Strona 1 z 1

she wasn’t part of the plan

: czw lut 26, 2026 10:42 am
autor: Madox A. Noriega-Patel
033.
Wrong place, wrong time…
and now you’re my problem.



Madox nie lubił makaroniarzy, mieli w sobie trochę ognia, to fakt, ale przy tym byli jacyś tacy melodramatyczni, a do tego każdy jeden zachowywał się jakby naoglądali się za dużo Ojca Chrzestnego. Na stole leżała broń, tak jakby Noriega nie wiedział, że chowaj ją też pod tymi drogimi, luźnymi marynarkami. Wiedział doskonale. Obok forsa, zdecydowanie więcej niż to wszystko było warte, ale trzeba było się pokazać... Prochy rozsypane w nieładzie, co Madoxa chyba najbardziej denerwowało, takie nieposzanowanie dla kokainy. Jego babka Kolumbijka z krwi i kości przewracała się w grobie. Włosi nie szanowali prochów, bo dla nich liczyła się tylko kasa.
Nie szanowali też Noriegi.
- Noriega pierścień... - rzucił grubas siedzący za stołem. Fat Tonny, ale nikt tak się do niego nie zwracał, wszyscy się bali, więc Grubym Tonnym był tylko za plecami, a przy nim...
- Pojebało cię Tony - Madox strzelił ciemnymi oczami. Nie będzie tu odpierdalał jakiegoś całowania pierścienia. Makaroniarze byli pierdolnięci.
- Jakie kurwa pojebało? Pierścień Noriega - powtórzył grubas, a dwóch ochroniarzy stojących za nim się ruszyło, ręka na spluwie, Madox to widział. Na sali miał dzisiaj czterech ochroniarzy, a zresztą z tymi dwoma poradziłby sobie sam.
- No i co mi zrobisz Vito? Rozwalisz łeb w moim klubie? Ani jeden z was stąd nie wyjdzie - zwrócił się do jednego z gangsterów. Wcale się ich nie bał, nie tutaj, w Emptiness rządził on, cokolwiek by się tutaj nie odpierdalało.
- O ty psie... - Fat Tony poderwał się z miejsca szurając krzesłem, walnął rękami o stół, ale Madox nawet się nie ruszył. Jego ciemne oczy znowu zatoczyły koło.
- Dobra, dobra... dawaj ten pierścień - skrzywił się, ale mieli tutaj robić interesy, a nie wyzywać się od psów.
Loże VIP były przestronne, kilka z nich znajdowało się na piętrze, w zaciszu, ale takie trzy też na dole, grubas zawsze wybierał jedną z tych na dole, nie chciało mu się wchodzić po schodach, no i tutaj blisko miał bar i tancerki. Dzisiaj wiły się jeszcze leniwie, bo klub dopiero otworzył swoje progi. Zazwyczaj kiedy siedzieli w loży to nikt im nie przeszkadzał...
Zazwyczaj, bo dzisiaj do takiej loży jakby nigdy nic wkroczyła sobie jakaś brunetka. Była tu gościem? Pojawiła się tutaj przez przypadek? Nieodpowiednie miejsce i nieodpowiednia pora? Nieważne. Ważniejsze jest to jaki widok się przed nią rozciągał. Fat Tony za stolikiem na którym leżały rozsypane kanadyjskie dolary, na oko kilkaset tysięcy, koks rozsmarowany na blacie i pistolet. Drugi w ręce ochroniarza Tony'ego. A w tym wszystkim Madox pochylający się nad ręką grubego.
Wszyscy od razu na nią spojrzeli.
- Kto to kurwa jest?! - zapytał Tony, ale wyciągnął to Madoxowi z ust właściwie - co to za mała dziwka? Łap ją! - wszystko szło po włosku, ale Madox rozumiał. Chociaż on ten język kaleczył, ale akurat przekleństwa szły mu świetnie. Jeden z ochroniarzy doskoczył do brunetki, ale Noriega też się ruszył.
- Spokojnie, spokojnie... - zaczął, ale co miał powiedzieć, że kto to jest? Tancerka, która przyszła im zrobić prywatny pokaz? Jego nowa menadżerka? Przypadkowa dziewczyna, która szukała kibla? Nie chciał, żeby przypadkowo wynosili ją stąd w czarnym worku...

Elena Santorini

she wasn’t part of the plan

: pn mar 02, 2026 3:50 pm
autor: Elena Santorini
i come alive in the darkness
you know i love the game
Dzisiejszy wieczór miał być i d e a l n y.
Nie przepadała za Emptiness, za tutejszą klientelą zbyt pewnych siebie mężczyzn, tkwiących pod ścianami parkietu na wzór drapieżników polujących na swoje ofiary. Wiedziała jednak, że klub oferował bardziej ekskluzywne sekcje dla wybranych, które z wielką chęcią chciałaby zobaczyć - być może przez sam fakt tego, że nigdy nie była do nich zaproszona. Gdy poznany przez nią dżentelmen na jednym z bankietów dla inwestorów zaoferował spotkanie, z początku nieomal je odrzuciła. Wydawał się straszliwym nudziarzem, z rodzaju tych, którzy mają dość pieniędzy, by puszyć się w towarzystwie jak pawie, lecz dorobek był dla nich czymś nowym, przez co większość poruszanych przez nich tematów w rozmowie zahaczała o kwestie biznesowe.
Santorini lubiła pieniądze, ale nie lubiła o nich rozmawiać. Nie obchodziło ją, skąd się brały i w jaki sposób się pomnażały - wiedziała, że na jej poziomie zarobkowym nawet prestiżowa rola w balecie nie uczyni z niej osoby bogatej, więc słuchanie o stopach procentowych i inwestycjach przypominało torturę.
Ale spodobało jej się zaproszenie.
Nie wiedziała, ile loży dla VIPów posiadało Emptiness, ale z pewnością nie mogło być ich wielu. Podekscytowana e k s k l u z y w n o ś c i ą dzisiejszego wieczoru, spędziła cztery godziny przygotowując się do wyjścia. Nie dla mężczyzny, który ją zaprosił - nie, zamierzała wyglądać idealnie dla samej siebie. Zdobycie tego zaproszenia uważała za własne osiągnięcie, wypracowane odpowiednim trzepotaniem rzęs i przekonującym śmiechem, gdy nudziarz rzucał coś, co w założeniu miało być jakimś niszowym żartem.
W niebezpiecznie krótkiej, czarnej sukience ze spływającymi z jej ramion, szerokimi ramiączkami, wmaszerowała do klubu punktualnie - czyli pięć minut po czasie, w którym miała się zjawić. Założone przez nią szpilki nie należały do obuwia praktycznego, ale dzisiejszego wieczora nie zamierzała tańczyć, zamierzała wyglądać. Oznaczenia prowadzące do sekcji VIP wskazywały pomieszczenia na dole, a Santorini była zbyt dumna, by zapytać kogoś z obsługi, i jednocześnie zbyt nieobeznana by wiedzieć, że było ich dużo więcej. Wiedziała tylko, że miały być gdzieś na dole i gdy rzuciła nazwisko swojej randki ochroniarzowi, ten wpuścił ją do sekcji, nie wskazując żadnej konkretnej. Zdecydowała się podążać za swoim instynktem.
Zwykle jej nie zawodził.
Stanęła w drzwiach loży, którą od zawsze chciała oglądać od środka i zatrzymała się, ściskając w dłoni małą, niepraktyczną torebkę, do której ledwo wchodził jej telefon. Wiele razy wyobrażała sobie, jak musiały wyglądać od środka, jak Emptiness gościło najbardziej wpływowych klientów.
Ułamek sekundy tkwiła w tym zawieszeniu, przesuwając wzrokiem po świecie wokół niej. Najpierw dostrzegła pieniądze - banknoty rozwalone na blacie, niektóre zwitki spadły na ziemię i walały się po miękkim dywanie. Pomiędzy nimi torebeczki z białym proszkiem, o którym wiedziała dobrze, że nie był mąką. Z torebeczek wysypały się narkotyki, niektóre ułożone były w wąskie ścieżki, gotowe do wciągnięcia w tak naturalnym sposobie podania, jak szklanki z alkoholem do wypicia leżące obok.
Odnotowała w głowie, że znalazła się w złym miejscu - w miejscu, w którym nikt nie opowie jej o stopach procentowych i giełdzie.
A później natrafiła spojrzeniem na wyciągnięty w powietrzu pierścień, nachylającego się nad nim blondyna, b r o ń wystającą z pasków tkwiących w loży mężczyzn.
O kurwa mać.
Przez jej głowę przetoczyło się bardzo wiele myśli gdy mężczyźni poderwali się, wymianiając między sobą zdania - zdania, które r o z u m i a ł a. Instynkt podpowiadał jej, by cofnęła się, odwróciła i wybiegła, rzuciła do ucieczki, ale jej ciało stało, sparaliżowane, podczas gdy jeden z nich doskoczył do niej, chwytając jej ramię swoim wielki, obrzydliwym łapskiem.
- Nie waż się mnie dotykać ty pieprzona świnio - warknęła wściekle, po w ł o s k u, co było błędem, koszmarnym błędem. Nie powinna przyznawać się, że zrozumiała jego słowa, przecież to było kurwa p o d e j r z a n e.
Jej wzrok jeszcze raz przemknął przez tę absurdalna scenę - przez syf na stole, rozrzucone pieniądze i koks, którym ubrudzony był pistolet, a nawet przez ten pieprzony pierścień. Jej ojciec chyba przewracał się w grobie, widząc tak gówniany sposób dobijania interesów. Zero klasy, zero taktu. Tutejsi gangsterzy ewidentnie ugięli się pod napływami Kanadyjskiej prostoty.
- Dla kogo pracujesz? - ryknął stojący obok ochroniarz, wzmacniając chwyt na jej ramieniu, którym odruchowo szarpnęła. - Mów, kurwa, zanim stracę cierpliwość!
Panika zagnieździła się w jej sercu, gdy szok powoli zaczynał ją opuszczać, uświadamiając w gównie, w które przypadkiem wdepnęła. Jej wzrok desperacko rozejrzał się po loży, natrafiając na spojrzenie jedynego mężczyzny, który nie wydawał się sięgać po broń - jedynego, który ewidentnie nie pasował do pozostałych, poważnych Włochów w smutnych ubraniach, które nawet nie były na nich dobrze skrojone.
Zarejestrowała, z opóźnieniem, że usiłował ich uspokoić - wcześniej, gdy wszyscy podskoczyli gdy weszła do środka. Jej błagalne spojrzenie uczepiło się blondyna gdy ochroniarz ryczał w jej stronę przekleństwa. Pomóż mi, usiłowała mu przekazać samym spojrzeniem ciemnych tęczówek.
Mogła odegrać każdą rolę, byle tylko wydostać się z tej sytuacji.

Madox A. Noriega-Patel

she wasn’t part of the plan

: pn mar 02, 2026 7:36 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
Emptiness skrywało w sobie więcej tajemnic niż się wszystkim dookoła wydawało. A loże VIP to był sam szczyt góry lodowej, dużo też znajdowało się pod... klubem. Ale to już można powiedzieć, że był dostęp tylko dla specjalnych gości, nawet Fat Tony tam nie zaglądał. Bo kim był ten grubas? Jakimś przeciętnym mafiosem, który dzisiaj zabawiał się tutaj w Ojca Chrzestnego. Do tego stopnia, że Madox naprawdę był gotowy... całować ten pierścień, albo na niego napluć? Zależy, co by mu akurat wpadło do głowy. Ale nie zdążyło nic, bo drzwi loży otworzył się i stanęła w nich dziewczyna.
Nie należała do klubu, od razu było to po niej widać. Była za elegancka, zresztą Madox jej nie kojarzył, a znał tu wszystkich. Ale Tony nie znał...
Ruszył się i już miał jej pokazać jakimś gestem dłoni, żeby stąd wyszła, spierdalała póki może, tylko, że Vito był szybszy i już zaciskał rękę na jej ramieniu. A ona co?
A ona odezwała się po włosku. Jakby nie mogła po angielsku, a najlepiej to jakby udała, że nie mówi wcale, bo nie ma języka czy coś. Madox aż wywrócił teatralnie ślepiami. Instynkt samozachowawczy nie działał u niej najlepiej, chociaż jeden kącik jego ust drgnął na tą pieprzoną świnię, bo Vito mimo, że był Włochem, to miał w sobie coś z wieprza, jakiś taki czerwony ryj i włoski w kolorze świńskiego blondu. Jemu jednak chyba nie spodobało się porównanie, bo mocniej zacisnął palce na ramieniu dziewczyny i szarpnął ją, a potem wypytywał dla kogo pracuje.
No właśnie dla kogo?
Madox aż zamrugał. A jego ciemne oczy zatrzymały się na tych jej, równie ciemnych i jakiś takich... błagalnych?
Ach. Był za miękki, zawsze kurwa był za miękki. Przesunął wytatuowanymi palcami po kolorowej koszuli, a zaraz wystąpił krok do przodu.
- No dla mnie, więc z łaski swojej zabieraj świńskie łapy Vito i zostaw moją... - dużo miał różnych myśli w głowie. Ale menadżerkę znali, bo to od lat niezmiennie była Maddie. Większość jego barmanek, kelnerek i tancerek rozumiała coś po hiszpańsku, ale po włosku?
- … tłumaczkę - dokończył w końcu i chyba to brzmiało sensownie. Vito spojrzał jeszcze na szefa, a Grubas na Noriegę. Madox przejechał palcami po jasnych włosach, a zaraz strzelił oczami w sufit.
- Bo ja was kurwa nie rozumiem... - mówił po włosku, ale źle, ze śmiesznym akcentem, mocno hiszpańskim - jakieś kurwa, to jeszcze, ale jak zaczynacie pierdolić o tych innych rzeczach to ciężko - pokręcił głową i zrobił krok w kierunku dziewczyny - a to chyba o to chodzi, żebyśmy się dobrze rozumieli, prawda Tony? - znowu spojrzał na Grubasa, ale ten na niego patrzył trochę podejrzliwie. Obrzucił spojrzeniem brunetkę.
- Noriega, żeby to nie było jakieś oszustwo, bo będę musiał powiesić cię za jaja - warknął przez zaciśnięte zęby. A Madox zaraz znowu wywrócił oczami.
- Co powiedziałeś Tony, że masz duże jaja? - zapytał - tylko jaja rozumiem cojones, nie wiem o co ci chodzi... - pokręcił głową, ale to akurat doskonale zrozumiał. Grał po prostu, bo już musieli wejść w swoje role. I ona jak chciała z tego wyjść w jednym kawałku, to też musiała... trochę sobie pomóc.
Wyciągnął wytatuowaną rękę w kierunku brunetki.
- Guilia miele, chodź tutaj, będziesz mi trochę tłumaczyć nie? Spóźniłaś się... - zerknął na złoty zegarek na nadgarstku. A później twardo na Vito - łapa - syknął jeszcze przez zęby, a Vito w końcu zabrał rękę. Madox dosunął jeszcze jedno krzesło, dla Guili, tuż obok swojego. A kiedy podeszła spojrzał na nią jakoś łagodnie, przesunął wytatuowanymi palcami po oparciu jej krzesła, dając jej znać, że może sobie usiąść. Sam oparł się o stolik pochylając w kierunku Tony'ego.
- No to co... - zaczął, ale Tony zaraz podniósł rękę, żeby mu przerwać, pierdolony Ojciec Chrzestny.
- A skąd mam wiedzieć, że można jej ufać? - zapytał i spojrzał na dziewczynę. Madox też na nią spojrzał. Myślał, intensywnie myślał, co ma teraz powiedzieć, żeby zrobić z niej jeszcze osobę godną ich zaufania.
- No... ja jej ufam - rzucił powoli, a palce oparł miękko na jej odkrytym ramieniu.
- Ty jesteś pierdolnięty Noriega, akurat twoje zaufanie to można sobie wsadzić w scarpe - trzewiki, warknął. A Madox zmarszczył brwi.
- W co? Nie rozumiem... Co ty pierdolisz Tony. Guilia? - zerknął znowu na brunetkę, żeby weszła w swoją rolę i mu tłumaczyła tak... A najlepiej, żeby jeszcze to robiła w taki sposób, żeby zyskać ich z a u f a n i e.

Elena Santorini

she wasn’t part of the plan

: wt mar 10, 2026 12:51 pm
autor: Elena Santorini
Blondyn zdecydowanie n i e pasował do reszty.
Zawsze rozpoznałaby stojącego przed nią Włocha. Mieli ten sam styl ubioru, nawet, jeśli w tych tutaj widać było Kanadyjskie wpływy. Tę samą zaciętość w oczach, okraszonych idealnie ułożonymi włosami. Zapach męskich perfum, których często używali zbyt dużo, jakby miały zamaskować fetor krwi, w której utopione były ich dłonie. Pierścień na dłoni Tony'ego był idiotycznie wielki. Pamiętała ten należący do jej ojca - pamiętała, że był mały, skromny, nie zwracał zbyt wielkiej uwagi, a jej ojciec i tak zakładał go wyłącznie od święta.
Być może nie chciał go sobie ubrudzić - przeszło jej myśl, teraz, choć nie kojarzyła jego ojca z gwałtownością, ale w tej chwili, szarpana przez świnię, nie potrafiła odwrócić wzroku. Wierzyła jednak, że to nie mogło tak wyglądać, w jej rejonach.
Pośród tej mieszanki znajomego z kompletnie nowym, blondyn przykuwał jej uwagę najbardziej. Od razu spostrzegła, że nie był Włochem. Jego karnacja była ciemniejsza, rysy przywodziły na myśl inny rejon świata. Jego styl był ekscentryczny, zwracał na siebie uwagę pewnie w każdym pomieszczeniu, do którego wchodził. Widziała w nim naleciałości kultury, która przywodziła jej na myśl Amerykę łacińską.
Noriega.
Notując jego nazwisko w głowie, starała się przypomnieć wszystkie rzeczy, jakie ojciec opowiadał jej bratu o narkotykowych kartelach. Kolumbijczycy byli bardzo bogaci, ale bardzo gwałtowni. Skłonni do przemocy i bezmyślni. Brutalni i nieprzewidywalni.
Ręka wyciągnięta w jej stronę w kontraście do tych wszystkich stereotypów, które poznała, wzbudziła w niej strach. Nie wystarczyło, że weszła do tego miejsca przypadkiem, w sam środek interesów, których miała być częścią - jej jedynym wyjściem miało być bycie t ł u m a c z e m dla agresywnego, Kolumbijskiego barona narkotykowego?
Łapa. Przez myśl przeszło jej, że ta komenda wydana była do niej, bowiem zdążyła zapomnieć o obecności Vito, o jego łapskach blisko jej, ręce zaciśniętej na przedramieniu w bolesny sposób. Blondyn wydawał się dość sympatyczny, ale czy nie na tym polegała ich iluzja? Na tym, jak łatwo wpadali w gniew? Jak bezmyślnie brutalni byli?
Wyprostowała się, unosząc podbródek w górę gdy Vito puścił jej rękę. Nie mogła okazywać strachu. Nie mogła myśleć o tym, co z nim zrobi jeśli dotrwają do końca tego spotkania. Choć to Włoch podniósł na nią rękę, w kontraście z Noriegą nie wydawał się taki zły. Włochów z n a ł a.
Zajęła miejsce obok niego, w tej idiotycznie krótkiej sukience, z tą idiotyczną torebką, w której ledwo mieścił się jej telefon. Przed stosem pieniędzy, narkotyków i rzuconą na blat bronią. Obok gangstera, którego łagodne spojrzenie absolutnie nie usypiało jej instynktów - wręcz przeciwnie. Ci najłagodniejsi przecież często okazywali się najgorsi.
Musiała zachować spokój, musiała wejść w swoją rolę, jeśli chciała to, kurwa, przeżyć.
- We Włoszech całuje się rękę, nie pierścień - odrzuciła, prostując się, ponieważ jeśli potrafiła choć jedną rzecz w swoim życiu, było to udawanie znacznie ważniejszej, niż była naprawdę. - Wasze Kanadyjskie zwyczaje nie mają żadnego podłoża w tradycji, są tylko po to, żeby ośmieszać partnerów biznesowych. Bez równej stopy w negocjacjach, niczego nie osiągniecie pracując z Noriegą.
Widziała, jak Tony marszczy brwi, jak jego świńskie oczka zwężają się do dwóch szparek gdy słyszał, co do niego mówiła. Ale wiedziała również, że słyszał jej akcent - płynny, północny, w przeciwieństwie do jego naleciałości angielskich, które zwykle słyszała u Włochów przebywających w Kanadzie.
- Twoja tłumaczka ma niewyparzoną gębę, Noriega. - zirytowany ton mężczyzny przebrzmiał w całej loży, przebijając się przez odległą, stłumioną muzykę.
- Na Sycylii szacunek zaczyna się od słuchania - odpowiedziała, krótko, bezosobowo, ponieważ Tony był dla niej czymś z n a j o m y m, choć nie miała pojęcia, jak p o tym spotkaniu wyrwie się mężczyźnie, który siedział obok niej. - Jestem tu, żeby każde z was zostało wysłuchane.
Giulia wpatrywała się uparcie na wprost, w stronę Włochów, starając się ignorować siedzącego obok niej Kolumbijczyka. Wyczuwała jego wodę kolońską, ciepło bijące z ciała. Nie miała pojęcia, dlaczego zgodził się jej pomóc, ale im dłużej nad tym myślała, tym bardziej była przekonana, że nie skończy się to dla niej dobrze.
- Zaczynajcie - rzuciła drętwo, choć nie miała prawda dyktować im absolutnie niczego.

Madox A. Noriega-Patel

she wasn’t part of the plan

: czw mar 12, 2026 5:38 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
Kolumbijczycy byli bardzo bogaci, ale bardzo gwałtowni. Skłonni do przemocy i bezmyślni. Brutalni i nieprzewidywalni.
Lepiej nie dało się go określi.
Chociaż może do tego bogactwa Madox wciąż jeszcze dążył, szukał swojej ścieżki. Ale reszta się zgadzała, aż za bardzo.
Chociaż Noriega do tego swojego narwaństwa miał jeszcze w sobie, gdzieś tam głęboko ukryte jakieś ludzkie odruchy. Zapierał się, że nie. Ale przecież jakby tak było, to nawet by się nie starał, powiedział Tony'emu, rób co musisz, co chcesz, a nie wyciągał do niej rękę.
Nie powinien, ale on zawsze to robił. Wchodził w role, udawał, bawił się. Dzisiaj też zamierzał. A co zrobi z nią później? Jak ją przekona, żeby nie poszła na policję i nie wyśpiewała, co tutaj zobaczyła? Przechylił na bok głowę, bo może jednak łatwiej byłoby ją oddać Grubasowi, niech robi co chce, jeden problem z głowy mniej.
Kurwa.
Tylko, że Madox lubił problemy, zwłaszcza długonogie i ciemnookie.
Chociaż zaraz, kiedy tylko się odezwała, to pożałował. Mogła siedzieć cicho i tłumaczyć mu te trzewiki i inne takie. A ona wytknęła Grubasowi, ten jego pierścień. W Madoxie w tej chwili zmieszały się dwa zupełnie sprzeczne uczucia, bo z jednej strony... bawiło go to, mina Grubasa, który patrzył na nią tak, jakby dała mu w twarz. Z drugiej... miał się tutaj dzisiaj z nim dogadać. A byli od tego coraz dalej.
Sięgnął dłonią do ust, żeby na moment je zasłonić, kiedy przemknął przez nie cień uśmiechu, a potem do czarnej brody.
- No i to jest racja... Jak nie zaczniesz mnie traktować poważnie, to nic nie osiągniemy Tony - rzucił wpatrując się ciemnymi oczami we Włocha. A na jego słowa wzruszył ramionami - bo ja też mam, to żebyśmy się dobrze rozumieli... - zerknął z ukosa na brunetkę i opadła plecami na oparcie krzesła. Skrzyżował ręce na piersi eksponując swoje tatuaże. Miał to załatwić szybko, polubownie, a Tony coraz bardziej mrużył te świńskie oczy.
- Dobra... - Madox znowu oparł ręce ozdobione złotymi pierścionkami o stolik, gdzieś miedzy koksem, a forsą - nie jesteśmy na Sycylii bebe, tylko w moim klubie - zwrócił się trochę do brunetki, ale bardziej do Grubasa - i tutaj ja dyktuje zasady - musiał postawić sprawę jasno. Tony mógł sobie rządzić w mieście, mógł być ważniakiem wśród torontońskich makaroniarzy, ale w Emptiness był nikim.
Madox nabrał powietrze w płuca...
- Tak jak mówiłem... - zaczął, chyba mówił to zanim przeszkodziła im brunetka. Tylko, że teraz też znowu nie dokończył, bo zaraz do loży wszedł jeden z jego ochroniarzy. Ruski, wielki jak dwudrzwiowa szafa Grigorij, Madox czasem z nim ćwiczył boks, facet to dopiero miał... pierdolnięcie.
- Boss, kakoy-to slabak popytalsya spustit'sya vniz - powiedział, ale chyba nikt oprócz Noriegi go nie zrozumiał. Na pewno nikt, bo wszyscy zgodnie spojrzeli na Madoxa. A on odchylił do tyłu głowę, pokręcił nią.
- Dawaj go tu... - rzucił, tylko a potem wstał. Tony go obserwował, Madox obszedł stolik i zatrzymał się za krzesłem brunetki, przy drzwiach - czekaj... jak to leciało Guilia? Bez równej stopy w negocjacjach niczego nie osiągniesz... Tony - warknął przez zaciśnięte zęby, a później wszystko potoczyło się szybko.
Zanim Grubas zdążył odpowiedzieć, to Madox złapał za oparcie krzesła brunetki i szarpnął nim, przesunął je z nią po podłodze na bok. Bo za chwilę w tym miejscu, w którym ona siedziała wylądował nowy Włoch, którego wprowadziło tu dwóch Rusków, właściwie wepchnęli go do środka, na podłogę, na kolana, gdzieś koło buta Noriegi.
- No i co Tony, twój ochroniarz... albo nie wiem, szpieg? Chciał zejść na dół, bez mojej wiedzy - znowu wycedził przez zęby, a potem chwycił Włocha, który przed nim klęczał za włosy i szarpnął jego głowę do tyłu - i co ja mam z nim kurwa zrobić? Wiesz jak nienawidzę, kiedy ktoś robi mnie w chuja - rzucił, a potem pchnął gościa tak, że ten wylądował na ziemi. Zamachnął się i go kopnął, w bok.
Kolumbijczycy byli... gwałtowni.
Brutalni.
Skłonni do przemocy.
Nieprzewidywalni.
Co teraz brunetka mogła zobaczyć, a zaraz znowu kiedy Madox kopnął ten stół przed Grubym Tonym. Prawie go wywalił, ale Grubas oparł na nim palce, przytrzymał go.
- Noriega daj spokój, przecież my... Nikt tutaj nie chce... - zaczął szybko nawijać oblizując spierzchnięte wargi. A ten leżący na ziemi makaroniarz coś stęknął, ale jego Madox kompletnie nie rozumiał. Chyba jego ochroniarze też nie obchodzili się wcześniej z nim zbyt delikatnie, a do tego jeszcze tek kopniak w brzuchu.
- Ja tylko... - wymruczał - to nie... - ewidentnie coś chciał powiedzieć, ale bełkotał, nie pomogło nawet to, że Noriega się przy nim pochylił...
- Guilia - rzucił chłodno, bo może ona zrozumie o co chodziło facetowi?

Elena Santorini

she wasn’t part of the plan

: sob mar 14, 2026 6:38 am
autor: Elena Santorini
Widywała ludzi takich jak Noriega, czy też widywała jego cechy u innych. Jasne włosy odznaczające się w półmroku panującym w ich loży. Barwne tatuaże zdobiące jego ramiona, które w tym świetle wydawały się szczególnie umięśnione. Błyszczące kolczyki w uszach, od których jej małe, tradycyjnie wychowane serce podskoczyło z oburzenia, bo przecież kolczyki najlepiej wyglądały na kobiecym ciele.
Od każdego z takich mężczyzn trzymała się z dala.
Zawsze w życiu wybierała to, co komfortowe i znajome. Cichą elegancję dobrze skrojonego munduru, szarmanckość uprzejmych gestów, przez które przebijał się spokój człowieka, który miał nieskończoną ilość czasu. Lubiła być rozpieszczana, lubiła, gdy ci mężczyźni skakali wokół niej, inwestorzy, bankierzy, co lepsi lekarze. Wszystko to było dla niej z n a n e, ponieważ Elena była osobą z porządnego domu i wychowano ją, by dokładnie takiego mężczyznę sobie znalazła, w tej rzadkiej ewentualności, w której którykolwiek z nich byłby jej wart.
Noriega był czymś innym, czymś dzikim i nieokiełznanym. Świadomość tego, że jeśli Tony puści ją wolno, wierząc w jej przykrywkę, to zostanie w tej loży wyłącznie z nim, sprawiała, że jej serce podkradało się aż do samego gardła. Na swój sposób, było to pociągające. Bardzo popieprzony sposób, w którym strach objawiał się tym samym trzepotaniem w trzewiach, które ludzie interpretowali jako pociągające. Jej rodzina by pewnie wyskoczyła z butów gdyby znalazła ją w obecności nieokrzesanego Kolumbijczyka.
Ale żadnego z nich już nie było, a ona musiała radzić sobie w tym pustym świecie, w którym swoją głupotą wkroczyła do złej loży i zamiast nudnych rozmów o stopach procentowych, zastanawiała się, czy dożyje ranka.
Potrzeba było jej całej, wypracowanej, p i e l ę g n o w a n e j przez życie dumy by z jej gardła nie wydostał się pisk gdy mężczyzna chwycił za oparcie jej krzesła i szarpnął, przesuwając po podłodze cały mebel z nią na nim. Napięcie zdradzało ją wyłącznie w jej zaciśniętej szczęce, w białych knykciach palców, które chwyciły za krawędzie siedziska i nie chciały puścić. Nie wiedziała, kim był przytargany tu mężczyzna, ale coś jej podpowiadało, że wszystko miało się całkowicie skomplikować - w sytuacji, która już była zbyt, kurewsko skomplikowana.
Gdy Noriega chwycił jego głowę, była przekonana, że złamała sobie paznokieć w tym desperackim chwycie krzesła, na którym siedziała - kotwicy, która trzymała ją przed okazaniem jakichkolwiek emocji. Jej wzrok prześlizgnął się po twarzy nieznanego Włocha, z którym, automatycznie, na swój pokrętny sposób sympatyzowała. Przez myśl przeszło jej, że być może wybrała źle, może powinna udawać tancerkę wysłaną specjalnie dla Grubego Tony'ego, wybrać stronę, którą znała zamiast sprzymierzać się z diabłem z kolczykami w uchu.
Ale Gruby Tony jej nie ufał, a poza tym był straszliwie obrzydliwy.
Podskoczyła w miejscu, jakby kopniak wymierzony w ciało mężczyzny trafił prosto w jej trzewia. O kurwa, przemknęło przez jej umysł w obu językach, jakby wypowiedziane podwójnie dało jej tę samą ulgę, jakiej pragnęła zaznać wypowiadając to głośno.
Ja tutaj umrę było drugim.
G u i l i a.

Zareagowała na to imię jakby było jej własnym. Potrafiła wchodzić w rolę - była w tym bardzo dobra. Może nawet lepsza niż w odgrywaniu samej siebie. Odwróciła wzrok od wykrzywionego mężczyzny, od jego stękań, tłumaczeń - przeniosła go na Noriegę. Na jego chłodną twarz, zupełnie inną od uprzejmości, którą oferował wyciągając w jej stronę rękę.
Co wygasiłoby tę konwersację? Z pewnością to, co mówił mężczyzna - bełkotał o tym, że się zgubił, że szukał toalety, jednak ani przez chwilę nie obracał się w stronę Tony'ego, nie szukał ratunku w jedynej osobie, która mogła ją dać. Ponieważ Tony o wszystkim wiedział - bo widywała ludzi takich jak on, tak samo, jak widywała tych w roli wijącego się na ziemi mężczyzny. Dywersantów, ludzi wysłanych po to, by uderzyć w gniazdo mrówek i sprawdzić czas ich reakcji.
- Sconfinamento - wyrwało się z jej ust, nieproszone. To była przecież wyłącznie rola, prawda? Rola, którą mogła odgrywać tak, jak powinna - ponieważ w tej chwili bardziej, niż Włoskich mafiozów, bała się mężczyzny siedzącego obok niej. - Przekroczył granicę. Naruszył terytorium i sprawdza twoją reakcję. To, jak szybko został powstrzymany, jak wielu masz ochroniarzy, jak kompetentni są.
- Noriega, mój człowiek mówi, że się zgubił. Mówi przecież, tylko nie rozumiesz - westchnął zirytowany Tony, natychmiast jej przerywając. - Twój klub jest taką dziurą pełną zakamarków, nie możesz się dziwić.
Odwróciła wzrok od makaroniarza, od czegoś znajomego, zamiast tego przenosząc go na Noriegę. Jakaś jej cząstka miała świadomość wagi, którą miały jej słowa - ale tak, jak nawykła do odgrywania roli, tak przez całe swoje życie wyspecjalizowała się w patrzeniu gdzieś indziej.
- To zniewaga - odpowiedziała, krótko, cicho, wpijając palce w krzesło, jakby mocą jej uścisku mogła teleportować się z tego pieprzonego miejsca gdziekolwiek indziej.

Madox A. Noriega-Patel