stolen moments
: ndz mar 01, 2026 6:25 pm
Sam fakt wysłania do niej wiadomości był niestosowny. Zrobił to mimochodem, między jednym spotkaniem a drugim, kilka dni po tym, jak Ivy odwiedziła go w gabinecie. Zaproszenie, które nastąpiło później? Jeszcze bardziej niestosowne. Ale usunięcie całej konwersacji z telefonu tuż po tym, jak uzgodnili szczegóły? To było już mega niestosowne. Wciąż nie do końca wiedział, dlaczego to zrobił - dlaczego usunął ich rozmowę. Przecież w tych kilku zdaniach nie było nic sprośnego, a jednak przyłapał się na myśli, że chciałby uniknąć ewentualnych pytań ze strony Blair. Nie chciał odpowiadć na niewygodne pytania, gdyby zauważyła jego konwersację z Pokemonem - Eevee Harrison, bo pod taką nazwą widniała Ivy w jego kontaktach. Tak, zdecydowanie chciał uniknąć pytań. Pytań, na które sam nie znał jeszcze odpowiedzi. Około piętnastej napisał Blair, że wróci dziś później, bo projekty w Northland Power wymagają jego obecności. Tak brzmiało kłamstwo numer jeden. Punkt szesnasta, zamiast nad stosem raportów finansowych, siedział w samochodzie zaparkowanym dwie przecznice od Mount Sinai Hospital. To dopiero było niestosowne - co innego rzucona półżartem wiadomość, co innego realizacja planu, który wymagał od niego logistyki godnej tajnego agenta. Wysłał Ivy wiadomość ze wskazówkami i czekał, bębniąc palcami o kierownicę. A gdy tylko dostrzegł jej drobną sylwetkę na horyzoncie... nie mógł opanować uśmiechu. Przyszła. Naprawdę się zgodziła i przyszła. W drodze rozmawiali o totalnych głupotach. O tym, jak minął jej dyżur, jak jemu minął dzień wypełniony spotkaniami, o których zdążył już zapomnieć, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi auta. Ivy ani razu nie zapytała, gdzie jadą - ta ufność jednocześnie go rozczulała i przerażała, bo wyglądało na to, że porwanie Ivy Harrison z Toronto wcale nie było czymś trudnym do osiągnięcia. Zaraz po tym, jak wsiadła, wręczył jej błękitny termos z kawą. Kupił go specjalnie dla niej dwa dni temu. Bo był błękitny. Jak jej oczy. Swoją drogą, zabawna historia - przechodząc obok sklepu, w którym kupił jej kubek, zastanawiał się nad tym, czy po prostu zabrać ją do swojej ulubionej kawiarni, ale szybko porzucił ten pomysł. Ryzyko było zbyt duże - przecież mógł tam wpaść na kogoś znajomego, a oficjalnie pracował dziś do późna. Jechali dość długo, zostawiając Toronto daleko za sobą. W końcu zaparkował na uboczu, na parkingu pokrytym świeżą warstwą białego puchu. Przed nimi rozpościerał się teren, który o tej porze dnia wyglądał niemal magicznie, choć wciąż nie zdradzał swojego przeznaczenia. Wysiadł pierwszy, obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera. - Mamy jeszcze kawałeczek do przejścia - powiedział, wyciągając do niej dłoń, by pomóc jej wysiąść. - Zapraszam na spacer, panno Harrison. Mam nadzieję, że kawa wciąż jest gorąca - posłał jej ciepły uśmiech. Przyjrzał jej się uważnie, ciekawy jej reakcji - pewnie nie miała zielonego pomysłu, gdzie ją zabrał.
Kurde, jarał się.
Ivy Harrison
Kurde, jarał się.
Ivy Harrison