Strona 1 z 1

Jesus, Take the Wheel

: śr lut 18, 2026 6:46 pm
autor: Erin St. Clair
#2
So give me one more chance
And save me from this road I'm on
Jesus, take the wheel
Parkingi pod szpitalem były ostatecznym nemesis w karierze superbohaterki imieniem Erin. Dziewczyna miała naprawdę wiele talentów, ale prowadzenie samochodu zdecydowanie nie należało do nich.
Zacznijmy w ogóle od tego, że Josh jej nie wybaczy, że samodzielnie umówiła się na pierwszą wizytę u ginekologa. Był kochanym facetem i Erin uwielbiała czuć się przez niego zaopiekowana, ale są rzeczy, które dziewczyna musi zrobić sama. Tym bardziej, że na tym etapie ciąży nie będzie fajerwerków w postaci zdjęć USG, którymi można by się chwalić.
Ale wracajmy do tematu! Oczywiście nawet Google Maps nie było w stanie wystarczająco dobrze poprowadzić Erin — szczególnie że dziewczyna nie miała jeszcze kanadyjskiego telefonu, więc za internet musiałaby zapłacić jak za zboże. Kolejna rzecz dopisana mentalnie do rosnącej listy spraw, które miały pomóc jej zaaklimatyzować się w Toronto. Tych rzeczy było coraz więcej, co budowało niemały niepokój. Jeszcze dający się okiełznać i utrzymać w ryzach, ale już nieprzyjemnie wiercący się w różnych podrobach.
Maria miała niemały ubaw, jadąc za czarnym Volvo, które Rae pożyczyła od przyszłego męża. Erin skręciła w prawo, mając włączony lewy kierunkowskaz, a potem nie wyłączyła go, bo przecież one same odbijają! Chwilę później mentalny facepalm musiał odbić się echem od szyb samochodu, bo kiedy wóz straży pożarnej, jadący na sygnale, wyprzedzał ich małą kolumienkę, Erin w panice wjechała na chodnik, prawie potrącając eleganckiego pana w garniturze i czarnym płaszczu. Ten z rozpędu usiadł na zaśnieżonej ławce, która zmieniła go w biało-czarną zebrę złorzeczącą na odjeżdżający samochód.
W kółko powtarzane przeprosiny raczej nie zaleczyły zapisanej w kajeciku mężczyzny urazy! Ale przynajmniej niedzielny kierowca dojechał wreszcie do szpitala, którego widok Erin przyjęła z ulgą mieszającą się z przejęciem. Nigdy wcześniej nie parkowała tak dużym samochodem!
Wjechała na teren parkingu, zahaczając tylnym kołem o wysoki krawężnik, przez co cały samochód — razem z dziewczyną w środku — podskoczył. I wtedy zaczęła się walka z potworem: znalezienie miejsca, w którym dałoby się zaparkować. Ale i tutaj, po kilku nieudolnych próbach parkowania tyłem, Erin poczuła, że jeśli jeszcze jedna rzecz pójdzie dziś nie tak, to chyba naprawdę się rozpłacze. Z jękiem poddała się i uderzyła głową w kierownicę, zmuszając klakson do krótkiego trąbnięcia.
Jeśli próbujesz wezwać pomoc, to chyba zadziałało — odezwał się spokojny kobiecy głos tuż obok jej okna.

Upokorzenie level: hard.

Maria A. Perez

Jesus, Take the Wheel

: czw lut 19, 2026 12:02 pm
autor: Maria A. Perez
002
I hit a mailbox Tuesday, knocked it flat down to the ground.
Wednesday I sideswiped a parked car, never heard a sound.
My insurance hates me, they know me by my name.
ObrazekObrazek

Bycie matką trójki dzieci nie było wcale takie proste, szczególnie kiedy są w zupełnie innym wieku. To niczym przeskakiwanie między trzema różnymi światami i próba uporządkowania każdego. Maria czuła się tak, jakby powoli traciła swoje wychowawcze moce. Pędząc w stronę szpitala różaniec zwisający z lusterka obijał się o szybę przy każdym gwałtowniejszym skręcie.
— Dios mío — ciche, ale błagalne wezwanie Boga, czy mogło tutaj jakoś jej pomóc? — potrzebuję ogromu cierpliwości, siły mi nie dawaj bo jak dasz to sama go tam zabiję! — wykrzyknęła próbując rozładować narastajaca frustrację i w jednej chwili czuła, że sam Bóg ją za te słowa pokarał. Nagle musiała wyhamować bo kierowca czarnego Volvo, albo jest w wieku jej najmłodszego syna, albo to pies, albo ktoś, kto wygrał prawo jazdy w chipsach.
Zaciskając dłonie na kierownicy czekała, aż jej telefon połączy się z mężem, ale oczywiście M U S I A Ł być poza zasięgiem. Pewnie znów był w zasięgu czyiś ud, a tam faktycznie może być problem z połączeniem. Czuła jak zalewa ją kolejna fala frustracji, a drogowy wariat jej wcale nie pomagał. — Wychowałam go na mężczyznę! — czy prowadzenie rozgorączkowanego dialogu oraz gestykulacja z latynoskim podkładem muzycznym to u niej normalna rzecz? Całkowicie normalna. — Nie na bandytę, oh Mijo, co powiedziałaby twoja babcia? — wstyd! Niszczyć sobie życie w bezsensownych bójkach. — Jest jak ojciec, rozgorączkowany! — marudziła jednocześnie z piskiem opon wjeżdżając na parking. Na drodze działo się wiele, ale w środku jej samochodu również, jazda właściciela Volvo wręcz wpasowała się do burzliwej akcji we wnętrzu jej samochodu. Bez trudu zaparkowała, wyszła z auta i nabuzowana skierowała się przez parking, a stukot jej obcasów stopniowo rozładowywał nagromadzone napięcie. Widząc nieudolną próbę parkowania tego samego samochodu, który przed chwilą tarasował drogę i wjazd w pierwszym odruchu chciała ułożyć ręce na masce i z pretensjami wyrzucić, że jak się nie potrafi jeździć, to się za kółko nie wsiada. Dopiero gdy dostrzegła zagubioną dziewczynę, która równie dobrze mogłaby być jej córką, bo wyglądała na dwadzieścia lat, więcej by jej nie dała, to coś w niej pękło. Wciąż z tyłu głowy wiedziała, że pędzi do swojego syna, ale skoro taki z niego peleonero, to jeszcze chwilę poczeka ze zdartą buzią. Nagły klakson tylko utwierdził ją w przekonaniu, że musi jej pomóc, zanim tłum innych gapiów na parkingów przemieli ją tutaj do reszty.
— Jeśli próbujesz wezwać pomoc, to chyba zadziałało — powiedziała zerkając wymownie na dziewczynę. — Daj mi kluczyki i przesiadaj się, załatwimy to szybko, bo się spieszę — miała w sobie coś z matki, która chciała otoczyć opieką zagubione dzieci. — Mój nastoletni niewdzięcznik postanowił wdać się w bójkę… po raz kolejny.



kierowca bombowca <3

Jesus, Take the Wheel

: czw lut 19, 2026 8:03 pm
autor: Erin St. Clair
Aż podskoczyła, kiedy usłyszała czyjś głos przez zamkniętą szybę. Wielkie, czarne oczy spłoszonej łani spojrzały na Marię z mieszaniną ulgi i zażenowania, ale niecierpliw mina nowej znajomej sprawiła, że Erin ocknęła się i otworzyła drzwi, wysiadając z samochodu, żeby ustąpić miejsca kobiecie.
Boże, co ja robię, przecież ona może teraz odjechać samochodem i Josh mnie zabije. To będzie podwójne morderstwo. Dożywocie. Czy w Kanadzie jest kara śmierci? Boże, czemu ja o tym myślę?!
Nawet nie zauważyła, kiedy Maria sprawnie wprowadziła SUVa na miejsce postojowe i oddała jej kluczyki. Komentarzem do umiejętności kobiety były pół otwarte w zaskoczeniu usta Erin wyrażające niedowierzanie, że można sobie tak sprawnie poradzić z tak dużym samochodem.
- Acha... - mruknęła sama do siebie i kiwnęła głową, utwierdzając się w przekonaniu, że: - Czyli to ja jestem upośledzona...
Westchnienie i wdzięczny uśmiech posłany Marii domknął ten moment samozrozumienia, a kiedy ta piękna pani ruszyła w kierunku szpitala Rae ruszyła za nią podbiegając kilka kroków.
- Bardzo Ci dziękuję, spanikowałam... I... Może to zostać między nami? Albo przynajmniej nie używaj jakichś wyszukanych słów, jak będziesz to opowiadała? - poprosiła i zatrzymała się na chwilę z zaskoczeniem patrząc, jak kolejne wozy strażackie z rykiem syren przejeżdżają koło szpitala, razem z karetkami pogotowia, goniąc w jakiejś miejsce.
- Chyba coś dużego? - rzuciła w powietrze, marszcząc przy tym brwi.
Trochę pytała siebie, a trochę Marię, która, przez tę jedną krótką chwilę wyglądała jak ktoś, kto wie wszystko. I nie musi się z tym afiszować. Tak na chwilkę! Ulga tego, że ktoś ją uratował i pomógł opanować sytuację była olbrzymia. W oddali widać było łunę pojawiającą się pomiędzy innymi budynkami, najwyraźniej pożar o którym mówili w radio był naprawdę spory. Spojrzała na szyld szpitala, a potem na łunę.
- Ocho... To chyba tutaj.

Maria A. Perez

Jesus, Take the Wheel

: pt lut 20, 2026 5:06 pm
autor: Maria A. Perez
Czy Erin postąpiła nieodpowiedzialnie? Być może, bo kto obcemu człowiekowi pozwala wsiąść za kierownicę samochodu jakby nigdy nic? Maria wzięła ją totalnie z zaskoczenia, ale sytuacja była napięta po jednej i po drugiej stronie, a wokół gęstniało i ktoś po prostu musiał zrobić coś. Cokolwiek! Maria miała to do siebie, że działała, niekiedy bez zastanowienia, impulsywnie. Temperamentne oblicze widać było już przy pierwszym starciu, wraz z jej niecierpliwością wypisaną na twarzy oraz dynamicznym zachowaniu, gdzie bez zająknięcia i cackania się zaparkowała samochód nieznanej jej dziewczyny. Szybko też oddała kluczyki, bo chciała iść na przód, działać dalej, ale znów coś ją zatrzymało. Dziewczyna po raz kolejny zrobiła coś, co sprawiło, że nie mogła tak po prostu odejść i jej zostawić z myślą, którą się podzieliła.
— Po pierwsze nie możesz mówić o sobie w ten sposób, bo w to uwierzysz i zrobisz to zupełnie niepotrzebnie — czuła się trochę jakby pouczała własne dzieci, które przez jej mądrości wyrosły na zbyt pewne siebie i pyskate, więc może chociaż w niewielkim stopniu będzie mogła pomóc i jej. Odrobina pewności siebie, nie zaszkodziłaby jej. — Po drugie mam trochę lat na karku i zdążyłam zaprawić się w boju, ale ile stłuczek zaliczyłam to tylko ja wiem — bo błędnym myśleniem było, że Maria to bezkolizyjny kierowca bombowca - zaliczała krawężniki, zdzierała lakiery na parkingu i nie tylko, ale człowiek uczy się na błędach i nabiera wprawy.
— Niepotrzebnie się stresujesz i wpadasz w pani… — zaczęła, ale urwała w pół słowa rozglądając się wokół i próbując zrozumieć co się dzieje. Syreny wyły jak szalone, samochody strażackie wariowały wokół. — To chyba… — zaczęła próbując poskładać w całość to co się dzieje, ale to niemożliwe, żeby… — wydaje mi się, że to wszystko dzieje się dokładnie tam, gdzie się wybieram — mówiła bardziej do siebie, choć wciąż stała obok dziewczyny. — Muszę tam iść — i nie czekając kierowała się do wejścia, bo w środku czekał na nią syn. Musiała, nie zważając na to, że w oddali już jakaś grupa strażaków odgradza teren.

Erin St. Clair

Jesus, Take the Wheel

: ndz lut 22, 2026 12:46 pm
autor: Erin St. Clair
Spojrzała na Marię z bezbrzeżnym zaskoczeniem, które sprawiło, że jej duże oczy zrobiły się jeszcze większe. Ludzie zazwyczaj traktowali jej autoironię jako uroczą i zabawną — nikt nie brał jej na poważnie. Sama Erin też używała jej jak tarczy, żeby rozładować frustrację na samą siebie, gdy zachowywała się nieprofesjonalnie albo zwyczajnie nie ogarniała. Do tej pory uważała to za zaletę.
- Yes Ma'am! — odpowiedziała, a jej włosy zafalowały niczym nieokiełznana fala przytakiwania.
Przez moment czuła się, jakby naprawdę rozmawiała z mamą. Stabilność Marii — wyłaniająca się mimo wzburzenia i chaosu wokół — była kontrapunktem dla chaosu w jej własnej głowie. Kotwicą, która przywołała tę Erin, która zazwyczaj jednak sobie radziła. Tę, która potrafiła wyczuć czyjeś przerażenie, nawet jeśli było ukryte pod twardą skorupą.
Ruszyła szybkim krokiem za nowo poznaną kobietą, ale w półbiegu poślizgnęła się na niedokładnie odśnieżonym asfalcie. Jeszcze ktoś się tutaj połamie… W sumie nie miałby daleko.
Cofnęła się o dwa kroki, nacisnęła przycisk zamknięcia samochodu i ruszyła dalej, by dogonić Marię. Po chwili kobieta poczuła dłoń Erin pod swoim ramieniem — lekki, ale pewny uścisk, mówiący bez słów: tym razem ja jestem z Tobą.
Nie miała nikogo w tym szpitalu. Szła tylko na wizytę u ginekologa. Ale przejęcie Marii mówiło samo za siebie — tam mogło dziać się coś bardzo złego komuś, kto był dla niej całym światem. A to był jeden z tych momentów, w których po prostu trzeba przy kimś być.
- Na pewno damy radę. — powiedziała ciszej, niż planowała, czując jak serce podchodzi jej do gardła.

Maria A. Perez

Jesus, Take the Wheel

: pn lut 23, 2026 3:44 pm
autor: Maria A. Perez
Maria miała to do siebie, że nie tolerowała złych opinii na temat samego siebie, może to kwestia tego, że zawsze miała świetną samoocenę i kochała siebie, tak po prostu. Uważała, że to klucz do sukcesu i dobrego samopoczucia, a wszelkie zło-mówienie o sobie drażniło ją okrutnie, nawet jeśli miało być formą zabawy czy niewinnego żartu. Wychodziła z założenia, że jak o sobie mówimy, to nie tylko inni nas tak postrzegają, ale i sami z czasem zaczynamy w to wierzyć. Lekcje takie przekazywała swoim dzieciom, bliskim, przyjaciołom, a teraz jak widać i nieznajomym. Spokój ducha i wsparcie Erin były odruchem naturalnym, matczynym wręcz. To nawet zabawne, jak w jednej chwili z opanowanej pewnej siebie kobiety, Maria była w stanie przerodzić się w obraz nędzy i rozpaczy. Wystarczyły ułamki sekundy, by cała pewność i stanowczość ulotniły się, pozostawiając roztrzęsioną skorupę nie kontrolującą emocji.
Teraz, każde przekleństwo, jakie pod nosem wypowiedziała jadąc samochodem i każda myśl o niewdzięcznym synu wracały do niej jak bumerang. Poczucie winy przygniotło ją nagle i niespodziewanie. Czuła się tak, jakby w jej klatce piersiowej coś eksplodowało - to nie był zwykły strach, a raczej zwierzęca panika. Nagle w jednej sekundzie cała ta złość wobec syna oraz całe to zmęczenie dniem codziennym - wszystko to wyparowało, został tylko strach. Stojąc na chłodzie czuła nienawiść do strażaków za ten ich cholerny profesjonalizm i za te procedury; chciała ich rozszarpać, bo trzymali ją na dystans kiedy jej sangre de mi sangre być może znalazło się w pułapce. Świat nagle zwolnił, kiedy dostrzegła jak z okna, z którego przed chwilą wydobywał się tylko dym, wystrzelił ogromny jęzor ognia. Dłonie szybko zaczerwieniały od mrozu, bo zapomniała rękawiczek z samochodu, jednak zamiast zimna czuła pulsowanie w skroniach, gdy nerwowo odtwarzała imię syna w głowie. Z zamyślenia wyrwała ją dłoń dziewczyny. — Przecież on ma tylko siedemnaście lat... — wyszeptała czując się niezrozumiana przez władze — powinni mnie wpuścić, albo powiedzieć cokolwiek… — nic nie mówili, nie widziała ewakuowanych, nie wiedziała co się dzieje. Może był bezpieczny, może nie. Nic nie wiedziała i właśnie ta niewiedza była dla niej wykańczająca - dla kogoś kto wszystkim zarządza w domu, planuje, ma zapięte na ostatni guzik i jest w ciągłym działaniu. Teraz musiała się zatrzymać i czekać.
Una situación desesperada.

Erin St. Clair

Jesus, Take the Wheel

: pn lut 23, 2026 5:31 pm
autor: Erin St. Clair
Słysząc słowa Marii, Erin ścisnęła mocniej jej ramię, sama nie wiedząc, jak właściwie powinna się zachować. Bo cokolwiek by teraz powiedziała, zabrzmiałoby jak banał, który tylko dołoży ciężaru. Doskonale czuła, jak bardzo kobieta jest spanikowana. I jednocześnie sama czuła, jak jej serce tłucze się w piersi jak źle nastrojony werbel. Była dopiero na początku ciąży, ale myśl o tym, że jej własne maleństwo mogłoby kiedyś znaleźć się w takiej sytuacji, zaczęła wygrywać ciężkie, basowe brzmienia w jej skroniach. Robiło jej się na przemian gorąco i słabo.
Poczekaj chwilkę…
Odwróciła się, by spojrzeć w mądre, brązowe tęczówki, teraz śpiewające o bólu i strachu utraty.
Ujęła Marię za dłonie, chcąc w tym prostym geście przekazać coś więcej niż słowa. Dopiero wtedy zauważyła, jak bardzo są czerwone i zmarznięte. Bez zastanowienia ściągnęła swoje rękawiczki i wcisnęła je w jej palce. Uśmiechnęła się, choć nawet ona wiedziała, że to uśmiech zbyt kruchy, by kogokolwiek oszukać.
Potem odwróciła się i podeszła do taśmy. Policjant wyglądał na zmęczonego i zirytowanego, ale Erin nie podniosła głosu. Spokojnie, ciepło, bez pretensji poprosiła o jakąkolwiek informację. Wystarczyło kilka zdań.
Kiedy wróciła, jej twarz była już mniej napięta.
Strażacy są w środku. Sprawdzają piętro po piętrze. Wyprowadzają ludzi tylnym wyjściem…
W tej samej chwili huk rozbijanego szkła sprawił, że obie odwróciły głowy. Jęzor ognia wyrzygał się przez rozbite okno i uniósł się wysoko, odbijając się w ich oczach czerwonym, nienaturalnym blaskiem.
Erin wstrzymała oddech. Jeszcze bardziej przerażające było to, że piętro wyżej dostrzegła poruszające się sylwetki ludzi, próbujących uciec od niebezpieczeństwa. Po omacku sięgnęła po dłoń Marii i ścisnęła ją.

Mi ángel del parqueo

Jesus, Take the Wheel

: czw lut 26, 2026 12:13 am
autor: Maria A. Perez
Castigo.
Śp. Abuelita dźwięczała teraz w myślach Marii, a jej słowa - kłamstwo ma krótkie nogi, a niebo nie zapomina - rozkręcały w niej niepokój i poczucie wstydu. Mogła się tego spodziewać, od dziecka wpajano jej, że los zawsze uderza w to, co kocha się najbardziej, by karać za błędy. — Es mi castigo — wyszeptała do siebie wpatrując się w kłęby dymu, które zdawały się przybierać na sile. To przez nią. Bóg widział jej chwilę słabości w objęciach dwudziesto-kilku letniego chłopaka, wtedy, kiedy chciała poczuć znów, że żyje, a teraz? Teraz musiała ponieść cenę za swoją chwilę słabości. Wyrzuty sumienia mieszały się z falą napływającej do niej frustracji, szczególnie teraz, kiedy myślami uciekła do męża, do jego kłamstw, do zapachu obcych perfum na jego koszulach. Nie, to nie mogła być jej kara, bo ten z góry jest sprawiedliwy. Skoro ona miałaby być ukarana za jeden grzech, to gdzie kary za przewinienia męża? Zawsze była wierna, oddana rodzinie - to nie mogła być kara za jedno małe przewinienie.
Czując ciepły dotyk dłoni dziewczyny spod przerażonego spojrzenia Marii zaczął wyłaniać się wyraz głębokiej wdzięczności. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej była jej zupełnie obca, a teraz stała się taka bliska. — Mówiłaś coś o tylnym wyjściu…? — zapytała czując, że jest to miejsce, gdzie musi się znaleźć n a t y c h m i a s t. Nie puszczając dłoni dziewczyny, jakby chciała okazać swoją wdzięczność, zaczęła ciągnąć ja za sobą, w kierunku bocznej alejki. — Muszę go znaleźć — wyjaśniła idąc przed siebie jednocześnie ignorując migawki swoich grzechów, które znów próbowały wzbudzić jej poczucie winy. W duchu przeklinała ten dzień, jednocześnie modląc się o to, by znaleźć swojego syna w tłumie ewakuowanych ludzi. Kiedy znalazły się na placu przy tylnym wejściu uderzył ją widok niebieskich świateł, folii termicznych w które owinięci byli pacjenci szpitala, ludzi z trudem łapiących oddech. Płacz dzieci, krzyk pacjentów w panice, to wszystko uderzało w czułe punkty. — Xavier! — wrzasnęła, rozglądając się za swoim synem i chodząc pośród ludzi nie zdając sobie sprawy z tego jak mocno trzyma dłoń dziewczyny, ciągnęła ją za sobą raz po raz. Jakby bała się zostać sama pośród tego chaosu.

Una mano amiga <3