code grey
: śr lut 18, 2026 11:01 pm
# 015
Michael zesztywniał nieznacznie, palce zacisnęły się mocniej na kierownicy, a spojrzenie wyostrzyło, wychwytując sygnalizację świetlną, luki między samochodami i możliwe objazdy. Nie analizował, czy sytuacja jest poważna, bo zakładał, że skoro mówią o niej w radio, to ktoś właśnie potrzebuje rąk do pracy. Światła zmieniały się jakby zbyt wolno, inni kierowcy reagowali zbyt ociężale, a on przeciskał się przez pasy z wyrachowaną precyzją, ignorując ograniczenia, które w normalnych warunkach uznałby za rozsądne. Gdy mijał kolejne skrzyżowania, w powietrzu zaczynał już unosić się zapach spalenizny, ledwie wyczuwalny, lecz wystarczający, by serce przyspieszyło swe bicie. Na horyzoncie zamajaczyły wozy Toronto Fire Services, błękitno-czerwone światła odbijały się w szybach pobliskich budynków. Teren częściowo odgrodzono, ludzie stali w skupiskach z wyciągniętymi telefonami. Graham zaparkował tam, gdzie nie powinien, wysiadł bez wahania i ruszył w stronę wejścia dla personelu. Dym nie był jeszcze gęsty, lecz alarmy wyły jednostajnym, drażniącym tonem.
Gdy przekroczył próg ratunkowego, nie musiał pytać, co się stało. Zamieszanie mówiło samo za siebie — pielęgniarki przemieszczały pacjentów, ktoś wydawał polecenia podniesionym głosem, nosze sunęły po linoleum. Chaos, który dla innych był powodem do paniki, dla Michaela był czymś znajomym. I w tej znajomości odnalazł niepokojący spokój.
Nie miał jeszcze na sobie kitla ani identyfikatora przewieszonego przez szyję — ba, nawet nie miało go być dzisiaj w pracy. Zaplanował tego dnia wizytę u Danielle. Niespecjalnie znał się na skręcaniu mebli, ale zaoferował się z pomocą, bo przecież nie może być w tym nic trudnego. Nie miał okazji, by powiadomić byłą żonę o zmianie planu, ale był pewien, że zrozumie. Wszedł w płaszczu, z torbą przewieszoną przez ramię, zostawiając je po drodze w bocznej sali. Dopiero gdy padło jego nazwisko z ust innego ratownika, kilka głów odwróciło się odruchowo.
— Co mamy? — zapytał krótko, podwijając mankiety koszuli, jakby to wystarczało za formalne rozpoczęcie dyżuru. Pierwszego pacjenta przejął jeszcze przy drzwiach. Starsza kobieta z kaszlem i zawrotami głowy, przyprowadzona przez ratownika, mamrotała coś do siebie bez żadnego składu. Michael uklęknął przy niej bez wahania, nie czekając na pełne wprowadzenie do systemu. — Ile czasu w zadymieniu? Utrata przytomności? — rzucał pytaniami, równocześnie kontrolując tętno i reakcję źrenic. Nie miał sprzętu przy sobie, więc korzystał z tego, co było pod ręką. Zlecił podanie tlenu, szybkie oznaczenie saturacji i podstawowe badania gazometryczne, zanim jeszcze zdążył przebrać się w szpitalny uniform. — Przenosimy niestabilnych do części z niezależnym zasilaniem. Kto jest dziś na bloku? — rzucił do personelu ze ściągniętymi brwiami, w gęstym tłumie nie mogąc rozróżnić wielu znajomych twarzy. — Ja pierdolę… — mruknął pod nosem, kiedy wśród poszkodowanych dostrzegł parę osób w kitlach. Sprawa była zdecydowanie poważniejsza, niż kilka zaczadzonych osób i osmolony sufit.
Iris Valentine