Strona 1 z 1

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: czw lut 19, 2026 5:11 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Ogólnie to nastrój mam w opór podły, właściwie nie pamiętam już kiedy ostatni raz czułem się tak źle, chociaż teoretycznie powinienem przecież triumfować. Dokonałem dzisiaj niemożliwego, stanąłem na przeciwko swojego ojca na sali sądowej i wygrałem, w normalnych warunkach świętowałbym to wydarzenie przez kolejny tydzień, ale nie czułem w ogóle satysfakcji, a wręcz wstyd, że dałem się wciągnąć w to wszystko. Owszem, miałem dosyć elastyczny kręgosłup moralny, ale były pewne nieprzekraczalne granice takie jak przekupstwo. Gdybym wiedział, że mój klient zamierza przekupić sędziego byle puścić swoją byłą już żonę z torbami, to w życiu bym się w to nie pakował. Ja się brzydziłem korupcją i tym, do czego ludzie byli zdolni dla pieniędzy. W ogóle pieniądze... Co za paskudny wynalazek. Mimo, że nigdy w swoim życiu nie zaznałem biedy (a może właśnie głównie dlatego) miałem dosyć antykapitalistyczne poglądy. Poza tym bałem się, że jeśli opinia publiczna dowie się o przekupstwie to już kompletnie stracę wizerunek, klientów i pewnie miejsce w kancelarii, pomimo tego, że przecież byłem niewinny. Była jeszcze jedna sprawa, która dotknęła mnie bardziej niż mogłem kiedykolwiek przypuszczać, a mianowicie fakt, że moje relacje z sąsiadką były aktualnie bardzo napięte. Chociaż powiedzieć bardzo napięte to jak nie powiedzieć nic - ona mnie dosłownie nienawidziła i myślę, że jakbym dostał zawału na klatce schodowej to jeszcze by mnie dobiła. Nie dziwiłem jej się. Niemniej trudno mi się przyznać przed samym sobą, że chyba trochę... Zaczynało mi na niej zależeć. Pewnie, drobne kłótnie i docinki były na porządku dziennym, ale ta jedna afera dosłownie pogrzebała wszystkie pozytywne aspekty naszej relacji. W tym momencie naprawdę rozważałem samotny wyjazd do Jukon, byle nie musieć patrzeć jej w oczy. W każdym razie po opuszczeniu budynku sądu kręcę się bez celu po mieście, bo dosłownie boję się ją spotkać. W głowie mam myśli przeróżne, z którymi nie potrafię sobie poradzić i w pewnym momencie po prostu wysiadam na losowym przystanku. Jest chłodno, ale bardzo słonecznie, chciałoby się powiedzieć - aż chce się żyć, tyle, że mi się w sumie wcale nie chce. Z braku lepszego pomysłu kupuję sobie w sklepie czteropak i idę do parku, żeby sobie jakoś poprawić humor, chociaż w aktualnym stanie to bym pewnie musiał wychlać wiadro. Epicki plac zabaw jest całkowicie opustoszały, więc wspinam się na drewniany zamek i przysiadam sobie na jego ganku, spuszczając nogi w dół, a potem wyjmuje telefon i piszę do Wendy Gardner SMS, że jestem w parku niedaleko i może ma ochotę do mnie dołączyć. Ona pewnie wie, że jak zadaję takie pytanie to w domyśle znaczy to mniej więcej tyle, że totalnie potrzebuje teraz jej obecności.

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: pt lut 20, 2026 3:46 pm
autor: Wendy Gardner
#5
You've got a friend in me!
If you've got troubles, I've got 'em too
there isn't anything I wouldn't do for you
we stick together and can see it through
cause you've got a friend in me!
♡♡♡
Obrazek



Wendy była niczym błyszcząca kulka nieszczęścia, która ubabrana od brokatu po pracy w przedszkolu mogła z całkowitą powagą pójść w miejsca gdzie takim jej blichtrem gardzą i zupełnie się nie przejmować tym, że prawdopodobnie coś uszkodzi. Taka już była, pełna energii i nieskoordynowanych ruchów. Miała wielkie serce, być może zbyt wielkie jak na takie drobne ciało i stąd wzięły się te wszystkie problemy z jej koordynacją? Brzmi jak dobre wytłumaczenie. Pomimo swoich niezliczonych wpadek parła przed siebie, więc nie można było jej hartu ducha. Od dziecięcych lat wraz z rodzeństwem musieli brnąć naprzód pomimo trudnych okoliczności, rodzice nigdy nie byli wsparciem, a rzec by można nawet, że byli przysłowiową kulą u nogi i fakt, że się od nich odcięli i nie poszli na dno, świadczyło o niezwykłej determinacji. Mieli jednak siebie i właśnie dzięki rodzeństwu stała się taką kobietą, która zawsze próbuje być wsparciem, pomimo pozdzieranych łokci i obitych kolan. Jeśli ktoś bliski jej potrzebuje, nie trzeba powtarzać jej dwa razy.
William.
Jeden sms.
Czy ma ochotę dołączyć?
To nie było zwykłe zaproszenie na towarzyskie gadu gadu, jak chcesz to wpadnij. Znali się na tyle, że nie musieli mieć ustalonych specjalnych haseł i przynależnych do nich znaczeń. Kiedy coś się działo wystarczyło napisać, a ona była w stanie rozszyfrować to bez żadnych wcześniejszych ustaleń. Teraz również, dlatego nie siląc się na jakieś zmiany w swoim wyglądzie zarzuciła kurtkę na dres, w którym celebrowała dzień lenia, owinęła szyję szalikiem i założyła kolorową czapkę na poluzowanego koka, choć właściwie ciężko już nazwać to coś jakąkolwiek formą koka, bo był w stanie zaawansowanego rozkładu. Z lodówki zgarnęła do papierowej torby dodatkowe wsparcie, bo nie była pewna jak wielki jest dołek do którego przyjdzie jej wejść, a przecież trzeba mieć zapas picia, żeby się nie odwodnić. Takie oprocentowane z kolei służy lepiej na chłodzie. W drodze do drzwi wstąpiła jeszcze do sypialni, by z szafki nocnej wyciągnąć zdobycz, którą zwinęła od chłopaka, którego imię już zapomniała. Jego imię albo nie było warte zapamiętania, albo spalony z nim skręt skutecznie jej to utrudnił. Grunt, że jedno takie zawiniątko miała ukryte na czarną godzinę, więc zabrała ze sobą posiłki i podreptała na plac zabaw. Będąc na miejscu przez chwilę rozglądała się nie mogąc go dopatrzeć, ale widząc dyndające nogi na pobliskim zamku uznała, że to jest to!
— No siemka — oznajmiła wspinając się na górę bardzo uważając, by na starcie to jej nie trzeba było pomagać. Wcisnęła się obok niego i spojrzała wymownie, jakby czekała na streszczenie tego, z czym przyjdzie się im zmierzyć.

William N. Patel :pocieszacz:

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: ndz lut 22, 2026 9:04 am
autor: William N. Patel-Noriega
W oczekiwaniu na Wendy trolluje starych ludzi na Facebooku, co jest właściwie jedną z moich ulubionych, kompletnie odmóżdżających rozrywek. Piszę jakieś głupoty pod filmikami AI, a oni się tak śmiesznie wkurzają na mnie, bo myślą, że wszystko co zobaczą w necie to prawda. Co prawda ja też jak pierwszy raz zobaczyłem filmik, na którym kot ratuje dziecko przed tygrysem, to myślałem, że to na serio i nawet wpadłem w zachwyt nad niesamowitością natury, potem pokazywałem to każdemu w pracy, aż jeden koleś popatrzył na mnie jak na idiotę z pytaniem ale wiesz, że to jest wygenerowane? Musiałem spalić jana, że oczywiście, że wiem, ale śmieszne. Niemniej wstukuję w smartfona kolejny debilny komentarz, kiedy słyszę za sobą jakiś ruch, a potem moim oczom ukazuje się Wendy Gardner we własnej osobie. Blokuję telefon i chowam go do kieszeni, zaś dziewczynę obdarzam szerokim, aczkolwiek trochę zmęczonym uśmiechem - Zapraszam na moje włości - rozkładam ręce, prezentując jej tą perełkę lokalnej architektury, którą będziemy okupować dopóki nie przegoni nas jakieś dziecko, a było naprawdę bardzo mroźnie, więc nie liczyłem na żadnych nieproszonych gości - Sory, nie zdążyłem ogarnąć, ale siadaj tutaj - przecieram dłonią miejsce obok siebie, a potem klepię jeszcze te deski, że tutaj, tuż obok mnie trzymałem specjalnie dla niej - Co masz? - pytam, zerkając na papierową torbę, ale sięgam po piwo, które ze sobą przyniosłem i otwieram jedno z nich. Nie jest to najwyższej klasy browar, właściwie jakiś tani sikacz, ale tym razem nie zależało mi na smaku, tylko procentach, a tych miał całkiem sporo. Dodaję, żeby się częstowała jak coś, a potem pytam jeszcze co tam, ale widzę ten wyczekujący wzrok, a ja jestem raczej typem, z którego nie trzeba nic wyciągać za specjalnie, z natury dużo gadam, szczególnie jak coś mnie męczy, a tym tematem czułem się strasznie wymęczony, zresztą wracałem z sądu, a czułem się jakbym tydzień tyrał w kopalni i to bez żadnej przerwy. Obracam puszkę w dłoniach - Ale zjebałem, Wendy, masakrycznie - zaczynam i wlepiam wzrok w otwarte piwo - Dzisiaj zapadł wyrok w sprawie Kovalskich, ten rozwód, co ci mówiłem. Mówiłem? Czy nie mówiłem? - zerkam na przyjaciółkę, bo nie wiem w sumie, chyba nie, to była dosyć świeża sprawa, poza tym nie spodziewałem się, że się z tego zrobi taka afera - No w każdym razie wygraliśmy - brzmi raczej jak powód do radości, chociaż moje spojrzenie jasno mówi, że wcale nie jest - Dosłownie zostawiliśmy tą biedną kobietę z niczym, tylko sędzia był przekupiony, gdybym wiedział o tym wcześniej, to bym na to nie pozwolił, albo w ogóle się wycofał, boję się, że jak to wyjdzie to już w ogóle stracę twarz - ja i tak miałem opinię kogoś, kto nie cofnie się przed niczym, ale, powiedzmy, w granicach szalonej normy. Tak, ukradłem kiedyś gówniarze telefon, żeby dojść do dowodów, które oczyszczą z winy mojego klienta. Tak, włamałem się kiedyś do magazynów, żeby porobić zdjęcia, które pomogą w sprawie. Tak, broniłem pro bono aktywistów, którzy przyklejali się do asfaltu, nawet jeśli sam uważam, że to raczej marny protest. Kłamstwo, manipulacja, to były techniki, które stosował każdy prawnik, ale w życiu nie posunął bym się do przekupstwa. To już był ewidentnie cios poniżej pasa, jeszcze w takiej sprawie, gdzie wina całkowicie leżała po stronie mojego klienta. To była pierwsza rewelacja, którą się z nią dzielę, w zanadrzu miałem jeszcze kilka. Upijam łyka piwa i nieznacznie się krzywię - Jezu, ale ohydne - smakuje jakby ktoś zlał wszystkie wygazowane resztki po całonocnej imprezie i dodał jeszcze trochę pomyj.

Wendy Gardner

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: ndz lut 22, 2026 7:39 pm
autor: Wendy Gardner
No no, fajnie się tu urządziłeś — przyznała z szerokim uśmiechem na twarzy rozglądając się wokół — i w dodatku z widokiem, pewnie cena też niczego sobie, ale nie dziwię się… w końcu w najbardziej imprezowej części dzielnicy — oznajmiła z pełną powagą, by na koniec zaśmiać się pod nosem. — Kiedy jakaś grubsza parapetowka, bo teraz to mamy taki before, co nie? — dodała trochę w ramach wstępnego rozluźnienia, bo po wyrazie twarzy Williama domyślała się, że czeka ich tutaj grubsza sprawa, a do tego musiała się dostroić. Wendy miała to do siebie, że była skora do pomocy i bardzo empatyczna, ale też chłonna jak gąbka i nastrój często się jej udzielał ZA bardzo, a w efekcie jej wsparcie nie było tak dobre, jak powinno, co później często wyrzucała sobie w twarz przed lustrem. Dzisiaj nie chciała tego doświadczać więc postanowiła podejść do sprawy profesjonalnie.
Ja mam jakieś burżujskie wino, które zapierniczyłam bratu z barku. Ma tego tyle, że się nawet nie zorientuje — oznajmiła beztrosko odkładając je obok siebie, kiedy William wziął się za piwa. Stwierdziła, że dobrodusznie pomoże mu wypić tani browar, a jak przebrną przez tą chmielową mękę to uraczą podniebienie czymś lepszym. To czy będzie lepsze, to się dopiero okaże. — I mam też coś na rozluźnienie — dodała wyciągając skręta z kieszeni, ale też szybko chowając go ponownie, bo nie wszystko na raz, co nie?
Otwarła swoją puszkę, ale nim upiła cokolwiek wlepiła swoje ślepia w przyjaciela, który pomału przechodził do rzeczy. Kovalskich? Przeszukując zakamarki swojej pamięci próbowała wyciągnąć z niej coś podobnie brzmiącego, ale jedyne co mogła zrobić to pokiwać przecząco głową. — Oh, chyba nie mówiłeś — wtrąciła domyślając się, że pewnie była to jedna z parszywych rozwodowych spraw, a te potrafią zrujnować człowieka. — Oooo — pierwsze O miało wydźwięk pozytywny, wręcz pochwalny, bo sprawa była wygrana, a za tym idą zazwyczaj gratulacje, szybko jednak się poprawiła, gdy tylko dokończył wypowiedź. — Oooo — kolejne O było trochę bezradnym westchnieniem zmieszanym ze współczuciem. — Masz babo placek — wymsknęło się jej w pierwszej chwili, no bo został wciągnięty niespodziewanie w sytuację beznadziejną. — Ej, posłuchaj mnie — zaczęła spoglądając na przyjaciela — wygrałeś sprawę swoimi argumentami, wiedzą i sprytem — była przekonana o tym — a to co zrobił sędzia to zdrada, ale nie daj wmówić sobie, że to twoja zdrada — powiedziała kładąc mu rękę na ramieniu, a drugą zbliżyła puszkę do ust i napiła się nim zdążył ją ostrzec jakie to paskudne. — Ugh, ochyda — prawie się jej wróciło, kiedy spróbowała. — Nie, nie będziemy tego pić — zbuntowała się sięgając po wino — czyń honory — dodała podając mu butelkę.
A skoro sprawa ta wygląda tak, a nie inaczej nie możesz się jakoś zabezpieczyć? Przygotować dowody pod swoją niewinność? Notatki, przebieg rozmów, cokolwiek. Może się przydać jeśli to wypłynie, wiesz… dowód, że zostałeś tak samo oszukany… — wiedziała, że sprawa nie wypłynęła i może nie wypłynąć nigdy, ale gdyby tak się stało to lepiej, by był przygotowany. — Nie zrobiłeś nic złego i nie jesteś w tym sam — zapewniła. Mogła być pierwszą osobą, która poświadczy o jego uczciwości, nawet jeśli jej głos nie bardzo będzie się liczył.

William N. Patel :przytulon:

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: wt lut 24, 2026 6:35 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Wendy jest taka rozbrajająca zawsze, że dosłownie od pierwszych słów poprawia mi się humor - No tanio nie jest, ale jakby luksusowo, nie? - śmieję się, wzruszając delikatnie ramionami - Parapetówka? Jak tylko się tu trochę umebluję, bo póki co to można siedzieć tylko na podłodze - tak jak my teraz na przykład, chociaż i tak było wygodniej niż wyglądało, nawet jeśli trochę wilgotno i chłodno. Byle tylko nikt nie dostał wilka, bo nie uśmiechało mi się odchorowywać tego wypadu, szczególnie że to ja zapraszałem - Burżujskie wino zakoszone bratu z barku? Czuję się jakbyśmy znowu byli na studiach - trącam ją lekko łokciem i faktycznie mi się przypominają te beztroskie, młodzieńcze lata. Wtedy też piliśmy po parkach i kradliśmy alkohol z rodzinnych barków, bo może i mieliśmy kasę na własne, ale wiadomo, że lepiej smakuje darmowe - Oooo! - z moich ust wydobywa się okrzyk radości, kiedy mi pokazuje skręta, bo to jest dosłownie to o czym marzę w tym momencie. Generalnie to ja zawsze byłem przygotowany, ale tym razem szedłem prosto z sądu, a jednak branie tam skrętów nie było zbyt mądrym pomysłem, więc można powiedzieć, że wdzięczniejszy względem niej już być nie mogę. Ja to bym chętnie od razu go odpalił, ale ok, niech poczeka na odpowiedni moment, póki co mieliśmy piwo do wypicia - No to jest dłuższa historia, więc jeszcze do tego wrócimy - bo podejrzewam, że ta historia będzie musiała zatoczyć duże koło, żeby w ogóle mogła zrozumieć dlaczego mnie to tak męczy, ale chyba trochę ciężko mi o tym mówić na trzeźwo szczerze powiedziawszy. W każdym razie przedstawiam jej ciąg dalszy i wcale mnie nie dziwi pierwsza pozytywna reakcja, która szybko przeradza się raczej w coś odwrotnego. Masz babo placek to był bardzo trafny komentarz więc wzdycham przeciągle. Wbijam w nią spojrzenie i nawet uśmiecham się lekko, bo jeśli ktoś potrafił mnie naprawdę pocieszyć to była to właśnie Wendy. Ja naprawdę doceniam każde jej słowo i naprawdę uwierzyłbym w jej pocieszenia gdybym tylko nie wiedział co się odjebało na tej sali sądowej - Chciałbym żeby tak było, naprawdę tylko sęk w tym, że po drugiej stronie, w sensie prawnikiem, który występował w imieniu tej kobiety był mój ojciec - a ona pewnie doskonale wiedziała, że nasze relacje są dosyć... Napięte, teraz po dzisiejszym dniu już chyba do granic możliwości - On nas zmasakrował na tej rozprawie, dosłownie kurwa zniszczył, a co zadecydował sąd? Że jej się nic nie należy, kiedy mój stary dosłownie udowodnił, że to mój klient ponosi całą odpowiedzialność za rozpad małżeństwa, ja myślę, że on już wie co się tam wydarzyło, albo przynajmniej podejrzewa, przecież nie jest głupi - ostatnim co mógłbym powiedzieć o Franklinie Patelu było to, że był głupi. Gardner pewnie niejednokrotnie słyszała jaki był dobry w swoim fachu - Ja myślę, że on myśli, że to był mój pomysł, a tego mi dosłownie nigdy nie wybaczy - bo miał bardzo mocny kręgosłup moralny, w przeciwieństwie do mnie. Czasem przymykał oko na moje odpały, ale dzisiaj przecież dosłownie powiedział, że nie ma już syna - On mnie kurwa dosłownie wydziedziczył po tej rozprawie -dodaję i ściągam jeszcze jednego łyka sikacza, zanim Wendy zadecyduje, że nie da się tego pić. Kiwam głową odbierając od niej butelkę i czytam etykietkę - Pinot noir, uuuu, brzmi dobrze - przez dłuższą chwilę mocuje się z korkiem, ale przecież byłem wieloletnim koneserem napojów wyskokowych, nie w takich warunkach otwierałem wina. Upijam łyka, zanim oddam jej trunek - Mmm, dobre - przyznaję, oblizując usta - Chyba będę musiał, nie wiem, jeszcze nie myślałem jak to ugryźć - mózg mnie bolał na samą myśl, że w końcu będę musiał nad tym przysiąść i naprawdę się zastanowić z której strony powinienem ugryźć ta sprawę. Znowu wzdycham bardzo ciężko - Dzięki Wendy, ale powiedziałem po drodze bardzo dużo złych rzeczy, których teraz trochę żałuję - drapię się po głowie, bo właściwie nie mam pojęcia od czego powinienem zacząć, chyba od początku, a to zaś była trochę skomplikowana sprawa i będziemy musieli wrócić do Kovalskich - Daj tego blanta bo nie ogarnę tego na trzeźwo - ciężko mi było znaleźć odpowiednie słowa, żeby wszystko opisać, liczyłem na to, że zielony dym trochę rozjaśni mi umysł.

Wendy Gardner

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: ndz mar 01, 2026 10:11 am
autor: Wendy Gardner
— Zainwestuj w podłogówkę, wtedy można siedzieć tak i wmawiać się, że to już taka kultura podłogowa — oznajmiła palce przykładając do zewnętrznych kącików oczu i rozciągając je na boki udając tym samym azjatkę. Kiedy rozsiedli się w jego posiadłości faktycznie trochę zawiewało, a panujące warunki nie nadawały się na dłuższe posiadówki na chłodzie, ale Wendy nie przejęła się tym zbytnio.
— Wiesz, niekiedy mam wrażenie, że od czasów studiów niewiele się zmieniło — zaśmiała się lekko pod nosem — okradam barek brata, żyje z miesiąca na miesiąc bo zamiast odkładania wolę sobie wyjechać na jakiś trip, a tam ciężko mi kontrolować budżet, a zamiast imprezowych studenciaków mam wieczną imprezę w przedszkolu, a niekiedy nawet załapie się na rzyganie jak po dobrym melanżu jak piąty rodzaj jelitówki przemknie przez nasze mury — podsumowała, ale nie sprawiała wrażenia niezadowolonej z tego stanu rzeczy. Akceptowała to jak wygląda jej życie teraz i najwyraźniej była szczęśliwa w tym swoim chaosie i nie zaplanowanej przyszłości.
— Ha, i tu cię mam — rzekła jakby wiedziała, że właśnie to małe skręcone cacko ma szansę na poprawę sytuacji, chociażby chwilową. — Wiedziałam, co ze sobą zabrać — z dumą przytaknęła na jego dłuższą historię, jakby chciała mu zakomunikować, że halo… nigdzie się nam nie spieszy, więc śmiało! Mógł streszczać jej wszystko, a ona z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym będzie to chłonęła i próbowała mu pomóc, nawet jeśli w świecie prawników i rozpraw nie odnajdywała się w ogóle i gdyby jej przyszło się tam z kimś zmierzyć to byłaby niczym wiewiórka wrzucona na autostradę w godzinach szczytu. Na pewno skończyłaby jako krwawa plama na rozgrzanym asfalcie. Właśnie dlatego szczerze podziwiała przyjaciela za to, że odnajdywał się w tym zawodzie i robił to bardzo dobrze, a tym samym nie chciała, by czyjeś działanie z premedytacją przekreśliło to wszystko na co sobie zapracował.
— Och Will — westchnęła słysząc o wydziedziczeniu przez ojca początkowo nie przypuszczając, że ta sprawa jest tak bardzo pogmatwana. Łapówka, walka ojca z synem, przegrana i niechlubna wygrana. Sporo musiała sobie w głowie poukładać, by ubrać jakoś słowa tak, by miały sens. — Słuchaj, może zareagował na gorąco, no wiesz… przegrał sprawę i kto wie, może przypuszczał dlaczego, a na tobie najłatwiej było się mu wyżyć — ktoś musiał być kozłem ofiarnym, a na rodzinie niekiedy paradoksalnie najłatwiej się wyżyć. — Po drugie jeśli przypuszczał, że ktoś wykupił sobie wygraną to pewnie czuł się nieźle upokorzony po przegranej, ale to nie ty jesteś winny tylko twój klient, który cię do tego szamba wrzucił — starała się mi to przypominać tak ciężko, jak to możliwe. Niekiedy wmawiane kłamstwo potem ciężko odróżnić od prawdy, a jak każdy zacznie mu wmawiać, że miał coś do czynienia z tą łapówką to jeszcze mógłby się w tym wszystkim bardziej zagubić. — A poza tym twój stary to nie jakiś amator, a stary wyjadacz. Nie mów mi, że nie wie co się odwala na takich salach. Po tylu latach w zawodzie chyba powinien mieć lepsze wyczucie i ciebie też powinien znać lepiej — dodała naburmuszona lekko - nie na Willa, a na jego ojca. Może i miał swoje za uszami, ale powinien wiedzieć, że jego syn ma też pewne granice.
— To umówmy się, że w inny dzień pomyślisz jak to ugryźć, bo wierzę, że jest na to jakiś sposób…chyba wierzymy w sprawiedliwość, co nie? A dziś sobie trochę odpuścisz, huh? — zaproponowała, jednocześnie wyciągając skręta i podając przyjacielowi, by czynił honory. Widziała, że jest mu ciężko więc nie naciskała tylko przejęła butelkę i napiła się wina.


William N. Patel <3

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: wt mar 03, 2026 8:04 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Śmieję się z niej głośno i kręcę z rozbawieniem głową, kiedy patrzy na mnie tymi skośnymi oczkami, naprawdę uwielbiam jej poczucie humoru - Niemożliwa jesteś - na moment nawet zapominam, że byłem strasznie zdołowany, ale te myśli niestety szybko do mnie wracają - Impreza przedszkolaków brzmi srogo - przyznaję. Czasem ją podziwiam, że ma tyle cierpliwości, ja kiedyś przez dziesięć minut musiałem zajmować się kuzynem, w tym czasie zdążył narobić w gacie, ugryźć mnie w palec i zrobić awanturę na środku piaskownicy, nie, to zdecydowanie nie było na moje nerwy - Chciałbym czasem wrócić na studia, fajnie było - wzdycham rozmarzony, na moment wracając myślami do tamtych starych, dobrych czasów. Fajnie się razem bawiliśmy, przeżyliśmy mnóstwo szalonych wieczorów jak wtedy kiedy się poznaliśmy i niechcący podbiła mi oko. Parskam śmiechem na tę myśl i pewnie nawet nie muszę jej werbalizować, bo wystarczy jedno znaczące spojrzenie by mogła to wyczytać. A znaliśmy się przecież na wylot, więc tylko kiwam głową na jej kolejne słowa. Wiedziała co ze sobą zabrać. Potem niestety robi się już bardziej poważnie i wlepiam w nią spojrzenie kiedy z uporem próbuje mnie pocieszać - No... No może tak, ale on jest taki uparty i pamiętliwy - okręcam butelkę w dłoniach, na moment przenosząc na nią spojrzenie - A mnie jest tak strasznie wstyd, Boże, jak sobie przypomnę jak on na mnie spojrzał to mam ciary - jak na zawołanie się otrząsam - Tylko ja już wcześniej miałem opinię kogoś, kto się nie cofnie przed niczym i to raczej nie poprawia mojej sytuacji w tym momencie, myślę, że nawet jakbym przysięgał na własne życie to by mi nie uwierzył, nie wiem jak ja się z tego wytłumaczę - na razie wolałem tego nie robić - Okej, chyba pojadę na jakieś wakacje żeby trochę pomyśleć w samotności, polecasz jakiś kierunek? - pytam. Oddaję jej butelkę, w zamian odbierając blanta i sięgam do kieszeni płaszcza po swoją ciężką, metalową zapalniczkę z grawerunkiem lwa. Otwieram ją jednym ruchem, odpalam skręta i zamykam. Mocno zaciągam się blantem, w ciszy wypuszczając spomiędzy warg gęste kłęby dymu. Potem robię to jeszcze dwa razy zanim podam jej jointa. Czuję jak ziołowe wstęgi oplatają mi mózg, a ciężkie powieki opadają nieznacznie - No i w tym wszystkim jest jeszcze dziewczyna - w tym momencie dochodzę właściwie do sedna. Męczyły mnie te sprawy, o których już zdążyłem powiedzieć - przekupstwo i ten konflikt ze starym, ale kurwa, najbardziej to mi jednak doskwierało coś innego - Kojarzysz tą moją sąsiadkę z naprzeciwka? Ta zjebana taka co się czepiała mnie ciągle, że głośno, że imprezki, że chuj wie co jej się akurat uroiło we łbie - zaczynam, trochę z dupy, ale to wszystko się przecież w pewnym momencie łączyło. Na pewno kojarzyła jak niejednokrotnie na nią narzekałem i się skarżyłem, albo śmieszkowałem, że jak przyjdzie jeszcze raz to przysięgam, że jej podłożę pod drzwi płonącą torbę z kupą - Trochę się ostatnio jakby... - szukam w głowie odpowiednich słów - Zbliżyliśmy do siebie? Jak się lepiej poznaliśmy to się okazało, że jasne dużo nas dzieli, ale też trochę łączy, trochę dużo właściwie, wiesz, w pewnych kwestiach to myślę, że nikt inny mnie nie rozumiał tak dobrze jak ona - zamyślam się - Ja się chyba trochę - wciągam mocno powietrze w płuca zanim to powiem, bo to jest pierwszy raz, kiedy sobie to uświadamiam i chyba nie powiedziałbym tego nikomu innemu, nie wiedziałem czy Wendy mnie zrozumie, ale wiedziałem, że spróbuje wesprzeć - Zauroczyłem - a to była dosyć poważna deklaracja z mojej strony. Gardner znała mnie od lat, przez te lata miałem wiele kobiet i większość tak naprawdę nic nie znaczyła - No tylko ona mnie teraz nienawidzi, ale nie tak jak wcześniej, jak się sprzeczaliśmy o pierdoły tylko tak na poważnie, kazała mi spierdalać ze swojego życia, byłem dla niej okropny, ta sprawa, w sensie ten rozwód, to była sprawa jej rodziców, a ja stanąłem po tej złej stronie, myślę że ona się poczuła strasznie zdradzona, ja bym się tak poczuł. W gniewie powiedziałem jej, że zrobię wszystko żeby zniszczyć ją i jej matkę i że chcę patrzeć jak cierpi, ale nie chcę i wtedy też nie chciałem, tylko tak bardzo mnie wkurzyła, że ja bym wtedy powiedział wszystko byle jej dojebać, tylko teraz to nie wygląda za dobrze - wzdycham przeciągle - Myślę, że straciłem kogoś na kim zaczynało mi zależeć - to mi tak ryło banie, nie rozumiałem siebie ani swoich uczuć, ani tym bardziej jej, a to gubiło mnie jeszcze bardziej. Czemu wszystko musiało być takie skomplikowane?

Wendy Gardner

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: czw mar 12, 2026 1:51 pm
autor: Wendy Gardner
Uśmiechnęła się delikatnie na jego rozmarzone wyznanie. — Wiesz… do mnie to wcale nie dociera, że nagle staliśmy się dorośli i już nie jesteśmy na studiach. Niby ruszyliśmy dalej, a ja mam wrażenie, że czas się zatrzymał. Jakoś tak wiesz… nie czuję tego — westchnęła nie potrafiąc ubrać w słowa tego co czuje — nie ogarniam swoim rozumem, że jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Czasem, aż mnie ściska w środku — głos lekko się jej załamał, bo jeśli ktoś nie mógł pogodzić się z dorastaniem to właśnie Wendy. Przez spory okres swojego dzieciństwa musiała być dojrzalsza niż w rzeczywistości była, bo rodzice zwyczajnie mieli ich w poważaniu. Starsi bracia byli niewątpliwie wsparciem, ale wciąż nie mogła polegać na dorosłych, którzy powinni być za nią odpowiedzialni. W rezultacie zaburzyło to całe jej życie, bo jako dziecko była zbyt dorosła jak na swój wiek, a teraz zbyt dziecinna w swojej dorosłości, jedynie okres studiów był taki jaki powinien być i chyba dlatego za nim tęskniła najbardziej, a na samą myśl o tym do oczu napłynęły jej łzy. Szybko jednak pociągnęła nosem hamując całe zajście nim William mógł to dostrzec, a nawet jeśli, to z łatwością mogła zwalić winę na chłodne powietrze, wtedy zawsze dostaje kataru. Poza tym to on w danej chwili potrzebował jej wsparcia.
Może i pamiętliwy, ale nie jest sędzią, który wydał na ciebie wyrok bez możliwości apelacji, co nie? Tylko twoim ojcem… może potrzebuje czasu — w końcu przegrał, to też pewnie podsyciło złość, a tym samym spotęgowało złowrogie spojrzenie. — Może faktycznie lepiej, żebyś też to przeczekał i się nie tłumaczył, w końcu winni się tłumaczą, a ty nie jesteś winny — jednocześnie przytakując na wzmiankę o wyjeździe. — Jakaś dzika plaża, albo domek w górach? Ja bym pojechała gdzieś daleko, gdzie nikt mnie nie zna, ale towarzystwo by ci się przydało — i nie miała siebie na myśli, raczej chodziło jej o to, że samotność może mu płatać figle. Jeszcze za wiele będzie myślał o wszystkim co miało miejsce; zdecydowanie potrzebował rozproszenia, choć z drugiej strony mógł sobie je znaleźć na wyjeździe, prawda?
I kiedy już myślała, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i nawet mają jakiś wstępny plan na to jak może poprawić sobie humor i wyjść na prostą, padło jedno kluczowe słowo - d z i e w c z y n a. Wendy odruchowo upiła solidnego łyka wina, odstawiła butelkę między nich i sięgnęła po blanta, zaciągając się nim początkowo lekko, a za drugim razem już mocniej. — Kojarzę, nie wiem czy zjebana, ale na pewno śliczna — wyznała dodając szybko — widziałam ją może trzy, albo cztery razy, ale za każdym razem na pierwszym planie były jej pełne usta. Gdybym miała sobie zrobić poprawkę, to chyba bym ją wzięła ze sobą i powiedziała kosmetyczce takie mi rób — oznajmiła z całkowitą powagą, ale hej, taka prawda! Wendy miała pierdyliard kompleksów, ale usta to jedne z większych. — No, ale wracając do sprawy — powiedziała i machnęła ręką na znak, by kontynuował, bo przecież nie o jej justach będą mówić, co nie? Słuchała więc dalej Williama i chyba z każdym kolejnym słowem, była w coraz większym szoku. Zdając sobie sprawę w jakim kierunku zmierza ze swoim wyznaniem nie była pewna, czy aktualnie nie jest w jakiejś ukrytej kamerze i programie testującym skalę jej przyjaźni. Jeszcze się okaże, że zaraz jej wyzna, że zabił człowieka i będą obradować w programie nad tym czy jej przyjaźń to dźwignie, czy może to już będzie za wiele. To chyba wydawało się bardziej prawdopodobne niż fakt, że zauroczył się w sąsiadce, której byłby w stanie podłożyć kupę pod drzwi.
Ten problem z twoim ojcem to przy tym żaden problem — powiedziała brutalnie szczerze, gdy dokończył całą historię. — Nie wiem, czy chciałabym znać kogoś, kto tak mi zaszedł za skórę i powiedział mi tak okrutne rzeczy — i wcale nie chciała mu teraz dosrać, bo widziała jak cierpi z tego powodu i jej samej zrobiło się z tego powodu bardzo smutno. Szturchnęła go mocno w ramię, jakby chciała by się opamiętał. — Ja pierdolę, tak się nie robi — zrugała go podając mu blanta i sięgnęła po wino, upijając kolejnego łyka i zastanawiając się nad tym, jak bardzo spaprał sprawę. — Nie wiem co ja bym zrobiła na twoim miejscu, ale jeśli cokolwiek może cię tutaj wyratować z opresji to całkowita szczerość. Powinieneś iść do niej i być całkowicie szczery, powiedzieć co do niej czujesz i, że to co wcześniej powiedziałeś nie było prawdą tylko strach przed własnymi uczuciami cię obleciał — innej drogi nie było. Przynajmniej zdaniem Wendy.

William N. Patel-Noriega :przytulon:

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: ndz mar 15, 2026 11:33 am
autor: William N. Patel-Noriega
Doskonale wiedziałem o czym mówi. Życie studenta, nawet jeśli opatrzone wieloma dziwacznymi sytuacjami i dramatami wieku młodzieńczego, zdawało się jakieś takie dużo prostsze. Człowiek jeszcze miał chęć i siłę, a jeśli coś poszło nie tak, to szybko o tym zapominał, rzucając się w wir kolejnych wydarzeń. Było wspaniale, szczególnie jeśli miało się wokół siebie równie cudownych ludzi. Ja miałem ich bardzo wiele, myślę, że większość naprawdę bliskich relacji zawiązałem właśnie tam, a jeśli przetrwały do tej pory, to przetrwają już chyba na zawsze - Ta, dorosłość jest do bani - kwituję i wzdycham ciężko. Teraz trzeba było brać odpowiedzialność za swoje słowa i czyny i okazało się, że ludzie wymagają od ciebie znacznie więcej powagi - Może - wzruszam nieznacznie ramionami. Może rzeczywiście cała ta sprawa wymagała trochę czasu, aż pierwsze emocje opadną i każdy pogodzi się z tym co było? A może potrzebowałem sobie trochę wmówić, że tak będzie, bo łatwiej było tworzyć w głowie sprzyjające scenariusze niż kolejne dramaty - Masz rację, tak zrobię, poczekam aż emocje opadną - wierząc, że do tej pory nic nieodpowiedniego nie trafi do opinii publicznej - Hm, prędzej plaża, gdzieś daleko, żeby tak jak mówisz , nikt mnie nie znał - kiwam łbem. Ja byłem osobą, która bardzo łatwo zjednywała sobie ludzi, nawet bariery językowe nie miały dla mnie żadnego znaczenia, więc właściwie nie musiałem się martwić o zbyt wykańczającą samotność, wiedziałem, że jak zacznie mi doskwierać, to szybko znajdę towarzystwo. A potem przechodzimy w temat dziewczyny i jak tylko ona odstawia butelkę, to ja ją chwytam i przykładam do ust, ściągając równie dużego łyka. Każde jej kolejne słowo sprawia, że mam przed oczami te pełne wargi, zmysłowo rozchylone, albo wygięte w przesadnie uroczym, złośliwym uśmiechu. Moja wyobraźnia nie zatrzymuje się i zaczyna mi podsuwać naprawdę lubieżne wizje, więc obruszam się na swoim miejscu i chrząkam, żeby wyrzucić z głowy wszystko to, co mogłyby mi robić tamte znajome usta - Nie pomaga mi to - rzucam, bo ja chciałem raczej o niej zapomnieć, a tymczasem robi mi się jakoś dziwnie gorąco. Wolałbym, żeby powiedziała, że jest turbo brzydka, tylko problem był taki, że o Charlotte nie dało się tego powiedzieć - Ty też masz piękne usta i fantastyczny uśmiech - dodaję po chwili, odwracając twarz w jej kierunku i posyłam Wendy jeden ze swoich specjalnych uśmiechów. Zresztą dla mnie wszystkie kobiety miały w sobie coś pięknego - jedna oczy nie z tej ziemi, inna rozkoszny kształt ust, lśniące włosy, albo chociaż proste kolana, niektóre nadrabiały wspaniałym wnętrzem i przezabawnym poczuciem humoru. Niemniej kontynuuję swoją opowieść i widzę, że z każdym kolejnym słowem jest w coraz większym szoku, co w zasadzie w ogóle nie powinno mnie dziwić. Sam też, jak mówię to wszystko głośno, to nie wierzę, że mogłem być aż takim chujem. Zresztą obydwoje zgodnie uznajemy, że to jest znacznie większy problem niż cała ta sprawa z obrażonym tatuśkiem. Wzdycham przeciągle na jej kolejne słowa, też nie chciałbym już mieć ze sobą nic wspólnego. To znaczy ona też mówiła mi masę złych rzeczy, ale ja naprawdę przegiąłem. Szturcha mnie mocno w ramię i aż podskakuję na swoim miejscu - Przecież wiem! - teraz tak, wtedy chyba zwyczajnie padło mi na mózg, albo za mocno dałem się ponieść chęci zemsty. Nie wiem co sobie myślałem. Odbieram skręta i znowu się nim zaciągam, słuchając porad Gardner, a kiedy kończy to energicznie kręcę głową - Nie, nie, nie ma nawet takiej opcji, a co jakby mnie wyśmiała? Zresztą na bank by mnie wyśmiała, a wtedy to dopiero by był problem, musiałbym się chyba wyprowadzić, żeby nie spotkać jej na klatce albo gdziekolwiek, przy śmietniku na przykład, albo w warzywniaku. A ja naprawdę lubię swoje mieszkanie - i dzielnicę, wszystko na miejscu praktycznie - Mam lepszy pomysł, spróbuję jej unikać dopóki nie zapomnę, że mi się podoba, ooo, no przecież brzmi świetnie - brzmiało chujowo i nierealnie - A jak to będzie trwać za długo, to po prostu się wyprowadzę, nie szukasz współlokatora? - zerkam kątem oka na Wendy i podaję jej końcówkę blanta - Chociaż może lepiej poza Toronto, żebyśmy się nie spotkali gdzieś w sądzie na przykład, o, może do Ottawy? Zawsze chciałem pomieszkać trochę w stolicy, co myślisz? - chociaż nawet nie muszę pytać, próbowałem się oszukiwać, że to przecież wspaniały pomysł, unikać problemu dopóki sam się nie rozwiąże, ale gdzieś w głębi doskonale wiem, jakie to było bezsensowne.

Wendy Gardner

zupa chmielowa i tragiczne rewelacje

: pn mar 16, 2026 7:14 pm
autor: Wendy Gardner
Dzięki Will — odparła uśmiechając się lekko słysząc jego komplement, bo nawet jeśli miała nieco odmienne zdaniem w tym temacie, to zawsze miło było coś takiego usłyszeć. Ogólnie to dorosłość ją bardziej przytłaczała niż jakieś tam kompleksy, które na co dzień nie zaprzątały jej głowy, bardziej, wtedy gdy zaczynała się z kimś porównywać, a tego starała się unikać.
Teraz jednak nie to było najważniejsze.
Wendy wciąż chyba próbowała przetrawić fakt, że William wpadł w sidła zauroczenia, w dodatku z sąsiadką, na którą niejednokrotnie już słał gromy – absurd! Totalny absurd, ale jak na przyjaciółkę przystało postanowiła pomóc mu przepracować traumę temat. Szkoda tylko, że okazał się bardzo trudnym pacjentem. Chociaż nie tyle trudnym, co tchórzliwym. Teraz Lew na obudowie jego zapalniczki, którą bawił się chwilę wcześniej, wydawał się śmieszny w zestawieniu z Williamem, który na myśl o konfrontacji z dziewczyną skulił się w sobie. Słuchała jednak z pełnym skupieniem, angażując wszystkie mięśnie twarzy tak mocno, by tylko nie była ona relacją na żywo z jej myśli, bo William zamiast skupić się na mówieniu, zacząłby się zastanawiać czy Wendy nie ma przypadkiem udaru. Takie miała wtf, że niemal zakrztusiła się dymem z końcówki jointa, którą od niego odebrała. Nie potrafiąc już dłużej kontrolować swojej mimiki spojrzała na niego z mieszanką politowania, ale i rozbawienia, jakby co najmniej oświadczył jej, że planuje zbudować tratwę z patyków i przepłynąć ocean.
Do Ottawy? Srsly, Will? — pokręciła głową z lekkim niedowierzaniem. — Czekaj, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam — zaczęła analizując jego genialny plan ucieczki. — Chciałbyś porzucić całe swoje życie, karierę, przyjaciół i mieszkanie, bo boisz się spotkać dziewczynę przy śmietniku? — powtórzyła wzdychając delikatnie i zerkając w niebo, jakby szukała wsparcia u gościa z góry, co to podobno dla niektórych czynił cuda, więc na moment mogła uwierzyć, prawda? — Brawo, to oficjalnie najbardziej tchórzliwy plan jaki słyszałam! — zaklaskała nawet, bo ktoś musiał mu to powiedzieć. No nie poznawała typa, ktoś jej Williama podmienił. Rekina na sali rozpraw, gdzie nie bał się spraw o kupę hajsu i sędziów z przerośniętym ego, a nagle trzęsie się na myśl o dziewczynie z naprzeciwka?
Nie będę się powtarzać, więc słuchaj mnie uważnie — Winnie była tak słodka, że gdy wyskakiwała groźnym spojrzeniem człowiek nie wiedział - czy się bać, czy śmiać, ale to teraz nieistotne! — Jak myślisz, że będziesz sobie popijał spokojnie kawkę w stolicy to od razu powiem ci, że to skazane na porażkę jest i na każdym kroku będziesz widział jej twarz Z TYMI PEŁNYMI USTAMI — nie mogła się powstrzymać, musiała to dodać — a towarzyszyć ci będą twoje własne słowa, jak obiecałeś, że zniszczysz jej życie — może i była w tym momencie brutalnie szczera, ale nie po to, by mu dogryźć, czy sprawić, by czuł się okrutnie, ale po to, by uświadomić mu, że to siedzi w jego głowie i zmiana miejsca nic tutaj nie pomoże.
A tak poza tym to serio boisz się, że cię wyśmieje? Przecież ona cię już nienawidzi, gorzej być nie może prawda? — powinien na to spojrzeć logicznie, dla niej już jest najgorszy. — Takie wyśmianie przez nią mogłoby oznaczać pewien awans towarzyski właściwie — zasugerowała wzruszając bezradnie ramionami. — Wiesz, że jesteś godzien jakiś innych uczuć niż czysta nienawiść — nie powinien się tego bać.
A tak poza tym to nie szukam współlokatora, Ottawa jest nudna jak flaki z olejem, a ty zostajesz tutaj, idziesz do niej i dajesz jej szanse na to, by ci przywaliła, objechała cię, ewentualnie wyśmiała, bo trochę sobie zasłużyłeś i nie ma sensu tchórzyć — powiedziała to na jednym wdechu i to tak szybko, że teraz z trudem złapała oddech; pokręciła głową, gasząc niedopałek. Upiła łyka wina i podała mu butelkę dodając: — Przynajmniej po wszystkim będziesz mógł spojrzeć w lustro bez wyrzutów sumienia — i choć trochę wątpiła, że tak postąpi to przynajmniej wyraziła swoje zdanie w tym temacie. Twierdziła, że to najlepsze co może w tej chwili zrobić, przy czym i tak obstawiała, że prędzej ucieknie na jakąś dziką plażę,... ALE jeszcze wspomni jej słowa, że na każdym rogu będzie się czaić na niego TA dziewczyna.

William N. Patel-Noriega :pocieszacz: