Strona 1 z 2

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 12:04 pm
autor: Rhys Madden
there's nowhere to run, nowhere to hide
the memories haunt, like ghost in the night
Był taki czas, gdy nie wierzył w przypadki.
Życie wydawało mu się zbyt logicznie poukładane by nie doszukiwał się ciągu przyczynowo-skutkowego we wszystkich zdarzeniach, w pracy i poza nią. Każdy zbieg okoliczności wsadzał na tablicę poszlak na równi ze znalezionymi odciskami. Pozwalał swojemu pragmatyzmowi się odsunąć, dając więcej przestrzeni dla zwykłej, ludzkiej intuicji.
Rzeczywistość z biegiem lat stała się znacznie bardziej przyziemna i, niekiedy, nieracjonalna. Nauczył się, że przypadki często są tylko tym - przypadkami, ślepymi uliczkami, którymi podążanie nie zaprowadzi go bliżej celu. W jego pracy najprostsza odpowiedź zwykle była tą właściwą.
W tym przypadku to m u s i a ł być przypadek.
Zbieżność wydarzeń do tych, które rozegrały się rok temu w jego życiu, w jego mieszkaniu, w jego ł a z i e n c e była nie tylko irracjonalna - była niebezpieczna. Myśl, że to mogło być w jakiś sposób ze sobą powiązane oznaczała, że przeszłość nie została przez niego pogrzebana, że wciąż mogła wypełznąć spod ziemi, chwycić go za kostkę i pociągnąć w dół.
Wracając do komisariatu rzucił się w wir pracy. Myśl, że śmierć Veronici Masters była wyłącznie samobójstwem, niefortunnym zbiegiem okoliczności po śmierci jej męża, wzbudzała w nim pewien rodzaj komfortu, ale była niewystarczająca. Musiał mieć pewność, musiał wiedzieć, że ta dwójka powiązana jest wyłącznie ze sobą i to ich błędne, życiowe wybory doprowadziły w końcu do ich zguby.
Nie zorientował się, kiedy główna sala komisariatu opustoszała. Słońce w zimowej codzienności na zewnątrz już dawno schowało się za horyzontem, spowijając wnętrze pomieszczenia w ciemności. Od ostatnich dwóch godzin tkwił przy swoim biurku, w morzu raportów, zebranych przez techników informacji i medycznej dokumentacji. Wiedział, że ich śledztwo jest ograniczone czasowo - na niektóre wyniki i wnioski musieli poczekać do jutra. Elementy, które leżały teraz przed nim były niewystarczające, by stworzyć z nich całość układanki. Nie było wiele więcej rzeczy, które mógłby zrobić by w sensowny sposób poruszyć się naprzód.
Ale odmawiał wyjścia.
Uparcie wpatrując się w linijki tekstu, doszukiwał się w nim sensu - jakby przeczytanie go raz za razem mogło zmienić jego perspektywę, a sekrety zawarte w jego treści miały wreszcie się odblokować. Sfrustrowany i zmęczony, oderwał się od nich dopiero gdy zegar na ścianie wskazywał dwudziestą drugą, a na komisariacie nie było już nikogo innego.
Poza nią.
Sięgając umysłem ku Mercer, jego myśli podzieliły się na dwa tory. Jeden, schowany gdzieś w tyle jego podświadomości, odczuł odrobinę poczucia winy przez zostawienie kobiety samej. Inny przypomniał sobie, że pozostało jedno, prawdopodobnie jałowe zajęcie, któremu mógłby się oddać.
Stanął w progu ciasnego pomieszczenia, którego ścianę pokrywały ekrany wyświetlające jednocześnie obraz wielu kamer. Na stole na środku tkwiła klawiatura, umożliwiająca operatorowi przyśpieszanie i zatrzymywanie nagrania. Jego wzrok powiódł po obranie wyświetlanym na ścianie, przez stół, aż po siedzącą przy nim w półmroku kobietę.
- Idź do domu - rzucił krótko, świadom tego, że inni ludzie prawdopodobnie pragnęliby być w tym momencie wszędzie, byle nie w pracy o tej godzinie. - Ja to przejmę.

margo mercer

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 1:39 pm
autor: margo mercer
Drzwi komisariatu zamknęły się za nią ciężej, niż planowała. Była zmęczona, głodna i przebodźcowana; nie lubiła uczucia, w którym zbyt wiele myśli w jej głowie pozostawało nieuporządkowanych. Rozmyślała nad sprawą, próbując zebrać w racjonalną całość to, czego dowiedzieli się do tej pory, a także nad tym, czego zupełnym przypadkiem dowiedziała się w trakcie podróży do policyjnego gmachu. Abraham, starszy funkcjonariusz, z którym wracała, w luźnej rozmowie nawiązał do wydarzeń sprzed roku naznaczających późniejsze życie jej partnera.
To wystarczyło, by zrozumiała, dlaczego zostawił ją samą na miejscu zbrodni. Wystarczyło, żeby pojęła, że nie było to lekceważenie. Wystarczyło, by dojrzała, jak bardzo tkwił w przeszłości i jak bardzo mogła odbić się ona na jego pracy. Dzisiejszy dzień nie przyniósł żadnych konsekwencji, ale postawił wyraźny znak zapytania w jej głowie. Czy jeśli będzie go potrzebować, naprawdę potrzebować, będzie mogła na niego liczyć?
Nie odważyła się powiedzieć mu tego prosto w twarz, ale takie rzeczy powinien przepracować w gabinecie psychologa. Zamiast rozpocząć bezsensowną utarczkę słowną, minęła jego biurko tak, jakby było jednym z wielu; jakby nie poczuła na sobie jego wzroku. Zwyczajnie odłożyła teczkę na przypadkowe miejsce na blacie, zdjęła kurtkę i usiadła. Jednym kliknięciem w klawiaturę rozświetliła ekran monitora. Przez kilkanaście minut uderzała w nią, szeleszcząc papierami i zapisując długopisem własne notatki na dokumentach. Głównie były to skróty myślowe, pojedyncze słowa, znaki interpunkcyjne albo litery alfabetu - dla postronnej osoby wyglądające jak zlepek nic nieznaczących zapisków.
Otwierała raporty, które już znała; czytała zdania, które niczego nowego nie wnosiły; skupiała wzrok na cyfrach, które rozmazywały się, gdy tylko pozwalała myślom uciec w niepożądanym kierunku. Po przeszło godzinie odpuściła, wstała bez słowa, zabrała notatnik i minęła go tak blisko, że niemal dotknęła jego ramienia. Uzbrojona w nędzną kanapkę z maszyny na dolnym piętrze i w jeszcze nędzniejszą kawę z przelewowego ekspresu, tuż po godzinie dziewiętnastej, zniknęła za drzwiami pokoju technicznego. Rozsiadła się na tyle wygodnie, na ile pozwalało wysłużone krzesło - zrzuciwszy buty, z nogą podciągniętą pod pupę, włosami związanymi w niedbały kok, z którego rozsypywały się ciemne pasma upstrzone jasnymi refleksami, w okularach nienoszonych na co dzień, by oddać się wielogodzinnemu przeglądaniu materiałów dowodowych. Obraz wyświetlał się na kilku ekranach jednocześnie, nie wnosząc nic nowego. Leniwie stukała palcem w przycisk strzałki na klawiaturze, przyśpieszając tempo. Zapisywała ważniejsze informacje w notatkach, ale żadna z nich nie była tą pożądaną. Przynajmniej na razie.
Słysząc ciche kliknięcie drzwi za plecami, odwróciła się, konfrontując spojrzenie z Maddenem. Właściwie nie zwróciła uwagi na to, która jest godzina i że dawno nie powinno jej tutaj być. Jego tym bardziej. - Pójdę kiedy skończę, a jeszcze tego nie zrobiłam - odparła spokojnie. - Od tego mnie masz, partnerze - nie było w jej słowach ukrytego gniewu. Musiał jednak nauczyć się, że rzucanie w kierunku Mercer cierpkich uwag było obosieczną bronią. Nie zapominała i wykorzystywała je przy nadarzającej się okazji. - Elliot wyszedł z apartamentu o 21:27 i wrócił do niego o 21:39. Niósł w ręce teczkę. W ciągu tych 12 minut nie złapały go żadne kamery, co sugeruje, że albo został na tym samym piętrze albo spotkał się z kimś na klatce schodowej na półpiętrze, gdzie nie sięga monitoring - cofając się do rzeczonego fragmentu, wskazała długopisem dwa ekrany, które dokładnie przedstawiały to o czym mówiła, zatrzymując obraz jednym kliknięciem.
- Wiem dlaczego stamtąd wyszedłeś - dość zaskakująco, nawet dla niej samej, zmieniła temat. Tylko tyle, nic więcej, jakby badała grunt pod to, co zamierzała przekazać.

Rhys Madden

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 2:55 pm
autor: Rhys Madden
Musiał mocno wysilić się by nie pozwolić swojemu spojrzeniu na przetoczenie się po suficie. Mógł się tego spodziewać, że wszystkie jego słowa zostaną skrupulatnie zanotowane w pamięci Mercer i wykorzystane przy najbliższej okazji. Zaskoczył go jednak jej neutralny ton głosu.
Odkąd tylko wróciła do komisariatu obydwoje ignorowali nawzajem swoją obecność. Spodziewał się jednak, że gdy tylko któreś z nich złamie to postanowienie milczenia, wraz z tym powrócą emocje pozostawione przed domem Veronici Masters. Jego złość i niechęć, jej szok i oburzenie tym, jak fatalnie rozkręcał się jej pierwszy dzień wyłącznie za jego sprawą. Choć ignorował zdecydowanie zbyt wiele, nie był na to całkowicie ślepy.
Brak jej złości był na swój sposób podejrzany. Przez niego jego brew uniosła się lekko w górę, ponieważ Mercer nie zdawała się być typem osoby, który wybacza zbyt szybko. Był przygotowany na to, że następne ich interakcje wypełnią sprzeczny i docinki w rodzaju tych, które rozległy się w jego samochodzie, a nie na tak szybki powrót do cywilizowanej rozmowy.
Ta nieprawidłowość wprawiła go w zamyślenie, zagnieżdżając się z tyłu głowy. Pozostawił ją na później, jako zagadkę, która rozwiąże się z czasem. Być może dopadło ją wycieńczenie po tym trudnym dniu, a może, jak on, miała w zwyczaju skupiać się na pracy tak długo i tak intensywnie, aż wszystko inne bledło w porównaniu.
Skinął głową, zadowolony, że jej przeglądanie materiałów przyniosło jakąkolwiek nowość - choć jednocześnie świadom, że samo wyjście Elliota na zewnątrz na kilka minut nie było zbyt wartościowym odkryciem. Równie dobrze mógł zajmować się pracą lub czymś z nią niezwiązanym - ludzie mieli wszak swoje życia i rzadko kiedy wiedzieli, kiedy się skończą.
- To duży budynek, ale przekazałem prośbę skompletowania listy potencjalnych powiązań Mastersa z jego sąsiadami - potwierdził, notując sobie w głowie jego wyjście tak, jak ona zanotowała to pewnie na kartce papieru. - Niektórzy mogli być zaproszeni na jego imprezę.
Błądził spojrzeniem po ekranie na stopklatce, którą wywołała - nie dostrzegł subtelnej zmiany, jaka zaszła w jej mimice. Jej słowa zaskoczyły zarówno ją samą, jak i jego. Przedarły się przez ciszę panującą w pogrążonym w półmroku pomieszczeniu, zmuszając go do odwrócenia wzroku, do skierowania go na nią.
Jej własne spojrzenie wypalało się w jego klatce piersiowej, wokół której znów zacisnęły się szpony. Jego usta zacisnęły się w wąską linię, a nogi wycofały o pół kroku w tył - dosłownie i w przenośni nie zamierzał rozmawiać z nią na ten temat.
- Dobrze - odparł krótko, odwracając się i ruszając w dół korytarza, wychodząc zarówno z pomieszczenia, jak i z tej rozmowy. Miał nadzieję, że jej zrozumienie sprawi, że taktownie nie zamierzała poruszać już tego tematu, że było tylko sygnałem "wiem", a nie rozpoczęciem czegoś innego.
Zniknął za mleczną ścianką, odnajdując ekspres i wciskając ten jeden przycisk, o którego nieznajomość posądziła go jeszcze kilka, kilkanaście godzin temu. Minutę później wrócił do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Położył dwa kubki kawy na stole - zauważył wcześniej, jaką piła. Sam pił zwykłą, czarną, nie mając względem niej żadnych wymagań.
- Na której godzinie jesteś? - spytał krótko, zajmując miejsce przy stole, choć nie bez tworzenia między nimi dystansu. Usiadł na krześle, przesuwając je nieco w bok, poza zasięgiem jej perfum i intensywności jej spojrzenia.

margo mercer

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 6:20 pm
autor: margo mercer
Nie odprowadziła go wzrokiem, kiedy wyszedł. Zrobiła to, co robiła najlepiej, czyli wróciła do ekranu, jakby rozmowa była tylko krótkim przerywnikiem w pracy. Palce zawisły nad klawiaturą, lecz przez kilka sekund nie nacisnęła żadnego klawisza. Jego dobrze wybrzmiało w jej głowie dłużej, niż powinno; westchnięciem podsumowała tę krótką wymianę słów, bo przewidywała dokładnie taką reakcję.
Zarejestrowała jego powrót bez komentarza. Postawił kubek bliżej niej, niż musiał. Nie podziękowała od razu, skupiając wzrok na obrazie, który ponownie przesuwał się szybkimi migawkami przed jej oczami. Była boleśnie świadoma jego obecności, co wprawiało ją w stan podwyższonej gotowości. Zniknął luz i swoboda, zastąpiony sztywną postawą i ciągłym poprawianiem zsuwających się z nosa okularów.
- 21:27 wychodzi z apartamentu - odpowiedziała wreszcie na jego pytanie, raz jeszcze cofając się do wspomnianej przed chwilą sceny. - O 21:31 zatrzymuje się przy drzwiach przeciwpożarowych. Nie ma tutaj teczki - stuknęła długopisem w ekran numer 2, zakreślając niewidzialne koło. - Tutaj tracę go z pola widzenia i o 21:39 pojawia się znowu, tym razem niosąc ją w rękach - jej głos był spokojny, jednostajny. Równolegle przesuwała obraz, przybliżała kadr, zatrzymywała go w punktach, które zaznaczyła wcześniej w notatniku. - Wnioskuję, że nie postanowił w środku imprezy pójść na korytarz, żeby przewietrzyć pijany umysł. Ktoś kto przekazał mu te dokumenty doskonale wiedział gdzie stanąć, aby nie uchwycił go obraz kamery - upiła łyk kawy, która smakowała równie paskudnie, jak poprzednia, której nalała sobie sama. Tym razem spojrzała na niego przez krótką chwilę, zastanawiając się po co to robił.
Po co przyniósł tę kawę, będącą swego rodzaju gałązką oliwną. Po co fatygował się do niej, rozsiadł się obok i zamierzał poświęcić kolejne godziny na przeglądanie materiałów, które mogą niczego nie wnieść do sprawy? Po co, skoro wcześniej wyraźnie dał jej do zrozumienia, że powinna robić to sama? Dlaczego, gdy spędzili ze sobą ledwie kilkanaście godzin, zdążył pokazać tak wiele sprzecznych twarzy, że zaczynała się gubić w tym, która była prawdziwa.
Cofnęła nagranie raz jeszcze, do godziny 21:34. - Spójrz - w odbiciu na metalowej powierzchni drzwi przeciwpożarowych coś drgnęło. Minimalny ruch. - Sześć sekund. Ktoś stoi poza kadrem, a Masters nie reaguje, jakby to było zaplanowane. - przetarła zmęczone oczy, unosząc okulary na czubek głowy. Czuła pulsujący, zaciskający się na skroniach ból i wiedziała, że ten nie odpuści, a pomoże jej wyłącznie sen. - Sprawdzę jego kalendarz, chociaż wątpię, że znajdę tam odpowiedź - klikając play na ekranie pozwoliła, aby obraz płynął dalej, pokazując mu wprost, w którym momencie się zatrzymała.
- Nie musisz mi nic mówić - odezwała się w końcu spokojnie, bo nie mogła tak po prostu odpuścić. To zjadałoby ją od środka. - Ale jeśli coś cię wytrąca w terenie, wolałabym wiedzieć wcześniej - odchyliła się minimalnie na krześle, pozwalając sobie na spojrzenie w jego stronę. Nie było w nim oskarżenia; nie było też litości. Była obserwacja - ta sama, którą stosowała wobec świadków. - Nie dlatego, że to moja sprawa. Tylko dlatego, że jesteśmy partnerami, czy ci się to podoba, czy nie - i wróciła do pracy, jakby to była jedyna rzecz, która naprawdę miała znaczenie.

Rhys Madden

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 6:55 pm
autor: Rhys Madden
Skupienie na pracy nie zawsze przychodziło mu z łatwością. Jakkolwiek by to nie brzmiało, nawet w jego wydziale trafiały się śledztwa zwyczajnie nudne - krótkie, proste, w których odpowiedzi leżały bezpośrednio przy trupie wraz z narzędziem zbrodni. Nie było w nich żadnego dochodzenia do schowanej w cieniach prawdy, była jedynie papierkowa robota pozbawiona początku i końca. Wypełniał jeden raport, wychodził na chwilę z komisariatu i gdy wracał, miał już cztery kolejne do uzupełnienia i podpisania swoim nazwiskiem. Nigdy nie sądził, że tego typu zawód mógł stać się rutyną, ale bardzo często tak było.
A on nie lubił rutyny. Potrzebował czegoś stymulującego, co trzymało jego umysł w ryzach i nie pozwalało mu zerkać wstecz. Czegoś innego niż telefony w środku nocy, wskazujące mu miejsce bądź nazwisko, z którym miał coś zrobić.
Codziennie funkcjonowanie wykształciło w nim zaawansowaną umiejętność odcinania się od wszystkiego, co niewygodne. Upychania złych myśli do ostatniej szuflady, przytrzaskiwania wątpliwości i poczucia winy siłą, jeśli tego wymagała od niego sytuacja. Przekształciło go w pustą skorupę, mechanicznie wypełniającą następne czynności i choć gdyby powiedział to głośno, z pewnością zgarnąłby niejedno pełne politowania spojrzenie, ale w praktyce w o l a ł ten stan.
I tak samo, jak zwykle, mechanicznie przystąpił do analizowania podanych przez nią faktów. Przyglądał się nagraniu, które odtwarzała, notował w głowie godziny i fakty, tworząc scenariusz. Odchylił się lekko w krześle, pozwalając jego przednim nogom na uniesienie się w powietrze.
- Zgaduję, że nie mamy na zewnątrz żadnych kamer na tę stronę budynku? - westchnął, wiedząc, że ktokolwiek przekazał mu tę teczkę, na pewno nie teleportował się do środka, a jednocześnie nie pojawił się jako podejrzany w zgromadzonych przez ich zespół plikach. - A co z tą teczką?
Pochylił się, sięgając po kawę. Przednie nogi jego krzesła uderzyły z powrotem o podłogę. Wskazał palcem zbliżenie, na którym się zatrzymała - teczka nie była szczególnie charakterystyczna, ale nie widział jej nigdzie w mieszkaniu Elliota.
- Czy nasi zgarnęli ją w śmieciach albo w rzeczach osobistych Mastersa?
Machnięciem dłoni wskazał jej, by ruszyła dalej w nagraniu - sprawa teczki i tak musiała poczekać do jutra, bo nikt na komisariacie nie traktował tej sprawy jako własnej kwestii życia i śmierci. Tylko oni.
I gdy już zdążył uwierzyć, że będą w stanie skupić się na tym mechanicznym działaniu, prostym odbębnianiu kolejnych godzin nagrania, gdy Mercer postanowiła z n ó w poruszyć temat jego zachowania. Wkroczyć na terytorium, na którym nie chciał widzieć ani jej, ani nikogo innego.
- Nic mnie nie wytrąca - żachnął się z irytacją, odruchowo, nie zamierzając zgłębiać tego tematu w żaden sposób. Miał zresztą w tym ogromne doświadczenie. - Zachowujesz się, jakbym zostawił cię w trakcie pościgu i poszedł na lunch. Nie było więcej do zrobienia poza organizacją roboty na miejscu. Równie dobrze mogłaś to zrobić sama i z tego co widzę, zrobiłaś i świat się nie zawalił.
Upił łyka kawy, pozwalając, by ciemny napoju przemył gorycz, której posmak znalazł się w jego ustach. Ze stukotem odstawił kubek z powrotem na stół, wracając spojrzeniem do nagrania z uporem, byle tylko nie patrzeć na swoją partnerkę.
- Powiedziałem już, że niczego się ode mnie nie nauczysz. A ty obiecałaś, że nie muszę trzymać cię za rękę, więc nie będę tego robić.

margo mercer

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 7:35 pm
autor: margo mercer
Przyglądając się kolejnym minutom nagrania, w myślach przywoływała wszystkie rozmowy z matką, które przeprowadzały na temat ludzkiego postępowania i ich motywów. Była wdzięczna Claire, że przygotowała ją do pracy pod kątem psychologii, jednak następujące po sobie teorie, rozbijały się o twardy mur, gdy tylko próbowała dopasować ją do Maddena.
Nie zareagowała natychmiast - to było jej pierwsze zwycięstwo. Jego irytacja wybrzmiała ostrzej, niż prawdopodobnie zamierzał. Odbiła się od ścian niewielkiego pokoju technicznego i zawisła między nimi gęsta mgła. Mercer nie drgnęła, palce nadal spoczywały na klawiaturze, jakby słowa, które właśnie padły, były tylko kolejnym elementem tła.
Przez kilka sekund pozwoliła ciszy pracować. Wiedziała, że jeśli odpowie odruchowo, da mu dokładnie to, czego teraz potrzebował - konflikt, który przykryje sedno. A ona nie była zainteresowana kłótnią. - Powiedziałam, że wolałabym wiedzieć wcześniej, jeśli coś nie pozwala ci pracować - głośnym kliknięciem zatrzymała obraz na ekranie. Podzielność jej uwagi może była wysoko rozwinięta, ale kiedy coś wytrącało ją z równowagi, ciężko było w równym stopniu poświęcać się obu zajęciom. - To czy było tam coś do zrobienia, nie stanowi żadnej różnicy. Jeśli nie mogę zaufać swojemu partnerowi w tak trywialnej rzeczy, jak wsparcie na miejscu zbrodni, gdy nic nam nie grozi, to jak mam czuć się pewna, gdy będziesz ubezpieczał moje plecy? - nie wierzyła, że był na tyle nierozsądny, by nie rozumieć prostej rzeczy, którą mu komunikowała. W takich chwilach nie było miejsca na niedopowiedzenia. Tej prostej zasady uczyli już w akademii - nie zostawiasz swojego partnera samego, bez względu na wszystko.
A na deser, prosto na tacy, zaserwował swój egocentryzm w pełnej okazałości. - Nie potrzebuję żebyś trzymał mnie za rękę - odepchnęła się od biurka, przekręcając się krzesłem tak, że teraz niemalże kolanami dotykała tego, na którym siedział on. - Chcę tylko wiedzieć, czy kiedy wchodzimy do łazienki z dwiema kałużami krwi, jesteśmy tam oboje - wróciła do nagrania, jakby to było zupełnie naturalne przejście. - Mamy tylko kamerę, która obejmuje parking, ale nie sprawdziłam jeszcze tych nagrań. W raporcie technika nie ma nic o teczce, wszystko co przywieźli z apartamentu jest zabezpieczone w ich pokoju. Sprawdzę to jutro rano - kliknęło - jej ton znów stał się czysto zawodowy, ale granica między jednym a drugim została wyraźnie zaznaczona.
- Uczę się kiedy pracujesz, więc pracujmy - nacisnęła play, sięgając po kubek z przestudzoną kawą i tym razem nawet się nie skrzywiła. Smak taniego napoju nie był tak cierpki, jak każda kolejna próba rozmowy z Maddenem.

Rhys Madden

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 8:15 pm
autor: Rhys Madden
Żeby mógł jej powiedzieć, żeby wiedziała wcześniej, jak sobie tego uparcie życzyła, jedna, niemożliwa rzecz musiałaby się stać.
On również musiałby to wiedzieć.
Gdzieś w głębi serca potrafił przyznać, że wydarzenia z przeszłości zmieniły go w nieodwracalny sposób. Że być może posiadał teraz słabości, których nie miał wcześniej - takie, przez które w jego ruchach pojawiało się wahanie, żołądek podjeżdżał do gardła. Ale wiedział również, że żadna z tych rzeczy nie przeszkadzała mu w pracy, nie do końca. Był niemal nieznośnie dobry w balansowaniu dwóch światów, których stał się częścią, przez co zarówno jego śledztwa dochodziły do końca, jak i przysługi, które musiał oferować nie wychodziły na światło dzienne.
Nie przynależał do żadnego z tych miejsc, nie naprawdę. Ale odnalazł dla siebie komfortowy punkt gdzieś pomiędzy, gdzie nie musiał być ani doskonałym policjantem, ani całkowicie moralnie skrzywionym cynglem. Jego osoba rozdzieliła się na dwa oblicza, a on spoglądając w lustro czasem nie był pewny, które z nich patrzy na niego z odbicia.
Żadna jednak z tych rzeczy nie dotyczyła dzisiejszego dnia.
Ponieważ nie chodziło o jego słabość, o jego utratę, o wszystko to, co wywaliło jego życie do góry nogami. Nie miał problemu z prowadzeniem śledztw, w których pojawiały się samobójstwa bądź kobiety. Nie wahał się wchodząc do innych domów, znajdując trupy wyglądające w inny sposób. Ale ten był i n n y. Był znajomy, w sposób, w jaki nic nie było znajome dla niego odkąd o n a odeszła.
I w żaden sposób nie mógł tego przekazać Mercer. Żałował, że to właśnie przy niej poślizgnął się, pozwalając światu zewnętrznemu na dostrzeżenie tego, co kotłowało się w jego wnętrzu. Żałował, że to właśnie bystre oko brunetki, która teraz niebezpiecznie zbliżała się do jego krzesła, ubezpieczało jego tyłu gdy wchodził do tamtego domu. Wszyscy inni wiedzieliby, żeby po prostu tego tematu nie p o r u s z a ć. Wiedzieli, że Madden był tak dobry w tym, co robił, jak drażliwy a jego chęć do kooperacji była ulotna.
- Masz rację - warknął, a jego głos stał niewspółmierny do słów, które wypowiadał. - Zaufanie u dwójki partnerów jest trudne do zdobycia. Szczególnie, gdy jeden z nich jest doświadczony w polu i wie, jak się zachować, a drugi jest pyskatym świeżakiem, którego prawdopodobnie sparaliżuje pierwsza, potencjalna strzelanina na robocie.
I znów jego krzesło przechyliło się do przodu, znów przednie jego nogi uderzyły o podłogę. Gdy to zrobił, kobieca sylwetka znalazła się jeszcze bliżej, niż wcześniej. Jego kolano stuknęło o jej, zatrzymując się obok w tym niewinnym geście, którego z jakiegoś powodu był cholernie świadomy.
- Nie musisz niczego o mnie wiedzieć, Mercer. Jeśli byłabyś w jakikolwiek sposób zagrożona, albo gdybyś potrzebowała ode mnie czegoś istotnego, zrobiłbym to, bo jestem pieprzonym policjantem. I jestem dobry w tym, co robię - prychnął, ignorując na moment nagranie, które dalej leciało do przodu ukazując puste atrium i korytarze, którymi wędrowali kilkanaście godzin wcześniej. - A teraz możesz zostawić te nagrania w cholerę i ja się nimi zajmę - dodał, prostując się w krześle i tym samym nieco od niej odsuwając, nim z przekąsem dodał: - Twój chłopak musi martwić się, że za długo dzisiaj pracujesz.
Zegar wybił dwudziestą trzecią.

margo mercer

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 9:02 pm
autor: margo mercer
Nie cofnęła nogi, kiedy jego kolano uderzyło o jej. Kontakt był krótki, niemal przypadkowy, a jednak w tej chwili zbyt wyraźny, by go zignorować. Czuła ciepło jego skóry przez materiał spodni, napięcie w mięśniu, które nie miało nic wspólnego z czystym zbiegiem okoliczności.
Nie poruszyła się.
Nie drgnęła, mimo, że jego słowa były ostrzejsze niż nagłe uderzenie nóg krzesła o podłogę. Pyskaty świeżak. Sparaliżowana strzelaniną. Każde zdanie rzucone jak kamień, nie po to, by trafić, ale by coś rozbić.
Mercer przestała stukać w klawiaturę. Nagranie przesuwało się jeszcze przez kilka sekund, obraz na ekranie pozostawał pusty, aż w końcu nacisnęła pauzę. Cisza w pokoju stała się gęsta. Z zewnątrz dobiegał jedynie przytłumiony szum wentylacji i ich przyśpieszone, niekontrolowane oddechy. Nie odpowiedziała od razu. Poczuła dokładnie moment, w którym jej spojrzenie się zmieniło. Gdy spokój i opanowanie zostało zastąpione przez gwałtowność, pragnącą usilnie wydobyć się na powierzchnię. - Jeśli to miało mnie sprowokować - powiedziała w końcu, cicho, niemal bezbarwnie: - to będziesz musiał się bardziej postarać - tak samo jak on, zakłamywała rzeczywistość. Stłumione światło niewielkiej lampki w rogu pokoju pozwoliło jej ukryć emocje.
Nie uniosła brwi, choć chciała. Nie wykrzywiła ust, mimo, że potrzebowała to zrobić. Jej twarz pozostała niemal nieruchoma. - Od tego tutaj jesteś. To twój pieprzony obowiązek, żeby złapać za moje ramię, kiedy zacznę panikować - wciąż była blisko, wypełniała jego przestrzeń swoim ciałem, świadomie na niego napierając. - Jeśli byłbyś tak doskonały w swojej robocie, nie musiałbyś mi stale przypominać o tym, że ty znajdujesz się tutaj - uniosła rękę ponad swoją głowę. - gdy ja jestem tutaj - a teraz ją puściła, zataczając dłonią koło gdzieś nieopodal swojej kostki.
- To bardzo słabe, że odczuwasz tak silną potrzebę, żeby pompować swoje ego próbą umniejszania mi po raz kolejny - na moment jej spojrzenie opadło na jego dłonie. Na sposób w jaki ściskał kubek, na minimalne zbielenie knykci. Powoli cofnęła nogę, niwelując fizyczną bliskość o kilka centymetrów. Nie w geście wycofania. Raczej w geście kontroli. - I nie chcę wiedzieć, mam cię gdzieś. Nie interesuje mnie, co sprawiło, że jesteś takim sukinsynem. M u s z ę ci zaufać, a teraz jedyne co czuję to zagrożenie - odepchnęła się od biurka, przesuwając krzesło na skraj pokoju, do przeciwległej ściany. Dystans sprawił, że poczuła irracjonalną pustkę, nad którą nie chciała się teraz zastanawiać.
Zaśmiała się bezdźwięcznie pod nosem słysząc wzmiankę o chłopaku. Przez krótką chwilę pozwoliła, by słowo zawisło między nimi, jakby sprawdzała, czy naprawdę padło, czy było tylko kolejnym odruchem obronnym z jego strony. Powoli zdjęła okulary i odłożyła je na blat. Światło monitorów odbiło się w jej źrenicach, gdy uniosła na niego wzrok. - Moje życie prywatne nie jest częścią tej sprawy - powiedziała spokojnie. Pieprzony palant. Wciąż było mu mało. Stale ją prowokował, przesuwając granicę, gdy wydawała się dochodzić do jej krawędzi. - I nie jest czymś, czym musisz się zajmować. Jeśli pracuję do dwudziestej trzeciej, to dlatego, że chcę. Nie dlatego, że ktoś na mnie czeka. Ani dlatego, że ktoś nie czeka - odchyliła się minimalnie w krześle, nie uciekając spojrzeniem.
23:04.
Jej palce znów wróciły na klawiaturę, by zacząć przewijać nagranie. - A jeśli próbujesz mnie tym odesłać do domu, to szkoda energii - przez jej głos przemawiała spokojna stanowczość; upchnęła niepotrzebne emocje głęboko pod powierzchnią. - Interesuj się tym, co jest na ekranie. Reszta to nie twoja sprawa - i wróciła do pracy, gdy na monitorach znów pojawił się Elliot.

Rhys Madden

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 9:22 pm
autor: Rhys Madden
Nie wiedział dlaczego akurat o n a doprowadzała go do szewskiej pasji.
Owszem, miał duże doświadczenie w swojej pracy - ale w jego przypadku to doświadczenie oznaczało również całą mnogość przydzielonych mu partnerów, którzy prędzej czy później prosili o inny przydział, lub też dostawali go odgórnie. Nie wszyscy mieli temperament, zdarzali się ci obdarzeni większą cierpliwością do jego luźnego podejścia do protokołów czy zerowych umiejętności komunikacji. Niektórzy rozpoczynali dzień od wykłócania się na temat tego, co zrobił poprzedniego wieczora. Inni usilnie unikali współpracy, dłubiąc własną część przydzielanych im spraw uznając, że współpraca kosztowała ich więcej niż próby rozwiązania zagadki samemu.
Na każdego jednak miał ten sam sposób.
Nie był osobą, która pozwalała się sprowokować. Wtaczał się późno na komisariat, lub późno z niego wychodził. Zgłaszał własne prośby i życzenia do techników, wyjeżdżał w teren bez konsultacji, zrzucał na innych papierkową robotę - wszystko to robił jednak pozbawiony ogromu emocji. Ponieważ dla niego to stało się tylko pracą, podczas gdy inni wciąż podchodzili do niej z własnym zestawem ideałów - ideałów, które dawno temu stały się mu obce.
Nikt jednak nie rozwścieczał go tak, jak robiła to Margo Mercer.
Nie potrafił stwierdzić dlaczego potrafiła zajść mu za skórę podczas gdy wszyscy inni nie mieli do tego miejsca dostępu. Dlaczego w ogóle pragnął się przed nią tłumaczyć, zamiast zwyczajnie wyjść z mieszkania Masters i ruszyć bez słowa do samochodu. Cała podstawa jego koegzystencji z innymi ludźmi na komisariacie opierała się na tym, że podchodził do nich i przydzielonych mu spraw z zawodową obojętnością.
Obojętnością, która zawsze przychodziła mu naturalnie, tymczasem teraz nie potrafił jej ku sobie przywołać.
- Będę próbować - odrzucił sarkastycznie, choć w jego słowach było tyle samo, ponurego żartu co pewnego rodzaju obietnicy.
Tej samej, którą sprzedała jemu kilka godzin wcześniej - zwiastując, że stanie się jego karą w równym stopniu, co on był jej.
- Może nie powinnaś - syknął, obierając inną strategię prowokacji, choć przecież nie robił tego w pełni świadomie. - Może nie złapię cię, kiedy będziesz panikować. Może zostawię cię którymś razem tak samo, jak zostawiłem cię dzisiaj. Bo jestem właśnie takim sukinsynem, który będzie wysyłał cię po kawę i umniejszał w przerwie śniadaniowej.
Wściekłość wlewała ciepło w jego żyły, ale nawet ona nie była w stanie zamaskować chłodu, który pojawił się wraz z pustką po kobiecym ciele gdy odsunęła się w tył.
- Może powinnaś udać się jutro do kapitana i poprosić o kogoś innego - ciągnął, choć nie podchwyciła jego pierwszej próby nakłonienia jej do rezygnacji - choćby z tego wieczoru. - Co ci w ogóle zależy, Mercer?
Odchylił się w krześle, wypuszczając kubek, który wcześniej uparcie trzymał w dłoni. Napój we wnętrzu zdążył już ostygnąć.
- Wiesz dobrze, że nie bawię się w wasze partnerstwo, a jednak przydzielili cię do mnie - zauważył, brnąc uparcie w to, o czym nie chciała rozmawiać. - Może stoi za tym jakiś powód?
Byle tylko nie mówić o sobie.

margo mercer

i bury my head in the sand

: pn lut 23, 2026 10:04 pm
autor: margo mercer
Nie przerwała mu ani razu. Słuchała, jakby recytował coś, co znał na pamięć. Jakby każde zdanie było kolejną warstwą pancerza, który nakładał, żeby nie dopuścić nikogo bliżej. Groźby. Szyderstwo. Sugestie, że powinna odejść, że może powinna poprosić o inny przydział.
Jej twarz pozostała niemal nieruchoma; tylko raz uniosła brew, kiedy nazwał siebie sukinsynem, jakby uprzedzał ją, że nie musi odkrywać tego sama. Za późno, tę cechę poznała u niego jako pierwszą.
Który to już raz odsunęła się od biurka, a krzesło zaskrzypiało pod ciężarem zmiany pozycji. Nie odwróciła się do niego od razu - najpierw teatralnym gestem poprawiła rękaw koszuli. Wygładziła go spokojnym ruchem, jakby dawała sobie dodatkowe dwie sekundy. Dopiero potem spojrzała, unosząc kąciki ust w kpiącym uśmieszku. Jeśli chciał grać w tę grę - proszę bardzo. - Skończyłeś? - zapytała cicho, zmęczona teatrem do którego ich zaciągnął. Zatrzymała na nim wzrok dłużej, niż było to potrzebne, aż stawało się niekomfortowe; nie uciekła, kiedy odwzajemniał je chłodem.
- Jeśli to jest twoja metoda selekcji partnerów, to zaczynam rozumieć, dlaczego tylu z nich zmieniało przydział - bo faktycznie byli tacy, którzy mogli tego nie wytrzymać - jedni psychicznie, a drudzy nerwowo.
Jej głos był równy, prawie bezbarwny. Przesunęła długopisem po blacie, nie patrząc już na niego, tylko na metalową powierzchnię stołu, w której odbijało się światło monitora. - Nie przyszłam tu po komfortowego partnera i nie odejdę tylko dlatego, że jesteś trudny w obyciu - minimalnie odchyliła głowę w bok. - Może faktycznie mam w tym swój cel? - wzruszyła obojętnie ramionami, jakby rzucona w eter aluzja była takim samym stwierdzeniem, jak to, że słońce jest żółte, a trawa zielona.
Kusiło ją, żeby złośliwie się do niego zbliżyć i szepnąć kolejne słowa prosto w jego twarz, wieńcząc to wszystko uśmiechem: - Zależy mi żeby nie przegapić momentu, który inni zignorują, bo są zajęci udowadnianiem, jacy są nie do zniesienia - niestety nie pozwoliła sobie na taką zuchwałość; potrafiła jeszcze utrzymać na wodzy emocje, nie pozwalając im za wszelką cenę wygrać walki z rozumem.
- Jeśli naprawdę bardzo zależy ci na pozbyciu się partnera, to może sam spróbujesz? Droga otwarta, to ty masz ze mną duży problem, kolego - balansowała na krawędzi wprowadzenia go w czystą furię a odzyskaniem własnej kontroli. Nieprowokowana nie wychodziła przed szereg, gdy rzucano nią kamieniem - nie czekała, aż ten w nią uderzy.
Wzięła ostatni łyk kawy. - Mam niesamowitą cierpliwość i dużo lepszą pamięć. Jeśli więc nadal planujesz grać rolę drażliwego geniusza, to postaraj się, żeby za szybko ci się nie znudziło - jej palec nacisnął klawisz; nagranie ruszyło dalej. Zegar na ścianie przeskoczył o kolejną minutę. - Mówiłam ci już, że jestem twoją karą. Będę nią też jutro, pojutrze i w następny piątek. Przyzwyczaj się - i już na niego nie patrzyła. Z pewnością nie dlatego, że przestał ją interesować, ale dlatego, by nie pozwolić mu wygrać tej rundy.

Rhys Madden