Strona 1 z 3

Piano, piano...

: pt lut 20, 2026 10:10 am
autor: Wendy Gardner
Obrazek
#6
Piano, piano...


Skłamałaby, gdyby powiedziała, że łatwo ogarnęła sobie wolne na ten wyjazd, ale niewątpliwie pomogło jej branie zmian w pracy z koleżanki i parę zastępstw podczas ich choroby. Kilka zmian grafiku później już siedziała w samolocie do Włoch, nie przejmując się tym, że stąpa po kruchym lodzie, choć w gruncie rzeczy wielu zdarzeń z ostatniego wyjścia z Peterem nie pamiętała, a to znacznie ułatwiało sprawę podjęcia decyzji. Wciąż miała trochę oszczędności na ten wyjazd, jeszcze się zachowały z jej wygranej, więc zamierzała zwiedzać, jeść, jeszcze raz jeść, odwiedzić restaurację by zjeść i zwiedzać tak po prostu, a przy okazji też jeść. Wróci kilka kilogramów cięższa, ale i szczęśliwsza - miejmy nadzieję. Najlepsze było to, że nie miała żadnych zmartwień, dzięki Peterowi miała ogarnięty lot i nocleg, wszystko wydawało się takie bajecznie proste - spakować się, zdążyć na samolot, zameldować się, a potem już tylko dobrze bawić. Pokój miała z jedną jedyną kobietą jaka z nimi leciała i początkowo wydawało się to rozsądne, ale po pierwszej wspólnej nocy w jej głowie zrodziło się wiele obaw, które musiała przedstawić przyjacielowi jak najszybciej, a skoro wybierali się właśnie na spacer przez Mediolan to okazja była ku temu idealna. Ubrała zwiewną sukienkę, na to zarzuciła sweterek, wsunęła wygodne buty, zarzuciła na plecy mały plecaczek, który pomieści co najwyżej portfel i magnesy i jeszcze wsunęła okulary przeciwsłoneczne na nos, bo prognozy mówiły, że miało być słonecznie i nawet ciepło - była gotowa na zwiedzanie.
Mediolan nie miał w sobie zbyt wiele z sielankowej Toskanii - która nawiasem mówiąc też się jej marzyła - czy z renesansowej Florencji albo z Rzymu, które w całości było niczym muzeum pod gołym niebem. Mediolan był szybszy, bardziej biznesowy niż turystyczny, pełny szarości i wieżowców. Wendy jednak potrafiła dostrzec ukryte skarby tego miasta, gdzie najpiękniejsze ogrody i dziedzińce chowały się wewnątrz kamienic. Dzisiaj zamierzała się zachłysnąć klimatem i to w doborowym towarzystwie. Porwała Piotrka z lobby, gdzie się umówili i złapali taksówkę, by podrzuciła ich do Galerii Wiktora Emanuela II, to tu zamierzała rozpocząć przygodę od pozyskania odrobiny szczęścia od byka. Yup.
Zatrzymując się przy słynnej mozaice z bykiem spojrzała na przyjaciela z szerokim uśmiechem.
— To na szczęście! Patrz, bo później twoja kolej — zawołała, jednocześnie próbując wykonać popisowy obrót piętą na genitaliach mozaikowego byka, ale nie zapominajmy, że to była Winnie, w efekcie pięta uciekła jej na śliskim marmurze. Już prawie widziała swoją twarz odbitą w marmurze, bo siła jej zażenowania na pewno zostawiłaby po sobie ślad. Dlaczego więc nie leżała? Czemu czuła się jakby zawisła w powietrzu. Jakiś słodki i nieznany głos wychrypiał — Piano, piano, tesoro… — otwarła oczy czując jak momentalnie wypieki pojawiają się na jej policzkach. — Grazie… — odparła słodko się uśmiechając, kiedy postawił ją do pionu i jeszcze chwilę napawała się widokiem odchodzącego przystojnego lokalsa, by wrócić do siebie i spojrzeć na Petera z podekscytowaniem TEŻ TO WIDZIAŁEŚ?! — Muszę częściej upadać w Mediolanie — a to nie powinno być trudne, znając jej koordynację ruchową i zdolność do przyciągania pechowych zdarzeń. — Teraz twoja kolej!


Pietro <3

Piano, piano...

: pt lut 20, 2026 11:27 pm
autor: Peter Blythe
Kristin była wściekła. Bo niezadowolona to jest za mało powiedziane. Kiedy Peter jej powiedział o wyjeździe, to od razu spytała, czy też może jechać. Niestety było to już około poniedziałku, a we wtorek lecieli, więc miała za mało czasu, zresztą nie dostała wolnego w pracy - ona ma pewnie jakąś pracę w marketingu, więc powinna dać znać dużo wcześniej. Na początku jeszcze mówiła, że oczywiście żałuje, ale dopiero kiedy jej Peter powiedział, że jadą z nim Galen, Charlie i Wendy, to się zaczęło. Dlaczego jej nie powiedział, skoro im ewidentnie dał znać wcześniej? I kto to funduje takiej Wendy? Peter nie mógł się wygadać, że on funduje i przelot i mieszkanie (czy raczej jego firma), więc po prostu powiedział, że Wendy przypadkowo też już miała bilety więc po prostu... jedzie. Takie małe kłamstwo nie mogło zaszkodzić, prawda? Mogło, bo było kolejną kroplą, która drąży, zresztą Kristin miała później bardzo zły humor i nawet tuż przed wyjazdem Peter jeszcze z nią wymieniał smsy, więc mógł się wydawać lekko nieobecny.
Natomiast schował telefon już po odprawie i kiedy wszedł do samolotu jako pierwszy, to mimo że miał miejsce w pierwszej klasie to poszedł na tył do ekonomicznej i osobie, która miała miejsce obok Wendy zaproponował zmianę. Na szczęście takie zamiany są o wiele lepiej przyjmowane niż "czy moze pani wziąć moje miejsce w środku bo my chcemy siedzieć razem". Babeczka, która dostała darmowe miejsce na początku samolotu tak się zajarała pomysłem, że zaraz poleciała do przodu. Peter został z Wendy i siedzieli sobie w tym ekonomicznym i paplali połowę lotu i ciągle domawiali darmowe winko, a drugą połowę Wendy spała i Peter też, więc kiedy wylądował to strasznie go bolały zarówno kolana jak i szyja i pomyślał, że nie ma bata, wracają oboje w pierwszej klasie.
Otwarcie Igrzysk było wspaniałe, Peter siedział na trybunie i wszystko oglądał z ludźmi z firmy, a później poszli jeszcze na aftera, a że mieli jet lag, to wiedział, że musi przeżyć to, żeby móc jakoś funkcjonować. Następny dzień był wolny, więc kiedy się tylko obudził, to dostał już całą agendę od Wendy co chciałaby zobaczyć, więc już wiedział, że wolny dzień wcale nie oznacza leniuchowania.
Obserwował więc jej próbę wykonania zadania, które miało w efekcie zapewnić jej szczęście kiedy... nagle znikąd pojawił się włoski półbóg jakiś Marcello albo Guido, który tak ją szybko złapał, że Peter poczuł się jakby oglądał właśnie film. Zmierzył spojrzeniem odchodzącego włocha i przenosi je na rozentuzjazmowaną Wendy.
- Kto by pomyślał, że te jaja tak szybko zadziałają - skomentował z uśmieszkiem, i chociaż podejrzewał, że obrót na mozaice niewiele zmieni, to jednak za namową Wendy podążył jej śladem, lecz kiedy skończył się obkręcać nic sie nie wydarzyło. Wzrusza ramionami i wraca do Wendy - Liczyłem, że pojawi się Monica Belucci - przyznał i wskazuje na kawiarnię w samym centrum Vittorio Emanuelle, która wyglądała jak oblana lukrem. - Mam ochotę na espresso, wejdziemy? - ale okazało się, że kiedy weszli tam, to nie tylko espresso robiło wrażenie, bo robiły je wszystkie wspaniałe ciastka włoskie. Peter nie może oderwać wzroku od cornetti wypełnionych po brzegi kremami, od wielkich croissantów, od martinozzo i innych pasticciotto jakie tam zobaczył. - O rany, chyba na espresso się nie skończy


Wendy Gardner

Piano, piano...

: ndz lut 22, 2026 2:56 pm
autor: Wendy Gardner
Wendy była szczęśliwa, więc dla zachowania równowagi w całym Piotrowym systemie musiał być ktoś wściekły — padło na Kristin. Panna Gardner niczego nieświadoma cieszyła się swoim Mediolańskim snem, bajką po części ufundowaną przez Petera, po części opłaconą z wygranej. Wiedząc o niezadowoleniu jego dziewczyny byłaby w stanie zrezygnować w ostatniej chwili z wyjazdu, bo poniekąd Winnie zgodziła się jechać dlatego, że Kristin nie miała — p o d o b n o — parcia na Mediolan. Nie można zapominać o tym, że była królową wyparcia, dlatego skutecznie odsuwała od siebie myśl, że częste wyjazdy z nim mogą być źródłem konfliktów między Peterem, a dziewczyną. Póki nie mówił wprost, że jest taki problem i muszą coś z tym zrobić, ona odpychała od siebie jakiekolwiek niepokojące myśli. Żyła też zupełnie beztrosko i niewiele myśląc wstawiała na instagrama posty ze swoich Włoskich wakacji, ignorując zupełnie fakt, że ktoś może ją śledzić i dopowiadać sobie historię, a wcale by się nie zdziwiła, gdyby za tę pizzę i cytat o znalezieniu miłości, Kristin chciałaby mu ukręcić jaja. Szczególnie, że oznaczyła sobie w poście właśnie Petera tylko dlatego, że był towarzyszem w tej eskapadzie, a miłość wyznawała idealnemu ciastu. Miała jednak wrażenie, że to nie będzie jedyna miłość jakiej doświadczy w tym miejscu; wystarczyło rozejrzeć się wokół: przystojni Włosi ratujący honor upadającej dziewczyny, rurki z kremem, widoki. Love Is All Around, totalnie.
I know! przytaknęła mu wciąż podekscytowana całym zajściem i wygięła usta w podkówkę chwilę później widząc rozczarowanie przyjaciela. — No nic, może spotkamy ją gdzie indziej… na przykład w magazynach dla mężczyzn z lat 90 — dodała z wyraźnym rozbawieniem na twarzy wchodząc do kawiarni, którą Peter wybrał na celownik.
— O matko, ta rurka z kremem wygląda obłędnie! — oznajmiła wpatrując się wystawę słodkości, by przenieść spojrzenie na Petera oczarowanego wypiekami nawet bardziej niż ona sama. — Ślinisz się na widok tych słodkości prawie tak samo jak moja współlokatorka na mój widok w piżamie — wtrąciła wiedząc, że będzie musiała poruszyć ten temat. — Mogłeś mnie uprzedzić, że woli dziewczyny — bo ewidentnie tak było! — albo ulokować z kimś, kto mógłby - oczywiście gdyby chciał - ślinić się na mój widok z wzajemnością… np Galena czy coś, a tak to jednak trochę mi głupio, bo jej chyba zależy i przez to spać nie mogę, bo boję się, że mi wtargnie do łóżka... a ja to jednak chyba wolę mężczyzn — tłumaczyła jednocześnie wskazując pani za ladą kolejne słodkości, które miała jej ułożyć na talerzu, aż miejsca zabrakło. Wtedy powiedziała stop, domówiła espresso i zasiadła z wszystkim przy stoliku czekając na Piotrunia.

Peter Blythe <3

Piano, piano...

: ndz lut 22, 2026 9:58 pm
autor: Peter Blythe
Petero posłał Wendy spojrzenie, które mówiło, żeby z niego nie kpiła. Cos jednak jest w tym, że jego fantazja to Monica Belucci, a jego dziewczyna jest blondynką.
Uśmiecha się pod nosem słysząc rewelacje, które sprzedaje mu Wendy. Chciał jej spytać, czy wyjazd jej się podoba, ale jak widać, jest już jakiś mini problem. Trochę go uderzyło, że Wendy sugeruje, że mogłaby chcieć z Galenem spać, zmarszczył brwi i kręci głową.
- Onie, z Galenem to nie- bardzo kochał swojego przyjaciela, ale on miał obecnie taki okres w życiu, który nazywał się “rucham co popadnie”, a Peter akurat nie chciałby się dowiedzieć, że mu Wendy przeleciał przez przypadek. Oczywiscie nie powinien mieć z tym problemu TEORETYCZNIE, natomiast ewidentnie nie vibuje z tym pomysłem. - To znaczy… chciałabyś z nim być w pokoju? - na chwilę odrywa spojrzenie od ciastek i zerka na nią niepewnie.
Duma włoskiej kuchni, śniadanie na słodko - podobno pojawiło się w kraju dopiero za czasów napoleońskich, tak kiedyś dowiedział się Peter, kiedy miał jedenaście lat i pierwszy raz był w Europie z rodzicami. Nie do końca wtedy wiedział dlaczego miałby przykładać wagę do tego, skąd wzięły się we włoskich barach rogaliki, natomiast faktycznie wtedy po raz pierwszy zakochał się w idei jedzenia ciastka na śniadanie. Jasna sprawa jego matka, która byla typową almond mom nie podchwyciła tego pomysłu, więc został przy jajecznicy, ale od czasu do czasu kiedy jest na wakacjach, lubi zaczynać od croissanta.
Dlatego, kiedy pochylał sie nad ladą, wiedział że to bardzo ważna decyzja. Od czego zacząć, co stanie się wyznacznikiem poziomu śniadań podczas tego wyjazdu? Wskazał na bułkę z crema i liczył na to, że na tym się skończy, ale Wendy zaczęła dokładać do tego talerza kilka dodatkowych ciastek, co sprawiło, że jego brwi powędrowały bardzo wysoko do góry. Próbował kręcić głową, ale ekspedientka zdecydowała się udawać, że nie rozumie o co mu chodzi. I tak wylądowali z pięcioma wielkimi bułami i dwoma małymi espresso. Poczekał chwilę na ich zamówione kawki, ale pani obiecała, że im przyniesie więc odwrócił się, żeby znaleźć miejsce w którym usiadła Wendy. Wybrała rzecz jasna miejsce pod największym oknem, dzięki czemu mieli świetny widok na miejsce namtorym przed chwilą kręcili się w koło. Peter siada naprzeciwko i kontynuuje temat:
- Zawsze podejrzewałem, że Mira może grać do innej bramki - przyznał, używając jak na sportowca przystało porównania życia miłosnego do sportu. Miał w zanadrzu same takie powiedzonka, na przykład że ktoś gra dla obcej drużyny. No to też mógł w sumie chyba użyć w tym kontekście. - Ale co ona takiego robi na przykład? Jak to się objawia…- zastanawia się i odrywa kawałek rogalika wypełnionego kremem crema - czy aby napewno nie dramatyzujesz za bardzo?


Wendy Gardner

Piano, piano...

: pn lut 23, 2026 10:05 pm
autor: Wendy Gardner
To nie była kpina, tylko odrobinę się zgrywała, ale tak już miała, że lubiła sobie pożartować. Można uznać to za język miłości Wendy, że jak sobie z kogoś żartuje to po prostu bardzo lubi tę osobę. Pewnie dlatego jemu zawsze dość mocno się obrywało, gdy miała lepszy dzień na takie heheszki. Teraz jednak była śmiertelnie poważna, kiedy opowiadała mu o swoich przypuszczeniach co do współlokatorki, nie zdając sobie sprawy z tego, że ona jest tutaj mniej problematyczna dla Piotra niż potencjalna noc Wendy z jego przyjacielem. - A coś z nim nie tak? Czegoś mi brakuje? - zapytała nie wiedząc, że nie chodzi o jakieś braki czy problemy po stronie Galena, a o zazdrość, ze strony Petera o istnieniu której nie miała pojęcia. Prawda była taka, że ich wspólne wyjazdy (przynajmniej te przed Kalifornią) zawsze miały element wyrywania innych ludzi i nigdy nie było to problemem, teraz Wendy, królowa wyparcia, zamierzała zachowywać się tak jak zawsze, więc i element podrywu musiał znaleźć się w ich wyprawie, by było tak jak kiedyś, prawda? Współlokatorka nie była w jej typie, Piotr był zajęty więc wspólna noc byłaby kiepskim posunięciem, a Galen… cóż, nadawałby się. Przynajmniej sobie wmawiała, że to najlepsza opcja, choć ona dobrze wiedziała już przy kim czuje się swobodnie i z kim powinna dzielić pokój. - To nie tak, że jakoś bardzo bym chciała. Nie chcę z nią spać po prostu - wyjaśniła wzruszając bezradnie ramionami. Nie chciała wcale marudzić, bo jakby nie było zawdzięczała Piotrkowi sporą część tego wyjazdu i trochę nie ładnie było narzekać. - Podejdę później do recepcji, zapytam o jakiś inny pokój, nawet im dopłacę za jedynkę jeśli będzie trzeba - nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, że nie nocowali po taniości i, że większość miejsc jest już zajęta, a to co zostało zdecydowanie nie było na jej kieszeń. Nie można było tego powiedzieć o słodkościach w kawiarniach wartych każdych pieniędzy. Nie bez powodu nałożyła sobie ich tyle na talerz, jeśli ktoś miał to w sobie zmieścić to właśnie Wendy i niech was nie zmyli jej drobną sylwetka, spust do jedzenia ma taki, że mogłaby startować w zawodach kto więcej i szybciej zje. Postanowiła, że nie będzie zauważać jego zdumienia, żeby wszystkie smakołyki dobrze się jej poukładały w brzuchu. - Chwila, podejrzewałeś, że może grać do innej bramki, a i tak mnie z nią do pokoju ustawiłeś? Dobre mi sobie - biedna, może nawet sobie pomyślała, że on chce ją zeswatać z Wendy i dlatego robiła takie podchody podczas pierwszej wspólnej nocy. - Przepraszam, ale że co? Dramatyzuje?! - Peter nie znał zasad przetrwania w trudnych warunkach najwyraźniej, skoro tak drażnił przyjaciółkę. Nikt go nie uczył na podstawach samoobrony, że nie eskaluje się problemów? A czym, jeśli nie eskalacją jest mówienie kobiecie, że dramatyzuje? Wendy jednak do swoich bliskich miała naprawdę dużo cierpliwości, nabrała więc powietrze w usta i wypuściła je głośno, by spojrzeć na przyjaciela z dystansem. - Poczekaj, jakby ci to zobrazować… Wyobraź sobie, że mam na sobie piżamę, o taką zwyczajną, bawełniną, koszulka na ramiączkach, krótkie spodenki, niby nic, a jednak nie dla niej najwyraźniej - powiedziała wstając i przystając obok niego - no wstań - ponagliła go do działania kontynuując - i ona też w piżamie, ale się odwaliła bo jednak halka, satyna ewidentnie premium. No i ja sobie stoję, co nie? Przed umywalka, myje zęby na legalu, lekko uchylone drzwi… a ona wchodzi do łazienki - opowiadając to bierze Piotrka za ręce, by go trochę w swoją stronę przyciągnąć, tak by stanął tuż za nią, kładzie mu te jego ręce na swoich biodrach i tłumaczy dalej - i robi mi tak, palcem jednym smyra mi niby pod koszulka i mówi, że mam bardzo ładna piżamę, ale lepiej będzie wyglądać obok łóżka - i chwilę tak jeszcze pozwoliła mu postać, by wczuł się w sytuację, zupełnie ignorując ludzi w kawiarni, którzy nie bardzo wiedzieli co się wydarzyło, po czym wróciła jakby nigdy nic na swoje miejsce? - Dramatyzuje? - i pewnie gdyby spędzała noc z przystojnym facetem w pokoju to mogłaby na to polecieć w porywie chwili, ale tutaj ją to jednak trochę odrzucało.

Peter Blythe :hihi:

Piano, piano...

: wt lut 24, 2026 8:58 pm
autor: Peter Blythe
Wendy Gardner
Rzeczywiście Peterowi się mocno obrywało, ale może po prostu zdązył się przyzwyczaić. Obrywał zresztą nie tylko od Wendy ale również od całej jej paczki, chociaż nie mozna być pewnym, że w ich przypadku również chodziło o jakiekolwiek ciepłe uczucia.
- Tobie?- zaśmiał się krótko i zasłania usta, ocierając je lekko kiedy tak się na nią zapatrzył. Niebiezpieczne to było spojrzenie, ale to chyba od tego włoskiego powietrza i obecności wielkiej ilości cukru przejął nieco więcej zwyczajów od Włochów, na przykład pewność siebie, która kazała mu utrzymywać spojrzenia, które w Kanadzie nieco szybciej uciekałyby w bok. - Nie, z Tobą jest wszystko w najlepszym porządku Wends, po prostu... Galen lubi mieć pokój dla siebie.. wiesz on, często ma w nim przyjaciółki - tak strzela oczami na bok, starając się w jakiś sposób uratować honor przyjaciela, jednocześnie mając nadzieję, że Wendy nie będzie się upierała. Kiedy natomiast usłyszał, że Wendy tak zależy na zmianie pokoju, że nawet rozważa dokupienie kolejnego, to już zaświeciła mu się w głowie lampka, bo wpadł na jeden pomysł. Odrzucał go przecież od samego początku, ale był pewny, że w hotelu w którym się zatrzymali nie było ani jednego wolnego pokoju, bo przecież chciał go bookowac jeszcze zanim zaproponował, że zamieszka z panią psycholog.
Zajada się ciasteczkiem swoim i mruży oczy, jakby w potwierdzeniu, że "dramatyzujesz" było nie tyle niewiedzą, co przemyślanym wyzwaniem, które jej rzucił. No i jak chciał, tak więc dostał. Nim się obejrzał, już nie siedział przy kawce, tylko stał z rękami na biodrach Wendy jako aktor w jej prezentacji co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Tak jak na początku się uśmiechał, traktując tą opowieść jak zabawną ciekawostkę, kolejną przygodę w serialu "Wendy i jej świat", tak kiedy stał za nią i pod nosem miał jej włosy, i czuł zapach owocowego szamponu nie mógł... to znaczy mógł, ale nie wiedział jak.. pozbyć się obrazu w którym to nie Mira, ale Wendy stoi przed nim w satynowej halce. Zamrugał dość szybko, starając się przepędzić tę wizję, która tym bardziej była jak żywa, kiedy Wendy przytaczała te teksty Miry na podryw. Mruga i mruga i uznając, że należy obrócić w żart całą sytuację, bo jeszcze chwila i zrobi coś czego by żałował. Chyba by żałował.
Przychylił się do jej ucha i patrzac gdzieś w stronę innych ludzi mówi:
- Brzmi to tak nieprawdopodobnie jak sen- odsunął się na bezpieczną daleką odległość, wracając do stolika na swoje miejsce, w rękę wziął serwetkę, którą troche nerwowo pod stołem zaczął miętolić wciąż będąc zdumionym, jakie myśli przed momentem się w nim obudziły - Podejrzewam, że masz po prostu fantazje senne o Mirce, Wendy, ale okej rozumiem, że chcesz się przeprowadzić
Skrzywił się teatralnie, jakby robił to z wielką łaską, i mówi w końcu:
- No dobrze, to może zrobimy tak, że przeniesiesz swoje rzeczy do mojego pokoju. Tylko nie narzekaj później, bo ja wstaje o szóstej rano - ostrzega ją, chociaż ona już dobrze zna te Peterowe sztywniackie zasady wedle których poranek przed śniadaniem był po to, żeby przebiec kilka kilometrów po pustym jeszcze mieście. Pewnie na każdym wyjeździe na którym byli w przeciągu ostatnich kilku lat tak ją terroryzował myjąc zeby szczoteczką elektryczną o szóstej. Zadziwiające, że wtedy kiedy mieszkali razem nie miał takich pomysłów, ale wtedy był również większym imprezowiczem więc zdarzało mu się na przykład przespać nawet do dziewiątej.

Wendy Gardner

Piano, piano...

: wt lut 24, 2026 10:50 pm
autor: Wendy Gardner
Wendy miała w życiu kiepski start, bo rodziny w jakiej się urodzimy nie da się wybrać. Toksyczne środowisko, bieda i uzależnienia jednak nie przekreśliły jej dorosłego życia, bo udało się jej oddalić od patologii w której dorastała. I tak, bywało naprawde kiepsko, ale jeśli chodzi o przyjaciół to niewątpliwie wygrała na loterii i nie mowa tylko o grupie jakiej tworzą, ale też Peter bardzo dużo dobrego wniósł do jej życia. Pozostała ekipa mogła czasami sprawiać wrażenie jakby się go czepiali, ale Wendy dobrze wiedziała, że jedyne na czym im zależy to na jej dobru, tak samo jak Piotrowi. W ostatecznym rozrachunku nic mu nie groziło, no chyba, że skrzywdzi ją. Wtedy będzie mieć przewalone.
— Jemu! W sensie, czy jemu czegoś brakuje chciałam zapytać! Tak się przejęłam, że aż się przejęzyczyłam — no i z czego się tak śmiał?! Ona naprawdę mocno się przejmowała, może nie tyle brakami jakie mogły dotknąć jego przyjaciela, ale swoją współlokatorką już tak. Nie zamierzała się też pogrążać tłumacząc Piotrkowi, że gdyby była z Galenem w pokoju to może wcale nie musiałby sprowadzać żadnych przyjaciółek, bo przecież czy jej czegoś brakuje? Nie chodzi o to, że chciałaby przelecieć jego kumpla, bo w planach tego nie miała, ale kto wie jakby skończyło się współdzielenie pokoju. I guess we'll never know.
— Skoro tak, to będę musiała coś sobie ogarnąć
— przytaknęła jedynie wzruszając bezradnie ramionami. Sprawa była poważna i zamierzała mu to właśnie udowodnić całym przedstawieniem. Bardzo się starała oddać całą sytuację jaka miała miejsce wieczorem w pokoju hotelowym, tuż po powrocie, prysznicu i wskoczeniu w piżamy. Nieświadoma tego, że to on dopuszcza się fantazjowania na jej temat opowiadała co działo się w łazience, a kiedy skończyła i czekała na jego reakcję to chyba po cichu liczyła na jakąś zgodność. Jakie było jej zdziwienie, kiedy z ust przyjaciela wyłapała niedowierzanie. — Nie wiem czy się ze mną droczysz, czy naprawdę uważasz, że to sobie uroiłam, ale dla twojego dobra trzymaj się wersji z droczeniem i spróbuj to szybko odkręcić — pogroziła rzucając mu piorunujące spojrzenie. — Moje fantazje senne nawet obok Mirki nie leżały — prędzej obok niego, ale tylko raz po powrocie z Kalifornii; szybko jednak odpaliła mechanizm wyparcia i wrzuciła w szarą strefę zapomnienia. — Nawet nie zdążyłam się wpakować wtedy do łóżka, a co dopiero fantazjować o kobiecie — dodała na swoją obronę i jeszcze dobrą chwilę by się na niego obrażała za te paskudne insynuacje, ale kiedy wyszedł z gałązką oliwną czyt. propozycją nie do odrzucenia, postanowiła już się nie dąsać. — Nie będę! — oznajmiła radośnie, a oczy wyrażały więcej niż tysiąc słów obiecuję! Oczywiście zgodziła się nim mózg zdążył połączyć wszystkie kropki i uruchomić skomplikowany proces myślowy, który zacząłby wyrzucać jej za i przeciw, co do ich wspólnej nocy. Na szczęście przed sobą miała tonę słodyczy, espresso i wkrótce czekał ją dalszy spacer po cudownym Mediolanie… nic poza tym się nie liczyło.
Martwić się będzie później.
Jak zjemy możemy przejść przez galerię i wyjść na Piazza della Scala — poinformowała jakby miała już zaplanowany cały dzień — jest tam najsłynniejsza opera na świecie. Na spektakl raczej się nie załapiemy, ale możemy zwiedzić muzeum zajrzeć do tych historycznych loż, by zobaczyć te wszystkie czerwone aksamity i złocenia — uwielbiała odwiedzać takie miejsca i wyobrażać sobie historie, jakie mogły mieć w nich miejsce. Zawsze czytała sporo przewodników przed wyjazdem, szukała ciekawostek i starała się zgłębić jak najwięcej informacji, bo wtedy zwiedzanie nabierało innego znaczenia. — A jakieś dziesięć, a może piętnaście minut spacerem jest dzielnica artystów, podobno najbardziej klimatyczna część Mediolanu. Musimy tam pójść! — oznajmiła nie chcąc słyszeć słowa sprzeciwu. — Taras na dachu Duomo zostawiłabym na koniec dnia, chciałabym zobaczyć zachód słońca pośród tych kamiennych rzeźb — wyjaśniła zdając sobie sprawę z tego, że plan może i miała napięty, ale bez paniki - czas na odpoczynek na trawce z gelato w dłoni na pewno się znajdzie.


Peter Blythe :kawka: :ciasteczko:

Piano, piano...

: śr mar 18, 2026 6:13 pm
autor: Peter Blythe
A więc zostało postanowione. Nim Peter się zorientował, właśnie został podpisany kontrakt na wspólną noc w jego pokoju. Oczywiście logistykę tego przedsięwzięcia zamierzał rozkminić jak najszybciej, ale niestety - a może i stety, nim zaczął się stresować w pełni tym co się wydarzyć miało wieczorem (stresować z tego powodu, że Wendy jeszcze nie wie, ale on nie ma dwóch łóżek w pokoju, tylko jedno), jego skupienie przesuneło się z tego problemu na kolejny. Jego spojrzenie utkwiło w talerzu na którym piętrzyły się ciastka, które wybrała Wendy.
- Nie idziemy zanim nie zjesz ich wszystkich - rzuca jej wyzwanie, zresztą sama go dopiero co zapewniała, że dla niej to jest żadne wyzwanie, tak? Natomiast sam pomysł na spędzenie reszty dnia bardzo mu przypadł go gustu. I tak faktycznie się zdarzyło, że poszli odwiedzić muzeum Scala, gdzie bawili się przednio i nawet Peter stojąc na deskach sceny teatralnej pokusił się o deklamacje kilku wersów sztuki z podziałem na role oczywiście z Wendy, chociaż na pewno jacś turyści z ameryki również się dołączyli. Aż dzwine,że Peter znał jakiekolwiek wersy z Sheakspeare'a, kto by pomyślał, że taki z niego Zak Efron z High School Musical. Oczywiście chodzi o Troya Boltona. A może po prostu widział Romeo i Julie z Dicaprio i stąd zna te słowa.
Później Peter znów narzekał, że jest głodny więc wciągneli jakieś kawałki pizzy i popili jednym, dwoma, trzema Aperolami, więc wracając na zachód słońca na dach Duomo zugbili się przynajmniej trzy razy w uliczkach (mimo, że byli za rogiem od katedry) i Peter już tak panikował, że chciał zamówić taksówkę. Może dobrze, że jej nie zamówił, tylko zdali się na Wendy (a raczej jej otwartość względem ludzi i to, że dowiedziała się jak mają dojść do Duomo po prostu ich pytając), bo chwilę później ściskali juz bilety i pędzili po schodach na górę.
- Już za pźno na zachód słońca -dyszy zmachany Peter nie chcąc się przyznać, że po prostu kondycja chyba mu nie pozwala wbiegać tyle schodów na górę, bo ewidentnie mieli jeszcze jakiś kwadrans słońca, ale on już się wlecze za Wendy.


Wendy Gardner

Piano, piano...

: czw mar 19, 2026 10:25 am
autor: Wendy Gardner
Wendy nie zaprzątała sobie już głowy pokojem, dochodząc do wniosku, że opanują sytuację wieczorem. Teraz miała inne wyzwanie, zjeść te wszystkie słodkości, które wybrała i prawdopodobnie odrobinę się przeliczyła, bo tak w połowie czuła się już nasycona, ale dalej w to brnęła, kiedy Peter zagroził jej pauzą w wycieczce. Początkowo była nieco ociężała, ale kto by się dziwił? Po takiej cukrowej bombie każdy by był! Następne punkty ich zwiedzania to już odrębna historia, odhaczała je dzielnie robiąc przy tym pełną dokumentację fotograficzną i kupując pamiątki przy każdym obowiązkowym punkcie rozpoznawczym w mieście. Bawiła się przednio, ale w tym całym planie nie było miejsca na jakieś obsuwy czasowe, a takie się im zdarzyły i teraz cały zachód słońca na katedrze wisiał na włosku, a nie powinien! Ta atrakcja to była wisienka na torcie w tym dniu. Musiała go zobaczyć!
— Za późno to jest na wycofanie się! Dajesz, nie bądź buła — pogoniła go łapiąc go za rękę i ciągnąc wręcz za sobą. — Kupię ci voltaren max lub inne tego typu bajery jeśli będzie trzeba, ale teraz masz spiąć pośladki i wytoczyć się ze mną na górę bez stękania — nie była pewna jakim cudem powiedziała to na jednym wdechu cisnąc co sił do góry i jeszcze ciągając przy tym za sobą przyjaciela. — Myślę, że to już blisko — stwierdziła, nie odwracając się za siebie, bo słyszała, że Peter jeszcze za nią zipie, a to znaczy, że żyje, więc nie mogła tracić czasu. Cenne minuty dzieliły ich od spektakularnego zachodu, który był w jej bingo na ten rok i planowała to skreślić. Właściwie trudno było nie słyszeć Piotrka, ale ona nie była lepsza. Dyszała jak stara lokomotywa i nawet zaczęła nieco świszczeć, ale czuła w kościach (a raczej mięśniach, szczególnie zadka i ud), że byli już blisko.
Na górę wbiegli w ostatniej chwili, kiedy Wendy pchnęła ciężkie drzwi i wyszła na taras, świeże powietrze uderzyło w nią z taką siłą, że aż w głowie się jej zakręciło. Jednak widok wszystko wynagradzał, a jej serce teraz biło nie z powodu tego szaleńczego biegu, ale z oszołomienia.
— O wow — westchnęła z takim zachwytem, że sama była zaskoczona. — Widzisz to co ja? Jak tu pięknie! — pisnęła cicho przeskakując z nogi na nogi jak radosna kilkulatka na widok małych kociaczków. Aż chciała się wtulić w ten widok. Przyjemny prąd rozlał się po jej ciele, czuła, że pod ubraniem ma gęsia skórkę.
Miasto skąpane było w złotych barwach, a słońce przypominało wielką, dojrzałą pomarańczę, kiedy tak zwisało nad horyzontem. Kamienice wyglądały jakby ktoś je oblał złocistym miodem, a Wendy nie wiedziała jak nacieszyć się tym widokiem, że aż się zasmuciła na samą myśl, że zaraz te odcienie różu, pomarańczy i fioletu znikną, a ich zastanie noc. Aż mocniej ścisnęła dłoń Piotrka tak naprawdę dopiero teraz orientując się, że wciąż go za nią trzyma. Dopiero teraz dostrzegła to co znajdowało się wokół nich. Iglice, posągi świętych, anioły i bestie… teraz ten marmurowy widok wokół nich nie był chłodny i biały, a raczej przypomniał kolor różowego złota, a iglice rzucały długie cienie.
— O wow — westchnęła ponownie, a kiedy to Wendy zabraknie słów to znaczy, że coś naprawdę zrobiło na niej potężne wrażenie. Kiedy spojrzała na przyjaciela w jej oczy lśniły blaskiem zachodzącego słońca, a kosmyki włosów opadały niesfornie na twarz. Stała przed nim z lekko rozchylonymi ustami próbując nacieszyć się spektaklem i nic poza tym się nie liczyło.
Czuła się jakby zdobyła szczyt świata i nie chciałaby zrobić tego z nikim innym.
Cieszyła się, że była tutaj z nim, a to jak ułożyła głowę na jego ramieniu, gdy patrzyła w dal było tego namacalnym dowodem.
— Warto było, co nie? — zapytała dopiero gdy niebo już wyraźnie pociemniało. Przez cały ten czas nawet przez sekundę nie pomyślała o zdjęciu, ale to nie miało znaczenia. Będzie bardzo troskliwie pielęgnować to wspomnienie w swoich myślach.


Peter Blythe *_*

Piano, piano...

: czw mar 19, 2026 1:46 pm
autor: Peter Blythe
Pięknie, zapierająco dech w piersiach. Było tak, że chyba nikt nie powinien się dziwić temu, że był wdzięczny jej, że go wciągnęła na samą górę pomimo jego stękania jak stara baba. Kiedy jeszcze łapał oddech mówił: - Nie wierzę, że nikt nie zamontował tu windy, przecież to była najgorsza rzecz... - umilkł jednak, kiedy podniósł spojrzenie i zobaczył jak ciepłe promienie słońca malują na jasnym kamieniu wrażenie przebywania wśród najpiękniejszych rzeźb. Pomimo tego, że stali na dachu, a miasto było lekko pod nimi, zdawało się, że stoją jednocześnie na dachach wszystkich otaczających ich domów. - Tak, zdecydowanie warto było tu przyjść - odpowiada jej równie zachwycony, ale może nie jak mała dziewczynka, która widzi kotki, ale jak ktoś komu znów sie otworzyły oczy i jest w szoku. Idzie za nią po szczycie dachu, mając po obu stronach spadek i czuje jak Wendy go ściska mocniej za rękę. Chociaż z początku myślał, że chciała mu przekazać odrobinę swoich emocji, szybko doszło do niego, że najpewniej podobnie jak on, czuje jakąś lekkość w głowie i chciała sprawdzić, czy on jeszcze za nią idzie czy jeszcze nie spadł. Jednym słowem: Peterowi kręciło się w głowie, bo jak się okazuje ma lekki lęk wysokości. Dlatego, kiedy ona go uścisnęła za rękę, on jej odpowiedział tym samym, ale oczywiście nie powie jej, że odkąd się zorientował, że jest takwysoko i wieje tu wiatr, to nagle trochę się gorzej czuje. Przecież musi być odważny, skoro ona też się boi! Musi być odważny za ich dwójkę. Dobrze, że dość szybko przeszli ten najgorszy etap chodzenia po środkowej części i teraz stali tak, że mogli oglądać widok z płaskiej części dachu. Niestety to oznaczało, że byli jeszcze bliżej krawędzi. Peterowi serce biło jak oszalałe, i coś tak czuł, że jeżeli tu dostanie zawału, to może być ciężko z udzieleniem mu pomocy, więc starał się uspokoić i na pewno bardzo mu pomogło to, że Wendy tak ułożyła swoją głowę na jego ramieniu. Nagle poczuł, że strach nieco mu odszedł i mógł znów się skupić na ogladaniu miłych widoków. Objął jeszcze Wendy ramieniem i tak sobie stali zaczarowani spoglądając w przestrzeń. Ileż by oddał, żeby dowiedzieć się co ona myśli o tym wszystkim. Jemu było bardzo ciężko, to znaczy oczywiście teraz było mu świetnie i czuł się jak najszczęśliwszy facet pod słońcem, ale przecież to nie była rzeczywistość prawda? Stanie z Wendy na dachu katedry w obcym mieście, oglądanie zachodu słońca, trzymanie się za ręce, cały dzisiejszy dzień, jedzenie gelato, wybieranie wszystkich kolorowych kawałków pizzy, robienie zdjęć pod zabytkami - to wszystko teraz znów (może za sprawą Aperola, a może za sprawą szalonego biegu na szczyt) zaczeło mu się przewijać przez głowę niczym montaż w filmie do którego podłożyliby piosenkę Charliego Puth albo Taylor Swift. Obecnie w głowie Petera nie było tych piosenek, tylko pytanie, czy to się dzieje na prawdę i czy on ma schizofrenię, bo jest prawie pewny, że robią wszystkie romantyczne rzeczy, które chyba powinien zrobić najpierw i przede wszystkim z Kristin.
- Cieszę, że się mnie tu dziś zabrałaś Wendy- mówi w końcu, kiedy zaszło już słońce, ale wtedy nastała jego ulubiona pora, czyli blue hour i chciał jeszcze chwilę postać, co oczywiście zmusiło jakąś starszą amerykankę do wtrącenia się.
-Jak was obserwuję to jestem wzruszona. Wszystkie te pary, które tu były przychodziły i wychodziły po zrobieniu sobie zdjęcia, a wy nic takiego i tak pięknie wyglądacie! Mogę wam zrobić zdjęcie kochani? Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? - mówi na sam koniec kobieta, już po tym jak bardzo im przeszkodziła. Jednak Peter nie ma tu nic do gadania, bo jest zagubiony w swoich myślach, więc tylko skinął głową, czekając na decyzję ze strony Wendy. Nawet nie zarejestrował, że dzieje się dokładnie TO SAMO, co się zdarzyło w Kalifornii, bo chociaż wtedy takie insytuacje nieco go zbiły z tropu, teraz sam miał nieco inne podejście. Poprosił tylko kobietę, żeby szybko się uwinęła, co wcale nie było takie łatwe, wszak ona była amerykanką, a oni lubią długo rozmawiać z osobami, które zagadują. Na szczęście, po tym jak już im cykneła fotkę i obiecała ją wysłać do jednego albo durgiego na maila, Peter tylko spojrzał wymownie na Wendy i poszli gdzieś na bok. Czuł, że zaraz wybuchnie więc zatrzymał się i opiera o jedną ze sterczyn, teraz już zupełnie nie patrząc na miasto, tylko na Wendy.
- Wendy ja muszę... - zaczął, co pewnie w końcu sprawiło, że skupiła się na nim. Dotarło do niego jak aburdalne było to, co myślał dopiero przed chwilą. Przecież oni są PRZYJACIÓŁMI , niczym więcej. Według niego coś się zmieniło pomiędzy nimi i chciał sprawdzić, czy ona też to widzi, ale dlaczego uznał, że ich druga noc to najlepszy moment na takie pytania? Co jeżeli to wszystko zmieni i a ich wyjazd będzie tragiczny? Szuka w jej oczach odpowiedzi, ale coś jest nie tak, bo widzi w nich już tylko ciepło i blask, który złapały przez widoki, które dziś ujrzała.
- Wendy, czy ty jesteś szczęśliwa? We sensie tak ogólnie, nie w tym momencie. To znaczy w tym momencie też, ale chciałem spytać... czy to jest tak jak czujesz, że powinno wyglądać? - jak na kogoś kto jest ułożony tak jak wyprasowane są w kant jego spodnie nawet po tej kilkugodzinnej wyprawie po Mediolanie, to zadawał pytanie tak zagmatwanie, że już chyba tylko głowa szalonej Wendy może skumać o co on ją pyta dokładnie. - Twoje życie.


Wendy Gardner