Strona 1 z 1

when fate interferes again

: sob lut 21, 2026 12:29 pm
autor: Galen L. Wyatt
066.
He walked into the club with confidence.
He walked up to the bar with curiosity.


Emptiness w piątki pękało w szwach... Oczywiście. Akurat z głośników nie leciała muzyka latino, bardziej klubowe dźwięki, ale Galenowi to kompletnie nie przeszkadzało, kiedy akurat leciało latino. Chociaż dzisiaj też było fajnie. Miało być, bo dawno nie wychodził do klubu z kumplami. Zazwyczaj był z nimi Selley, ale dzisiaj z wiadomych powodów... Bo to zwyrol i gwałciciel, a jeszcze do tego bije żonę. Go nie było. Petera też nie było, bo był na olimpiadzie we Włoszech, a wiadomo, że z samym Charliem Galen by nie poszedł. Bo to był brat Cherry.
Galen poszedł więc z jakimiś randomowymi kolegami z wyższych sfer, grał z nimi w golfa, czy coś. Może prowadził jakieś interesy?
Siedział w loży z Jerrym z narkotykowego, Jerry zawsze miał towar, więc oni stawiali mu drinki. Quentinem, który prowadził swoją restaurację. I Henrym, który robił coś nudnego, ale był bogaty. I tak Galen był najbardziej, dlatego on miał płacić za drinki. Miał bo w praktyce zamawiał już Jerry, po jakimś tanim piwku na początek. Potem Quentin, szoty, dużo szotów, które już odpowiednio rozwiązały im języki, ten Wyatta też.
- No co ty Henry? Teraz ja płacę, dam jakiś dobry napiwek barmanowi, to może nam zrobi mocniejsze... - no tak, miało to sens.
- Dziewczyna jest na barze - rzucił Jerry, który na stoliku kręcił im blanta. Jerry nigdy się nie przejmował, bo sam robił w narkotykówce, to kto go zgarnie? Sam musiałby się zakłuć w kajdanki. A zresztą loże dla VIPow były dość kameralne.
- Jak dziewczyna, to wystarczy że się uśmiechnę i już zrobi mocniejsze - powiedział pewny swego Galen Wyatt. Mylił się? Pewnie nie, bo przecież Galen uśmiech miał czarujący. Poprawił wywinięte rękawy nieskazitelnie białej koszuli. Dwa guziki pod szyją już miał rozpięte, a marynarka leżała zwinięta gdzieś obok.
- Weź też popielniczkę... - rzucił Jerry.
- I zapytaj czy jest Maddie - dodał jeszcze Quentin.
- A dla mnie szkocka - mruknął Henry.
- O szkocka to dobry pomysł. Wezmę szkocką... - przez jakieś dziesięć minut się dochodzili, czy lepiej szkocka, czy szoty, ktoś nawet rzucił, że tequilla, wiec kiedy Galen już stanął przy barze, to kompletnie nie wiedział co ma wziąć. Najpierw przeczesał te swoje miękkie włosy palcami, a później oparł się nonszalancko o bar, uśmiechnął. I kogo zobaczył...
- Maya? - wypalił od razu, ale miał chyba pytać o Maddie, a nie o nią. Ale prawda jest taka, że jej się tutaj wcale nie spodziewał. Mówiła mu, że pracuje na barze, ale przecież w Toronto jest tyle barów. A ona akurat stała za ladą w Emptiness. Najlepszym klubie w mieście (heh). Do tego akurat dzisiaj... to chyba rzeczywiście przeznaczenie.
- Pamiętasz mnie? Gaspard od Wunderbarów - przypomniał jej, jakby nie pamiętała, bo może na przykład te batony często jadała na mieście z rożnymi facetami. Galen jadł pierwszy raz. Pierwszy raz też kradł kawę... I pił ją później na dachu.
Nie pierwszy raz za to stał przy barze w Emptiness, więc kiedy jakiś facet szturchnął go ramieniem i mruknął bierzesz coś, czy kurwa sterczysz, to Galen udał że się zastanawia.
- No już... Jakieś szoty - zaczął i niebieskie tęczówki zawiesił na twarzy brunetki - polecisz coś? - facet z tyłu przeklął coś pod nosem, ale stwierdził, że chyba nie ma tutaj co czekać, bo poszedł z drugiej strony baru. I bardzo dobrze.

Maya Parker

when fate interferes again

: sob lut 21, 2026 2:52 pm
autor: Maya Parker
04.



Piątki w Emptiness zawsze były intensywne. Zjeżdżała się wtedy klientela z całego Toronto i okolic, za konsolą stał najlepszy DJ, a na barze lały się nawet te najbardziej drogie alkohole. Oczywiście do tego dochodziły również proszki sprzedawane pod ladą i kolorowe tabletki, które pomagały się rozluźnić tym nawet bardziej przetartym tygodniem osobnikom.
Maya była na swojej zmianie już od dobrych kilku godzin. Pracowała na najwyższych obrotach, próbując jakoś uwinąć się z robotą. Nie było to proste, biorąc pod uwagę, że ciągle coś się kończyło na barze i trzeba było biegać na zaplecze, co tylko wydłużało czas oczekiwania na drinki, a tutaj… klienci nie lubili czekać. Niektórzy bardziej niż inni, dlatego tuż obok stał również nabity ochroniarz, który pilnował bezpieczeństwa. A dzisiaj akurat ochrona miała co robić: na liczniku było już kilka bójek i jeden facet z kastetem, który przyszedł wyrównać rachunki. Tak je wyrównał, że po pierwszym zamachnięciu był już eskortowany do wyjścia. Nawet nie zdążył wypić swojego drinka, którego Maya dla niego przygotowała. Więc co? Więc Parker wraz z Robin wyłoiły go pod ladą, tuż obok beczek z piwem, tak, żeby Maddie nie widziała. Przecież nie będzie się marnować, nie? Wiadomo, że nie. Szczególnie, że był on wyjątkowo dobry.
Machnęła do Robin ręką, żeby ta trochę przesunęła się lewo, dla niepoznaki, że coś kombinowały, a sama również odskoczyła w prawo i wyłoniła się zza lady z wielkim uśmiechem na twarzy. Dokładnie w tym samym momencie, w którym jej spojrzenie odnalazło znajome niebieskie oczy.
Gaspard? — spytała szczerze radośnie, kompletnie ignorując lekki ścisk podbrzusza, który nagle pojawił się w jej brzuchu na jego widok. Skąd taka reakcja? Nie miała zielonego pojęcia, chociaż kiedy zaczął się jej tłumaczyć, kim był, to aż wróciła na ziemię i przewróciła oczami. — No przecież wiem, co ty myślisz, że ja każdemu rozdaje batony na lewo i prawo? Poza tym, jak mogłabym zapomnieć? — mógł potraktować to jak komplement, bo taka była prawda. Zapadł jej w pamięć. Cały tamten dzień wspominała jeszcze przez kilka kolejnych, wracała do niego myślami i szczerze żałowała, że jednak nie zgodziła się po prostu umówić z nim na kolejny dzień. Zostawić to przeznaczeniu — kto wymyślił taką głupotę? A jednak proszę: stał tu teraz przed nią. Zupełnie przypadkiem.
Kompletnie ignorując natrętnego klienta, nachyliła się nad barem, przyglądając się uważnie blondynowi. Nawet nie kryła podejrzanego uśmiechu, który lawirował na jej twarzy.
Czyli jednak przeznaczenie — rzuciła spokojnie, opierając łokcie o chłodny blat. Przez te kilka dni zdążyła zapomnieć jak ładne były jego oczy. Dopiero po chwili zlustrowała jego nienagannie białą koszulę. — Przyszedłeś się nieco ubrudzić? — nie mogła się powstrzymać. Ta drobna zaczepka aż sama cisnęła się na usta.
Patrzyła na niego jeszcze przez moment, pozwalając sobie na wydłużoną wymianę spojrzeń i dopiero po chwili przypomniała sobie, że Gaspard chciał przecież shoty.
Polecę, ale najpierw mam kilka pytań — zarzuciła kręcone włosy w tył i ponownie nachyliła się do blondyna. — Po pierwsze na jakim alkoholu robimy: wódka, rum, tequila, likiery? — zaczęła wymieniać, chcąc dać jemu wybór i sobie jakąś chociaż podstawową bazę do pracy. — No i najważniejsze: na słodko, kwaśno, gorzko czy jednak ostro? — wbiła w niego intensywne spojrzenie, czekając na odpowiedź, kompletnie nie przejmując się tym, że gdzieś z boku zrobiła się kolejka. Mogli iść do Robin.

Galen L. Wyatt

when fate interferes again

: sob lut 21, 2026 7:07 pm
autor: Galen L. Wyatt
Powiedziała jego imię... Chociaż właściwie to nie jego, tylko to wymyślone. Gaspard. Dobrze, że mu przypomniała, że tak się przedstawił, no ale chyba go w takim razie pamiętała, aż uśmiechnął się delikatnie. A na jej kolejne słowa, nawet trochę bardziej pochylił nad ladą, niebieskie ślepia zawiesił na jej ładnych, brązowych oczach.
- No nie wyglądasz, jakbyś każdemu rozdawała na prawo i lewo... batony - powiedział powoli, Galen zdawał sobie sprawę, że te jego niebieskie oczy czasem było trudno zapomnieć. Zresztą on zawsze starał się robić dobre wrażenie, takie, żeby rzeczywiście potem chodził po głowie. Zapadał w pamięć.
Ale przy niej przecież się nie starał, przy niej przecież był jakąś taką naturalną wersją siebie, z oślinioną brodą i Ralfem Laurenem umazanym psią kupą. Dzisiaj też miał swoją drogą, ładne i drogie buty, a do tego całkiem czyściutkie.
Kłamstwem było by powiedzieć, że o niej nie myślał, bo myślał, o tej ich dziwnej rozmowie i o tych żelkach, o batonach, którego wciąż miał w szufladzie biurka, bo szkoda mu go było zjeść. A monetę? Tę miał w płaszczu, który zostawił w szatni, w całkiem innym niż ten jasny. Przełożył ją.
- Nie mogłaś zapomnieć o moich oczach? - zapytał, bo Galen to jednak dużo rzeczy sprowadzał do tych swoich ładnych oczu. Wierzył w ich czar po prostu. A że był już porządnie szturchnięty, to też gadał sobie... Trzy po trzy, może.
- A może wiedziałem, że tu pracujesz? - zapytał i pochylił się nad ladą, niebieskie tęczówki wbił w jej piękne, brązowe oczy, ale zaraz odchylił głowę do tyłu - nie no nie wiedziałem, jednak przeznaczenie, ale co to znaczy? Że na trzecią randkę też się nie umówimy? - zapytał, chociaż przecież to spotkanie to wcale nie była randka, a to poprzednie... no z nazwy była. To może to też z nazwy może być?
Kiedy spojrzała na jego koszulę, to przesunął po guzikach długimi palcami, spuścił na nie wzrok. Rzeczywiście ta jego koszula była bielusieńka, ale pasowała mu do tych niebieskich ślepi, do ciemnych spodenek i bucików.
- A co? Trzeba było przyjść w czymś czarnym? - zapytał niby to zaczepnie, ale jakby mu powiedziała, że tak, to pewnie następnym razem naprawdę by tu przyszedł w czarnej koszuli. Taki był Galen. Jak to dziecko, któremu wystarczy coś powiedzieć, żeby on uwierzył.
Też zapomniał o tych szotach. I co on jeszcze miał wziąć? Whisky, popielniczka i Maddie. Jak zmrużył oczy i dotknął czoła, to mu się całkiem klarownie jeszcze myślało. Czyli... można pić.
Na te jej pytania znowu się zamyślił, znowu przyłożył dłoń do czoła.
- Duży wybór... - stwierdził, jakby to było dziwne, ale przecież... czego on się spodziewał, że powie szoty i już dostanie te swoje wymarzone? Mógłby, bo przestąpił z nogi na nogę, a wciąż nie mógł się zdecydować.
- Na tequilli może? Ale po tequilli zawsze mam kaca - westchnął ciężko - to na wódce, albo na rumie, dobry tu mają rum - stwierdził, a Galen na alkoholu to się trochę znał. Ale kompletnie nie znał się na szotach.
- A możesz zrobić jakieś takie okropne, że aż zajebiste? - zapytał i zmienił rękę, na której się podpierał na ladzie - a najlepiej to po prostu zajebiste - dodał zaraz i pokiwał głową. No najlepiej, bo jakby kumplom przyniósł okropne, to mogli by go pogonić. A właśnie jego koledzy... gdzieś tam w loży VIP na pięterku, spojrzał w tamtym kierunku, ale ich nie widział, za daleko. A zresztą nie byli teraz tacy ważni. Wcale. Bo ważniejsza była ta brunetka, która przed nim stała. I co z tego, że ona też była w pracy?

Maya Parker