Strona 1 z 1

Running up that hill

: sob lut 28, 2026 6:29 pm
autor: Cherry Marshall
Ethan Hartley

Stukot obcasów zamienił się w dźwięk biegnących nóg. Nie była samą sobą, a w jej głowie panowało stanowczo zbyt wiele myśli. Nawet Koko obok niej nie sprawiała, że mogła przestać analizować. Przed oczyma pojawiały się jej przeróżne obrazy. Lekarza wypowiadającego diagnozę. Szpitalne drzwi. Gwiazdy. Jednak najgorsza cały czas męczyła ją najbardziej. Ci nieznani ludzie, próbujący ją porwać. Przyśpieszyła rytm biegu, a jednak czuła na sobie wciąż dotyk nieznajomych mężczyzn. Kiedy przez ułamek sekundy była w stanie pogodzić się z własną śmiercią.
Musiała się od tego odciąć.
Jakby przyśpieszenie tempa miało sprawić, że byłaby w stanie zapomnieć. Pies dwa razy na nią szczeknął, a ona dalej biegła przed siebie. Szybciej, jakby to miało coś dać, a jej wierny pudel wraz z nią. Stopa za stopą, aż w pewnym momencie Koko zastrajkowała. Szarpnęła Cherry, przez ułamek sekundy próbowała ogarnąć, co się dzieje. Wtedy zobaczyła go. Rudego kocura, który cały się nastroszył i syknął głośno na pudlicę. Ta zniewaga krwi wymaga.
Pies padł na ziemię i zaczął się tak tarzać, że wyślizgnął się z szelek. Marshall nawet nie dała sobie sprawy, co się stało, finalnie zaczęła za nią biec, ale po paru sekundach pościgu pies zniknął.
Koko! — krzyknęła Marshall na całe gardło. Suczka, która na co dzień wykonywała każdą komendę, łącznie z odwołaniem przepadła. Zagryzła mocno wargi, bo nie miała żadnych sił na pościg. Nogi ją bolały niesamowicie, a wraz z każdym kolejnym krokiem traciła coraz bardziej siły. — Koko, gdzie jesteś?! — krzyknęła raz jeszcze, licząc, że usłyszy szczeknięcie. Nic z tego. Westchnęła cicho. Brak telefonu niczego nie ułatwiał. Dla tego psa była w stanie postawić w gotowości całą wielką korporację. Sprawić, że każdy niezależnie od stanowiska będzie szukał Koko.
Tylko wtedy ją zobaczyła.
Razem z nim.
Przepraszam, to mój pies — wycedziła niemalże od razu przez usta. Nawet to przepraszam brzmiało pretensjonalnie. Miała dosyć mężczyzn. Mógłby być najprzystojniejszym facetem na kuli ziemskiej, a był, za to ona nie byłaby w stanie na niego spojrzeć. Zbyt dużo płeć męska dawała jej powody do zmartwień.

Running up that hill

: ndz mar 01, 2026 9:49 am
autor: Ethan Hartley
Powrót do Toronto był dla Ethana cholernie trudny. Ukorzenie się przed rodzicami było najbardziej upokarzającą rzeczą, z jaką przyszło mu się zmierzyć, ale jaki miał wybór, kiedy wszystko stracił? Perspektywa rozpoczynania życia od zera jakoś mu się nie wpisywała w scenariusz, a żeby nie stracić tego, co zdążył już posiąść i żyć na poziomie, do jakiego przywykł, musiał odzyskać dostęp do funduszy. Niestety, starsi Hertleyowie mieli warunki, które postanowili przedstawić mu podczas dzisiejszej kolacji. Na samą myśl mimowolnie się skrzywił. Wprost nie mógł się tego doczekać.
Na przebieżkę po parku dziś wyjątkowo nie zabrał Arniego, który został w rezydencji rodziców, gdzie nocowali od kilku dni. Ethan miał nadzieję, że ta sytuacja to tylko chwilowe zawirowanie, bo nie wyobrażał sobie na dłuższą metę dzielić dachu z matką i ojcem. Odkąd zmarł Michael, wywierali na nim ogromną presję w kwestii osiedlenia się w Toronto, znalezienia odpowiedniego stanowiska dla Hartleya i życiowej partnerki. Wszystko po to, by zyskać w oczach elity. A jemu? Jakoś nie było spieszno do żadnej z wymienionych spraw. A już szczególnie do ożenku.
Bieganie pozwalało mu uciec na chwilę myślami od absorbujących go problemów. A że ostatnio miał ich na głowie całkiem sporo, stracił rachubę czasu. W pewnym momencie licznik na jego zegarku wybił dzienny cel, oświadczając to intensywną wibracją i pikaniem, które odezwało się w jego uszach przez słuchawki. Zaskoczony, przystanął na moment przy najbliższej ławce, żeby złapać chwilę oddechu, po czym poprawił buty. W pierwszej chwili nie usłyszał biegnącego ku niemu zwierzęcia, ale kiedy kątem oka zauważył czarną włochatą kulę, stanął w miejscu i czekał na reakcję. Na szczęście, pies najwyraźniej nie miał wobec niego złych zamiarów, więc ściągnął słuchawki i przykucnął, by się z nim przywitać.
Hej, Piękności. Jak się masz? Gdzie jest twój właściciel, hm? - zapytał, głaszcząc zwierzaka, po czym rozejrzał się po okolicy. - Zdradzisz mi swoje imię? - Na szczęście psina miała obrożę z imieniem i numerem telefonu, tylko upewnił się, że dobrze zrozumiał. - Koko. Czyli dziewczynka. Grzeczna jesteś - skomplementował ją, jeszcze raz gładząc po karku. To był prawdziwy słodziak. - Chodź, odprowadzę cię - zaproponował i ruszył z nią w kierunku, z którego przybiegła.
Już po pierwszym zakręcie jego oczom ukazała się ciemnowłosa filigranowa postać z pozostawioną w rękach smyczą. Podszedł do niej z nieznacznym uśmiechem, nie kryjąc przy tym żadnych niecnych zamiarów, w myślach przyznając, że była zajebiście atrakcyjna.
Już miał do niej zagadnąć, ale go uprzedziła, czemu, o dziwo, towarzyszył niezbyt uprzejmy ton. Ściągnął nieco brwi.
Naprawdę? A przybiegła do mnie, jakby pilnie potrzebowała pomocy - stwierdził, starając się ukryć czające się w kącikach ust rozbawienie. Przelotnie spojrzał na właścicielkę, przy której przystanęła Koko. Miała niezwykle piękne oczy. Nie skupił się jednak na nich dłużej, niż to wypadało, a przeniósł spojrzenie na psa. - Pewnie nie podobają ci się humorki Pańci, co? Szczeknij, jeśli ci dokucza, załatwię to. - Tym razem uśmiechnął się szerzej z wyraźnym rozbawieniem, powracając wzrokiem do ciemnowłosej. - To jak? Powinienem wezwać jakiegoś obrońcę praw zwierząt, czy coś? - Uniósł nieco wyżej brew, a w jego oczach zatańczyły zawadiackie iskierki.


Cherry Marshall

Running up that hill

: ndz mar 01, 2026 12:23 pm
autor: Cherry Marshall
Ethan Hartley

Nie była w stanie powstrzymać się od wywrócenia teatralnie oczyma. Westchnęła cicho pod nosem i zmierzyła go wzrokiem. Owszem, był przystojny, ale zwyczajnie... męczący. Przecież wystarczyłoby podanie jej smyczy, a ona mogłaby wrócić do bajecznie, drogiego apartamentu, żeby rozsiąść się w fotelu z laptopem i sprawdzić wyniki miesięczne korporacji. Charlie ostatnio wysłał jej całkiem ciekawy raport, prawie tak ciekawy jak bujna czupryna jej rozmówcy.
Pilnie, to chciała upolować kota — poprawiła go, prostując się. Niestety, Koko zawsze miała nosa do ludzi. Chociaż bywały chwile, w których się myliła. Dla Marshall była swego rodzaju filtrem znajomości, które ją otaczały. Suczka ludzi akceptowała, lub nie. Do tej drugiej grupy Charity podchodziła ze sporą rezerwą. Tylko teraz wpatrywała się w przystojniaka, stojąc na łapach, by móc polizać jego ręce. Aż nie była pewna, co ją bardziej irytowało. Brunet, czy jej własny pies.
Humorki? — powtórzyła za nim, unosząc do góry obie brwi. Zabrzmiał dosłownie jak jej ojciec. Zacisnęła mocniej pięści, chcąc wręcz rzucić się na niego. Tyle razy słyszała, że przez humorki i hormony nie będzie dobrym prezesem, a teraz jeszcze przez to jej ukochana psia córeczka miałaby uciekać? Istniała cienka linia, która była w stanie doprowadzić ją do wściekłości. Ethan właśnie ją przekraczał — jezu, typowy facet... Może jeszcze zasugeruj, że mam okres — prychnęła, kręcąc głową. Zniesie to. Jedyne co liczyło się dla niej w tym momencie to Koko. Mocno ściskała tę smycz, czekając aż Hartley wypuści do niej psa, a on... no nic. Zamiast tego rozpaliła się między nimi przedziwna przepychanka słowna. Jak wiadomo, Charity uwielbia wygrywać i nie miała zamiaru być gorsza.
Czy powinnam wezwać prawnika, żebyś oddał mi psa? — warknęła niemalże od razu, słysząc o obrońcach zwierząt. Wiele rzeczy można było jej zarzucić. Bycie sztywniarą, nieumiejętne odpalanie wrotek, pochopne osądzanie, ale na pewno nie dbanie o Koko. Dla tego pudla dałaby się pokroić — wiesz, nieroztropnym jest atak słowny. Mogłabym odzyskać mojego psa? — nawet zabrzmiało to jak swego rodzaju prośba. Czasami i Charity Marshall miała w sobie odrobinę łaski. Z każdą sekundą stawała się bardziej zdesperowana. Chciała tak prostu wtulić się w loczki pudelka, by poczuć jej luksusowy szampon, w którym była kąpana raz w tygodniu.
Czy mam wezwać ochroniarza? — gdzieś na pewno musiał się kręcić. Po ostatniej akcji przed wieżowcem Northland Power dostała szału na punkcie własnego bezpieczeństwa — a jak się pan nazywa? — wcale nie szykowała mu pozwu właśnie w głowie. Wcale nie.

Running up that hill

: ndz mar 01, 2026 7:37 pm
autor: Ethan Hartley
Wystarczyła chwila, by Ethan przekonał się, że napotkana dziewczyna bez wątpienia należała do tych charakternych, tym samym stawiając mu nieme wyzwanie do podjęcia słownej gry. Mimo jej dość protekcjonalnego zachowania nieznajoma wyzwoliła w nim chęć przekonania się, do czego to małe starcie ich doprowadzi. Dlatego też jej zniecierpliwione przewrócenie oczami i słowa w ogóle go nie zraziły.
- Nie sądzę. Potrzeba chwili odpoczynku od Pańci wydaje się bardziej zasadna. - Nieznacznie wydął wargę, spoglądając na nią wymownie, ale w jego oczach wciąż czaiły się iskierki rozbawienia. Może nie wypadało drażnić nieznajomej w miejscu, w którym od chwili przebywali sami, bo co, jeśli była seryjną morderczynią? Jednak nie potrafił się przed tym powstrzymać. Poza tym, sądząc po jej drobnej figurze, poradziłby sobie z nią bez problemu. Chyba, że działała w zmowie z psem.
Na wspomnienie o okresie na jego twarzy momentalnie ukształtowała się lwia zmarszczka, a przez jego głowę przeleciało mu pytanie: że co proszę? - Czyli jesteś taka non stop? - dopytał, po czym zerknął na czarną łaszącą się do niego kulę, której nie sposób było zignorować. - Teraz już niczemu się nie dziwię - zaśmiał się i pokręcił głową, drapiąc zwierzę po głowie. Im dłużej z kobietą rozmawiał, tym miał coraz lepszy humor. No i podobał mu się ten gniewny błysk w jej oczach, który niezmiernie go intrygował.
- A wystarczyłaby odrobina uśmiechu i okazania wdzięczności za odprowadzenie psa. To chyba jeszcze nikomu nie zaszkodziło? - Uniósł wyżej brew w odpowiedzi na pytanie o prawnika. Jak na jego gust dziewczyna niepotrzebnie się spinała, ale chcąc nie chcąc, patrzenie na jej fochy sprawiało mu ogromną przyjemność. Przypominała małą dziewczynkę, która zaraz zacznie tupać nogą, bo nie dostała tego, co chciała. Gdy jednak usłyszał jej nieco łagodniejszą prośbę na moment przygryzł wargę. Czyżby postanowiła grać w tę grę? - Jeśli tak bardzo chcesz go odzyskać, to sama sobie go weź. Nie gryzę. Zwykle. - Uśmiechnął się nieco łobuzersko, wpatrując się w nią, ciekaw jej reakcji. On bynajmniej nie zamierzał się ruszyć. Przecież nawet mu nie podziękowała!
Och, to kto do nas jeszcze dołączy? Zaraz zrobi się tu całkiem spory tłum niepotrzebnych gapiów, a przecież można tę sprawę załatwić znacznie prościej i przyjemniej. - Szelmowski uśmiech nie przestawał schodzić z jego ust. Miała tyle możliwości, dzięki którym ta rozmowa mogła przebiec zupełnie inaczej, a tymczasem ona musiała chwytać się tak agresywnych środków. - Ethan. A Pańcia? - Bardzo starał się utrzymać powagę. Bardzo.

Cherry Marshall

Running up that hill

: ndz mar 01, 2026 9:05 pm
autor: Cherry Marshall
Ethan Hartley

Były słowa, która mogłyby ją zranić bardziej niż śmierć najbliższej osoby. Charity miała fioła na punkcie Koko. Uwielbiała ją i rozpieszczała, jakby była największym skarbem na świecie. Dla niej poniekąd tak było. Mogłaby się wpatrywać w suczkę godzinami. Miała zapewnionego trenera, behawiorystę, psie SPA i przedszkole. Marshall cały czas dostawała zdjęcia od pet sitterki. Nic dziwnego, że nic nie potrafiło ją tak rozzłościć, jak bezzasadne oskarżenia o złe traktowanie psa.
Ona jest pańci całym światem, więc daruj sobie — warknęła przez zaciśnięte wargi. Niemalże czuła, jak w oczach pojawiają się prawdziwe płomienie i nie miała zamiaru zatrzymywać się, chociażby na krótki moment — u nikogo nie miałaby lepiej — dodała, unosząc brodę. Zawsze kiedy chciała dodać sobie pewności siebie, to robiła. Facet stojący na przeciwko niej, był dobrze zbudowany, wysoki. Może w innych okolicznościach mógłby zostać niezobowiązującym kutasem, którego sugerowała jej Cora, ale teraz? Nie było opcji, by spojrzała na jego ciemną czuprynę, czy brązowe tęczówki. To trochę jak z wilkiem przebranym za babcię w czerwonym kapturku. Wiesz, że to się źle skończy.
Słucham?! — krzyknęła, nie kryjąc własnego zdziwienia. Wielu mężczyzn była w stanie spacyfikować jednym spojrzeniem, kolejnych krótkim zdaniem, a pierwszy raz ktoś sprawił, że przegrywała dyskusję. Nie potrafiła w to uwierzyć. Aż wciągnęła mocno powietrze do płuc, próbując się uspokoić, choć wewnętrznie nią trzęsło — za kogo ty się masz?! — na pewno nie za żadnego biznesmena, czy znaczącą osobę. Nikt w jej świecie nie odezwałby się do niej w ten sposób. Wszyscy ją znali, szanowali, a momentami wręcz się bali — lepiej, żebyśmy nigdy więcej się nie spotkali, bo Cię zniszczę — groźba na poziomie nastoletniej królowej liceum. Tak, nie mogła znaleźć lepszego pocisku. Pozbawił ją jakiegokolwiek gruntu pod stopami.
Prychnęła. Nie mogła ukryć własnej reakcji. Jeśli myślał, że ona mu za cokolwiek podziękuje, to gorzko się mylił. Oparło mocno dłonie o własne biodra i westchnęła. Im dłużej prowadziła tę rozmowę, tym miała coraz bardziej dosyć.
Powiedziałam przepraszam. Oddaj mi ją — syknęła jeszcze raz Charity. Nie chciała się do niego zbliżać. Wiedziała, że to jawna prowokacja. Nie gryzł, jasne. Wystarczyło słuchanie jego tonu, by wiedzieć jedno. Nie zrobi tego. Jeszcze mogłaby się czymś zarazić.
To dziewczynka, a nie chłopiec — syknęła, słysząc to go w kontekście Koko. Miała jasną określoną płeć, a jeszcze nie słyszała o trans psach. Drażniło ją to. Jasne, rozumiała ten pies. Tylko to była ta Koko. Najważniejszy punkt życia Charity.
Charity. — mruknęła cała niezadowolona Marshall, by po chwili przegryźć dolną wargę. W jej głowie rozpoczęło się wielkie przeliczanie zysków i strat. Przez moment przypominała kota wśród wielkich wykresów, obliczeń, ale finalnie zdecydowała się. Zaczęła szybkim krokiem iść w stronę Ethana. Nie zastanawiała się, była gotowa na walkę.
A teraz oddaj mi ją — mruknęła, chwytając go za nadgarstek, a drugą ręką chwyciła szelki Koko. Mocno ciągnęła, byle by puścił. Nie miała zamiaru odpuszczać ani przez moment. Z piękną gracją sprzedała mu kuksańca prosto w bok. Koko wydała się wielce niezadowolona i zaczęła szczekać to na swoją pańcię. Tyle że teraz rozpoczęła się prawdziwa walka... a ich Charity Marshall nie przegrywa.

Running up that hill

: ndz mar 01, 2026 11:04 pm
autor: Ethan Hartley
Dla Ethana jego amstaff też był najważniejszy, a nawet ważniejszy od jego rodziców, dobrze więc wiedział, co czuła kobieta, gdy pies zniknął z jej oczu. I z pewnością zrozumiał jej zapewnienie, że traktowała ją jak księżniczkę. Nie mógł przy tym oprzeć się wrażeniu, że z Koko obchodziła się znacznie lepiej, niż z innymi ludźmi. Właściwie nietrudno było się tego domyślić, skoro dziewczyna nadal na niego warczała. Musiał przyznać przed sobą, że podobał mu się sposób, w jaki się denerwowała - zarówno złowrogi błysk w jej oczach, jak i zaciskane w nerwach szczęki, które sprawiały, że rysy jej twarzy stawały się wydatniejsze. Była niezwykle interesującą zawodniczką.
Z tym, że ten cały świat właśnie Pańci uciekł. Czy to o czymś nie świadczy? - Nie dawał za wygraną, wcale się jej nie obawiając. Bo co mogła mu zrobić tak filigranowa kobieta? O całkiem zgrabnym ciele skrywającym się pod dopasowanym strojem sportowym. Kimkolwiek była ta ociekająca arogancją piękność, nie miał zamiaru dawać jej żadnej satysfakcji i odpuścić. Najwyraźniej przydało jej się nieco przytrzeć jej zadziorny nosek. I podziałało.
Emm… za dobrodusznego mężczyznę, który przyprowadził Ci psa? - wzruszył ramieniem, zastanawiając się, czy taka odpowiedź jej wystarczy. To zabawne, bo zrobił coś bezinteresownie, a ona zachowywała się, jakby nastąpił koniec świata. Równie dobrze mógł poczekać na nią na ławce, przy której dopadła go psina. Bo nie był zwyrodnialcem, psa w potrzebie by nie zostawił. Na jej jawną groźbę zmrużył oczy. - Ach, tak? W jaki sposób? - obniżył tembr głosu całkowicie zaintrygowany, a zielone tęczówki zapaliły się pod wpływem łobuzerskich płomieni. Zdecydowanie ją prowokował. Bo czy aż tak na nią działał, że zaczęła planować zemstę?
Takim tonem się nie liczy. Naprawdę uważasz, że od bycia miłym świat się zawali? - parsknął śmiechem, ukazując przy tym szereg białych zębów. Zaczynał dostrzegać, ile bycie uprzejmym sprawiało jej trudności, a on jej niczego nie ułatwiał. Wprost przeciwnie - ewidentnie się z nią droczył, ale jakoś nie potrafił się przed tym powstrzymać. Miał ogromną słabość do tego typu gier, bez względu na to, czy kończyły się w łóżku, czy pozostawały jedynie w niewinnej sferze. Ale kiedy tak skupiał na niej swój pewny siebie wzrok, upewniał się, że z nią byłby istny ogień.
Wiem. To Koko - zauważył, po raz pierwszy wypowiadając jej imię, które jeszcze chwilę temu poznał dzięki obroży. Nie był ignorantem, o czym ciemnowłosa właśnie mogła się przekonać. - Charity - powiedział niczym jej echo, na chwilę przenosząc spojrzenie na jej pełne wargi, gdy ta przygryzła dolną w zamyśleniu, a przez jego głowę przeszła szalona myśl, że z chęcią sam by ich spróbował. - Cieszę się, że wszyscy się poznaliśmy - dodał zaraz, ponownie wracając wzrokiem w jej oczy. Uśmiechnął się szerzej, kiedy w końcu postanowiła podejść, ale jej mina nadal wzbudzała wiele wątpliwości co do jej intencji. Instynktownie zacisnął palce na szelkach mocniej.
Jak ładnie poprosisz. - Tylko tyle, albo AŻ tyle. Kiedy poczuł jej uścisk dłoni na swoim nadgarstku i zawzięte ciągnięcie, napiął ramię i nie puszczał, starając się przy tym nie ruszać w obawie przed przypadkowym zrobieniem krzywdy temu nieszczęsnemu psu. Na kuksańca zdusił w sobie jęk, wydając tylko niewielki pomruk, bo tego zupełnie się po niej nie spodziewał. - Dobra, dosyć tego, wariatko, bo jeszcze zrobisz krzywdę albo sobie albo jej. - Mówiąc to, objął ciemnowłosą w pasie i mocnym chwytem przyciągnął ją plecami do siebie, starając się odsunąć ją od psa i jednocześnie nie puścić rozdrażnionej Koko w obawie, że znowu ucieknie. Z tak niewielkiej odległości do jego nozdrzy dotarł interesujący zapach kobiecych perfum i musiał przyznać, że doskonale podkreślały jej temperament. W innych okolicznościach aż mógłby się nimi zachłysnąć, jednak teraz próbował opanować szamoczącą się w uścisku dziewczynę.
- Spokojnie, weź głęboki wdech. Nic Ci nie zrobię. To naprawdę da się załatwić bez rękoczynów - powiedział z opanowaniem i stanowczością do jej ucha, choć nie był pewien, czy jego słowa jakkolwiek ją uspokoją. Fakt był taki, że naprawdę nie miał względem niej ani jej psa żadnych niecnych planów.

Cherry Marshall

Running up that hill

: pn mar 02, 2026 7:18 am
autor: Cherry Marshall
Ethan Hartley

W trakcie wielu chwil nie traciła opanowania. Mogła negocjować kontrakty o miliardy dolarów, rozmawiać z najbogatszymi ludźmi na całym świecie, ale nikt nigdy nie działał na nią w taki sposób jak Hartley. Mężczyźni z reguły doprowadzali ją do nerwów. Jeden brakiem obecności, czy brakiem zaangażowania, drugi stale jej groził, próbując pokazać własną rację, za to on? Stąpał po grząskim lodzie, czekając, aż jej oczy ostatecznie zapłoną. Ogniki tańczyły w jej oczach coraz mocniej wraz z każdym wypowiadanym przez jego usta słowami.
Z twoim ego jest coś nie tak, że postanowiłeś wyżyć się na mnie i moim psie? — Marshall miała jedną, naczelną zasadą. Nie przegrywała. Nawet w najgorszych sytuacjach, najbardziej beznadziejnych musiała walczyć. Raz się poddała, co później zakończyło się kłótnią wszech czasów pod biurem. Złość względem Ethana była czystsza, niż gdy usłyszała o wywiezieniu jej. Nie zostanie tchórzem, nauczyła się radzić sama. Była niezależną kobietą z pudlem, a uderzanie w jej kompleks idealnej właścicielki było dla niej jak płachta na byka.
Raczej za typka, który postanowił mi udowodnić, że nie potrafię zająć się własnym psem — prychnęła, kręcąc głową. Dobrodusznego mężczyznę, ta? Prędzej uwierzyłaby, że inny facet sprowadzi jej gwiazdę z nieba niż w jego dobre chęci. Gdyby tak było, trzymałaby w dłoni Koko. Może podziękowałaby mu wtedy. Za to wyobraźnia jej szalała. Po co ją cały czas trzymał? Musiał być złodziejem psów z topowych hodowli pudli na świecie. Słyszała o nich. Rodzice Koko byli jednymi z najbardziej nagrodzonych, prawdziwa psia śmietanka. Nic dziwnego, że ją trzymał. Chociaż jedno musiała przyznać, był naprawdę przystojnym złodziejem — tak, w taki sposób. Nawet nie wiesz, z kim masz do czynienia — a miał z prezeską Charity Marshall, która byłaby w stanie poruszyć góry i oceany byle dostać, to czego chciała. Uniosła delikatnie oba kąciki ust, próbując dodać sobie otuchy. Widziała ten jego nędzny uśmiech. Mógł mieć w sobie coś czarującego, ale został jej wrogiem. Dodatkowo takim z wielkim napisem numer 1.
To nie zwracaj się do niej jak do faceta — warknęła lekko zdziwiona Cherry. Przez ułamek sekundy była zdezorientowana, poczuła względem Ethana drobne ziarno sympatii. Czyżby złodziej zadał sobie na tyle trudu, by poznać jej imię? Cholera, nie mogła wychodzić z roli, to było coś na, co nie pozwoliłaby sobie — ja w ogóle nie cieszę. Ethan. Co to w ogóle na imię? — o ile w ogóle było prawdziwe, aż strzeliła oczyma. Jakoś nie chciało się jej wierzyć, że przedstawiłby się jej prawdziwym imieniem. Skoro chciał ukraść Koko, pewnie musiał ją sprawdzić, znał trasy spacerowe, tylko... skąd miałby mieć pewność, że ona ucieknie? Pewnie sam wypuścił kota, a dronem kontrolował trasę ucieczki. Tak musiało być.
Chyba śnisz — syknęła już cała zirytowana. Próbowała podważyć mu palce na każdy możliwy sposób. W tym małym ciele miała całkiem sporo siły, zwłaszcza kiedy adrenalina zaczęła krążyć w jej żyłach, ale był silniejszy, większy i miał wkurzającą woń perfum. Taką, która się jej spodobała. Mogłaby dłużej ją wąchać, gdyby tylko miała ku temu moment — jak ja jestem wariatką to ty złodziejem! — krzyknęła jeszcze, zanim przyciągnął ją do siebie. Wtedy przez moment stanęła jak sparaliżowana. Był silny, pewny siebie i to wkurzało ją najbardziej. Wystarczyło parę sekund, by zaczęła obmyślać plan. Jaki? Kurwa, sprytny. Szamotanie się nic, by nie dało.
Teraz to naprawdę udałeś się do krainy snów — warknęła Charity i zaraz sprzedała mu kuksańca z całym impetem w bok i nadepnęła go, licząc się poluźni uścisk. Gdyby tylko miała okazję, wróciłaby z powrotem do próby oswobodzenia psa. Byle jak najszybciej uciec. Trochę przestawała wierzyć we własne możliwości. Nie dość, że był złodziejem, to jeszcze kiepskim. Nie porywa się właścicielki razem z psem. Chyba że oto mu chodziło.

Running up that hill

: pn mar 02, 2026 2:51 pm
autor: Ethan Hartley
Sztuka opanowania była podobno kluczem do sukcesu. Hartleya naprawdę ciężko było wytrącić z równowagi, bo do wielu spraw miał dystans i nie przejmował się opinią innych. Poza tym miał tajną broń - poczucie humoru, dzięki któremu niewiele mogło go ruszyć, bo sprawnie odbijał piłeczkę. Nie dało się ukryć, że przez to nie zawsze udawało mu się zyskiwać sympatię, bo wychodził na aroganta, ale czy go to obchodziło? Bynajmniej.
Wyżyć się? Gdzieżbym śmiał - zaoponował ze śmiechem, jakby zupełnie nie rozumiał, o co jej chodziło. Po części właśnie tak było. Ich słowną potyczkę traktował jak świetną zabawę, poza tym nie miał czego sobie nadrabiać. I najwidoczniej to ona miał problem z ego, skoro go atakowała mimo całej jego życzliwości. Ale zaczynał rozumieć, że musiał trafić w jej czuły punkt. Ta znajomość zapowiadała się wprost fantastycznie.
To też. I najwyraźniej całkiem dobrze mi to wychodzi. - Wzruszył łobuzersko brwiami, stając się coraz bardziej bezczelny. Świadomie zbliżał się do magicznej granicy jej cierpliwości, ale tak naprawdę sama go do tego podjudzała. Z błyskawicami w oczach i bijącą od niej pewnością siebie wyglądała jeszcze atrakcyjniej. Z każdą chwilą dostrzegał w niej coś, co sprawiało, że chciał doprowadzić ją do szaleństwa. Na każdy możliwy sposób. - Mhm, chyba coraz bardziej chciałbym się przekonać - przyznał z tym samym uśmiechem, zupełnie niewzruszony tymi pogróżkami. Oczywiście, nie mówił tu o jej nazwisku czy pozycji, ale o całej jej osobie. Z chęcią poznałby ją bliżej, zaczynając od jej zalet, których na razie niewiele przed nim ujawniła, niemniej wcale go tym nie zniechęciła. A za takimi wyzwaniami wprost przepadał.
Chyba nie byłaś pilną uczennicą. Zdecydowanie pominęłaś naukę o rodzajach gramatycznych. I zajęcia z etyki i wychowania - wytknął jej, wciąż się z nią drocząc tylko po to, by podtrzymać rosnącą między nimi temperaturę. Bo im dłużej to trwało, tym bardziej coś go do niej przyciągało. Na uwagę o swoim imieniu prychnął i wzruszył ramionami. - Zapytaj moich rodziców. Pewnie z chęcią Ci odpowiedzą. - A na pewno zdziwią się, że w końcu przyprowadził im kogoś do domu, bo jeszcze nigdy do tego nie doszło. Pytanie tylko, czy nadawała się jako materiał na jego dziewczynę? Jeśli na co dzień również ociekała uprzejmością, jak w tej chwili, to widział marne szanse. Na szczęście jednak, nic takiego nie musiało mieć miejsca.
Myślisz, że jako złodziej zadałbym sobie tyle trudu, żeby Ci się przedstawić i z Tobą posprzeczać? - Chyba naoglądała się za dużo filmów. Albo mieszkała na innej planecie, bo każdy szanujący się złodziej założyłby chociaż coś na głowę, żeby nie dało się go poznać. A Ethana nie sposób było zapomnieć. Po prostu to wiedział.
W zamian za łagodne podejście do Charity, znów otrzymał cios w brzuch, a jego stopa została przyciśnięta przez ciężar sportowego buta dziewczyny. Podwójne uderzenie tym razem spowodowało wydanie z siebie jęku przez zaciśnięte zęby. - Ja pierdole, kobieto, uspokój się! - Zamiast zwolnić uścisk, co jeszcze kilka sekund temu planował zrobić, sięgnął dłonią jej ramię, żeby ją zablokować przed następnym uderzeniem i zacisnął swoją rękę mocniej wokół niej. Pod wpływem intensywnego chwytu jego silnie zbudowane ramię znalazło się znacznie wyżej, teraz opierając się tuż pod jej piersiami, podczas gdy jej filigranowe ciało bezwiednie przyległo do niego, nie pozostawiając przestrzeni między jego klatką piersiową a jej plecami. - A teraz, droga Charity, przeproś, proszę. Inaczej już Cię nie puszczę - powiedział znów opanowanym głosem, nieco pochylając się do jej ucha i pozostawiając po sobie gorący oddech na jej szyi. Stąd jej perfumy odczuwał znacznie intensywniej. Były cholernie pociągające. Czy to możliwe, że jego ostatnie słowa zabrzmiały jak obietnica?

Cherry Marshall

Running up that hill

: pn mar 02, 2026 4:57 pm
autor: Cherry Marshall
Ethan Hartley

Powoli zaczynała irytować ją potyczka słowna. Aż delikatna, pulsująca żyłka pojawiła się jej na czole. Przecież zawsze wiedziała, co powinna powiedzieć, co wytknąć drugiej osobie, a teraz? Pierwszy raz brakowało jej języka w ustach. Nic nie przypominało jej zabawy, bardziej widziała w nim prawdziwego rywala. Ktoś pierwszy raz był stanie dorównać jej kroku, wytknąć nieścisłości, a co gorsze robił to z czarującym uśmiechem na twarzy. To irytowało ją najbardziej.
Uważaj, żebym ja nie trafiła w twój czuły punkt — mruknęła bardziej dla siebie, czując powolną przegraną. Nienawidziła tego uczucia, kiedy finalnie zaczynała odpuszczać. Uniosła ku górze własną brodę, patrząc w niego nieprzeniknionym spojrzeniem. Wiele by zrobiła, żeby zamknął usta, przestał się szczerzyć. Ba, irytowało ją to, że bawił się nią, zamiast tak po prostu zwyczajnie oddać jej Koko. Cierpliwość nigdy nie była mocną stroną Marshall, zwłaszcza kiedy doskonale wiedziała, czego dokładnie pragnęła — jesteś głupi, czy masochistą? — spytała, słysząc jego słowa. Aż nie mogła powstrzymać krótkiego prychnięcia pod nosem. Obie opcje wydawały się jej prawdopodobne. Kobieta rzuca groźbami, próbuje manifestować własnym stanowiskiem, a on co? I cały czas ten uśmiech... Chciała, by przez moment zniknął z jego twarzy. Trudniej było jej walczyć, kiedy go widziała. Miał w sobie coś czarującego. Tylko życie nauczyło już ją, że na takich czarusiów trzeba najbardziej uważać. Wiele obiecywali, by później zniknąć jak kamień rzucony prosto w taflę jeziora.
Przynajmniej nie ominęłam lekcji dotyczącej instynktu przetrwania — warknęła, bo szczerze rodzaje gramatycznie ją nie interesowały. Coraz mocniej rosła w niej chęć przyfasolenia z pięści prosto w twarz Hartleya. Temperatura rosła wraz z każdym wymienianym słowem, a na wspomnienie o rodzicach drgnęła nieznacznie. Przypomniała sobie o własnym ojcu, o sali szpitalnej, w której leżał. Potrząsnęła głową, wracając do trybu walki. Tylko w nim mogła przetrwać tę wymianę zdań — śnisz. W życiu bym się z Tobą nie umówiła, ani tym bardziej chciała mieć coś wspólnego z ludźmi, którzy doprowadzili do powstania kogoś takiego. Oddaj mi Koko, a nasze drogi się rozejdą — jej ton ze złości znów przeszedł w rozkazujący. Do niego była przyzwyczajona. Anne, przynieś raport, pozamiataj, poprzesuwaj... — pewnie sprawia Ci ta rozmowa chorą przyjemność, co? — syknęła, czując grząski grunt pod nogami. Nie znieść pewności siebie bijącej od Hartleya — lubisz jak kobiety karmią twoje niezaspokojone ego? — prychnęła, unosząc obie brwi. Takiego też jednego znała. Ethan przypominał jej jedną, wielką, dodatkowo chodzącą, czerwoną flagę.
Pewnie to wszystko — zaczęła z lekkim wahaniem. Skubany przedstawił jej lepszy argument, mógł mieć rację, ale... — jest, by zrobić dobre pozory. Taki przystojniak, ale zanim to powiedziała ugryzła się w język — gościu dobrze wygląda z psem — każda normalna kobieta pewnie by się nim zachwycała. Niezauważony mógłby wyjść z Koko, a ona chyba się wręcz nim zakochana. Pewnie wylizałaby go z radości. Zawsze wolała facetów.
Nie miała zamiaru odpuszczać. Specjalne okoliczności wymagały specjalnych środków.
To oddaj mi ją w końcu — krzyknęła na całe gardło, nie hamując się nawet przez krótki moment. Wyrywała się, wręcz próbowała, a on jeszcze mocniej przyparł ją do siebie. Nagle stanęła jak sparaliżowana. Brakowało jej bliskości drugiego człowieka, nawet jeśli była oferowana... przez Sritana, nadętego złodzieja. Dreszcze przeszły przez jej ciało przez jego ciepły oddech. Przez krótki moment chciała się w nim rozpłynąć, oddać mu się w całości, ale... szybko to ona się nie podda — chyba cię popierdoliło? — komentuje go finalnie i próbuje uderzyć go głową o głowę. W parku powstała prawdziwa scena jak w fame mma. Tyle że Cherry traciła siły w tej rozgrywce, wraz z każdą próbą wyrwania się.
Kurwa... — przeklęła przy nieznajomym. Potrafiła rzucać bluzgami, ale nigdy przy totalnie obcych osobach. Musiała się poddać, za to miała nowy cel: kurs samoobrony dla kobiet. Następnym razem nie będzie delikatną damulką — przepraszam. Możesz już mnie puścić i oddać mi Koko, złodzieju? — spytała, unosząc głowę ku górze z wyraźnie niezadowoloną miną. Wiele słów dało się z niej odczytać. Przede wszystkim zawiedzenie własną osobą. Charity nie przepraszała, chyba że była do tego zmuszona. Na pewno nie obcych.

Running up that hill

: wt mar 03, 2026 2:07 pm
autor: Ethan Hartley
Spróbuj - rzucił niczym wyzwanie, obserwując, jak zadzierała brodę, by okazać swoją wyższość. Wyglądało to dość słodko, kiedy tak próbowała udowodnić mu, jaka była ważna. A może to sobie próbowała właśnie coś udowodnić? Ciężko było mu to stwierdzić. - Daj spokój, jesteś tak groźna, jak Twoja Koko. - Czyli wcale, biorąc pod uwagę fakt, że suczka łasiła się do obcych, zamiast bronić Pańci przed przystojnym nieznajomym, który zawiesił na nią oko. Czym innym był jego Arnie, który przynajmniej swoją postawą sprawiał odpowiednio niepokojące wrażenie. Wystarczyło jego warknięcie, żeby wystraszyć każdego kota. Ethan jak chciał, też potrafił pokazać, kto tu rządzi, ale on nie musiał oznaczać terenu, co chyba stanowiło dla Charity problem.
Czyli umiesz przetrwać w dziczy? A już myślałem, że do tego również potrzebujesz sztabu ludzi. - Starała się sprawiać wrażenie wojowniczej i niezależnej kobiety, a jednak po jej zachowaniu był w stanie przypuszczać, że wolała dyrygować innymi, niż samej pobrudzić rączki. Do takich wniosków częściowo doprowadziła go wcześniejsza groźba wezwania prawnika i ochroniarza. Dlatego też skłonił ją do samodzielnej próby odebrania psa, by zobaczyć jej zmagania. Ciekawiło go, czy słowa potrafiła zamienić w czyny? - Nigdy nie mów nigdy - beztrosko wzruszył ramionami. Im bardziej się upierała, tym bardziej chciał jej udowodnić, że mogła się mylić. Zmiana jej tonu na bardziej władczy nic nie zmieniła. On nie był jakąś podrzędną Anne, która przyzwyczaiła się do słuchania rozkazów. Charity nie miała nad nim żadnej władzy, choć próbowała ją na nim wymusić. Gdy wspomniała o jego niezaspokojonym ego, nieco się skrzywił. - Znam znacznie przyjemniejszą formę zaspokojenia - wyznał tajemniczo, przyglądając się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Również mogłaby ją poznać. Może wtedy stałaby się nieco milsza?
Uznam to za komplement - mrugnął do niej łobuzersko. Zauważył to nieznaczne zawahanie. A może to tylko drobne chwile, by złapać oddech w trakcie walki o Koko? Jaka ta kobieta była uparta! Aż przez głowę Ethana przemknęła myśl, że niektóre słowa wyrzuciła ze swojego słownika, skoro tak ciężko przechodziły jej przez gardło. To tylko bardziej zmotywowało go do wymuszenia na niej grzeczności.
Jej krzyk zadźwięczał mu w uszach, powodując lekki grymas. Mimo to nie puścił jej, mając świadomość własnej przewagi. Nie bez powodu dbał o siebie, codziennie biegał i ćwiczył na siłowni dwa razy w tygodniu. A w ostatnim czasie, kiedy miał więcej wolnego czasu, robił to nawet częściej. Nie miała z nim szans.
Wszystko zawsze musi być po Twojej myśli? - zdążył jeszcze zapytać, choć znał odpowiedź na to pytanie. Swoim małym pokazem siły dowodził, że jednak nie na wszystko miała wpływ. A mogło się to skończyć całkiem inaczej, bo wydawało mu się, że kiedy znaleźli się tak blisko siebie, na tę jedną krótką chwilę wytworzyło się między nimi napięcie, którego nie sposób było zignorować. Charity miała w sobie ogień i znał idealny sposób, jak mogłaby go wykorzystać.
W ostatniej chwili odsunął swoją głowę, żeby uniknąć kolejnego uderzenia i aż uśmiechnął się sam do siebie. Mała wojownicza księżniczka. - Mogę tak cały dzień - rzucił wymownie, wciąż czekając na jedyny słuszny krok, który mógł zakończyć całą tą komiczną sytuację. I doczekał się.
Kiedy przekrzywiła głowę w jego stronę i wypowiedziała magiczne słowo z pełną kapitulacją i niechęcią, w jej oczach dostrzegł mieszaninę dziwnych uczuć. Musiał też przyznać przed samym sobą, że z bliska wydawała się jeszcze ładniejsza, ale to jej wzrok na moment go zafrapował. I mógłby pokusić się o to, że nazywanie go złodziejem jej nie pomagało, ale nie miało to już sensu. - Ależ oczywiście, proszę - powiedział i niechętnie, ale w końcu ją puścił, by zaraz na pożegnanie ostatni raz pogłaskać psa i wręczyć jej szelki. - Widzisz, to wcale nie było takie trudne - uśmiechnął się jeszcze pod nosem, patrząc, jak Charity z ulgą wita się z Koko. Rzeczywiście psina musiała być dla niej ważna. - Niemniej czuję się zobowiązany sprawdzić niedługo, co z Koko. Nie martw się, już znam numer. - Puścił dziewczynie oczko, zanim odwrócił się w stronę, z której przyszedł. Miał pamięć do szczegółów, między innymi przez to skończył studia z wyróżnieniem, więc zapamiętanie rzędu cyfr z obroży przyszło mu bez żadnego trudu. Teraz tylko pozostało mu je zapisać. Przy czym nie wątpił, że prędzej czy później się do niej odezwie.


Cherry Marshall

KONIEC <3