the long way down
: pt lut 27, 2026 9:38 am
Nie mogła zasnąć. Zamknęła oczy raz, drugi, trzeci i za każdym razem wracał ten sam obraz: szkło, krew, czarny sedan znikający za rogiem wraz z poczuciem, że coś przegapili. Frustracja była gorsza od zmęczenia, więc w końcu się poddała. Kiedy wstała z łóżka, było już po jedenastej. Oczyściła ranę na policzku w łazience, przyglądając się jej w lustrze dłużej, niż było to konieczne. Szkło przecięło skórę płytko, zostawiając cienką, różową linię. Nakleiła niewielki plaster, bardziej z rozsądku niż z potrzeby, który wyglądał śmiesznie, biorąc pod uwagę skalę dnia.
Komisariat o tej porze był niemal obcy - cisza rozlewała się po korytarzach jak mgła, tłumiąc nawet dźwięk jej kroków. Gdzieś na dole bzyczała pojedyncza świetlówka, automaty z kawą stały wygaszone, a echo dnia zostało zastąpione przez ciężkie, przytłaczające milczenie. Nie spodziewała się, że nie będzie sama.
Kiedy weszła na ich piętro, zauważyła smugę światła rozlaną po podłodze. Zatrzymała się odruchowo, gdy zauważyła, że drzwi do ich pokoju były uchylone. Madden siedział przy biurku. Przez kilka sekund tylko na niego patrzyła - pochylony, nieruchomy, jakby zrośnięty z krzesłem. Przytłumiona jasność bijąca od lampki wycinała ostre kontury jego twarzy, podkreślała cienie pod oczami i uwydatniała napiętą linię szczęki. Dopiero gdy podeszła bliżej zobaczyła na wpół opróżnioną butelkę. Tani bourbon z etykietą, którą na pewno nie można było się chwalić stał samotnie między aktami i zdjęciami jak kolejny dowód rzeczowy.
Westchnęła cicho, nie z irytacją, a z czymś, co bardziej przypominało troskę niż zimną ocenę. Nie chodziło o to, że pił; chodziło o to, że robił to tutaj - w miejscu pracy, gdzie zwykle był spięty, bardzo się kontrolował i wykazywał profesjonalizm według własnych zasad. Teraz wyglądał, jakby ta kontrola po prostu pękła. Przysiadła na brzegu jego biurka bez pytania, a drewno zaskrzypiało lekko pod jej ciężarem. Jej kolano niemal dotknęło jego uda, ale nie odsunęła się. Przez chwilę milczała, przyglądając mu się uważnie. Z bliska dostrzegła zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z brakiem snu; rozbicie, którego nie maskował już złośliwą uwagą ani chłodnym komentarzem.
Plaster na jej policzku pociągnął lekko skórę, gdy uniosła brwi. Czuła jego obecność jak przypomnienie, że dzień wcale się nie skończył. - Serio? - zapytała w końcu cicho. W jej głowie wciąż żyła kłótnia z rana - jego ostre słowa i jej wybuch. A jednak teraz wydawało się to odległe, jakby dotyczyło innych ludzi. Patrząc na niego w półmroku nie czuła gniewu, czuła za to drażniące, niepokojące przyciąganie - potrzebę podejścia bliżej, wyciągnięcia ręki, powiedzenia czegoś, co nie będzie ani atakiem, ani oskarżeniem.
Nie powinna, a jednak została. Własną głupotę będzie przeklinać później. Jej wzrok przesunął się na butelkę; wyciągając rękę odsunęła ją o kilka centymetrów, sprawdzając czy zareaguje. - Mogłeś przynajmniej zrobić to w domu - powiedziała ciszej. - Albo udawać, że masz lepszy gust - cień uśmiechu przemknął jej przez twarz ledwo widoczny. Nie przyszła tu, żeby go rozliczać. Nie przyszła rozmawiać o Ventresce ani o tatuażu, nie wiedziała nawet, że tu będzie. Zresztą teraz to nie miało znaczenia, nagle cała sprawa zeszła na drugi plan, bo irracjonalnie zaczęło liczyć się dla niej tylko to, że siedział tu sam, w pustym komisariacie, z butelką w dłoni i ciężarem dnia, który najwyraźniej okazał się większy, niż chciał przyznać.
A ona wbrew zdrowemu rozsądkowi, dumie, a przede wszystkim porannej wściekłości, nie potrafiła po prostu odwrócić się i wyjść.
Rhys Madden
Komisariat o tej porze był niemal obcy - cisza rozlewała się po korytarzach jak mgła, tłumiąc nawet dźwięk jej kroków. Gdzieś na dole bzyczała pojedyncza świetlówka, automaty z kawą stały wygaszone, a echo dnia zostało zastąpione przez ciężkie, przytłaczające milczenie. Nie spodziewała się, że nie będzie sama.
Kiedy weszła na ich piętro, zauważyła smugę światła rozlaną po podłodze. Zatrzymała się odruchowo, gdy zauważyła, że drzwi do ich pokoju były uchylone. Madden siedział przy biurku. Przez kilka sekund tylko na niego patrzyła - pochylony, nieruchomy, jakby zrośnięty z krzesłem. Przytłumiona jasność bijąca od lampki wycinała ostre kontury jego twarzy, podkreślała cienie pod oczami i uwydatniała napiętą linię szczęki. Dopiero gdy podeszła bliżej zobaczyła na wpół opróżnioną butelkę. Tani bourbon z etykietą, którą na pewno nie można było się chwalić stał samotnie między aktami i zdjęciami jak kolejny dowód rzeczowy.
Westchnęła cicho, nie z irytacją, a z czymś, co bardziej przypominało troskę niż zimną ocenę. Nie chodziło o to, że pił; chodziło o to, że robił to tutaj - w miejscu pracy, gdzie zwykle był spięty, bardzo się kontrolował i wykazywał profesjonalizm według własnych zasad. Teraz wyglądał, jakby ta kontrola po prostu pękła. Przysiadła na brzegu jego biurka bez pytania, a drewno zaskrzypiało lekko pod jej ciężarem. Jej kolano niemal dotknęło jego uda, ale nie odsunęła się. Przez chwilę milczała, przyglądając mu się uważnie. Z bliska dostrzegła zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z brakiem snu; rozbicie, którego nie maskował już złośliwą uwagą ani chłodnym komentarzem.
Plaster na jej policzku pociągnął lekko skórę, gdy uniosła brwi. Czuła jego obecność jak przypomnienie, że dzień wcale się nie skończył. - Serio? - zapytała w końcu cicho. W jej głowie wciąż żyła kłótnia z rana - jego ostre słowa i jej wybuch. A jednak teraz wydawało się to odległe, jakby dotyczyło innych ludzi. Patrząc na niego w półmroku nie czuła gniewu, czuła za to drażniące, niepokojące przyciąganie - potrzebę podejścia bliżej, wyciągnięcia ręki, powiedzenia czegoś, co nie będzie ani atakiem, ani oskarżeniem.
Nie powinna, a jednak została. Własną głupotę będzie przeklinać później. Jej wzrok przesunął się na butelkę; wyciągając rękę odsunęła ją o kilka centymetrów, sprawdzając czy zareaguje. - Mogłeś przynajmniej zrobić to w domu - powiedziała ciszej. - Albo udawać, że masz lepszy gust - cień uśmiechu przemknął jej przez twarz ledwo widoczny. Nie przyszła tu, żeby go rozliczać. Nie przyszła rozmawiać o Ventresce ani o tatuażu, nie wiedziała nawet, że tu będzie. Zresztą teraz to nie miało znaczenia, nagle cała sprawa zeszła na drugi plan, bo irracjonalnie zaczęło liczyć się dla niej tylko to, że siedział tu sam, w pustym komisariacie, z butelką w dłoni i ciężarem dnia, który najwyraźniej okazał się większy, niż chciał przyznać.
A ona wbrew zdrowemu rozsądkowi, dumie, a przede wszystkim porannej wściekłości, nie potrafiła po prostu odwrócić się i wyjść.
Rhys Madden