Hijo de puta
: czw lut 26, 2026 3:54 am
Santiago krzątał się po mieszkaniu - dziś czuł się tak, że może nie określiłby tego jako "dobrze": zdecydowanie nie był w pełni sił i zdawał sobie sprawę, że raczej już do tej pełni nie powróci. Wciąż zdarzały mu się nagłe zadyszki na przykład po szybszym przemierzeniu mieszkania albo kiedy dźwigał coś cięższego - a te "cięższe" rzeczy dla kogoś innego czy nawet dla niego jeszcze kilka lat temu nie stanowiłyby żadnego problemu. Tym niemniej dziś nie czuł się aż tak osłabiony, jak zazwyczaj, miał więcej sił, a przede wszystkim: miał ochotę coś robić, zamiast siedzieć przed komputerem lub przy książce albo gapić się w okno, kiedy Alvaro nie było w domu. Miał ochotę coś zrobić dla ukochanego - cokolwiek, co sprawiłoby mu przyjemność. Wiedział, że dziś mężczyzna raczej późno wróci do domu: mówił coś o jakimś ważnym projekcie, który muszą szybko skończyć, bo czas goni, bo szefostwo już zgrzyta zębami, więc możliwe, że pojawi się dopiero wieczorem. Tiago miał więc do dyspozycji cały dzień, który mógł ponownie zmitrężyć na nicnierobieniu albo... ugotować coś dla partnera. Zamówił więc trochę rzeczy i zabrał się za przygotowywanie zapiekanki z makaronem. Często robił sobie przy tym przerwy, bo szybko się męczył, ale przecież i tak nie było po co się spieszyć - i tak zamierzał całość wstawić do piekarnika jakieś półtorej godziny przed spodziewanym przyjściem Palermo.
W pewnym momencie jednak zamarł, słysząc dzwonek do drzwi. Spojrzał na nie podejrzliwie, marszcząc brwi i zastygając z dłońmi całymi oblepionymi mielonym mięsem, które mieszał właśnie z przyprawami. Zastanawiał się, czy nie zignorować niespodziewanego gościa, ale dzwonek zadzwonił ponownie.
- Mierda... - burknął pod nosem, opłukał ręce i powlókł się do wejścia, wycierając dłonie ściereczką. Trochę powłóczył nogami - tak mu było łatwiej chodzić - ale brnął niepewnie w stronę drzwi, zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinien najpierw sięgnąć po broń, schowaną w szafce nocnej. Przecież nikt nie wiedział, że on tu jest - nikt, oprócz Alvaro. Pielęgniarka miała przyjść dopiero za kilka godzin, żeby dopilnować, czy bierze ładnie leki i sprawdzić, czy nie trzeba mu w czymś pomóc. Ostatnio, dzięki Salvatierrze coraz mniej jej potrzebował, ale nie zamierzał rezygnować z jej usług, więc codziennie pojawiała się u niego jak w zegarku.
To nie była pora tego zegarka.
Kiedy zajrzał ostrożnie przez wizjer, ponownie zamarł. W progu stał... jego brat. Santiago poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy i całego ciała, kumulując się gdzieś w okolicy stóp i sprawiając, że te stały się niesamowicie ciężkie i niemożliwe do poruszenia.
- Qué jodér...? - wymamrotał szeptem, niemal bezgłośnie i prawie nie otwierając ust. Przecież Salazar nie wiedział, że Santiago żyje... Nie mógł tego wiedzieć, bo przecież Tiago mu nie powiedział. Nikomu nie powiedział. Więc co on tu, do diabła, robił?!
Zakręciło mu się w głowie, a serce tłukło się nieprzyjemnie w piersi. Cofnął się od drzwi na wyciągnięcie ręki, którą wciąż o nie opierał i patrzył na nie zaskoczony i - prawdę mówiąc - wystraszony. Widoku Alvaro tego pierwszego dnia zapewne również by się wystraszył, gdyby był wtedy bardziej przytomny. Zastanawiał się teraz, czy w ogóle otwierać te drzwi, czy udawać, że nie ma go w domu. Nerwowo zakrył usta wolną dłonią i ścisnął kości jarzmowe palcami, pocierając też nimi policzki. Opuścił dłoń, która do tej pory spoczywała na drzwiach i cofnął się jeszcze na krok, wciąż nerwowo zastanawiając się, co powinien zrobić. Wreszcie jednak uznał, że udawanie, że go nie ma, nic nie da; tym bardziej, że dzwonek znów zadzwonił (możliwe, że dobiegł do niego też głos brata, mówiącego prawdopodobnie coś w stylu "i tak wiem, że tam jesteś", choć tego Santiago nie był pewien, bo w tym momencie krew szumiała mu w uszach, powróciwszy do głowy ze zwielokrotnioną siłą). Przysunął się więc powoli do drzwi i otworzył je niepewnie, patrząc na brata szeroko otwartymi ze zdziwienia i niepokoju oczami, stając przed nim w swojej wiśniowej piżamie, boso.
- ¿Qué haces aquí? - zapytał, pozostając z półotwartymi w szoku ustami.
Salazar Martinez
W pewnym momencie jednak zamarł, słysząc dzwonek do drzwi. Spojrzał na nie podejrzliwie, marszcząc brwi i zastygając z dłońmi całymi oblepionymi mielonym mięsem, które mieszał właśnie z przyprawami. Zastanawiał się, czy nie zignorować niespodziewanego gościa, ale dzwonek zadzwonił ponownie.
- Mierda... - burknął pod nosem, opłukał ręce i powlókł się do wejścia, wycierając dłonie ściereczką. Trochę powłóczył nogami - tak mu było łatwiej chodzić - ale brnął niepewnie w stronę drzwi, zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinien najpierw sięgnąć po broń, schowaną w szafce nocnej. Przecież nikt nie wiedział, że on tu jest - nikt, oprócz Alvaro. Pielęgniarka miała przyjść dopiero za kilka godzin, żeby dopilnować, czy bierze ładnie leki i sprawdzić, czy nie trzeba mu w czymś pomóc. Ostatnio, dzięki Salvatierrze coraz mniej jej potrzebował, ale nie zamierzał rezygnować z jej usług, więc codziennie pojawiała się u niego jak w zegarku.
To nie była pora tego zegarka.
Kiedy zajrzał ostrożnie przez wizjer, ponownie zamarł. W progu stał... jego brat. Santiago poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy i całego ciała, kumulując się gdzieś w okolicy stóp i sprawiając, że te stały się niesamowicie ciężkie i niemożliwe do poruszenia.
- Qué jodér...? - wymamrotał szeptem, niemal bezgłośnie i prawie nie otwierając ust. Przecież Salazar nie wiedział, że Santiago żyje... Nie mógł tego wiedzieć, bo przecież Tiago mu nie powiedział. Nikomu nie powiedział. Więc co on tu, do diabła, robił?!
Zakręciło mu się w głowie, a serce tłukło się nieprzyjemnie w piersi. Cofnął się od drzwi na wyciągnięcie ręki, którą wciąż o nie opierał i patrzył na nie zaskoczony i - prawdę mówiąc - wystraszony. Widoku Alvaro tego pierwszego dnia zapewne również by się wystraszył, gdyby był wtedy bardziej przytomny. Zastanawiał się teraz, czy w ogóle otwierać te drzwi, czy udawać, że nie ma go w domu. Nerwowo zakrył usta wolną dłonią i ścisnął kości jarzmowe palcami, pocierając też nimi policzki. Opuścił dłoń, która do tej pory spoczywała na drzwiach i cofnął się jeszcze na krok, wciąż nerwowo zastanawiając się, co powinien zrobić. Wreszcie jednak uznał, że udawanie, że go nie ma, nic nie da; tym bardziej, że dzwonek znów zadzwonił (możliwe, że dobiegł do niego też głos brata, mówiącego prawdopodobnie coś w stylu "i tak wiem, że tam jesteś", choć tego Santiago nie był pewien, bo w tym momencie krew szumiała mu w uszach, powróciwszy do głowy ze zwielokrotnioną siłą). Przysunął się więc powoli do drzwi i otworzył je niepewnie, patrząc na brata szeroko otwartymi ze zdziwienia i niepokoju oczami, stając przed nim w swojej wiśniowej piżamie, boso.
- ¿Qué haces aquí? - zapytał, pozostając z półotwartymi w szoku ustami.
Salazar Martinez