Fiesta!
: czw lut 26, 2026 9:29 pm
Siedemnastolatek sam w obcym kraju. Znów uciekł z domu, ale tym razem znacznie dalej, niż do tej pory, bo przejechał całe Stany i trafił ostatecznie do gorącego, dusznego Meksyku. Nie było go w rodzinnym Toronto już trzy miesiące, a przez ten czas włóczył się po coraz bardziej zakurzonych drogach kontynentu, przekroczywszy najpierw jedną, a później drugą granicę kraju, po drodze mijając rogatki poszczególnych stanów. Poruszał się autostopem, łapiąc okazje gdzieś na poboczach najpierw chłodnych i błotnistych, ale w miarę podróży coraz bardziej wysychających i prażących słońcem dróg. Mijał najpierw gęste lasy północy i obserwował, jak powoli zmieniają się w rozległe pola kukurydzy, później coraz rzadsze lasy iglaste, a w końcu pola bawełny i kolejne gęste, bagniste lasy południa. W Luizjanie został na chwilę, bo podobało mu się tam, ale wreszcie ruszył w dalszą drogę, a zarośnięte porostami drzewa ustąpiły miejsca palmom; te z kolei coraz mniejszym i bardziej suchym krzewom. Te stały się z wolna dalekosiężnymi pustyniami, wypełnionymi opuncjami i tymi znanymi każdemu z filmów biegającymi krzakami.
Oczywiście, że wsiadanie do samochodów i ciężarówek obcych ludzi nie było bezpieczne. Było wręcz ultra niebezpieczne i Saul doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tyle, że... nie zależało mu na życiu. Było mu wszystko jedno, czy go ktoś zabije i porzuci w rowie, czy dojedzie cało tam, gdzie chciał dojechać - a prawdę mówiąc, nie wiedział, gdzie jest jego cel. Po prostu jechał przed siebie, wyposażony tylko w swój znoszony workowaty plecak, wypełniony jednym kompletem ubrań na zmianę, który prał co jakiś czas w łazienkach na stacjach benzynowych. Jadł to, co mu ktoś kupił lub za wyżebrane pieniądze. Kilka razy sprzedał własne ciało, ale te pieniądze częściej przeznaczał na narkotyki, niż na jedzenie - ćpał, żeby nie czuć tego, co robili z nim klienci i żeby nie powracały do niego wspomnienia z domu, więc trochę się to kółko zamykało: ćpał żeby nie czuć tego, co robił, zarabiając na ćpanie.
Wiele czasu jednak poświęcał również na docenianie mijanych widoków - lubił podróże, lubił nowe miejsca, uwielbiał przyrodę i z zaciekawieniem zwiedzał Stany.
Teraz znalazł się w kraju dla niego całkowicie egzotycznym: w Meksyku, gdzie świat był zupełnie inny (przynajmniej w jego oczach). Z pewnością był inny, niż w Kanadzie, która wydawała się Saulowi miejscem ciemnym, wilgotnym i chłodnym, gdzie w zasadzie niewiele się działo. Tu działo się wszystko: dzieciaki biegały po ulicach i zakurzonych wiejskich drogach, niektóre podbiegały i żebrały o pieniądze. Ludzie sprzedawali owoce swoich upraw i hodowli na straganach przy drogach. Gdzieniegdzie widać było ludzi wyglądających bardzo niebezpiecznie - przed niektórymi mieszkańcy też wyraźnie czyli respekt, bo schodzili im z drogi albo byli przesadnie usłużni. W ciągu kilku dni spędzonych w granicach tego kraju Saul zdążył już wielokrotnie zobaczyć kolby pistoletów wystające zza czyjegoś paska albo strzelby w dłoniach ciemnoskórych, wytatuowanych mężczyzn.
Dziś trafił na wieczorną imprezę w jakiejś hacjendzie. Właściwie znalazł się tu przypadkiem: przyprowadził go tu starszy koleś, który mówił, że będą się dobrze bawić. Saul nie był idiotą - wiedział, co to znaczy i rozumiał, czego tamten chce, ale stwierdził, że jest to okazja do dobrego zarobku, dostępu do prochów; a przy okazji przynajmniej przez chwilę się pobawi. Wszedł więc za próg, ubrany w białą koszulę - nieco na niego za dużą - którą dał mu tamten mężczyzna i w czarne dżinsy. Rękawy koszuli podwinął, a połowę guzików pozostawił rozpiętą: było mu gorąco, a poza tym miał pod spodem białą podkoszulkę na ramiączkach - tak zwaną "żonobijkę". Rozglądał się teraz z zaciekawieniem, obserwując zebrany tu tłum z lekkim uśmiechem na ustach i z błyszczącymi oczami. Poczęstował się stojącym na stole drinkiem i ruszył powoli w stronę basenu. Na stopach miał czarne skórzane buty, ale bardzo chętnie by je teraz zdjął. Póki co jeszcze nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc jedynie chłonął ten klimat, meksykańską muzykę i nieznacznie kołysał się w jej rytm.
Salvador Menendez
Oczywiście, że wsiadanie do samochodów i ciężarówek obcych ludzi nie było bezpieczne. Było wręcz ultra niebezpieczne i Saul doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tyle, że... nie zależało mu na życiu. Było mu wszystko jedno, czy go ktoś zabije i porzuci w rowie, czy dojedzie cało tam, gdzie chciał dojechać - a prawdę mówiąc, nie wiedział, gdzie jest jego cel. Po prostu jechał przed siebie, wyposażony tylko w swój znoszony workowaty plecak, wypełniony jednym kompletem ubrań na zmianę, który prał co jakiś czas w łazienkach na stacjach benzynowych. Jadł to, co mu ktoś kupił lub za wyżebrane pieniądze. Kilka razy sprzedał własne ciało, ale te pieniądze częściej przeznaczał na narkotyki, niż na jedzenie - ćpał, żeby nie czuć tego, co robili z nim klienci i żeby nie powracały do niego wspomnienia z domu, więc trochę się to kółko zamykało: ćpał żeby nie czuć tego, co robił, zarabiając na ćpanie.
Wiele czasu jednak poświęcał również na docenianie mijanych widoków - lubił podróże, lubił nowe miejsca, uwielbiał przyrodę i z zaciekawieniem zwiedzał Stany.
Teraz znalazł się w kraju dla niego całkowicie egzotycznym: w Meksyku, gdzie świat był zupełnie inny (przynajmniej w jego oczach). Z pewnością był inny, niż w Kanadzie, która wydawała się Saulowi miejscem ciemnym, wilgotnym i chłodnym, gdzie w zasadzie niewiele się działo. Tu działo się wszystko: dzieciaki biegały po ulicach i zakurzonych wiejskich drogach, niektóre podbiegały i żebrały o pieniądze. Ludzie sprzedawali owoce swoich upraw i hodowli na straganach przy drogach. Gdzieniegdzie widać było ludzi wyglądających bardzo niebezpiecznie - przed niektórymi mieszkańcy też wyraźnie czyli respekt, bo schodzili im z drogi albo byli przesadnie usłużni. W ciągu kilku dni spędzonych w granicach tego kraju Saul zdążył już wielokrotnie zobaczyć kolby pistoletów wystające zza czyjegoś paska albo strzelby w dłoniach ciemnoskórych, wytatuowanych mężczyzn.
Dziś trafił na wieczorną imprezę w jakiejś hacjendzie. Właściwie znalazł się tu przypadkiem: przyprowadził go tu starszy koleś, który mówił, że będą się dobrze bawić. Saul nie był idiotą - wiedział, co to znaczy i rozumiał, czego tamten chce, ale stwierdził, że jest to okazja do dobrego zarobku, dostępu do prochów; a przy okazji przynajmniej przez chwilę się pobawi. Wszedł więc za próg, ubrany w białą koszulę - nieco na niego za dużą - którą dał mu tamten mężczyzna i w czarne dżinsy. Rękawy koszuli podwinął, a połowę guzików pozostawił rozpiętą: było mu gorąco, a poza tym miał pod spodem białą podkoszulkę na ramiączkach - tak zwaną "żonobijkę". Rozglądał się teraz z zaciekawieniem, obserwując zebrany tu tłum z lekkim uśmiechem na ustach i z błyszczącymi oczami. Poczęstował się stojącym na stole drinkiem i ruszył powoli w stronę basenu. Na stopach miał czarne skórzane buty, ale bardzo chętnie by je teraz zdjął. Póki co jeszcze nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc jedynie chłonął ten klimat, meksykańską muzykę i nieznacznie kołysał się w jej rytm.
Salvador Menendez