last goodbye
: pt lut 27, 2026 10:26 pm
Ten miesiąc był dla Dominica cholernie ciężki. Ogromne zmęczenie psychiczne spowodowane huśtawką nastrojów i przeróżnymi emocjami, znacznie dawało mu się we znaki. Na szczęście był ktoś, dzięki komu nieco łatwiej było mu wstawać rano z łóżka. Jej obecność, ta fizyczna, jak i mentalna, była nieoceniona, wręcz terapeutyczna.
Zwłaszcza podczas przygotowań do pogrzebu. Dziewczyna nie pozwalała mu zapomnieć, że miał na kim polegać mimo, iż początkowo się przed tym wzbraniał. Nie był przyzwyczajony do takiego rodzaju wsparcia, do tej pory uważając, że mógł sobie poradzić z każdym wyzwaniem, jaki dawał mu los. Lecz w tym konkretnym przypadku ogromnie się mylił. Naprawdę doceniał jej zaangażowanie w sprawę, a nawet przestało go dziwić, że wszędzie, gdzie jeździli razem w celu załatwienia wszystkich szczegółów przed pogrzebem, traktowano ją jako członka rodziny. W tym czasie nie poruszali tematu ich relacji, w pełni skupiając się na tym, co ważne, ale w każdym momencie jego wahania wystarczyło jej mocne uściśnięcie ręki, dzięki któremu czuł się lepiej, na tyle, na ile było to możliwe.
Kiedy nadszedł ten dzień, nawet pogoda dostosowała się do chłodnej, ponurej atmosfery. Witanie w progu kościoła żałobników, będących rodziną, przyjaciółmi i sąsiadami, dłużyło mu się w nieskończoność. Wiele osób przyszło pożegnać Helene, ale wcale go to nie dziwiło - była tak ciepłą osobą, że od razu zyskiwała sympatię każdego, kogo poznała. Na pogrzeb dotarła również Sydney i delegacja z biura, choć to akurat nie było dla niego tak istotne, jak spotkanie z paczką chłopaków, z którymi dawno się nie widział, w ostatnim czasie zupełnie się od nich odcinając. Zaraz za Deanem przed jego oczami stanęła Skye, na widok której przytulił ją mocno i na moment przymknął oczy, tym samym pozwalając sobie na odrobinę wytchnienia. Wraz z jej ciepłem i zapachem perfum jego ciało instynktownie się rozluźniło, jakby czekało tylko na nią. Tak naprawdę odkąd wstał, brakowało mu jej i wydawało mu się naturalnym, że przez jej ogromny wkład w organizację, ona też powinna teraz stać u jego boku.
Przez tę chwilę, zbyt krótką jak dla niego, ale powstałą w wyniku utrzymywania pozorów, nie musieli nic mówić, bo rozumieli się bez słów. Gdy zrobiła miejsce następnej osobie, Dominic na ułamek sekundy zastygł w bezruchu, zatrzymując wzrok na stojącym przed nim Loganie.
Nie widział go od czasu ich bójki, po której przestali się do siebie odzywać. Wiedział, że dzwonił do niego w dniu, w którym Helene wylądowała w szpitalu, i że on też odwiedził ją niedługo po wizycie Skye. Przyszedł do ich domu akurat w chwili, gdy Dominic pojechał do sklepu, więc właściwie nie mieli okazji porozmawiać. Według Anthony’ego niemal minęli się w drzwiach, ale blondyn nie mógł w tamtym momencie przekonać się do tego, by zajrzeć do domu Haynesów i mu podziękować za wszystko, co robił, jak i za to, czego nie robił - nie zabraniał Skye kontaktu z nim, mimo jego wściekłości za zdradę. Dominic nie miał odwagi stanąć z nim wtedy twarzą w twarz, ale od tamtego momentu miał czas do namysłu i teraz, kiedy to się ostatecznie stało, miał świadomość, że czekała ich rozmowa, na którą w końcu musieli znaleźć przestrzeń. Również ze względu na fakt, że ostatecznie rozstał się ze Skye. Na ten moment jednak nie pozostało Dominicowi nic innego, jak skinąć do niego głową i odwzajemnić jego braterski uścisk. Krótki, ale przynoszący mu pociechę. Dopiero teraz zrozumiał, że jego też mu cholernie brakowało.
Ceremonia była piękna i z pewnością ucieszyłaby Helene, która dała im kilka wskazówek. I choć podejmowanie decyzji nie należało do łatwych to uważał, że razem ze Skye podołali oczekiwaniom. Potwornie stresował się swoim przemówieniem, które spisał na kartce w obawie przed własnym rozemocjonowaniem i tłumem wpatrujących się w niego ludzi. Nie potrafił dobrać odpowiednich słów, by opisać mamę taką, jaką ją widział, dlatego odniósł się do jej ulubionego wiersza. Skupiał się na słowach nakreślonych na kartce, ale mimowolnie napłynęło do niego wspomnienie, kiedy ostatni raz czytali go wspólnie, i jego głos się załamał. Wzrokiem odruchowo znalazł Skye. Jej spojrzenie, ciepłe, uważne i pokrzepiające, dodało mu odwagi i sprawiło, że przestał widzieć kogokolwiek poza nią. Dokończył recytację tak, jakby słuchała go tylko ona. A kiedy nadszedł czas pochówku, tak jak obiecała, stała tuż za nim. Mimo tłumu ludzi to dzięki niej nie czuł się w tym wszystkim tak osamotniony.
Konsulacja w domu była kolejnym etapem, w czasie którego musiał trzymać gardę i rozmawiać z gośćmi, którzy co chwila podchodzili do niego i ojca. Pozornie zainteresowany rozmowami, myślami jednak odpływał gdzieś indziej. Kątem oka widział chodzącą po domu Skye, która doglądała stołu z jedzeniem i zagadywała innych uczestników pogrzebu. Tak naprawdę żałował, że ten dzień nie mógł się już skończyć i jedyne, czego teraz potrzebował, to zostać z ciemnowłosą sam na sam, trzymając ją w objęciach w łóżku, dopóki nie zasną.
Tamtego poranka instynktownie wyczuł, że Skye wymknęła się spod pościeli. W momencie, kiedy nie odnalazł jej dłonią na miejscu obok, podniósł się gwałtownie z niepokojem, ale widząc część jej ubrań leżących na fotelu, odetchnął z ulgą. Po dotarciu na dół i stanięciu w progu, by z uśmiechem przyglądać się jej poczynaniom w kuchni, wkrótce dołączył do niego Anthony. Starszy mężczyzna nie spodziewał się tego widoku, ale o nic nie pytał, zwyczajnie przyjmując do siebie taki stan rzeczy. On też był jej niezmiernie wdzięczny za to, co dla nich w ostatnich dniach robiła.
Dominic, napotykając wzrokiem grupkę swoich znajomych, ostatecznie przeprosił tatę i swoje ciotki, po czym ruszył w ich stronę, gdy wtem zatrzymał go znajomy, kobiecy głos.
— Dominic… - Sydney stanęła przed nim, nieco ściągając brwi w zatroskaniu. - Przepraszam Cię, możemy chwilkę porozmawiać na osobności? Obiecuję, nie zajmę Ci dużo czasu, ale to ważne. - Położyła mu dłoń na ramieniu, całkowicie go zaskakując i jednocześnie wzbudzając w nim ciekawość.
— Emm… jasne - przytaknął, wskazując jej drogę na górę. Po drodze niestety nie odnalazł wzrokiem Skye, żeby dać jej o tym znać. Znalazłszy się w gabinecie taty, zaczął: - Wiem, że miałem dać Ci odpowiedź… - ale blondynka mu przerwała.
— Oferta uległa zmianie. Wiem, byłeś zajęty i miałeś dużo na głowie, ale w międzyczasie w firmie nastąpiły zmiany, o których chciałam powiedzieć Ci osobiście, zanim wrócisz - zrobiła na moment pauzę, zyskując całą jego uwagę. - Louise odchodzi. A my wykupiliśmy jej udziały. - Dominic uniósł wysoko brwi. Tego zdecydowanie się nie spodziewał. - Zdaję sobie sprawę, że to nie jest dla Ciebie odpowiedni moment na zmianę pracy i wyjazd. Wiem, jak ważna jest rodzina i że teraz najbardziej potrzebny jesteś na miejscu. Niemniej jednak Forward Interiors potrzebuje nowego dowództwa, a my wciąż potrzebujemy Ciebie. Dlatego zgłosiłam Twoją kandydaturę - wyznała, stając przed nim w nieznacznej odległości.
Dominic nie mógł wyjść z oszołomienia. Właśnie zbombardowała go na raz ogromem informacji, które z trudem przetwarzał w głowie. Przez ostatni miesiąc, odkąd oferta Sydney pojawiła się na jego stole, wiele rzeczy uległo zmianie i obecnie rzeczywiście nie wyobrażał sobie wyjazdu. O jego decyzji miał poinformować ją zaraz po powrocie do biura. Ale takich rewelacji zupełnie się nie spodziewał. Firma Sydney przejmowała Forward Interiors i planowała zrobić go właścicielem?
— Dziękuję, ale… co to właściwie oznacza? - zapytał, starając się to wszystko objąć rozumem.
— To oznacza, że dostaniesz awans, na który zasługujesz. - Uśmiechnęła się serdecznie. - Poza tym stworzysz zespół, dzięki któremu zajmiesz się siecią naszych hoteli, a czy w międzyczasie zaakceptujesz inne projekty - to już będzie zależało od Ciebie. - Wzruszyła beztrosko ramionami, będąc jak zwykle pewną siebie.
— Sydney, to dla mnie ogromne wyróżnienie… - zawahał się, próbując ubrać w odpowiednie słowa myśli, które obecnie krążyły po jego głowie. - … ale czy istnieją jeszcze jakieś warunki, o których powinienem wiedzieć?
— Nicky… Lubię Cię, dobrze o tym wiesz. A swoją pracą pokazujesz, że warto na Ciebie postawić. Należy Ci się. Nie oczekuję od Ciebie niczego więcej, jak lojalności. I wykonania dobrej roboty. Choć po tym, co zdążyłam zaobserwować, sądzę, że nie zawiedziesz mnie ani w jednej, ani w drugiej kwestii. - Mówiąc to, uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo i położyła mu na chwilę dłoń na ramieniu. - Nie martw się i daj sobie jeszcze chwilę czasu, do czasu Twojego powrotu wszystkim się zajmę.
— Dziękuję, Syd. Naprawdę - skinął na nią głową w podziękowaniu, zanim wyszła i został sam, bo właściwie tylko to był w stanie z siebie wydusić.
Powrót na dół chciał przeciągnąć najdłużej, jak się dało, dlatego poszedł do barku i nalał sobie do szklanki bursztynowego trunku, żeby usiąść w fotelu i przetrawić to, co właśnie się wydarzyło, a także odetchnąć chwilę od bycia w centrum uwagi. Nadal nie dowierzał, że dostał ofertę pracy, a to, mimo pozostania na miejscu, oznaczało spore zmiany. I oznaczało też, że Skye wcale nie musiała odchodzić z biura. Niezmiernie ciekaw był jej reakcji, kiedy jej o tym powie. Ale na tę krótką chwilę potrzebował chwili spokoju i smaku whisky w ustach, dzięki której w końcu mógł się odrobinę odprężyć. Nie dane było mu jednak zbyt długo spędzić czasu sam na sam, bo w pewnym momencie rozległo się ciche pukanie.
— Proszę - odezwał się, odkładając szklankę na biurko z nieznacznym niepokojem, a kiedy drzwi się uchyliły i jego oczom ukazał się dobrze znany mu chłopak z sąsiedztwa, na ułamek sekundy ściągnął brwi, po czym z powrotem sięgnął po whisky. Gdyby nie Sydney, Dominic sam poprosiłby go o rozmowę, ale najwyraźniej obaj myśleli o tym samym.
- Nie strasz, Logan. Już myślałem, że to ciotka Angela - westchnął z cieniem uśmiechu, starając się przy tym nie przewrócić oczami na wspomnienie o ciotce, dokładnie tej, której dziś wyjątkowo załączył się tryb rodzicielski. Logan musiał go rozumieć - kiedyś blondyn dość często na nią narzekał. Wtrącała się do wszystkiego, a dziś stała się absurdalnie nadopiekuńcza. Zwilżył wargi w alkoholu, po czym podniósł się z miejsca. - Już obiecała, że będzie regularnie przyjeżdżać podlewać kwiatki w ogrodzie zimowym, bo przecież my faceci kompletnie się na tym nie znamy. - Mówiąc o tym z wyczuwalnym w głosie rozbawieniem pomieszanym z przekąsem, podszedł do barku i bez żadnego kurtuazyjnego pytania napełnił drugą szklankę. Wracając do mężczyzny nadal mówił: - Mama w życiu na to by się nie zgodziła, więc nie bez powodu przygotowała nam wszystkie wskazówki. Dotyczące kwiatów, pogrzebu i kilku innych spraw. Uwielbiała wszystko planować. - W międzyczasie wręczył mężczyźnie szklankę i wskazał mu drugi fotel, po czym sam zajął swoje miejsce, na koniec wypowiedzi odrobinę uderzając w tony melancholii. Myśl o niej znów trochę go przybiła, więc spróbował złagodzić ten gorzki posmak alkoholem.
- Nie podziękowałem Ci za to, co zrobiłeś, więc dziękuję. To miłe, że ją odwiedziłeś, naprawdę się ucieszyła. Zawsze Cię lubiła - wyznał cicho, spoglądając na niego ze szczerą wdzięcznością. W końcu zdobył się na odwagę, żeby otwarcie z nim porozmawiać, choć był to dopiero początek tematów, jakie zamierzał z nim poruszyć.
Skye Murray
Łoś Superktoś
Zwłaszcza podczas przygotowań do pogrzebu. Dziewczyna nie pozwalała mu zapomnieć, że miał na kim polegać mimo, iż początkowo się przed tym wzbraniał. Nie był przyzwyczajony do takiego rodzaju wsparcia, do tej pory uważając, że mógł sobie poradzić z każdym wyzwaniem, jaki dawał mu los. Lecz w tym konkretnym przypadku ogromnie się mylił. Naprawdę doceniał jej zaangażowanie w sprawę, a nawet przestało go dziwić, że wszędzie, gdzie jeździli razem w celu załatwienia wszystkich szczegółów przed pogrzebem, traktowano ją jako członka rodziny. W tym czasie nie poruszali tematu ich relacji, w pełni skupiając się na tym, co ważne, ale w każdym momencie jego wahania wystarczyło jej mocne uściśnięcie ręki, dzięki któremu czuł się lepiej, na tyle, na ile było to możliwe.
Kiedy nadszedł ten dzień, nawet pogoda dostosowała się do chłodnej, ponurej atmosfery. Witanie w progu kościoła żałobników, będących rodziną, przyjaciółmi i sąsiadami, dłużyło mu się w nieskończoność. Wiele osób przyszło pożegnać Helene, ale wcale go to nie dziwiło - była tak ciepłą osobą, że od razu zyskiwała sympatię każdego, kogo poznała. Na pogrzeb dotarła również Sydney i delegacja z biura, choć to akurat nie było dla niego tak istotne, jak spotkanie z paczką chłopaków, z którymi dawno się nie widział, w ostatnim czasie zupełnie się od nich odcinając. Zaraz za Deanem przed jego oczami stanęła Skye, na widok której przytulił ją mocno i na moment przymknął oczy, tym samym pozwalając sobie na odrobinę wytchnienia. Wraz z jej ciepłem i zapachem perfum jego ciało instynktownie się rozluźniło, jakby czekało tylko na nią. Tak naprawdę odkąd wstał, brakowało mu jej i wydawało mu się naturalnym, że przez jej ogromny wkład w organizację, ona też powinna teraz stać u jego boku.
Przez tę chwilę, zbyt krótką jak dla niego, ale powstałą w wyniku utrzymywania pozorów, nie musieli nic mówić, bo rozumieli się bez słów. Gdy zrobiła miejsce następnej osobie, Dominic na ułamek sekundy zastygł w bezruchu, zatrzymując wzrok na stojącym przed nim Loganie.
Nie widział go od czasu ich bójki, po której przestali się do siebie odzywać. Wiedział, że dzwonił do niego w dniu, w którym Helene wylądowała w szpitalu, i że on też odwiedził ją niedługo po wizycie Skye. Przyszedł do ich domu akurat w chwili, gdy Dominic pojechał do sklepu, więc właściwie nie mieli okazji porozmawiać. Według Anthony’ego niemal minęli się w drzwiach, ale blondyn nie mógł w tamtym momencie przekonać się do tego, by zajrzeć do domu Haynesów i mu podziękować za wszystko, co robił, jak i za to, czego nie robił - nie zabraniał Skye kontaktu z nim, mimo jego wściekłości za zdradę. Dominic nie miał odwagi stanąć z nim wtedy twarzą w twarz, ale od tamtego momentu miał czas do namysłu i teraz, kiedy to się ostatecznie stało, miał świadomość, że czekała ich rozmowa, na którą w końcu musieli znaleźć przestrzeń. Również ze względu na fakt, że ostatecznie rozstał się ze Skye. Na ten moment jednak nie pozostało Dominicowi nic innego, jak skinąć do niego głową i odwzajemnić jego braterski uścisk. Krótki, ale przynoszący mu pociechę. Dopiero teraz zrozumiał, że jego też mu cholernie brakowało.
Ceremonia była piękna i z pewnością ucieszyłaby Helene, która dała im kilka wskazówek. I choć podejmowanie decyzji nie należało do łatwych to uważał, że razem ze Skye podołali oczekiwaniom. Potwornie stresował się swoim przemówieniem, które spisał na kartce w obawie przed własnym rozemocjonowaniem i tłumem wpatrujących się w niego ludzi. Nie potrafił dobrać odpowiednich słów, by opisać mamę taką, jaką ją widział, dlatego odniósł się do jej ulubionego wiersza. Skupiał się na słowach nakreślonych na kartce, ale mimowolnie napłynęło do niego wspomnienie, kiedy ostatni raz czytali go wspólnie, i jego głos się załamał. Wzrokiem odruchowo znalazł Skye. Jej spojrzenie, ciepłe, uważne i pokrzepiające, dodało mu odwagi i sprawiło, że przestał widzieć kogokolwiek poza nią. Dokończył recytację tak, jakby słuchała go tylko ona. A kiedy nadszedł czas pochówku, tak jak obiecała, stała tuż za nim. Mimo tłumu ludzi to dzięki niej nie czuł się w tym wszystkim tak osamotniony.
Konsulacja w domu była kolejnym etapem, w czasie którego musiał trzymać gardę i rozmawiać z gośćmi, którzy co chwila podchodzili do niego i ojca. Pozornie zainteresowany rozmowami, myślami jednak odpływał gdzieś indziej. Kątem oka widział chodzącą po domu Skye, która doglądała stołu z jedzeniem i zagadywała innych uczestników pogrzebu. Tak naprawdę żałował, że ten dzień nie mógł się już skończyć i jedyne, czego teraz potrzebował, to zostać z ciemnowłosą sam na sam, trzymając ją w objęciach w łóżku, dopóki nie zasną.
Tamtego poranka instynktownie wyczuł, że Skye wymknęła się spod pościeli. W momencie, kiedy nie odnalazł jej dłonią na miejscu obok, podniósł się gwałtownie z niepokojem, ale widząc część jej ubrań leżących na fotelu, odetchnął z ulgą. Po dotarciu na dół i stanięciu w progu, by z uśmiechem przyglądać się jej poczynaniom w kuchni, wkrótce dołączył do niego Anthony. Starszy mężczyzna nie spodziewał się tego widoku, ale o nic nie pytał, zwyczajnie przyjmując do siebie taki stan rzeczy. On też był jej niezmiernie wdzięczny za to, co dla nich w ostatnich dniach robiła.
Dominic, napotykając wzrokiem grupkę swoich znajomych, ostatecznie przeprosił tatę i swoje ciotki, po czym ruszył w ich stronę, gdy wtem zatrzymał go znajomy, kobiecy głos.
— Dominic… - Sydney stanęła przed nim, nieco ściągając brwi w zatroskaniu. - Przepraszam Cię, możemy chwilkę porozmawiać na osobności? Obiecuję, nie zajmę Ci dużo czasu, ale to ważne. - Położyła mu dłoń na ramieniu, całkowicie go zaskakując i jednocześnie wzbudzając w nim ciekawość.
— Emm… jasne - przytaknął, wskazując jej drogę na górę. Po drodze niestety nie odnalazł wzrokiem Skye, żeby dać jej o tym znać. Znalazłszy się w gabinecie taty, zaczął: - Wiem, że miałem dać Ci odpowiedź… - ale blondynka mu przerwała.
— Oferta uległa zmianie. Wiem, byłeś zajęty i miałeś dużo na głowie, ale w międzyczasie w firmie nastąpiły zmiany, o których chciałam powiedzieć Ci osobiście, zanim wrócisz - zrobiła na moment pauzę, zyskując całą jego uwagę. - Louise odchodzi. A my wykupiliśmy jej udziały. - Dominic uniósł wysoko brwi. Tego zdecydowanie się nie spodziewał. - Zdaję sobie sprawę, że to nie jest dla Ciebie odpowiedni moment na zmianę pracy i wyjazd. Wiem, jak ważna jest rodzina i że teraz najbardziej potrzebny jesteś na miejscu. Niemniej jednak Forward Interiors potrzebuje nowego dowództwa, a my wciąż potrzebujemy Ciebie. Dlatego zgłosiłam Twoją kandydaturę - wyznała, stając przed nim w nieznacznej odległości.
Dominic nie mógł wyjść z oszołomienia. Właśnie zbombardowała go na raz ogromem informacji, które z trudem przetwarzał w głowie. Przez ostatni miesiąc, odkąd oferta Sydney pojawiła się na jego stole, wiele rzeczy uległo zmianie i obecnie rzeczywiście nie wyobrażał sobie wyjazdu. O jego decyzji miał poinformować ją zaraz po powrocie do biura. Ale takich rewelacji zupełnie się nie spodziewał. Firma Sydney przejmowała Forward Interiors i planowała zrobić go właścicielem?
— Dziękuję, ale… co to właściwie oznacza? - zapytał, starając się to wszystko objąć rozumem.
— To oznacza, że dostaniesz awans, na który zasługujesz. - Uśmiechnęła się serdecznie. - Poza tym stworzysz zespół, dzięki któremu zajmiesz się siecią naszych hoteli, a czy w międzyczasie zaakceptujesz inne projekty - to już będzie zależało od Ciebie. - Wzruszyła beztrosko ramionami, będąc jak zwykle pewną siebie.
— Sydney, to dla mnie ogromne wyróżnienie… - zawahał się, próbując ubrać w odpowiednie słowa myśli, które obecnie krążyły po jego głowie. - … ale czy istnieją jeszcze jakieś warunki, o których powinienem wiedzieć?
— Nicky… Lubię Cię, dobrze o tym wiesz. A swoją pracą pokazujesz, że warto na Ciebie postawić. Należy Ci się. Nie oczekuję od Ciebie niczego więcej, jak lojalności. I wykonania dobrej roboty. Choć po tym, co zdążyłam zaobserwować, sądzę, że nie zawiedziesz mnie ani w jednej, ani w drugiej kwestii. - Mówiąc to, uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo i położyła mu na chwilę dłoń na ramieniu. - Nie martw się i daj sobie jeszcze chwilę czasu, do czasu Twojego powrotu wszystkim się zajmę.
— Dziękuję, Syd. Naprawdę - skinął na nią głową w podziękowaniu, zanim wyszła i został sam, bo właściwie tylko to był w stanie z siebie wydusić.
Powrót na dół chciał przeciągnąć najdłużej, jak się dało, dlatego poszedł do barku i nalał sobie do szklanki bursztynowego trunku, żeby usiąść w fotelu i przetrawić to, co właśnie się wydarzyło, a także odetchnąć chwilę od bycia w centrum uwagi. Nadal nie dowierzał, że dostał ofertę pracy, a to, mimo pozostania na miejscu, oznaczało spore zmiany. I oznaczało też, że Skye wcale nie musiała odchodzić z biura. Niezmiernie ciekaw był jej reakcji, kiedy jej o tym powie. Ale na tę krótką chwilę potrzebował chwili spokoju i smaku whisky w ustach, dzięki której w końcu mógł się odrobinę odprężyć. Nie dane było mu jednak zbyt długo spędzić czasu sam na sam, bo w pewnym momencie rozległo się ciche pukanie.
— Proszę - odezwał się, odkładając szklankę na biurko z nieznacznym niepokojem, a kiedy drzwi się uchyliły i jego oczom ukazał się dobrze znany mu chłopak z sąsiedztwa, na ułamek sekundy ściągnął brwi, po czym z powrotem sięgnął po whisky. Gdyby nie Sydney, Dominic sam poprosiłby go o rozmowę, ale najwyraźniej obaj myśleli o tym samym.
- Nie strasz, Logan. Już myślałem, że to ciotka Angela - westchnął z cieniem uśmiechu, starając się przy tym nie przewrócić oczami na wspomnienie o ciotce, dokładnie tej, której dziś wyjątkowo załączył się tryb rodzicielski. Logan musiał go rozumieć - kiedyś blondyn dość często na nią narzekał. Wtrącała się do wszystkiego, a dziś stała się absurdalnie nadopiekuńcza. Zwilżył wargi w alkoholu, po czym podniósł się z miejsca. - Już obiecała, że będzie regularnie przyjeżdżać podlewać kwiatki w ogrodzie zimowym, bo przecież my faceci kompletnie się na tym nie znamy. - Mówiąc o tym z wyczuwalnym w głosie rozbawieniem pomieszanym z przekąsem, podszedł do barku i bez żadnego kurtuazyjnego pytania napełnił drugą szklankę. Wracając do mężczyzny nadal mówił: - Mama w życiu na to by się nie zgodziła, więc nie bez powodu przygotowała nam wszystkie wskazówki. Dotyczące kwiatów, pogrzebu i kilku innych spraw. Uwielbiała wszystko planować. - W międzyczasie wręczył mężczyźnie szklankę i wskazał mu drugi fotel, po czym sam zajął swoje miejsce, na koniec wypowiedzi odrobinę uderzając w tony melancholii. Myśl o niej znów trochę go przybiła, więc spróbował złagodzić ten gorzki posmak alkoholem.
- Nie podziękowałem Ci za to, co zrobiłeś, więc dziękuję. To miłe, że ją odwiedziłeś, naprawdę się ucieszyła. Zawsze Cię lubiła - wyznał cicho, spoglądając na niego ze szczerą wdzięcznością. W końcu zdobył się na odwagę, żeby otwarcie z nim porozmawiać, choć był to dopiero początek tematów, jakie zamierzał z nim poruszyć.
Skye Murray
Łoś Superktoś