your blue eyes are driving me insane
: wt lut 17, 2026 6:37 pm
Odkąd zdecydował się pójść na s w o j e, misja przechwycenia kluczowych klientów ruszyła pełną parą. Nie ze wszystkimi pracowało mu się wybornie, ale jeśli razem z przyjacielem chcieli rozkręcić własną kancelarię, nie było tu miejsca na narzekanie. Musieli ściągnąć do siebie tych, którzy się liczyli, ponieważ za nimi mogli przyjść kolejni.
A poza tym w ten sposób mogli też wypełnić własne kieszenie po brzegi.
Wiedział jednak, że przekonanie niektórych kontrahentów do tego, że wybór nowopowstałej kancelarii był tym właściwym wcale nie będzie takie proste, przez co jego życie osobiste w ostatnim czasie praktycznie nie istniało. Harold dał się całkowicie pochłonąć własnym zamiarom, ponieważ jego nazwisko na szyldzie kancelarii było czymś, o czym marzył od długich lat. Dopiero teraz zyskał jednak realną szansę, aby to marzenie urzeczywistnić.
Oscylował więc między kolejnymi biznesowymi spotkaniami, lunchami, kolacjami, a niekiedy także innymi, nieco poważniejszymi przedsięwzięciami, które miały przybliżyć do go osiągnięcia zamierzonego celu. Jeśli wyjście na kilka bankietów miało zagwarantować mu przychylność potencjalnego klienta, nie miał nic przeciwko temu. Nie znaczy to jednak, że dla niego te wydarzenia stanowiły sposób na rozluźnienie.
Na każdym z nich nadal znajdował się w pracy.
Dzisiejsze wyjście postrzegał jednak jako wyjątkową o k a z j ę, dlatego przez dłuższy czas miał nadzieję, że Lance jednak do niego dołączy. Wyłgał się jednak jakimś weselem, co Harold zbył tylko kilkoma głupimi żartami na temat tego, jak prędko jego przyjaciel znalazł się pod pantoflem. Nie zamierzał robić wokół tego afery, bo przecież rozmowa z kilkoma biznesmenami nie była czymś, z czym miałby sobie nie poradzić.
Pojawił się zatem punktualnie. Może nawet z b y t punktualnie, skoro pomieszczenie bankietowe świeciło jeszcze pustkami. Poza nim kręciło się tu może zaledwie dwudziestu gości, na pierwszy rzut okiem nie takich, którymi mógłby być zainteresowany. Nie było również gospodarza, dlatego czas poświęcił w pierwszej chwili zapoznaniu się z rozkładem miejsc, który znajdował się przed głównym pomieszczeniem. Odnalazł nie tylko stolik, przy którym siedział, ale również znajome nazwisko. Takie, którego posiadaczka zawsze była w stanie skutecznie zadziałać mu na nerwy.
Dzieliło ich od siebie jednak kilka osób, co teoretycznie mogło uchronić ich przed katastrofą, ale mogło też okazać się niebywale nudne. Nic więc dziwnego, że Hal zdecydował się podmienić plakietki jeszcze zanim przy ich stoliku znaleźli się jacykolwiek goście. I zrobił to w idealnym momencie, bo kiedy obejrzał się przez ramię, Vivienne właśnie wkraczała do pomieszczenia.
Nie powiedział jednak nic. Pośladkami oparł się jedynie o oparcie własnego krzesła i skrzyżował ramiona na piersi, uważnie lustrując jej sylwetkę spojrzeniem. Nie chciał przegapić momentu, w którym zda sobie sprawę z tego, że to właśnie obok niego dzisiaj u t k n ę ł a.
Vivienne Morelisse
A poza tym w ten sposób mogli też wypełnić własne kieszenie po brzegi.
Wiedział jednak, że przekonanie niektórych kontrahentów do tego, że wybór nowopowstałej kancelarii był tym właściwym wcale nie będzie takie proste, przez co jego życie osobiste w ostatnim czasie praktycznie nie istniało. Harold dał się całkowicie pochłonąć własnym zamiarom, ponieważ jego nazwisko na szyldzie kancelarii było czymś, o czym marzył od długich lat. Dopiero teraz zyskał jednak realną szansę, aby to marzenie urzeczywistnić.
Oscylował więc między kolejnymi biznesowymi spotkaniami, lunchami, kolacjami, a niekiedy także innymi, nieco poważniejszymi przedsięwzięciami, które miały przybliżyć do go osiągnięcia zamierzonego celu. Jeśli wyjście na kilka bankietów miało zagwarantować mu przychylność potencjalnego klienta, nie miał nic przeciwko temu. Nie znaczy to jednak, że dla niego te wydarzenia stanowiły sposób na rozluźnienie.
Na każdym z nich nadal znajdował się w pracy.
Dzisiejsze wyjście postrzegał jednak jako wyjątkową o k a z j ę, dlatego przez dłuższy czas miał nadzieję, że Lance jednak do niego dołączy. Wyłgał się jednak jakimś weselem, co Harold zbył tylko kilkoma głupimi żartami na temat tego, jak prędko jego przyjaciel znalazł się pod pantoflem. Nie zamierzał robić wokół tego afery, bo przecież rozmowa z kilkoma biznesmenami nie była czymś, z czym miałby sobie nie poradzić.
Pojawił się zatem punktualnie. Może nawet z b y t punktualnie, skoro pomieszczenie bankietowe świeciło jeszcze pustkami. Poza nim kręciło się tu może zaledwie dwudziestu gości, na pierwszy rzut okiem nie takich, którymi mógłby być zainteresowany. Nie było również gospodarza, dlatego czas poświęcił w pierwszej chwili zapoznaniu się z rozkładem miejsc, który znajdował się przed głównym pomieszczeniem. Odnalazł nie tylko stolik, przy którym siedział, ale również znajome nazwisko. Takie, którego posiadaczka zawsze była w stanie skutecznie zadziałać mu na nerwy.
Dzieliło ich od siebie jednak kilka osób, co teoretycznie mogło uchronić ich przed katastrofą, ale mogło też okazać się niebywale nudne. Nic więc dziwnego, że Hal zdecydował się podmienić plakietki jeszcze zanim przy ich stoliku znaleźli się jacykolwiek goście. I zrobił to w idealnym momencie, bo kiedy obejrzał się przez ramię, Vivienne właśnie wkraczała do pomieszczenia.
Nie powiedział jednak nic. Pośladkami oparł się jedynie o oparcie własnego krzesła i skrzyżował ramiona na piersi, uważnie lustrując jej sylwetkę spojrzeniem. Nie chciał przegapić momentu, w którym zda sobie sprawę z tego, że to właśnie obok niego dzisiaj u t k n ę ł a.
Vivienne Morelisse