyna z pewnością była na swój sposób sympatyczna, tak...

Zresztą chuj w to, obstawiam, że za godzinę ktoś zaciągnie go do kibla, dobrze mu tak. Nie trzeba było się wpychać.
...zmienił zdanie. Była idiotką, jedynie dobrze kamuflowała to z samego początku.
Albo nie słuchał, prawdopodobnie to drugie.
Niechętnie odkleił się od zaprzyjaźnionej ściany, otrzepał golf z drobinek białego tynku i wychylił się powoli w przód, by sięgnąć po płaszcz i przewiesić go sobie przez ramię wraz z długim szalikiem.

Och? 一 przemówiła Idiotka, na co Lian jedynie uśmiechnął się bardzo płasko, bardzo przeciętnie i celowo bez staranności w tuszowaniu czynnego żalu. 一 Już wychodzisz? Tak szybko?
Zasiedziałem się 一 wyprostował kategorycznie, chociaż tak cicho, że jego głos ledwie przebijał się poprzez kakofonię śmiechów, ćwierkających o siebie szklanek i nijakiej muzyki. Jedynym jej plusem było to, że była rytmiczna, od ostatnich paru minut skupiał się głównie na tym.
Nie dał się wmanewrować w szantaż emocjonalny, mimo że Idiotka napomknęła coś nawet o tym, że sama będzie się wkrótce wybierać do domu, zahaczyła - niby nic, prawie wcale - że może poszłaby piechotą. Może mieszkają w tej samej dzielnicy.
Lian wiedział z kim będzie wracał tej nocy, choć nie miał jeszcze pewności w jakim kierunku ani czy całkiem pieszo.


Kanapa była zaskakująco twarda i może to i lepiej, bo w tym stanie jakakolwiek wygoda groziła rozleniwieniem. Wyglądali z boku na bardzo osobliwy kadr, miał pojęcie: z prawej strony przygarbiony, zupełnie niepasujący do rytmu domówki, fantazyjnie kolorowy dzieciak w pastelowych miętach, bordo maźniętym na trampkach i jasnych jeansach przypominający pstrokatą, egzotyczną papugę. Z prawej konsekwentnie czarny, blady malkontent, a trzymając się ptasiej symboliki, on w tym rozdaniu piastował rolę wielkiego żałobnego ptaszyska.
Przez chwilę Lian po prostu patrzył bezczelnie na chuchro uczepione prawie pustej szklanki wetkniętej między uda, w dłonie, z wykwitem niezdrowych rumieńców na pyzatych policzkach i tonący w zbyt dużym swetrze.
Bardziej czuł niż widział, że Idiotka wciąż obserwuje, a wraz z nią Palacz i Gaduła.

Podpuszcza go, zobaczysz. Nie zagadałby do takiego, nie na serio, nie? 一 Rozterkotane Trio nie było za pan brat z dyskrecją. Słychać ich było aż na kanapie, głośno i wyraźnie, dlatego przez moment Lian obserwował własne dłonie splecione w koszyczku palców na kolanach. Rozważał, czy dla chwilowej satysfakcji warto było ryzykować kontuzję.
Hej 一 odezwał się w końcu, z tym samym skupionym i jednocześnie sterylnie neutralnym wyrazem twarzy zwróconej w kierunku Zmarnowanej Miętówki. 一 Powiesz mi jakie kurwa nieszczęście skłoniło cię do... tego? 一 końcem długiego palca wskazującego Lian stuknął w papierowy kubek trzymany kurczowo przez nieznajomego jak ostatniej deski ratunku.


Daniel Moore

Cold sparks

: wt lut 17, 2026 5:45 pm
autor: Daniel Moore
1
Studenckie imprezy zdawały się być ostatnim wydarzeniem, na jakim spodziewałoby się znaleźć zapalonego introwertyka, którego perfekcyjny wieczór składał się z siedzenia na kanapie we własnej piwnicy z podręcznikiem od chemii i kubkiem gorącego kakao z bitą śmietaną. Daniel nie potrafił do końca zrozumieć jak dokładnie znalazł się w tej sytuacji, nawet jeśli świadomie podejmował wszystkie decyzje doprowadzające go do tego momentu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Przebywanie wśród ludzi samo w sobie nie było wyzwaniem, w ciągu ostatniego roku miał okazję odwiedzić już kilka domówek swoich rówieśników, ciągnięty przez znajomych siłą lub szantażem emocjonalnym, jednak pierwszy raz wskoczył na tak głęboką wodę, w miejscu, gdzie znał zaledwie dwie osoby. No, oficjalnie tylko jedną.
Oferta zabrania się z Milo i jego chłopakiem na schadzkę towarzyską, ze średnią wieku o kilka lat wyższą od jego typowego otoczenia, wzięła go z zaskoczenia już kiedy bezmyślnie dopytał go o tego jednego znajomego na instagramie i dowiedział się, że mógłby spotkać go na żywo. Plan działania nie był jasny nawet dla niego samego - miał pojawić się w tym samym miejscu i... Tutaj kończyły się czytelne instrukcje, a jednak potwierdził chęć skorzystania z okazji na tyle entuzjastycznie, że późniejsza rezygnacja zwyczajnie nie wchodziła w grę, nawet jeśli przed samym wyjściem z domu stres ledwo pozwolił mu wygrzebać się spod kołdry. Ostatecznie ciekawość i ten pierwiastek jego osoby, który naprawdę chciał znaleźć się w przynajmniej względnie tej samej przestrzeni co tajemniczy pianista, zaciągnęły go do obcego mieszkania wypełnionego nieznajomymi twarzami, silnymi basami i zatrważającą ilością napojów alkoholowych. Nie był to problem, Daniel stronił od procentów i niezbyt kusiło go by zmieniać ten stan rzeczy, więc tradycyjnie wypełnił sobie kubek sokiem pomarańczowym i, za zachętą jednej uśmiechniętej blondynki z tuzinem pierścionków na palcach, dolał do niego trochę słodkiego syropu z granatu i zaczął kręcić się między ludźmi. Po drodze stracił z oczu Milo i w chwili większej odwagi wkręcił się w dyskusję o komiksach z siedzącą w kącie salonu grupką podzieloną na obóz Marvela i DC, jednak na trzecim kubku słodkiego miksu coś zaczęło się zmieniać. Świat wkoło zdawał się pulsować, każde przenoszenie wzroku między twarzami rozmówców wymagało ponownego łapania ostrości, a jego głowa zaczynała wypełniać się watą. Potykając się początkowo o słowa, a później o własne nogi, przeszedł chwiejnie do pobliskiej kanapy by uniknąć bliskiego spotkania z podłogą podczas nagłego piruetu wykonanego przez otaczających go ludzi i ściany. Wziął głębszy oddech, próbując zidentyfikować czy kojarzył te objawy z jakimkolwiek wcześniejszym atakiem migreny, czy może zwyczajnie dogonił go stres jaki dał radę przełknąć podczas pakowania się w swój ulubiony sweter przed wyjściem z domu, zanim jednak dotarł do jakichkolwiek wniosków, kanapa po jego prawej łagodnie się obniżyła i instynktownie przesunął się o centymetr w drugą stronę, by zrobić więcej miejsca dla osoby, która zdecydowała się do niego dołączyć. Jedynie nie spodziewał się, że ta faktycznie się do niego odezwie.
- Huh? - mruknął, jedynie na wpół rejestrując zadanie pytanie i podnosząc zdezorientowane spojrzenie na obcego człowieka, a przynajmniej na tę rozmazaną, ciemną masę, którą zobaczył przed oczami. Zamrugał dwukrotnie w próbie skupienia wizji, kojarzącej mu się z tym, co widział zaraz po pobudce, jednak gdy to także zawiodło, wsadził dwa palce pod okulary by przetrzeć powiekę i manualnie pozbyć się zamglenia wzroku. I dopiero po tym zdał sobie sprawę z kim tak właściwie miał do czynienia. Z dłonią wciąż uniesioną na wysokość twarzy zamarł w miejscu jakby w jego umyśle właśnie strzelił jakiś bezpiecznik, a jedynym znakiem dalszych funkcji życiowych zostały zalewające się intensywną czerwienią policzki. Wykopał się z zawieszenia po koło dwóch sekundach, zdających się trwać wieczność, opuszczając jednocześnie wzrok, jak i rękę, którą prawie wytrącił sobie kubek spomiędzy nóg. Faktycznie wytrącił go dopiero, kiedy rozsunął kolana na wcześniejszy, fałszywy alarm i w nagłym zrywie złapał go zanim ten zdążył polecieć na dywan, chociaż po drodze rozlał odrobinę zawartości zarówno na drugą dłoń, jak i na spodnie, zostawiając na materiale lepkie plamy. - Przepraszam - rzucił instynktownie, chociaż sam był w tej sytuacji swoją jedyną ofiarą. Dopiero gdy ponownie trzymał kubeczek w stabilnym chwycie obu dłoni, spoglądając na niego intensywnie, jakby ten miał za chwilę samoistnie z nich wyskoczyć, przypomniał sobie pytanie Liana. - Do czego? Och, n-nie, żadne nieszczęście, ja... Um... - urwał i zmarszczył czoło, tracąc wątek. Nie był tylko pewny czy przez ogólne zaćmienie umysłu trzymające się go od ostatnich kilkunastu minut, czy przez nagłą obecność człowieka, który na żywo wyglądał jeszcze lepiej niż na zdjęciach. - Nic mi nie jest, tylko mi się t-trochę zakręciło w głowie, b-bo... - uciął, tym razem z prostego problemu w postaci braku faktycznego wytłumaczenia. Jednak szybko jego uwagę przejęła inna kwestia. - Hej - palnął, dopiero po tym orientując się, że ten nie czytał mu w myślach. - Nie przywitałem się, wcześniej. To... Wybacz. Uh, hej - powtórzył, uznając błąd za naprawiony, chociaż rumieniec dobijający do czubków jego uszu i odmowa by ponownie spojrzeć mężczyźnie prosto w twarz opowiadały własną historię.

Lian Mei

Cold sparks

: śr lut 18, 2026 12:32 am
autor: Lian Mei
Nie spieszyło mu się.
Mógł, naprawdę mógł, obserwować przez dłuższy czas jak dzieciak wciera sobie palce w oko, jak mruży powieki i szuka ostrości, rozlewa ulepek po kolanach, rękach i kanapie. I wcale nie przeszkadzało mu to, że dzieciak się jąkał, bo był w stanie przełożyć to sobie na osobliwe ostinato choć nie do końca rozumiał z czego wynikało.
Problem polegał na tym, że Daniel grał swoją solową partię zbyt pianissimo quasi niente, a otoczenie złośliwie postanowiło koncertować fortissimo possibile. Rozbieżność dynamiki sprawiała, że choć z początku Moore odsunął się z grzeczności, Lian przysunął się zupełnie bezrefleksyjnie, siłą nawyku i potrzeby.
Zazwyczaj ciężko było stwierdzić na co dokładnie patrzył; źrenice od tęczówek nie oddzielała bariera koloru, więc czerń wymieszana z czernią utrudniała zadanie, mimo to gdy pochylił nieznacznie głowę wyraźnie dało się zauważyć, że wodził spojrzeniem po posklejanych, rozdygotanych palcach Daniela.
Hej? 一 Ni to stwierdził ni zapytał, choć krótkie, ledwo słyszalne prychnięcie bezbarwnym śmiechem przepchnęło mu się przez usta; właśnie go rozpoznał.
Do niedawna zajmował wynajmowane mieszkanie w centrum, gdzie hałas i nudny betonowy pejzaż doprowadzał go do apopleksji, więc odliczał dni do końca remontu zleconego przy The Kingsway numer szesnaście. Wprowadził się miesiąc temu i poza odkryciem starej śliwy na tyłach klaustrofobicznego ogródka zauważył, że jak na listopad dzieciak sąsiadów dość często wałęsał się po ich stronie płotu. Początkowo nie obeszło go to szczególnie. Był zajęty nacieraniem drewnianych podłóg mieszanką oliwy z sokiem z cytryny, myciem okien i planowaniem rozstawienia każdego mebla, by energia przepływała przez dom harmonijnie, nie zaprzątał sobie więc głowy jakimś podlotkiem plączącym się bez celu w zasięgu wzroku.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jego mały pyzaty stalker siedział mu tuż przed nosem i zalewał się ponczem.
Olśnienie przebiło się przez bardzo mętną plątaninę gęstych, kleistych myśli i wyciągnęło oszczędny uśmiech na jego wąskie wargi.

Twój pierwszy raz? 一 zapytał wskazując ręką na kubek, a czując, że pytanie w tych okolicznościach mogło nie być wystarczająco jasne, postanowił doprecyzować: 一 Po kolorze zgaduję, że ulepek zamaskował smak alkoholu. Mogę?
Pytał z uprzejmości, bo i tak rozsunął mu palce swoimi i odkleił go od kubka.
Ciepłe dłonie. Bardzo, bardzo ciepłe dłonie.
Zauważył natychmiast, bo kontrast pomiędzy temperaturą dłoni Daniela a jego własną był wręcz niewiarygodny, mimo to nie zdradził się niczym, co sugerowałoby, że tknęło go coś tak prostego. Skupił się na resztce słodkiego drinka, do którego ledwo przychylił nos i zaraz już go marszczył.

Obstawiam, że to wódka. Może miks z... naprawdę nie zauważyłeś? 一 Jego brwi zbiegły się nad prostym nosem, gdy przez moment z uwagą sondował twarz Moore'a jakby próbował wykryć oszustwo. Nie odnalazł nic poza najszczerszym, niezakłamanym zagubieniem i niewiadomego pochodzenia wstydem.
Po chuj on tam jeszcze z nim siedzi?
Lian odetchnął przez nos raz, drugi, ciężko i powoli, w zamyśle uspokajająco, ale im dłużej trzymał się na nogach bez snu tym bardziej skracał mu się lont. Ręka drgnęła mu, jednak nie dość by pójść w ślady Daniela i rozlać poncz. Wyprostował się, uniósł spojrzenie na tę małą jąkałę i podjął decyzję zanim zakwestionowałby ją więcej niż raz.

Potrzebujesz wody 一 stwierdził bez ogródek, odstawiając kubek na pierwszy z brzegu wolny skrawek parapetu po czym chwycił dzieciaka za nadgarstek (łokieć? Przedramię? Przez sweter ciężko było ocenić) i pociągnął do góry, prowadząc slalomem między powyciąganymi nogami tych, dla których impreza skończyła się wcześniej. W połowie drogi do kuchni zmienił jednak konfigurację i wmanewrował go przed siebie, oburącz trzymając w pionie za ramiona i nawigując nim zręcznie w taki sposób, by nie napatoczył się na agresywny róg mebla albo czyjeś rozbiegane ręce.
Spokojnie, trzymam przecież 一 mruknął mu bez entuzjazmu na ucho, kiedy Moore omal nie wyrżnął na podwiniętym dywanie. 一 Czy ty się boisz własnego cienia?
Nie zdziwiłby się.
Udało mu się dopchnąć ich obu bezkolizyjnie pod zlew (uprzednio płosząc spod niego grupkę równie nieletnich co Daniel, patrzących na niego z taką urazą jakby co najmniej zagroził, że wyssie im dusze przez nos) gdzie pomógł Danielowi oprzeć się plecami o lodówkę, a sam przegrzebał szafkę w poszukiwaniu przyzwoicie czystej szklanki.

Myślę, że możemy sobie pomóc nawzajem. Bo oczywiście bardzo chciałbyś mi pomóc, prawda? 一 jedną dłoń oparł o swoje kolano, w drugiej trzymał szklankę z wodą którą podał mu gdy pochylił się odpowiednio nisko, w sam raz do jego poziomu. Uśmiechnął się nawet - nijako bo nijako, ale zawsze - i unieruchomił go bardzo obligującym do udzielenia pozytywnej odpowiedzi spojrzeniem. 一 Chciałbym urwać się stąd wcześniej, w miarę sprawnie i bez konieczności wymyślania wymówek. Ale gdybyś, powiedzmy, ty był moją wymówką... nadążasz za tym co mówię? Ty... właściwie to jak masz na imię?


Daniel Moore

Cold sparks

: śr lut 18, 2026 2:27 am
autor: Daniel Moore
Już kiedy zaczynał odzyskiwać wrażenie, że chociaż minimalnie panuje nad sytuacją, w krótkim odstępie czasu wydarzyło się kilka rzeczy zdolnych nawet w pojedynkę wytrącić go z niestabilnego poczucia kontroli. Najwidoczniej samo przywitanie się szokująco oznaczało jedynie początek interakcji z drugim człowiekiem. Po tym poleciało pierwsze pytanie, na które nie miał odpowiedzi. Nie było do końca jasne, czy chodziło o pierwsze pojawienie się w tym towarzystwie, oblanie się sokiem na imprezie, czy coś, czego nawet nie zarejestrował. Później przyszła informacja o alkoholu i chłodne palce wygrzebujące mu kubeczek spomiędzy palców, z czego oba starczały by ponownie zaserwować mu zawieszenie całego systemu, a razem tworzyły fascynującą przeplatankę kopiącą go dostatecznie, by wyprostował się jak struna.
- Ja nie... Uh, nie piję alkoholu? - poinformował go tonem brzmiącym bardziej jak pytanie niż stwierdzenie faktu. Splótł ze sobą palce, gdy tylko stracił dla nich zajęcie w postaci miętolenia papierowego kubeczka, aktualnie znajdującego się w rękach Liana, jednak słodki sok klejący jego skórę zwrócił jego uwagę dostatecznie by wziął brzeg dłoni między wargi w celu zlizania jednej z kropli. Zamarł w miejscu na wspomnienie o wódce, powoli odsuwając rękę od twarzy i spoglądając na nią nieufnie, po czym przeniósł lekko spanikowany wzrok na siedzącego obok mężczyznę i powoli pokręcił głową. W kilka krótkich chwil odczuł wachlarz silnych emocji, od bliżej nieokreślonego lęku, braku zrozumienia, przekonania o własnej porażce moralnej aż po, chyba najsilniejszy ze wszystkich, zastrzyk stresu. Nie powinien pić. Nie mógł legalnie pić. Nawet nie chciał pić. Ale przede wszystkim, rodzice go zabiją.
- Czemu? - dopytał bez zrozumienia na nagłą decyzję wyniesienia się z miejsca, które od początku zawrotów głowy stanowiło dla niego bezpieczną przystań, wpatrując się w pianistę oczami złapanego w sidła królika. Podniósł się do pionu, polegając bardziej na sile ciągnącej go w górę, niż na własnych nogach, które odmówiły posłuszeństwa już na pierwszych dwóch krokach i prawie wpakowały go w stolik złośliwie wyrastający spod ziemi prosto na jego drodze. - Okay - zgodził się ostatecznie, przekonany zwłaszcza wsparciem w utrzymaniu się w pionie, z wrażeniem, że i tak nie miał zbyt wiele do gadania. Zresztą, całą drogę był zbyt zajęty skakaniem między pomstowaniem nad tym, co powiedzą jego rodzice, jak zobaczą go w tym stanie, a próbami stawiania jednej nogi za drugą pomimo przekonania, że zarówno jego wzrok, jak i całe wnętrze czaszki, pulsowało do rytmu płynącej z głośników muzyki. Ustawiony w nowym miejscu oparł skroń o chłodne drzwi lodówki, korzystając z chociaż odrobiny ulgi i przytłumienia kakofonii dźwięków zalewających salon, chociaż nie pomogło to ani odrobinę w uciszaniu jego rozpędzonych myśli.
- N-nie, ja nie mogę przecież... Nie jestem... T-to był t-tylko sok. Ja nigdy... - bredził nieskładnie, nie do końca pewny czy mówił do samego siebie, czy próbował przekonać buszującego po szafkach mężczyznę, a może jednak tę parkę, która od zlewu przeniosła się zaledwie kilka kroków dalej i zdawała się nie zwracać już na nich najmniejszej uwagi. Nie wyłapał momentu, w którym Lian zaczął się do niego zbliżać, stąd kiedy zobaczył go tuż przed swoją twarzą prawie wyskoczył ze skóry, wstrzymując oddech. Kolejne zawroty głowy niewątpliwie mógł zwalić na fakt, że cała krew z jego mózgu spłynęła do policzków. Przylgnął plecami do drzwi lodówki, jakby liczył na to, że jak dostatecznie się postara będzie w stanie stopić się z nimi w jedną całość.
- Z-zależy - wymamrotał instynktownie, bo nawet wytrącony z równowagi i tracący kontakt z rzeczywistością wiedział, by nie zgadzać się w ciemno na każdą rzuconą w jego stronę propozycję. Nawet jeśli oferent miał bardzo ładne oczy, którymi zdawał się przyszpilać go w miejscu i bardzo skutecznie hipnotyzować. Zagryzł dolną wargę, owijając palce wkoło podstawionej pod nos szklanki i próbując nadążać za rzucanymi w swoją stronę informacjami. - Daniel - odparł, łapiąc się na ponownej potrzebie podniesienia wzroku do ciemnych tęczówek, jako że podczas usilnych prób zrozumienia przekazu zaczął podświadomie śledzić ruch jego warg.
- Ale nie możesz... wyjść? Tak... tak po prostu? - upewnił się, potykając się na tej jednej części opowiedzianego problemu. - Bo ja też chyba chcę wyjść. T-tylko muszę... Chyba muszę dać znać M-milo - zadecydował, pozwalając by ta nowa misja rozproszyła go od stresu skręcającego mu żołądek w pętelkę. Albo był to efekt alkoholu. Na samą myśl o fakcie, że pierwszy raz doprowadził się do stanu podpicia - który swoją drogą nie był ani trochę przyjemny i nie pojmował dlaczego ludzie robili to sobie z własnej woli - i to nieświadomie, musiał wziąć głębszy oddech i przełknąć falę mdłości. Trzymana bezużytecznie w łagodnie drżących dłoniach szklanka wody w końcu się na coś przydała i wziął niewielkiego łyka na próbę.

Lian Mei

Cold sparks

: śr lut 18, 2026 4:02 am
autor: Lian Mei
Daniel okazał się być bardzo plastyczny, zarówno dosłownie, gdy trzymało się go w dłoniach i manewrowało jego ciałem w przestrzeni jak i na inne sposoby. Na ten przykład, Lian bardzo docenił jego układność i potwierdzenie, które szybko przegoniło zbędne pytanie o powody.
Praktycznie przez całą drogę współpracował na tyle, na ile do kooperatywy nadawał się człowiek w takim stanie, upierając się tylko śmiesznie, że przecież nie pił alkoholu.
W odpowiedzi jedynie... cóż, właściwie nie było żadnej odpowiedzi. Lian nawet nie westchnął uznając, że chwilowo większy priorytet miało nawodnienie delikwenta zanim zacznie się go wdrażać w szczegółowy plan.
Daniel 一 powtórzył za nim jak echo, bo w jego przypadku informacje lepiej zapadały w pamięć gdy miał okazję choć raz poczuć jak słowa układały się na języku. Podobnie było z melodiami, które o wiele sprawniej odgrywał dzięki pamięci mięśniowej i tym jak klawisze rozkładały mu się pod palcami niż po spojrzeniu na zapis nutowy. 一 Lian. I muszę cię rozczarować 一 wtrącił jeszcze, zaraz po krótkim rewanżu w postaci własnego imienia. 一 jesteś kompletnie pijany. Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie.
Nie wyglądał jakby naprawdę było mu przykro. Obserwował go sobie tylko z bardzo relatywnym zainteresowaniem, tak jakby uwagi starczało mu najwyżej na upewnienie się czy dzieciak nie zadławi się wodą. W gruncie rzeczy był po prostu zmęczony i musiał zawęzić zakres tego, na czym w danym momencie mógł się skupić.
Na wypadek gdyby dzieciakowi przyszło do głowy zmienić zdanie albo fiknąć do przodu - obie opcje zdawały mu się równie prawdopodobne - Lian wsunął obie dłonie do kieszeni długiego płaszcza i zatrzymał się przed nim na tyle blisko, że czubki bordowych trampków Moore'a zetknęły się z gumowym rantem jego glanów.

Rivera? 一 podłapał dość sprawnie, kiedy spośród kolejnych jojczeń i zbędnych tłumaczeń padło jedno słowo, które cokolwiek mu mówiło. Uniósł pytająco brew, obrócił się przez ramię, zupełnie jakby spodziewał się wyłapać w tłumie znajome cyfrowe czupiradło, ale oczywiście Milo nie znajdował się nigdzie w zasięgu wzroku. Dopiero po chwili zrozumiał, z dość dużym opóźnieniem, że Daniel jakąś ostatnią resztką rozsądku chwytał się czegoś, co w jego aktualnej sytuacji było odruchem godnym pochwały i Lian na tym marginesie trzeźwego przebłysku Moore'a postanowił chwilowo popracować.
Wyciągnął telefon i dla pewności, że obaj mówili o tym samym postrzelonym maniaku technologii pokazał mu profil na instagramie, na którym Rivera pozował jak pajac na tle wygranego pudełka Capri Sunów.

Ten? Poważnie, ze wszystkich osób akurat on? Dobrze, napiszę mu, że zabieram cię ze sobą, chyba utknął z Dylanem przy planszówkach na górze.
Albo rozkręcał coś bez glejtu i wiedzy gospodarza.
Krótka wiadomość: Hej, podobno znasz tę smętną łajzę Daniela. Masz go w znajomych, nie wykręcaj się. Jakiś kretyn pozwolił mu pić, więc odstawię kopciuszka do domu. Nic mu nie zrobię, słowo.
Nie dopisał czy było to słowo harcerza, jego własne czy wyimaginowane. Uznał, że i tak był wyjątkowo elokwentny, bo mógł jedynie przekazać krótko brzmiący komunikat. Rozwinął się tylko po to, by studiujący tekst Daniel poczuł, że treści w tej informacji było wystarczająco.

Masz tu gdzieś jakąś kurtkę? Nie przyszedłeś chyba bez niczego?
Nie, na pewno nie. Gdzie ten królewicz wmanewrował swoje klamoty?
Widząc jak chuchro zagłębia się w introspektywną podróż poprzez wszystkie chybione decyzje podjęte tego dnia, Lian tylko trącił szklankę w jego rękach od spodu, chcąc zachęcić go by napił się jeszcze trochę zanim wyjdą za próg. Kac prawdopodobnie i tak nie odpuści i był bardziej niż pewien, że z samego rana Moore pożałuje swojej naiwności, ale od momentu dzieliły ich jeszcze długie godziny.
Obserwując kątem oka poza czynnym żalem nie umknął mu wyraźny i znajomy grymas świadczący o strachu, podobnie jak trzęsące się dłonie i ogólne wrażenie, jakoby dzieciak zapadał mu się od środka w sobie. Dopiero wtedy ciężar sytuacji niemal wycisnął mu powietrze z płuc.

Czekaj. Czy ja dobrze myślę, że ty jesteś nieletni? 一 Jeżeli dotąd Danielowi wydawało się, że Lian wnikliwie mu się przygląda tak teraz mógł mieć niemal pewność, że prześwietlał go na wylot.
Zacisnął mocniej usta, zmrużył oczy - zaklął krótko.

Boisz się reakcji rodziców? 一 ton jego głosu o dziwo odrobinę złagodniał, nie było w nim nic z surowej oceny lub dezaprobaty. 一 Chcesz zostać u mnie do rana?
To była luźna propozycja. Nie naciskał, równie dobrze mógł odstawić go pod same drzwi z potwierdzeniem odbioru, bo nie istniała żadna rzeczywistość w której Lian mógłby zostawić go samego sobie i przypadkowi.

Nie mogę pozwolić ci po prostu wsiąknąć w tę kanapę czy... lodówkę, tak, widzę, że się zaprzyjaźniłeś. Zróbmy tak: ubierzemy cię teraz ciepło i zrobimy sobie długi spacer. Przetrzeźwiejesz, a pod koniec podejmiesz decyzję gdzie cię odstawić, co ty na to?


Daniel Moore

Cold sparks

: śr lut 18, 2026 11:49 am
autor: Daniel Moore
Oficjalne wymienienie się imionami z człowiekiem, którego personalia znał już od przynajmniej dwóch tygodni, być może wydawałoby mu się monumentalnym wydarzeniem, gdyby nie następująca po tym informacja. Spuścił wzrok na czubki stykających się ze sobą butów. Aż do pojawienia się Liana nawet nie rozważał tej opcji, a z każdym kolejnym, dosadnym potwierdzeniem z jego strony czuł się coraz bardziej głupio. I, pomiędzy resztą potencjalnych konsekwencji, które miały spaść na niego niezależnie od tego, czy zrobił to świadomie czy nie, było mu najzwyczajniej w świecie przykro. Nie był w stanie znaleźć jednego, konkretnego powodu, dla którego potrzebował chwili na wymruganie wilgoci z oczu, jednak mimo wszystko spróbował zrobić to w miarę dyskretnie. Podniósł jedną z dłoni by przetrzeć zgiętym palcem kącik oka i pokiwał głową w ramach potwierdzenia nazwiska znajomego, z którym się tam przypałętał. Mrużąc powieki przyjrzał się ekranowi telefonu, gdzie wyłapał znajomą twarz.
- Tak, to on. Lubię go. Jest miły - dorzucił w ramach wyjaśnienia, przez niedowierzające pytanie Liana czując potrzebę stanięcia w obronie mężczyzny, nawet jeśli wiedział, że ta dwójka już się znała. Inaczej nie znaleźliby się w tej sytuacji. - Dziękuję - mruknął, doceniając ofertę ogarnięcia tej kwestii za niego. Sam nie byłby do końca pewny jak wytłumaczyć sytuację przed Milo by nie brzmieć jak całkowicie zagubiony życiowo dzieciak. Gdy ponownie dostał wgląd w mały, świecący ekranik zapełniony drobnymi literkami, potrzebował kilku sekund na złapanie ostrości, w pewnym momencie przymykając jedną powiekę w próbie ustabilizowania wirujących kropek i kresek, po czym jednak poddał się i uznał, że samo wspomnienie własnego imienia starczy, by uznać informacje za przekazane. Naprawdę nie chciał, by Rivera później miał mu za złe, że wyszedł bez dawania mu znać. Sam nie przepadał, kiedy jego znajomi znikali bez śladu i musiał zachodzić o głowę, czy tylko poszli zapalić, czy już śpią we własnym łóżku. A były to tylko te neutralne i akceptowalne opcje.
- Nie, mam... Uh, m-mam kurtkę. Chyba przy... przy wejściu? - odparł i chociaż był właściwie pewny, że nie wchodził do budynku dalej niż na kilka kroków w odzieży wierzchniej, w razie czego wolał dać sobie bufor jakby jednak pamięć postanowiła go zawieść. Od kiedy sok okazał się nie być sokiem miał niewygodne wrażenie, że nie może tak do końca ufać własnej percepcji. O ile sam potwierdził chęć wyniesienia się z tego miejsca, na myśl o powrocie do domu robiło mu się słabo i nie potrzebował więcej zachęt, by skupić swoją uwagę na powolnym popijaniu wody. Musiał przyznać, że był to akurat jeden z lepszych pomysłów tego dnia, przynajmniej dał radę utrzymać w ryzach narastające mdłości. Słysząc pytanie o własny wiek automatycznie pokiwał głową twierdząco - do niedawna ta odpowiedź była dla niego oczywista - po czym zatrzymał się ze zmarszczką między brwiami i szybko pokręcił głową na "nie". Zapewne powtórzyłby ten proces jeszcze kilkakrotnie zanim doszedłby do konsensusu z samym sobą, gdyby nagły ruch nie zachwiał światem wkoło niego, przez co kontrolnie mocniej wbił biodra w lodówkę, by ponownie się ustabilizować.
- Skończyłem osiemnaście - zaoferował w ramach wyjaśnienia, jako że był w tej chwili w tym dziwnym wieku, gdzie teoretycznie od kilku tygodni mógł już decydować za siebie, ale w świetle prawa właśnie popełnił przestępstwo. Albo popełniła je osoba, która zapewniała, że w butelce znajdował się tylko sok z granatu, nie był do końca pewny jak to działało. Na wypowiedzenie przez Liana na głos tego, co siedziało mu w głowie od kiedy usłyszał słowo "alkohol", spojrzał na niego z pełną otwartością i nieskrywanym lękiem w szeroko otwartych oczach, odważając się na krótkie, wstydliwe skinięcie głową. Zaskoczyła go prostota tego pytania, brak drwiny, do której był przyzwyczajony, gdy temat dotykał jego rodziców i niezachwianego posłuszeństwa względem ich zasad. Każde ich odchylenie było ustalone i potwierdzone, jednak tym razem nie wiedział jak niby miałby być w stanie to odkręcić, kiedy bał się nawet zadzwonić do matki.
- U ciebie?! - powtórzył zaskoczony propozycją, która nawet nie przeszła mu przez myśl jako opcja, z głosem wkradającym się o oktawę wyżej na samą myśl, że miałby spędzić noc w domu człowieka, do którego aktywnie wzdychał od kiedy pierwszy raz zobaczył go za płotem z okna pokoju. We własnym pojęciu mógł albo wrócić do domu, albo położyć się na chodniku po drodze i pozwolić, by żywioły się z nim zajęły. I prawdę mówiąc skłaniał się bardziej do tej drugiej opcji. Uciekł wzrokiem w bok, później na dół, w chwili rozproszenia prawie wypuścił szklankę z rąk i przycisnął ją do piersi by zapewnić jej bezpieczeństwo, po czym jednak zmienił zdanie i odstawił ją na dużo bardziej bezpieczny blat kuchenny.
Wyłożony przez Liana plan brzmiał sensownie, przynajmniej w pierwszej części. Obie opcje potencjalnego miejsca na spędzenie nocy brzmiały jednak jak wybieranie między złym a jeszcze gorszym. Z jednej strony mógł pójść do domu mężczyzny, który samym staniem obok odbierał mu zdolność sensownego składania zdań i wypowiadania głosek, w nadziei, że do końca dnia nie padnie na zawał ani nie wygłupi się przed nim jeszcze bardziej. Z drugiej czekał na niego zawód rodziców, większy niż kiedykolwiek wcześniej, wiążący się zapewne z utratą ich zaufania. Nie wiedział, która opcja przerażała go bardziej. Rzucił niespokojne spojrzenie na twarz mężczyzny i nerwowo przełknął ślinę.
- O-okay. Okay, możemy... się przejść - zgodził się na przynajmniej tę część planu, nie chcąc podejmować w tej chwili żadnych innych decyzji. Wysunął się spomiędzy Liana i lodówki, po drodze nieświadomie przydeptując mu czubek glana, po czym skierował się w stronę wyjścia. W pierwszej chwili błędnie - obrał zły kierunek i prześlizgując się po framudze, której nie dał rady ominąć, wszedł przez otwarte drzwi do niewielkiej spiżarni przyłączonej do kuchni. Z wyrazem dezorientacji malującym jego rysy twarzy wycofał się z powrotem do kuchni i, trącając Liana ramieniem, za co rzucił mu mamrotane przeprosiny, obrócił się w stronę faktycznego wyjścia z pokoju by ruszyć pewnym, a przynajmniej to sobie wmawiał, krokiem do drzwi wejściowych. Dotarł, jakoś, po drodze zataczając się i manewrując między ludźmi, a gdy dopadł do zawalonego płaszczami wieszaka miał szczęście znaleźć swoją granatową kurtkę puchową na podłodze tuż pod nim, zapewne strąconą przez ostatnią osobę, która wybyła z imprezy. Pochylił się, by zgarnąć ją z ziemi, bujnął się do przodu, gdy zorientował się, że źle wymierzył odległość i nie był w stanie do końca sięgnąć, po czym widowiskowo wpadł twarzą prosto w ścianę, zdradzony przez własne poczucie równowagi.


Lian Mei

Cold sparks

: śr lut 18, 2026 2:49 pm
autor: Lian Mei
Lian miał wiele okazji zaobserwować w jaki sposób muzyka oddziaływała na niektórych co bardziej wrażliwych ludzi. Łzy wzruszenia chowane wstydliwie za karnecikiem, wstrzymany oddech, podrygiwanie kącików ust - owszem, znał to, świadkował, uczestniczył. Ale żeby dzieciak rozpłakał mu się centralnie vis-à-vis? A przecież nawet wyjątkowo starał się przedstawić z lepszego profilu.
Hej, zachowaj ten dramat na później. Skup się, możesz?
Ale wątpił, by poza skojarzeniem znajomej twarzy Daniel był w stanie rozcyfrować pełną wiadomość. Na ten moment Lian miał nawet wątpliwości, czy Moore byłby w stanie podać mu bezbłędnie swój pełny adres. Gdyby nie to, że wiedział z pierwszej ręki pod które drzwi odstawić to chyboczące się na skraju załamania nerwowego chuchro, zapewne nie pchałby się tak ochoczo w cały ten projekt. Nie udzielał się charytatywnie, nie praktykował spontanicznych wycieczek z najebanymi znajomymi do ich mieszkań jak niby-ulotki, nie miękło mu serce na widok rzygającego nad kiblem kumpla. Był raczej z tych, którzy robią zdjęcia i wyciągają je w odpowiednim momencie, kiedy akurat czegoś mu było trzeba, lub gdy po prostu miał taki kaprys.
Z tym, że to nie był żaden z jego samoświadomych, dorosłych i irytujących kolegów, co do których wiedział, że odprowadzą się sami i ogarną własne zapijaczone mordy. Dzieciak był młody, niedoświadczony i, co oczywiste, przerażony, przez co kwalifikował się idealnie na myśliwskie trofeum krążących po każdej domówce łowców okazji. Nawet teraz kątem oka Lian był w stanie wypatrzeć przynajmniej jednego z takich oportunistów, gapiących się na Daniela jak sroka w gnat i czekających, aż zostawi go samopas. Na samą myśl robiło mu się niedobrze, a ręce zyskiwały charakterystyczną lekkość i cel.

Miły. Jasne. Podobno 一 przytaknął z oczywistym powątpiewaniem w istnienie tej wersji Rivery, ale wdawanie się w tej chwili w tak zbędną dyskusję odpuścił nawet nie podejmując tematu. 一 Dasz radę ją znaleźć, czy ciężar odpowiedzialności cię przytłoczy?
Nie czekał na odpowiedź, po prostu gdy Moore poruszył się i zebrał w kierunku spiżarni, Lian pociągnął za nim jak wiktoriański upiór, który znalazł się na tej pstrokatej imprezowej widokówce wyłącznie z przypadku. Wiedział, że idą w złym kierunku, ale postanowił pozwolić Danielowi przekonać się o tym na własną rękę.
Nie skomentował - tylko spojrzał na niego tak oceniająco, że gdyby mógł, jego wzrok wystawiłby mu za tę próbę zlokalizowania wyjścia wielkie, tłuste F.
W tym czasie wciąż obracał w myślach to rzucone resztką rozbudzonej waleczności „skończyłem osiemnaście“ oraz dość ekspresyjnie wyrażone zdumienie, które rzecz jasna wydałoby mu się jak najbardziej na miejscu gdyby Daniel nie zachowywał się przy tym jakby zaproponował mu coś zdrożnego.

Wychodzisz? Tak szybko?
Znajome mrowienie na karku tylko pogłębiło irytację; postukiwanie glanem, gdy cierpliwie czekał aż Daniel zapakuje się samodzielnie w kurtkę również pojawiło się dopiero, gdy dziewczę wyfrunęło nieoczekiwanie z jednego z pokoi i zaatakowało frontalnie, tak, jakby tylko czekała by zdybać ich w progu.
Lian spojrzał znacząco na Moore'a, a widząc, że jego głowa zbliża się z niebezpieczną prędkością w kierunku ściany wyciągnął rękę, chwycił go za tył swetra - ale niestety nie zdążył w porę i dzieciak cmoknął twarzą ścianę. Mei skrzywił się z politowaniem.

Tak sądzę 一 odparł mocno neutralnie, po czym zaangażował się w postawienie Moore'a z powrotem do pionu i pochylił się, żeby zapiąć mu kurtkę. 一 Powiedz... znajomym, że coś mi wypadło.
Dziewczyna odetchnęła głęboko z nieukrywaną frustracją, spojrzeniem najpierw monitorując słaniającego się na nogach Daniela, a następnie zadarła głowę by zerknąć na twarz Liana, jakby tylko z niej mogła wyczytać czy ten mówił poważnie czy odjęło mu rozum.

Serio? Nawet kurwa nie pamiętasz imion?
Rozległ się głośny, zamaszysty zgrzyt zamka, udało się nawet nie zaciąć Daniela, którego chwilę wcześniej dla wygody Lian ustawił pod ścianą dla równowagi.

Nieszczególnie. Nic osobistego, problem z zapamiętywaniem.
Problem z zapamiętywaniem? 一 powtórzyła po nim, z twarzą ściągniętą w jakimś paroksyzmie furii i niedowierzania. W ostrej kontrze do tej skrajności stał Lian, który po upewnieniu się, że Daniel poprawnie założył czapkę, spojrzał na kipiącą narastającym gniewem alternatywkę wyjątkowo płasko i bez skruchy. 一 Myślisz, że co, że jesteś na nas za dobry? Jebany grajek, który ma w dupie plebs?
Czy to wygląda jakbym miał? 一 zgrzytnął chłodno, jednocześnie wskazując palcem w stronę grzejącego się w kurtce Daniela. 一 Mam po prostu inne priorytety.
Pierdol się.
Nie zapomnę. Pozdrów znajomych, obsmarujcie mnie później z klasą.


Wyprowadzenie Moore'a na zewnątrz było jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jaka przytrafiła mu się w ciągu ostatnich kilku godzin. Zimne, wilgotne powietrze obkleiło ich z miejsca, dźwięki hałaśliwej muzyki z każdym krokiem przykrywała cisza, a zważywszy na godzinę, każdy kto sporadycznie przewijał się przez wyludnioną ulicę posiadał albo cel albo pecha. Nikt nie zagadywał, to nie była pora na nowe znajomości.

Podjedziemy metrem 一 zarządził, gdy po raz trzeci w odstępie kilkunastu metrów musiał chwytać Daniela za łokieć, by ten nie przywitał się z bliska z latarnią. 一 Tylko nie wyskakuj mi z legitymacją, kupię ci normalny, a ty na wypadek kontroli siedzisz cicho, tak?


Daniel Moore

Cold sparks

: śr lut 18, 2026 4:36 pm
autor: Daniel Moore
Mrowienie kości policzkowej, która zamortyzowała jego bliskie spotkanie ze ścianą, towarzyszyło mu przez cały, przydługi proces znajdywania odpowiednich rękawów i przeciskania przez nie rąk - lewej dwukrotnie, jako że za pierwszym razem rękaw swetra niekomfortowo mu się zawinął i musiał powtórzyć wszystkie kroki od nowa. Słuchał wymiany zdań zaledwie jednym uchem, rozproszony faktem, że Lian wziął na siebie dokończenie zadania i aktualnie walczył z zapinaniem jego kurtki, podczas gdy sam przewracał swoją czapkę na lewą stronę i z powrotem, próbując rozszyfrować która była poprawna. Dopiero podniesiony głos nieznajomej i sypiące się na prawo i lewo wulgaryzmy zwróciły jego uwagę dostatecznie by posłał krzywe spojrzenie kolejno Lianowi, a później wyraźnie niezadowolonej dziewczynie. Odgarnął sobie kilka loków przyciśniętych do czoła przez czapkę, by przestały wchodzić mu do oczu, odczuwając narastające nerwy wynikające ze znajdowania się trochę zbyt blisko ciętej wymiany zdań, w którą pośrednio został wciągnięty przez wymierzony w swoim kierunku palec. Mimo wszystko pamiętał, że Lian chciał od niego wymówki na wymiganie się z zostawania na imprezie dłużej, więc zamiast skulić się w sobie jak to miał w naturze, uczepił się brzegu rękawa mężczyzny i łagodnie za niego pociągnął by dać mu znać, że jest gotowy do wyjścia.
Chodnik okazał się bardziej zdradliwy niż wyłożona panelami podłoga, a trampki znacznie mniej przyczepne niż pamiętał. Prawie wyrżnął jeszcze na ścieżce prowadzącej od drzwi domu do głównej drogi, szybko ucząc się, że Mei był znacznie bardziej stabilny od niego. Niezwykłym plusem był w tej chwili fakt, że chociaż Daniel był świadom przybierania coraz to nowszych odcieni zwykle przeznaczonych dla różnych szczepów pomidorów, aktualnie był w stanie zwalić to na zimowe powietrze skubiące go w rozpalone policzki.
- Bo... A. No tak. Bo jestem... Okay, spróbuję - potwierdził i poprawił na nosie oprawki okularów, przekrzywione od licznych akrobacji, z jakimi musiał się sobie poradzić w ostatnim czasie. Niewątpliwe, że nosił je krzywo jeszcze od momentu, gdy wpakował się w ścianę, ale ciężko było to określić - jego podzielność uwagi leżała i aktualnie skupiał się na tym, by do niej nie dołączyć. - Skąd... Skąd wiesz gdzie mieszkam? - zadał pytanie, które zapewne powinno wpaść mu do głowy dużo szybciej, przykładowo kiedy Lian zaoferował mu odprowadzenie do domu jakby wiedział, że wracają w tę samą stronę. Fakt, że Daniel wiedział z kim ma do czynienia, nie oznaczał, że jego nowy sąsiad także był tego świadomy, w końcu wcześniej nie zamienili ze sobą ani słowa i nie mieli okazji wiedzieć się twarzą w twarz. Przez płot się nie liczyło.
Wpakował podgryzane zimnym powietrzem dłonie w kieszenie kurtki i wcisnął brodę trochę bliżej kołnierza, dopiero po dłuższej chwili marszu zaczynając odczuwać różnicę temperatur od rozgrzanego, nachuchanego przez masę ludzką budynku. Świeże powietrze pomagało, a na pewno ułatwiało mu kompletowanie myśli, wcześniej zgarnianych bezpowrotnie przez dudniącą muzykę i tuziny przekrzykujących się głosów. I chociaż miał wrażenie, że łatwiej mu się oddycha, pływające przed oczami kolory i kształty przypominały, że wyjście z imprezy było tylko pierwszym etapem planu. Z następnym krokiem kopnął kamyczek, który przeskoczył kilka płytek chodnikowych do przodu, stukając wesoło na cichej drodze.
- Często imprezujesz? Ja nie... jak widać. Nie lubię, przyszedłem tylko... Chciałem w sumie... - zaciął się, z umysłem oferującym mu absolutnie zero dobrych wymówek na zapchanie dziury, w którą właśnie się wkopywał. - Chy-chyba zobaczyć jak to jest - dokończył po zdecydowanie zbyt długim czasie, chociaż był z siebie wyjątkowo dumny, że znalazł akceptowalną odpowiedź i przy okazji nie skłamał. - Nigdy więcej - podsumował krótko, a w następnej chwili pisnął i gwałtownie wyjął rękę z kieszeni, by przytrzymać się rękawa mężczyzny podczas ślizgu na niepozornie wyglądającej kupce śniegu, pokrywającej pas czystego lodu. Z walącym sercem mruknął przeprosiny, nie liczył już które od kiedy zaczęli rozmawiać, i kontynuował spacer w stronę najbliższej stacji metra.
- I to... to przez nią chciałeś wy-wyjść szybciej? - podpytał, marszcząc czoło w reakcji na wspomnienie szorstkiego głosu i jeszcze gorszych słów. - Nie dziwię się, nie brzmiała zbyt... przyjemnie - dorzucił swoje trzy grosze i pociągnął nosem, na wpół z zimna, na wpół przez chwilę słabości, która kilkanaście minut wcześniej postawiła go na skraju łez. Zdążył zostawić to za sobą, chociaż miał wrażenie, że jeden niepoprawny ruch, albo nieproszona myśl, i wróciłby prosto w tak zwany dramat. Jedynie tymczasowe odroczenie potrzeby dywagowania nad własnym losem dawało radę trzymać go w ryzach. Podniósł wzrok ponad oprawkami okularów na rozjaśniające wieczór lampy uliczne, po czym złapał za jeden z zawiasów i zsunął je odrobinę niżej by widzieć więcej bez patrzenia na świat przez soczewki korekcyjne. Podniósł głowę i opuścił ją parokrotnie z nowoodkrytą fascynacją.
- Też widzisz gwiazdki? Tam o, wkoło? - upewnił się z lekkim śmiechem nachodzącym na chichot, wskazując palcem na jedną z lamp i rozrysowując nim w powietrzu kształt mający imitować to jak okrąg światła rozstrzeliwał na wszystkie strony, gdy Moore pozbywał się bufora w formie szkiełek. - Ładne.


Lian Mei

Cold sparks

: śr lut 18, 2026 10:52 pm
autor: Lian Mei
Po paru kolejnych gibnięciach ze strony plączącego się o własne nogi Daniela Lian postanowił, że trzymanie ręki na jego ramieniu z wczepionymi w nią palcami było jedynym rozwiązaniem przy którym nie musiałby bez przerwy testować własnego refleksu. Ustawiał go więc bez końca, za każdym razem bez słowa, cierpliwie, z powrotem na właściwy tor.
Skąd ci w ogóle przyszło do głowy, że wiem? Nic nie wspominałem 一 odparował automatycznie, lekko unosząc brew. Nawet nie skłamał, po prostu był pod łagodnym wrażeniem dedukcji Daniela w tak opłakanym stanie. Zaoferował mu bardzo krępujący, niekomfortowy moment ciszy, samemu delektując się nią jak rozciągniętym na kilka aktów przedstawieniem z bardzo werterowskim typem bohatera. 一 Ale masz rację, wiem.
Wiedział też, że Daniel zapewne oczekiwał rozwinięcia, tymczasem otrzymał kolejne niedopowiedzenie i ciszę mierzoną taktem kolejnych kroków.
Kątem oka obserwował pełną paletę różu i czerwieni jaką Moore wybarwiał się jak okwiecona pigwa na wiosnę i Lian skłamałby twierdząc, że nie domyślał się wcale przyczyny. Musiałby być kompletnie ślepy, a chociaż jego domeną był słuch, wzrok wciąż miał nienajgorszy.

Absolutnie 一 stwierdził bardzo prosto i szczerze, nie próbując nawet odrobinę stonować przekazu. 一 Po prostu od czasu do czasu muszę przypomnieć sobie, że naprawdę tego nienawidzę. W lewo, uważaj.
Znów musiał pociągnąć go w swoją stronę, na tym etapie spaceru traktując go już bardziej jako szmacianą lalkę niż człowieka z krwi i kości. Ledwie uniknęli słupa energetycznego, a Daniel znów wierzgnął i w zwierzęcej wręcz panice i prawie urwał mu rękaw, na co Lian syknął krótko; dobrze, że wciąż trzymał go za ramię.

Osiemnaście lat i nadal wszystkie cztery kończyny na miejscu. Chyba znów zacznę wierzyć w cuda 一 sarknął pod nosem, bardziej do siebie niż do Daniela z trudem łapiącego oddech i produkującego niestrudzenie kolejne przeprosiny. To, że dzieciak nadal miał na miejscu głowę nurtowało go bardziej z każdą nową sytuacją, w jakiej to jego refleks ostatecznie grał pierwsze skrzypce w tej zagadce. 一 I nie do końca dlatego, ale owszem, zupełnie zbędnie angażująca.
Z uprzejmości dopasował się mniej-więcej do poziomu, jaki na oko oszacował dla Moore'a z tego, co wyczytał między wierszami. Dzieciak był wręcz chodzącą personifikacją świadectwa z paskiem i rodzicielskiej dumy; przerażony samą myślą o powrocie do domu po zbyt mocnym drinku, wzorcowo unikający przekleństw, zapakowany w sweter i na lianowe widzimisię, prawdopodobnie grubą powłoczkę kompleksów.
A on z jakiegoś powodu naprawdę łapał się na słabości wobec powyższych i w myślach kurwił na siebie samego, że nie wypracował sobie żadnego mechanizmu obronnego.
Zasłyszał najpierw jedno dramatyczne pociągnięcie nosem, na które uparcie nie zamierzał zwracać uwagi, ale gdy Daniel zaczął bredzić o gwiazdach Mei zaczął poważnie zastanawiać się nad tym, czy dzieciak nie uszkodził sobie czegoś tym stuknięciem w ścianę. Przystanął, spojrzał najpierw pytająco na zarumienione pyzy i z lekka zaparowane okulary - potem zadarł głowę i mrużąc oczy starał się zrozumieć w czym Moore mógł zobaczyć coś przypominającego gwiazdy - by następnie znów zerknąć na dzieciaka z politowaniem.
Nie miał na to odpowiedzi, zauważył za to coś, co wymagało nieco mniej fantazjowania, a więcej praktycznego podejścia.

Bardzo ładne 一 zgodził się zaskakująco łagodnie, ze skinieniem głowy, jednocześnie starannie odwijając sobie czarny, gładki szalik. Noc była chłodna, mróz wespół w zespół z wilgocią kąsały każdy odsłonięty skrawek ciała, a założyłby się, że niskie temperatury znosił o wiele lepiej niż rozanielony widokiem fałszywych gwiazd Daniel.
To była bardzo płynna i sprawna akcja: najpierw zarzucił mu szalik na kark, od razu przyciągając go do siebie blisko trzymając za wyprostowane końce. Wciąż bez uśmiechu, bardziej w skupieniu mrużył oczy, lekko uchylonymi ustami poruszał bezgłośnie powtarzając sobie kolejność swojego ulubionego wiązania. Materiał był miękki, czysty kaszmir pachnący cedrem i czymś ozonowym, jakby zamiast z dusznej domówki i zimnego Toronto Lian urwał się prosto z ulewy w samym środku rozgrzanego słońcem włoskiego wybrzeża.

Stój prosto 一 polecił krótko, po cichu, jakby była to informacja przeznaczona wyłącznie dla uszu Daniela. Jego dłonie w wypracowanej przeplatance porządkowały splot szalika, czasami palcem wskazującym odciągał i luzował węzeł pod jego szyją, dopóki nie był w pełni zadowolony i aż nie stwierdził, że Moore nie odmrozi sobie uszu w przykrótkiej czapce. 一 Proszę. Znacznie lepiej, hmm?
Jeszcze jedno pociągnięcie - z obu stron za końce - i Lian wycofał obie dłonie z powrotem do kieszeni płaszcza rzucając mu ostatnie krytyczne i dość przeciągnięte spojrzenie. Jakby wcale nie chciał odrywać wzroku.

Wracając do twojego poprzedniego pytania 一 podjął na nowo, podobnie jak dalszy marsz, a z czasem jego ręka wróciła z powrotem na ramię ślizgającego się na wszystkie strony Moore'a. 一 Myślałeś, że nie zauważyłem? Jesteś najgorszym stalkerem jakiego w życiu widziałem, więc tak, wiem gdzie mieszkasz.
To był pierwszy raz, kiedy Lian faktycznie się uśmiechnął. Szeroko, bez cienia wątpliwości złośliwie i z pełną satysfakcją co do wiedzy, którą posiadał, a jaką właśnie raczył się podzielić. Może dlatego robił to tak rzadko; cokolwiek próbował opakować w uśmiech zwykle kończyło jako niepokojący, ponuro-cyniczny grymas.
I niestety, ale był to jedyny sposób w jaki kiedykolwiek potrafił to robić, mimo, że tak naprawdę zwykle nie miał nic złego na myśli. Jakkolwiek to brzmiało - taką miał twarz.

Nie martw się, uznałem, że jesteś raczej niegroźny. 一 W jego ustach to słowo z jakiegoś powodu nie zabrzmiało jak komplement. 一 Uważaj na schody.
O tej porze były już zwykle nieruchome, mimo to Lian tak czy inaczej z chęcią korzystał z nowej możliwości chwytania Daniela poręcznie za szalik ilekroć chciał nakierować go na właściwą drogę albo po prostu utrzymać pod kontrolą dla własnego spokoju. Stacja była pusta, cicha, każdy krok odbijał się echem, a jarzeniówki nad ich głowami brzęczały irytująco, nie dając się zignorować.
Wewnętrznie dostawał szału. Na zewnątrz wyglądał po prostu na mocno zmęczonego, niezdrowo ocienionego pod oczami człowieka czekającego cierpliwie na przyjazd metra.

Czemu po prostu się nie odezwałeś?


Daniel Moore

Cold sparks

: czw lut 19, 2026 12:42 am
autor: Daniel Moore
Zacisnął wargi i łagodnie zmrużył oczy w wyrazie kontemplacji i łagodnej nuty niezadowolenia odpowiedzią, trochę jakby Lian próbował oszukać go co do rozwiązania problemu matematycznego, do którego docierał w pocie czoła i uznawał je za rewolucyjne.
- Nie spytałeś - wytknął mu krótko, cicho, mimo wszystko nie posiadając dość odwagi by otwarcie walczyć o swoją rację, zwłaszcza, że w ramach wyjaśnienia własnej zgody na odprowadzenie musiałby wypowiadać się ze wszystkiego, co sam o nim wiedział. Nie było to wiele. Po pierwszym zwróceniu na niego uwagi na sąsiednim podwórku przyjął na klatę całkowicie nierealne zauroczenie, co najwyżej wyciągając Alonso do ogrodu w ramach łatwej wymówki odrobinę częściej niż wcześniej. Całą resztę zrobił za niego kolejno instagram i Milo, oferując do zestawu imię i nazwisko, którymi mógł od tego momentu identyfikować mężczyznę zaprzątującego jego myśli częściej niż by chciał i częściej, niż byłby w stanie się przyznać. Dla własnego spokoju ducha, oraz z poczucia, że tak czy siak przekraczał jakieś niepisane granice, nie grzebał głębiej w jego życiu, a zerkanie na media społecznościowe ograniczył do najnowszych postów z bardzo realnego lęku, że przypadkowo polubiłby zdjęcie sprzed pięciu lat i musiałby wyprowadzić się na drugi koniec kraju pod osłoną nocy.
Tymczasem jakimś cudem wylądował z nim ramię w ramię, a raczej ramię w dłoń, jeśli wziąć to bardziej dosłownie z układem, w jakim zdecydował się prowadzić go Lian, w wieczór swojej największej porażki od czasu, gdy usilnie próbując nie spóźnić się na lekcje wbiegł prosto w drzwiczki czyjejś otwartej szafki i nie dość, że rozciął sobie czoło na wypełnionym uczniami korytarzu, to jeszcze odgniótł głową metal. Przed zapadnięciem się pod ziemię wraz z następnym chwiejnie postawionym krokiem powstrzymywał go w tej chwili głównie bufor w formie zbyt wielkiego spanikowania na temat alkoholu, by być w stanie aktywnie panikować jeszcze przez fakt, że od dobrego kwadransa co chwilę miał na sobie jego ręce.
- Wszystkie obrażenia idą w głowę - parsknął w odpowiedzi, wciąż trochę zziajany, ale bardzo rozbawiony własnym dowcipem, nawet jeśli wymagał on dość konkretnego wtajemniczenia, by zrozumieć, że naprawdę w tej chwili nie żartował. Nawet lekarze w szpitalu byli zaskoczeni, że na reszcie ciała wyszedł z minimalnymi obrażeniami zdatnymi do wyleczenia w kilka tygodni, podczas gdy szkody tam na górze miały zostać z nim prawdopodobnie do końca życia.
Przerwa w spacerze była mu na rękę, pozwalając na dalsze rozglądanie się po każdym dostępnym źródle światła znad oprawek okularów i odkrywanie nowego świata, który zwykle zasłaniał sobie szkłami. Wiedział, że jego wzrok tak działał, w końcu męczył się z nim od dziecka, jednak nigdy wcześniej nie widział w tym czegoś tak ładnego jak teraz. Podobnie z łagodnie mieniącą się warstwą śniegu usypaną na pobliskim trawniku. I skupioną twarzą Liana, nagle znajdującą się przed nim, zamiast gdzieś na boku, na odległość szalika zmuszającego go do wejścia głębiej w strefę osobistą mężczyzny. Albo to on pakował się do strefy osobistej Daniela, nie był do końca pewny jak to działało i szum wypełniający mu przestrzeń między uszami nie pomagał z rozjaśnieniem tej kwestii. Spojrzał w dół, pochylając głowę by lepiej zobaczyć materiał owijający jego szyję, ale ciche polecenie wyprostowania się starczyło by ponownie podniósł wzrok i został w bezruchu. Przynajmniej pomijając palce nerwowo wczepiające się w brzegi rękawów swetra wystającego mu spod kurtki. Na większość procesu zabrakło mu języka w gębie, bezużytecznie otwarte usta ponownie się zamknęły, a nagła suchość w gardle sprawiała, że pomimo tragicznych doświadczeń z alkoholem, miał ochotę sięgnąć po jeszcze jeden kubeczek zdradliwego drinka w nadziei, że może byłby w stanie łatwiej przetrwać moment, w którym przed oczami stanęło mu małe co by było gdyby Lian pociągnął go za ten szalik jeszcze trochę bliżej. Zamiast tego wpatrywał się w niego jak obrazek, z wypiekami i tysiącem pytań oscylujących przede wszystkim wkoło prostego "dlaczego".
- T-teraz... Teraz t-t-tobie b-będzie... - wziął wdech, podłamany swoim własnym połamanym językiem walczącym z najprostszym zdaniem. Już myślał, że ma to pod kontrolą. - Będzie ci zimno przecież, ja sobie... Dzięki. Nie trzeba było, ale dź-dziękuję - wydukał w końcu, spuszczając wzrok i ponownie wciskając brodę bliżej kołnierza, tym razem jednak głębiej w bardzo delikatny i ciepły materiał chroniący go przed nieustannymi atakami mroźnego powietrza. Nie był w stanie jednak obronić go przed atakami werbalnymi i Daniel, jeszcze zanim doszedł do siebie po czymkolwiek to właściwie było, o mój Boże, był zmuszony stanąć we własnej obronie.
- C-co? - rzucił na dobry początek, na wpół zaskoczony faktem, że może nie był tak dyskretny jak sądził, a na wpół obruszony tym bardzo krzywdzącym podsumowaniem jego osoby. - Nie jestem... Przecież ja cię nie... Ale tak od razu najgorszym? - jęknął, wyraźnie zagubiony między kilkoma kwestiami, które najbardziej chciał w tej chwili poruszyć, jedynie połowicznie dzieląc uwagę na schodzenie po schodach do podziemi miasta. Jeśli Mei chciał dalej wierzyć w cuda, musiał przestać poruszać takie tematy, gdy musieli uporać się z przeszkodami potencjalnie zagrażającymi życiu. - Długo nie mieliśmy sąsiada z tej strony, byłem... ciekaw - wymamrotał pierwsze co przyszło mu na myśl w ramach obrony obruszonego ego. Ponownie nie kłamał, bo dokładnie to kierowało nim za pierwszym razem, kiedy próbował przez okno dopatrzeć się, kto buszuje po ogródku za płotem. Cała reszta sytuacji, gdy przypadkowo znajdował się na zewnątrz w tym samym czasie, co on, była już wyłącznie jego sprawą. Nerwowe palce zostawiły w spokoju brzegi swetra, dla odmiany ciekawsko wczepiając się w gładki materiał końców szalika zwisających schludnie na jego klatce piersiowej, kiedy przemierzali spokojną platformę metra.
- Kiedy? - dopytał zdezorientowany, spoglądając na mężczyznę kątem oka. Splótł palce dłoni w koszyczek i bujnął się na piętach by urozmaicić sobie czekanie, oraz by pozbyć się niekomfortowego mrowienia w mięśniach, fizycznie protestujących na stres poruszanych wcześniej tematów, na które zwyczajnie nie był gotowy. Cały ten wieczór okazywał się być jednym wielkim stresorem i w tym momencie Daniel miał wrażenie, że lada moment może zwyczajnie wybudzi się z bardzo rozwiniętego i szczegółowego snu, zawinięty w znajomą pościel i z budzikiem krzyczącym, że ma pięć minut na wstanie, zanim spóźni się na pierwszą lekcję.

Lian Mei