Running up that hill
: sob lut 28, 2026 6:29 pm
Ethan Hartley
Stukot obcasów zamienił się w dźwięk biegnących nóg. Nie była samą sobą, a w jej głowie panowało stanowczo zbyt wiele myśli. Nawet Koko obok niej nie sprawiała, że mogła przestać analizować. Przed oczyma pojawiały się jej przeróżne obrazy. Lekarza wypowiadającego diagnozę. Szpitalne drzwi. Gwiazdy. Jednak najgorsza cały czas męczyła ją najbardziej. Ci nieznani ludzie, próbujący ją porwać. Przyśpieszyła rytm biegu, a jednak czuła na sobie wciąż dotyk nieznajomych mężczyzn. Kiedy przez ułamek sekundy była w stanie pogodzić się z własną śmiercią.
Musiała się od tego odciąć.
Jakby przyśpieszenie tempa miało sprawić, że byłaby w stanie zapomnieć. Pies dwa razy na nią szczeknął, a ona dalej biegła przed siebie. Szybciej, jakby to miało coś dać, a jej wierny pudel wraz z nią. Stopa za stopą, aż w pewnym momencie Koko zastrajkowała. Szarpnęła Cherry, przez ułamek sekundy próbowała ogarnąć, co się dzieje. Wtedy zobaczyła go. Rudego kocura, który cały się nastroszył i syknął głośno na pudlicę. Ta zniewaga krwi wymaga.
Pies padł na ziemię i zaczął się tak tarzać, że wyślizgnął się z szelek. Marshall nawet nie dała sobie sprawy, co się stało, finalnie zaczęła za nią biec, ale po paru sekundach pościgu pies zniknął.
— Koko! — krzyknęła Marshall na całe gardło. Suczka, która na co dzień wykonywała każdą komendę, łącznie z odwołaniem przepadła. Zagryzła mocno wargi, bo nie miała żadnych sił na pościg. Nogi ją bolały niesamowicie, a wraz z każdym kolejnym krokiem traciła coraz bardziej siły. — Koko, gdzie jesteś?! — krzyknęła raz jeszcze, licząc, że usłyszy szczeknięcie. Nic z tego. Westchnęła cicho. Brak telefonu niczego nie ułatwiał. Dla tego psa była w stanie postawić w gotowości całą wielką korporację. Sprawić, że każdy niezależnie od stanowiska będzie szukał Koko.
Tylko wtedy ją zobaczyła.
Razem z nim.
— Przepraszam, to mój pies — wycedziła niemalże od razu przez usta. Nawet to przepraszam brzmiało pretensjonalnie. Miała dosyć mężczyzn. Mógłby być najprzystojniejszym facetem na kuli ziemskiej,a był, za to ona nie byłaby w stanie na niego spojrzeć. Zbyt dużo płeć męska dawała jej powody do zmartwień.
Stukot obcasów zamienił się w dźwięk biegnących nóg. Nie była samą sobą, a w jej głowie panowało stanowczo zbyt wiele myśli. Nawet Koko obok niej nie sprawiała, że mogła przestać analizować. Przed oczyma pojawiały się jej przeróżne obrazy. Lekarza wypowiadającego diagnozę. Szpitalne drzwi. Gwiazdy. Jednak najgorsza cały czas męczyła ją najbardziej. Ci nieznani ludzie, próbujący ją porwać. Przyśpieszyła rytm biegu, a jednak czuła na sobie wciąż dotyk nieznajomych mężczyzn. Kiedy przez ułamek sekundy była w stanie pogodzić się z własną śmiercią.
Musiała się od tego odciąć.
Jakby przyśpieszenie tempa miało sprawić, że byłaby w stanie zapomnieć. Pies dwa razy na nią szczeknął, a ona dalej biegła przed siebie. Szybciej, jakby to miało coś dać, a jej wierny pudel wraz z nią. Stopa za stopą, aż w pewnym momencie Koko zastrajkowała. Szarpnęła Cherry, przez ułamek sekundy próbowała ogarnąć, co się dzieje. Wtedy zobaczyła go. Rudego kocura, który cały się nastroszył i syknął głośno na pudlicę. Ta zniewaga krwi wymaga.
Pies padł na ziemię i zaczął się tak tarzać, że wyślizgnął się z szelek. Marshall nawet nie dała sobie sprawy, co się stało, finalnie zaczęła za nią biec, ale po paru sekundach pościgu pies zniknął.
— Koko! — krzyknęła Marshall na całe gardło. Suczka, która na co dzień wykonywała każdą komendę, łącznie z odwołaniem przepadła. Zagryzła mocno wargi, bo nie miała żadnych sił na pościg. Nogi ją bolały niesamowicie, a wraz z każdym kolejnym krokiem traciła coraz bardziej siły. — Koko, gdzie jesteś?! — krzyknęła raz jeszcze, licząc, że usłyszy szczeknięcie. Nic z tego. Westchnęła cicho. Brak telefonu niczego nie ułatwiał. Dla tego psa była w stanie postawić w gotowości całą wielką korporację. Sprawić, że każdy niezależnie od stanowiska będzie szukał Koko.
Tylko wtedy ją zobaczyła.
Razem z nim.
— Przepraszam, to mój pies — wycedziła niemalże od razu przez usta. Nawet to przepraszam brzmiało pretensjonalnie. Miała dosyć mężczyzn. Mógłby być najprzystojniejszym facetem na kuli ziemskiej,