here goes everything, my dearest friend and enemy
: śr lut 25, 2026 10:33 am
Johnny –
Joseph. Lazare zawsze uważał, że to imię pasuje do niego znacznie bardziej, że brzmi lepiej, zwłaszcza dla poważnego dziennikarza, który zamiast parać się celebryckimi sensacjami, aspiruje by pisać o rzeczach ważnych i poważnych, i żeby przed śmiercią – w domu starców za siedemdziesiąt lat, albo za rok czy dwa, w głupim i niepotrzebnym wypadku – swoim metaforycznym piórem, i niemetaforycznym sprintem palców po klawiaturze komputera, zrobić na świecie faktyczną, znaczącą różnicę. To prawda, że lubił, jak podwójne en w ksywce Grainiera uderza mu o górne zęby, zwłaszcza kiedy wypowiadał je z dłonią wplecioną we włosy szatyna, i oddechem uciekającym z warg z taką siłą, jakby ktoś uderzył go pięścią w przeponę, ale to nadal było imię dla chłopca, nie dla mężczyzny. W przeciwieństwie do Josepha.
Nieważne.
Ważne, żeJohnny Joseph Grainier mieszkał w dzielnicy, której Moreau nie odwiedzał za często, samemu zwykle krążąc w trójkącie między Distillery District, Harbourfront i Church & Wellesley, w domu nie wyróżniających się niczym spośród rzędu innych domów w którym stał, architektonicznie tak prosty, że gdyby był w dwa-de, a nie trzy-de, na dobrą sprawę mogło narysować dziecko. To nie był pierwszy raz, oczywiście, że nie, ale pierwszy po długim czasie, i zamiast nostalgii, która byłaby może wskazana, może uzasadniona, Lazare czuł tylko głód i irytację, i to swędzenie w dłoniach i nadgarstkach, które nigdy nie prowadziło do niczego dobrego.
Przed samym sobą udawał, że wie o Grainierze znacznie mniej niż wiedział w rzeczywistości. A wiedział, że:
- Johnny mieszka z siostrą, młodszą od niego o jakieś pół dekady, myszowatą istotą o wielkich oczach i – ponoć – wielkim sercu, ale cichą jak spokój przed burzą; zawsze wyobrażał sobie, że to właśnie takie istoty doprowadzają do szkolnych strzelanin, choć podobno Joe - Chryste, kolejna z awersją do własnego imienia - miała tylko szlachetne pobudki i zamiast zabijać, chciała ratować ludzkie życia, bla-bla-bla, Lazare nigdy za bardzo nie słuchał, gdy Johnny mu o niej opowiadał;
- Ma na lewym przedramieniu długą, bladą bliznę, której genezy albo nie pamięta, albo nie chce nazywać, i którą Moreau lubił śledzić ustami i palcem, jak traper zmierzający w górę czy dół rzeki, z nurtem lub pod prąd, aż do źródła; źródłem było, zależnie od nastroju, wgłębienie męskiego obojczyka, albo, choć tutaj Lazare musiał trochę zboczyć z kursu, miękki skrawek skóry między kością biodrową i łonową Johnny'ego - najpierw chichot, potem długie, oszałamiające westchnienie;
- Na parterze posiada kuchnię i mały salon, pokój gościnny wielkości, mniej więcej, pudełka na zapałki i jeszcze mniejszą łazienkę z – z tego co pamiętał – puchatym dywanikiem, który wyglądał, jakby nigdy go nie prano i nie ruszano z miejsca; fuj; na piętrze trzy sypialnie, choć Lazare był w tylko jednej z nich, drugą łazienkę, schowek, który pachniał kurzem nawet przed drzwi;
- Ma również zwyczaj, nabyty w dwutysięcznym-dwudziestym-drugim, żeby słuchać lewym uchem, ale nawykowo zawsze najpierw nadstawiać prawe, i potem przekręcać głowę z jakąś dozą rozczulającej rezygnacji (której Lazare nienawidził, bo nienawidził czuć się rozczulony; czuł się wtedy głupi i bezbronny i słaby) - kolejna rzecz, o którą chciał Grainiera spytać, ale nigdy ostatecznie nie spytał, i długo sądził, że nie będzie miał już ku temu okazji;
Oraz to, że Johnny Grainier zniszczył mu życie.
Nie, Lazare. Przecież wiesz, że sam to sobie zrobiłeś.
Johnny Grainier w gruncie rzeczy wyświadczył Ci przysługę.
Nie z roztargnienia, przypadkiem, w chwili nieuwagi.Nie bez powodu. Z premedytacją, z wyrachowaniem, z jakąś dozą wirtuozerii, o którą Lazare go zwyczajnie nie podejrzewał. Szkoda, może, że nie (nigdy) go tak naprawdę nie doceniał.
Kiedy stanął na krawężniku, w prostokącie parterowego okna świeciło się światło. Potem zgasło - może przypadkiem, a może w wyniku josephowej paranoi, nigdy nie było do końca wiadomo. Lazare chwilę stał i myślał, ale nie o tym, co go tu sprowadziło, i nie o tym, co planował zrobić, ani czego chciał od Johnny'ego (czego? przeprosin? te już dostał, i napluł na nie, przynajmniej we własnej głowie). Nie mógł sobie przypomnieć, czy zjadł dzisiaj kolację. I lunch. W zasadzie, czy miał w żołądku cokolwiek oprócz trzech ginów z martini, co mogło być ważną informacją, jeśli zamierzali się dziś pieprzyć.
Chryste, Lazare. Przestań.
Sąsiedzi Grainierów mieli klomb z hortensjami, teraz łysawy po zimie, ale dostarczający idealnego zapasu małych, kształtnych kamyków. Moreau zebrał ich całą garść, były zimne i przyjemne w dotyku.
Stuk!
Jak nastolatki w filmach dla nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach Lazare, któremu nigdy nie wolno było być dzieckiem, i nie wolno było być nastolatkiem, i, ponad wszystko, nie wolno było być romantykiem, bo romantyzm nie wygrywał nikomu medali.
Stuk!
Mógł pomyśleć o tym wcześniej, i zamiast mikrych okrąglaków przynieść sobie cegłę. Owinąć ją jutowym sznurkiem, przytwierdziwszy do przedmiotu list z pogróżkami. Anonim z literami wyciętymi z gazety.
sSiJ pAłĘ GrAiNiEr!
DuPa a NiE DzIeNnIkArZ
ZdYcHaJ PiSmAkU
Roześmiał się pod nosem, cicho i gorzko. Bo to w zasadzie było śmieszne, prawda?
Celował w okno na parterze, ale trafił w to na piętrze. Niegroźnie. Mógł spróbować mocniej.
Stuk!
- Grainier! – Głos jak zgrzytnięcie nienaoliwionego zawiasu. Smutne: był późny wieczór, a Lazare z nikim jeszcze dzisiaj nie rozmawiał – Grainier, do cholery! Wiem, że tam jesteś!
Johnny Grainier
Joseph. Lazare zawsze uważał, że to imię pasuje do niego znacznie bardziej, że brzmi lepiej, zwłaszcza dla poważnego dziennikarza, który zamiast parać się celebryckimi sensacjami, aspiruje by pisać o rzeczach ważnych i poważnych, i żeby przed śmiercią – w domu starców za siedemdziesiąt lat, albo za rok czy dwa, w głupim i niepotrzebnym wypadku – swoim metaforycznym piórem, i niemetaforycznym sprintem palców po klawiaturze komputera, zrobić na świecie faktyczną, znaczącą różnicę. To prawda, że lubił, jak podwójne en w ksywce Grainiera uderza mu o górne zęby, zwłaszcza kiedy wypowiadał je z dłonią wplecioną we włosy szatyna, i oddechem uciekającym z warg z taką siłą, jakby ktoś uderzył go pięścią w przeponę, ale to nadal było imię dla chłopca, nie dla mężczyzny. W przeciwieństwie do Josepha.
Nieważne.
Ważne, że
Przed samym sobą udawał, że wie o Grainierze znacznie mniej niż wiedział w rzeczywistości. A wiedział, że:
- Johnny mieszka z siostrą, młodszą od niego o jakieś pół dekady, myszowatą istotą o wielkich oczach i – ponoć – wielkim sercu, ale cichą jak spokój przed burzą; zawsze wyobrażał sobie, że to właśnie takie istoty doprowadzają do szkolnych strzelanin, choć podobno Joe - Chryste, kolejna z awersją do własnego imienia - miała tylko szlachetne pobudki i zamiast zabijać, chciała ratować ludzkie życia, bla-bla-bla, Lazare nigdy za bardzo nie słuchał, gdy Johnny mu o niej opowiadał;
- Ma na lewym przedramieniu długą, bladą bliznę, której genezy albo nie pamięta, albo nie chce nazywać, i którą Moreau lubił śledzić ustami i palcem, jak traper zmierzający w górę czy dół rzeki, z nurtem lub pod prąd, aż do źródła; źródłem było, zależnie od nastroju, wgłębienie męskiego obojczyka, albo, choć tutaj Lazare musiał trochę zboczyć z kursu, miękki skrawek skóry między kością biodrową i łonową Johnny'ego - najpierw chichot, potem długie, oszałamiające westchnienie;
- Na parterze posiada kuchnię i mały salon, pokój gościnny wielkości, mniej więcej, pudełka na zapałki i jeszcze mniejszą łazienkę z – z tego co pamiętał – puchatym dywanikiem, który wyglądał, jakby nigdy go nie prano i nie ruszano z miejsca; fuj; na piętrze trzy sypialnie, choć Lazare był w tylko jednej z nich, drugą łazienkę, schowek, który pachniał kurzem nawet przed drzwi;
- Ma również zwyczaj, nabyty w dwutysięcznym-dwudziestym-drugim, żeby słuchać lewym uchem, ale nawykowo zawsze najpierw nadstawiać prawe, i potem przekręcać głowę z jakąś dozą rozczulającej rezygnacji (której Lazare nienawidził, bo nienawidził czuć się rozczulony; czuł się wtedy głupi i bezbronny i słaby) - kolejna rzecz, o którą chciał Grainiera spytać, ale nigdy ostatecznie nie spytał, i długo sądził, że nie będzie miał już ku temu okazji;
Oraz to, że Johnny Grainier zniszczył mu życie.
Nie z roztargnienia, przypadkiem, w chwili nieuwagi.
Kiedy stanął na krawężniku, w prostokącie parterowego okna świeciło się światło. Potem zgasło - może przypadkiem, a może w wyniku josephowej paranoi, nigdy nie było do końca wiadomo. Lazare chwilę stał i myślał, ale nie o tym, co go tu sprowadziło, i nie o tym, co planował zrobić, ani czego chciał od Johnny'ego (czego? przeprosin? te już dostał, i napluł na nie, przynajmniej we własnej głowie). Nie mógł sobie przypomnieć, czy zjadł dzisiaj kolację. I lunch. W zasadzie, czy miał w żołądku cokolwiek oprócz trzech ginów z martini, co mogło być ważną informacją, jeśli zamierzali się dziś pieprzyć.
Chryste, Lazare. Przestań.
Sąsiedzi Grainierów mieli klomb z hortensjami, teraz łysawy po zimie, ale dostarczający idealnego zapasu małych, kształtnych kamyków. Moreau zebrał ich całą garść, były zimne i przyjemne w dotyku.
Stuk!
Jak nastolatki w filmach dla nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach nastolatków. Jak nastolatki w nastoletnich marzeniach Lazare, któremu nigdy nie wolno było być dzieckiem, i nie wolno było być nastolatkiem, i, ponad wszystko, nie wolno było być romantykiem, bo romantyzm nie wygrywał nikomu medali.
Stuk!
Mógł pomyśleć o tym wcześniej, i zamiast mikrych okrąglaków przynieść sobie cegłę. Owinąć ją jutowym sznurkiem, przytwierdziwszy do przedmiotu list z pogróżkami. Anonim z literami wyciętymi z gazety.
DuPa a NiE DzIeNnIkArZ
ZdYcHaJ PiSmAkU
Roześmiał się pod nosem, cicho i gorzko. Bo to w zasadzie było śmieszne, prawda?
Celował w okno na parterze, ale trafił w to na piętrze. Niegroźnie. Mógł spróbować mocniej.
Stuk!
- Grainier! – Głos jak zgrzytnięcie nienaoliwionego zawiasu. Smutne: był późny wieczór, a Lazare z nikim jeszcze dzisiaj nie rozmawiał – Grainier, do cholery! Wiem, że tam jesteś!
Johnny Grainier