sleigh it ain't so
: ndz mar 01, 2026 8:33 pm
Byli skończonymi kretynami.
Bo niby jak inaczej można byłoby podsumować fakt, że po wypiciu którejś z kolei porcji grzańca, doszli wspólnie do wniosku, że świetnym pomysłem będzie wybranie się do znajdującego się niedaleko parku i poszukanie w nim nadającej się do zjeżdżania na sankach górki? Choć sam plan może wcale nie był taki najgorszy. Gdyby taktownie przemilczeć to, że zdecydowanie żaden z nich nie był już zbyt trzeźwy, samo wspinanie się na górkę skończyło się przynajmniej kilkoma upadkami w śnieg i… nie mieli sanek. Tyle, że to ostatnie trudno już było przemilczeć – bo jednak w całym tym kretyńskim pomyśle stanowiło całkiem poważną przeszkodę.
– Dobra, Stones. Plan jest prosty, poradzisz sobie z nim… – zaczął, samemu siadając na śniegu. Wspinaczka była wystarczająco męcząca – byłaby pewnie mniej, gdyby nie trzeba było tyle razy wygrzebywać się z kolejnych zasp… – nie było więc potrzeby męczyć się dalej bezczynnym staniem. – Musisz tylko zagadać do tego dzieciaka i przekonać go, że naprawdę potrzebujemy na chwilę jego sanek. I że oddamy mu je w nienaruszo… no, możliwe, że prawie nienaruszonym stanie.
Wskazał palcem na mniej więcej dziesięcioletniego chłopca, który właśnie szykował się do kolejnego zjazdu z górki. Dzieciak przynajmniej był odpowiednio przygotowany do zimowych zabaw. A skoro tak, to przecież kompletnie nic nie stało na przeszkodzie, żeby pożyczył na chwilę sanki dwóm nieco bardziej wyrośniętym dzieciakom… Nawet jeśli istniało spore ryzyko, że te zdecydowanie nie wrócą do niego w stanie, który można byłoby uznać za nienaruszony.
– Jakby nie chciał ci oddać po dobroci, to po prostu mu je zabierzemy – wzruszył jeszcze ramionami, jakby faktycznie była to najnormalniejsza rzecz na świecie. W końcu kto nigdy nie zabrał jakiemuś przypadkowemu dzieciakowi sanek…? W każdym razie… w tym konkretnym momencie najwyraźniej faktycznie miało to dla Dantego jakiś sens. Choć może nie aż tak wielki, by póki co zamierzać fatygować się do tego samemu. Bo po co, kiedy można było spróbować podpuścić do całego tego przedsięwzięcia przyjaciela, a samemu zająć się siedzeniem w – zaskakująco wygodnym – śniegu? W razie gdyby Eric miał dać się do tego przekonać… przynajmniej to nie Dante musiałby ścierać się z potencjalnie niewspółpracującym dziesięciolatkiem…
Eric Stones
Bo niby jak inaczej można byłoby podsumować fakt, że po wypiciu którejś z kolei porcji grzańca, doszli wspólnie do wniosku, że świetnym pomysłem będzie wybranie się do znajdującego się niedaleko parku i poszukanie w nim nadającej się do zjeżdżania na sankach górki? Choć sam plan może wcale nie był taki najgorszy. Gdyby taktownie przemilczeć to, że zdecydowanie żaden z nich nie był już zbyt trzeźwy, samo wspinanie się na górkę skończyło się przynajmniej kilkoma upadkami w śnieg i… nie mieli sanek. Tyle, że to ostatnie trudno już było przemilczeć – bo jednak w całym tym kretyńskim pomyśle stanowiło całkiem poważną przeszkodę.
– Dobra, Stones. Plan jest prosty, poradzisz sobie z nim… – zaczął, samemu siadając na śniegu. Wspinaczka była wystarczająco męcząca – byłaby pewnie mniej, gdyby nie trzeba było tyle razy wygrzebywać się z kolejnych zasp… – nie było więc potrzeby męczyć się dalej bezczynnym staniem. – Musisz tylko zagadać do tego dzieciaka i przekonać go, że naprawdę potrzebujemy na chwilę jego sanek. I że oddamy mu je w nienaruszo… no, możliwe, że prawie nienaruszonym stanie.
Wskazał palcem na mniej więcej dziesięcioletniego chłopca, który właśnie szykował się do kolejnego zjazdu z górki. Dzieciak przynajmniej był odpowiednio przygotowany do zimowych zabaw. A skoro tak, to przecież kompletnie nic nie stało na przeszkodzie, żeby pożyczył na chwilę sanki dwóm nieco bardziej wyrośniętym dzieciakom… Nawet jeśli istniało spore ryzyko, że te zdecydowanie nie wrócą do niego w stanie, który można byłoby uznać za nienaruszony.
– Jakby nie chciał ci oddać po dobroci, to po prostu mu je zabierzemy – wzruszył jeszcze ramionami, jakby faktycznie była to najnormalniejsza rzecz na świecie. W końcu kto nigdy nie zabrał jakiemuś przypadkowemu dzieciakowi sanek…? W każdym razie… w tym konkretnym momencie najwyraźniej faktycznie miało to dla Dantego jakiś sens. Choć może nie aż tak wielki, by póki co zamierzać fatygować się do tego samemu. Bo po co, kiedy można było spróbować podpuścić do całego tego przedsięwzięcia przyjaciela, a samemu zająć się siedzeniem w – zaskakująco wygodnym – śniegu? W razie gdyby Eric miał dać się do tego przekonać… przynajmniej to nie Dante musiałby ścierać się z potencjalnie niewspółpracującym dziesięciolatkiem…
Eric Stones