zupa chmielowa i tragiczne rewelacje
: czw lut 19, 2026 5:11 pm
Ogólnie to nastrój mam w opór podły, właściwie nie pamiętam już kiedy ostatni raz czułem się tak źle, chociaż teoretycznie powinienem przecież triumfować. Dokonałem dzisiaj niemożliwego, stanąłem na przeciwko swojego ojca na sali sądowej i wygrałem, w normalnych warunkach świętowałbym to wydarzenie przez kolejny tydzień, ale nie czułem w ogóle satysfakcji, a wręcz wstyd, że dałem się wciągnąć w to wszystko. Owszem, miałem dosyć elastyczny kręgosłup moralny, ale były pewne nieprzekraczalne granice takie jak przekupstwo. Gdybym wiedział, że mój klient zamierza przekupić sędziego byle puścić swoją byłą już żonę z torbami, to w życiu bym się w to nie pakował. Ja się brzydziłem korupcją i tym, do czego ludzie byli zdolni dla pieniędzy. W ogóle pieniądze... Co za paskudny wynalazek. Mimo, że nigdy w swoim życiu nie zaznałem biedy (a może właśnie głównie dlatego) miałem dosyć antykapitalistyczne poglądy. Poza tym bałem się, że jeśli opinia publiczna dowie się o przekupstwie to już kompletnie stracę wizerunek, klientów i pewnie miejsce w kancelarii, pomimo tego, że przecież byłem niewinny. Była jeszcze jedna sprawa, która dotknęła mnie bardziej niż mogłem kiedykolwiek przypuszczać, a mianowicie fakt, że moje relacje z sąsiadką były aktualnie bardzo napięte. Chociaż powiedzieć bardzo napięte to jak nie powiedzieć nic - ona mnie dosłownie nienawidziła i myślę, że jakbym dostał zawału na klatce schodowej to jeszcze by mnie dobiła. Nie dziwiłem jej się. Niemniej trudno mi się przyznać przed samym sobą, że chyba trochę... Zaczynało mi na niej zależeć. Pewnie, drobne kłótnie i docinki były na porządku dziennym, ale ta jedna afera dosłownie pogrzebała wszystkie pozytywne aspekty naszej relacji. W tym momencie naprawdę rozważałem samotny wyjazd do Jukon, byle nie musieć patrzeć jej w oczy. W każdym razie po opuszczeniu budynku sądu kręcę się bez celu po mieście, bo dosłownie boję się ją spotkać. W głowie mam myśli przeróżne, z którymi nie potrafię sobie poradzić i w pewnym momencie po prostu wysiadam na losowym przystanku. Jest chłodno, ale bardzo słonecznie, chciałoby się powiedzieć - aż chce się żyć, tyle, że mi się w sumie wcale nie chce. Z braku lepszego pomysłu kupuję sobie w sklepie czteropak i idę do parku, żeby sobie jakoś poprawić humor, chociaż w aktualnym stanie to bym pewnie musiał wychlać wiadro. Epicki plac zabaw jest całkowicie opustoszały, więc wspinam się na drewniany zamek i przysiadam sobie na jego ganku, spuszczając nogi w dół, a potem wyjmuje telefon i piszę do Wendy Gardner SMS, że jestem w parku niedaleko i może ma ochotę do mnie dołączyć. Ona pewnie wie, że jak zadaję takie pytanie to w domyśle znaczy to mniej więcej tyle, że totalnie potrzebuje teraz jej obecności.
