Strona 1 z 2

sleigh it ain't so

: ndz mar 01, 2026 8:33 pm
autor: Dante Levasseur
Byli skończonymi kretynami.
Bo niby jak inaczej można byłoby podsumować fakt, że po wypiciu którejś z kolei porcji grzańca, doszli wspólnie do wniosku, że świetnym pomysłem będzie wybranie się do znajdującego się niedaleko parku i poszukanie w nim nadającej się do zjeżdżania na sankach górki? Choć sam plan może wcale nie był taki najgorszy. Gdyby taktownie przemilczeć to, że zdecydowanie żaden z nich nie był już zbyt trzeźwy, samo wspinanie się na górkę skończyło się przynajmniej kilkoma upadkami w śnieg i… nie mieli sanek. Tyle, że to ostatnie trudno już było przemilczeć – bo jednak w całym tym kretyńskim pomyśle stanowiło całkiem poważną przeszkodę.
Dobra, Stones. Plan jest prosty, poradzisz sobie z nim… – zaczął, samemu siadając na śniegu. Wspinaczka była wystarczająco męcząca – byłaby pewnie mniej, gdyby nie trzeba było tyle razy wygrzebywać się z kolejnych zasp… – nie było więc potrzeby męczyć się dalej bezczynnym staniem. – Musisz tylko zagadać do tego dzieciaka i przekonać go, że naprawdę potrzebujemy na chwilę jego sanek. I że oddamy mu je w nienaruszo… no, możliwe, że prawie nienaruszonym stanie.
Wskazał palcem na mniej więcej dziesięcioletniego chłopca, który właśnie szykował się do kolejnego zjazdu z górki. Dzieciak przynajmniej był odpowiednio przygotowany do zimowych zabaw. A skoro tak, to przecież kompletnie nic nie stało na przeszkodzie, żeby pożyczył na chwilę sanki dwóm nieco bardziej wyrośniętym dzieciakom… Nawet jeśli istniało spore ryzyko, że te zdecydowanie nie wrócą do niego w stanie, który można byłoby uznać za nienaruszony.
Jakby nie chciał ci oddać po dobroci, to po prostu mu je zabierzemy – wzruszył jeszcze ramionami, jakby faktycznie była to najnormalniejsza rzecz na świecie. W końcu kto nigdy nie zabrał jakiemuś przypadkowemu dzieciakowi sanek…? W każdym razie… w tym konkretnym momencie najwyraźniej faktycznie miało to dla Dantego jakiś sens. Choć może nie aż tak wielki, by póki co zamierzać fatygować się do tego samemu. Bo po co, kiedy można było spróbować podpuścić do całego tego przedsięwzięcia przyjaciela, a samemu zająć się siedzeniem w – zaskakująco wygodnym – śniegu? W razie gdyby Eric miał dać się do tego przekonać… przynajmniej to nie Dante musiałby ścierać się z potencjalnie niewspółpracującym dziesięciolatkiem…

Eric Stones

sleigh it ain't so

: ndz mar 01, 2026 10:45 pm
autor: Eric Stones
Po tylu grzańcach Eryczek to miał wrażenie, że nie wspina się na górkę, tylko na Mount Everest. Sapał i dyszał i pewnie kilka razy Dante mógł usłyszeć:
- Nie, ja nie dam rady... Idź sam. Ja tu zostanę, odpocznę. - choć tak naprawdę był praktycznie na samym dole górki - ale jemu się wydawało jakby był w połowie. No ale ostatecznie po kilku przerwach, udało mu się wdrapać na sam szczyt i czuł się tak, jakby właśnie dotarł do jakiegoś skarbu - nieważne, że wejście zajęło Stonesowi o wiele więcej, niż gdyby wchodził na trzeźwo, a w dodatku ludzie gapili się na niego, jakby był z innej planety, choć szczerze powiedziawszy go te spojrzenia ani trochę nie obchodziły, bo on miał cel. Jasny cel. Cel góryki. Poza tym, po dotarciu, pierwsze co zrobił, to walnął się na plecy i podziwiał niebo. A że był wieczór, to już gwiazdy zaczynały się pojawiać - dobrze, że górka była oświetlona latarniami, to przynajmniej było widać cokolwiek - choć w takim stanie, Eric absolutnie nie potrzebował latarni, bo jego zmysły były wytężone i działały o wiele lepiej (wcale nie, ale on tak uważał). No ale po krótkiej chwili, kiedy Stones poczuł, że już może wstać, podniósł się z ziemi i wysłuchał co ma mu Dante do powiedzenia.
Plan. tak, udało mu się wyłapać słowo klucz.
- To bardzo miłe, że we mnie wierzysz. - powiedział, klepiąc przyjaciela po ramieniu.
- Zrozumiałem... znaczy chyba. Mam po prostu zgarnąć sanki od tamtego dzieciaka. I spokojnie, już coś mi wpadło do głowy. - na wszelki wypadek wolał powiedzieć co ma zrobić, by w razie co, Dante go poprawił jeśli się mylił. Sanki, pożyczyć sanki, tamte sanki. powtarzał w kółko, prawie niczym Osioł ze Shreka gdy miał znaleźć niebieski kwiat i kolce. Miał bardzo sprytny plan, który w sumie wpadł mu praktycznie kilkanaście sekund po tym, jak usłyszał co ma do zrobienia.
- No czeeeeeść, dasz znaczy pożyczysz mi sanki jeśli Ci powiem, że święty Mikołaj tu jest? Jeszcze nie wrócił do Laponii bo strrrasznie mu się tu spodobało. - dzieciak zamrugał kilka razy, a Eric tylko posłał mu szeroki uśmiech.
- No serio Ci mówię. Może nawet da Ci prezent. Obiecuję pilnować Twoich sanek. O tam on jest. - powiedział, wskazując gdzieś przed siebie i choć dzieciak nie wyglądał na do końca przekonanego, tak ostatecznie zaczął iść w stronę wyciągniętego przez Stones'a palca.
- Hehe, ez. - powiedział do samego siebie, wzruszając ramionami, biorąc sanki i wracając z nimi do przyjaciela.
- Od dzisiaj mów mi mistrzu. - powiedział dumnie, kładąc sanki na ziemi i od razu na nich siadając - oczywiście zrobił miejsce dla przyjaciela, nie był egoistą.

Dante Levasseur

sleigh it ain't so

: pn mar 02, 2026 2:57 pm
autor: Dante Levasseur
Jak przystało na dobrego przyjaciela, oczywiście starał się każdorazowo motywować Erica do dalszej wspinaczki. Głównie poprzez sugestie, że jeśli ten podda się gdzieś po drodze, to najpewniej zostanie tam już do wiosny i pierwszych roztopów – znając więc kanadyjką pogodę… prawdopodobnie dość długo. Kilka razy zdarzyło mu się też napomknąć coś o niedźwiedziach i innych rosomakach, które na pewno nie pogardziłyby łatwą zdobyczą. Fakt, że nikt nigdy raczej nie widział ani niedźwiedzia, ani rosomaka w miejskim parku, nie miał tutaj absolutnie żadnego znaczenia. Zwłaszcza, że ostatecznie najwyraźniej w jakiś sposób musiało to wszystko zadziałać, skoro obaj dotarli wreszcie na szczyt tej nieszczęsnej górki…
Śnieg. Do uszu, to na pewno – podsumował ze śmiechem słowa Stonesa. Zwłaszcza, że rzeczywiście – obaj byli cali w śniegu, niewykluczone więc, że jakaś jego część mogła dostać się również do uszu. Choć wyglądało na to, że jakiś pomysł również musiał wpaść Ericowi do głowy, skoro tak ochoczo zabrał się za realizowanie genialnego planu.
Dante natomiast z zaciekawieniem śledził jego kroki w kierunku wskazanego wcześniej dzieciaka. Przysłuchując się natomiast całej tej błyskotliwej argumentacji, po prostu nie mógłby nie parsknąć w pewnym momencie śmiechem. Być może jednak nie pokrzyżowało to jednak ich planów tak zupełnie, skoro po krótkiej chwili chłopiec rzeczywiście udał się we wskazanym mu kierunku…
Jasne, mistrzu – parsknął po raz kolejny, kiedy już Stones wrócił wraz ze swoją zdobyczą. – Serio wierzyłeś jeszcze w świętego Mikołaja w jego wieku…?
Co prawda nie miał pojęcia, ile faktycznie dzieciak mógł mieć lat, ale… no, na aż tak młodego wcale nie wyglądał. I pewnie z dużą dozą prawdopodobieństwa można było założyć, że w jego wieku Dante zdążył już przynajmniej przekonać się, że piwo wcale nie smakowało aż tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Choć może jednak Levasseur nie był najlepszym odnośnikiem, by oceniać poziom świadomości dzieci na poszczególnych etapach życia…
Skoro już udało im się zaopatrzyć w niezbędny sprzęt, nie było innej opcji – trzeba było podnieść się ze śniegu i wpakować się na sanki, które ostrzegawczo zaskrzypiały pod ciężarem, do którego najpewniej nie były zbytnio przystosowane. I całkiem możliwe, że ten dźwięk powinien przypomnieć Dantemu na przykład o całkiem niedawno złamanym obojczyku, o tym, że pewnie wciąż powinien przynajmniej trochę na siebie uważać i że zjazd po pijaku z górki na dziecięcych sankach absolutnie nie mógł być dobrym pomysłem.
Oczywiście nic z tego ani na moment nie przeszło mu przez myśl.
No dobra, to nie moż… O kurwa – chciał powiedzieć, że to nie mogło być takie trudne. W końcu obaj mieli jakieś doświadczenie z sankami z dzieciństwa… Zanim jednak dokończył swoją wypowiedź, trochę nieplanowo odepchnął się od ziemi zbyt wcześnie i sanki zaczęły wraz z nimi zsuwać się z górki, całkiem szybko nabierając przy tym impetu.
O dziwo – tym razem nawet nie zakończyło się to żadną tragedią. A skoro tak…
To było zajebiste, może jednak nie będziemy mu oddawać tych sanek – oznajmił natychmiast, podnosząc się i od razu kierując się z powrotem pod górkę. Oczywiście z szerokim uśmiechem na twarzy, absolutnie przekonany o tym, że musieli to powtórzyć. – Dawaj, jedziemy jeszcze raz! Zanim dzieciak się zorientuje, że prędzej odmrozi sobie tyłek niż znajdzie w parku świętego Mikołaja.
Jasne, że żaden z nich nie mógł jeszcze wiedzieć, że chłopak ani przez moment nie szukał żadnego Mikołaja i że pobiegł prosto po swojego ojca… I właśnie dzięki tej nieświadomości mogli wdrapać się na górkę przynajmniej raz jeszcze, żeby powtórzyć swój zjazd. Bo w końcu… skoro pierwszy okazał się tak udany, to niby co mogłoby pójść nie tak przy drugim…?

Eric Stones

sleigh it ain't so

: czw mar 05, 2026 11:12 pm
autor: Eric Stones
Ależ Eric bardzo doceniał każdą motywację, która dawała mu siły niczym Red Bull, który dodawał skrzydeł. W sumie to napiłbym się Red Bulla. pomyślał, gdy tak leżał na szczycie góryki i wpatrywał się w niebo.
- Coo? Nie chce śniegu w uszach. Choć chyba mam go w butach. - powiedział, patrząc na swoje buty, które były całe białe. Miał ochotę je ściągnąć, by pozbyć się śniegu ze środka, lecz zaraz otrzymal zadanie bojowe do wykonania, więc nie mógł marnować czasu na głupoty! Tak więc wstał stuknął tylko bokami butów o siebie i bez narzekania podszedł do nieznajomego dzieciaka. Sam był zaskoczony, że koniec końców dzieciak pobiegł we wskazanym kierunku bez sanek ale cóż, Eric przynajmniej mógł skosztować smaku zwycięstwa i normalnie wyobraził sobie, jak po zgarnięciu przedmiotu służącego do zjeżdżania, wielki tłum stojący pod górką, zaczyna bić mu brawo oraz skandować jego imię.
- Dziękuję padawanie. - podziękował rzecz jasna Dante za to, że nazwał Erica tak, jak mu powiedział by go nazwać. Oczywiście w swojej odpowiedzi nawiązał do świata Gwiezdnych Wojen, gdzie Mistrzowie Jedi mieli swoich padawanów. Ogólnie sam Stones kiedyś bardzo chciał być rycerzem Jedi, choć aktualnie pewnie wybrałby tą drugą stronę, bo była... łatwiejsza. Wystarczyło się wkurwić i myk, ciemna strona się aktywowała - a u Erica wkurwienie było na początku dziennym.
- Mooooże. Nie pamiętam. - wzruszył ramionami, bo szczerze powiedziawszy, pamięć mu płatała figle i już naprawdę nie pamiętał, ile miał lat gdy odkrył, że prezenty przynosiła... jego mama. A któregoś razy nawet przygotował specjalnie dla Mikołaja ciepłe mleko i ciasteczka (kupił je razem z mamą w sklepie), ale to miał może z 5/6 lat.
- Łiiii!!!!! - zaczął lecz zaraz przestał, bo zimne powietrze zaczęło mu wlatywać do buzi. Gdy tak jechał w dól, aż miał flashbacki, jak zjeżdżał na sankach jako dzieciak razem z siostrą. Miał wrażenie, jakby od tamtego zjazdu minęło co najmniej sto lat.
- Nie oddawajmy mu. - pokręcił głową. - Oddamy kiedyś. Albo nigdy. Pewnie rodzice mu kupią nowe tak czy siak. - stwierdził, wzruszając ramionami i nie wiedząc, że młody postanowił pobiec po swojego rodzica...No ale Eric był zbyt przejęty frajdą, jaką dało mu zjechanie z górki i nie mógł się doczekać, aż zjadą ponownie.
- To szybko! Kto ostatni na górce ten zgniłe jajo! - krzyknął i zaczął biec tak szybko, jak tylko mógł. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nagle nie poczuł, że musi złapać oddech, a oprócz tego, zaliczył upadek na ziemię, bo trochę nogi mu się zaplątały.
Tak czy siak, gdy znaleźli się na górce, to tym razem pozwolił Dante usiąść z przodu - taki z niego dobry kumpel!
- Ej bo... jakby to... BAŁWAN PRZED NAMI! - krzyknął, wskazując ulepionego z trzech kul śnieżnych bałwana. Czy zdążą odbić? Czy wjadą prosto na niego? To się okaże.

Dante Levasseur

sleigh it ain't so

: sob mar 07, 2026 3:25 pm
autor: Dante Levasseur
Bardzo by się zdziwił, gdyby Stones nie miał śniegu w butach. Prawdopodobnie obaj wywrócili się w drodze na górę dostatecznie wiele razy, by mieć go absolutnie wszędzie. Aktualnie jednak ta drobna niedogodność chyba żadnemu z nich za bardzo nie przeszkadzała – wypity wcześniej alkohol wciąż rozgrzewał całkiem skutecznie, a przed nimi było zdecydowanie zbyt ważne zadanie, by przejmować się jakimś tam śniegiem. Gdziekolwiek nie miał się on znajdować…
Tylko nie przyzwyczajaj się za bardzo – zaśmiał się ponownie, zostając nagle sprowadzonym do roli padawana. Nie był wielkim fanem Gwiezdnych Wojen, nie do końca jego klimaty, jednak trudno byłoby przynajmniej pobieżnie nie kojarzyć uniwersum. Zwłaszcza, że prawie na pewno Eric mógł zmusić go do wspólnego seansu w zamierzchłych dziecięcych czasach.
Choć może wcale nie były to czasy aż tak zamierzchłe. Zwłaszcza, że zjeżdżając z górki nie sposób byłoby nie poczuć się przez ten – rozczarowująco krótki – moment jak wtedy, gdy spędzało się czas na podobnych zabawach jako dziecko. Brakowało jeszcze tylko porządnej bitwy na śnieżki. Chociaż mało prawdopodobne wydawało się, by o tej porze mieli w parku znaleźć kogoś chętnego do zorganizowania jej w większym gronie – a więc tak, jak powinna się odbywać. I tak mieli niezłe szczęście, że wciąż znajdował się tutaj jakiś dzieciak z sankami. W dodatku całkiem współpracujący, który nie miał problemu z tym, by na chwilę się ich pozbyć.
Wyścig na górę – choć podjęty ze śmiechem i bez chwili wahania – zdecydowanie nie był za to łatwym wyzwaniem. Stones nie był jedynym, któremu grawitacja postanowiła przypomnieć o swoim istnieniu, a wygrzebywanie się ze śniegu po raz kolejny, zajęło stanowczo zbyt wiele czasu niż Dante mógłby sobie życzyć. W efekcie – to Eric znalazł się na górce pierwszy, nawet jeśli z niewielką przewagą.
Nawet nie próbuj! – uprzedził go więc profilaktycznie, zanim ten miałby okrzyknąć go zgniłym jajem. Dla lepszego efektu uniósł nawet palec w ostrzegawczym geście, wciąż jednak skutecznie niszczonym przez rozbawienie zarówno odmalowujące się na twarzy Dantego, jak i doskonale słyszalne w jego głosie.
Sam jesteś bał… Kurwa, faktycznie bałwan! – no nie dało się ukryć. Gorzej, że ten bezczelnie stał dokładnie na ich drodze i nawet jeśli Dante starał się zrobić co mógł – włączając w to bezowocną próbę zahamowania wbitymi w śnieg piętami – nie było już szans na ominięcie go. I trudno byłoby powiedzieć, dla kogo ten drugi zjazd skończył się bardziej tragicznie – bałwan zdecydowanie nie przetrwał zderzenia, podobnie zresztą jak sanki, które zdecydowanie nie nadawały się już do ponownego zjazdu. A jeśli istniało do tej pory jeszcze jakieś miejsce, w którym Dante i Eric mieliby nie mieć śniegu… ten stan rzeczy zdążył się już zdecydowanie zmienić.
Powiedz, że nie połamałeś się jak te sanki, bo będę musiał cię dobić. Nawet nie licz na to, że będę cię niósł do domu – nie podnosząc się jeszcze ze śniegu, wciąż w wyjątkowo dobrym humorze, lekko przekręcił głowę, żeby zerknąć w stronę przyjaciela. Przy okazji sięgnął ręką do barku, by odruchowo rozmasować nieco obolałe po zbyt bliskim spotkaniu z bałwanem miejsce. Albo jednak alkohol działał wyjątkowo skutecznie, albo przynajmniej nie było aż tak dramatycznie, by musiał martwić się ponownym złamaniem.
Oho, chyba ktoś wraca po sanki… – kątem oka zauważył idącego w ich stronę, znanego im już dzieciaka. Z tym, że ten nie był sam – towarzyszył mu wyjątkowo poirytowany i całkiem postawny facet, który raczej nie miał zamiaru przyłączać się do zjeżdżania z górki. Mimo wszystko Dante i tak zwieńczył swoją wypowiedź krótkim, rozbawionym parsknięciem – widocznie nie zdążył jeszcze wyłapać tego, co mężczyzna wykrzykiwał w ich stronę.

Eric Stones

sleigh it ain't so

: ndz mar 08, 2026 7:53 pm
autor: Eric Stones
Ze śniegiem było - zdaniem Stonesa - trochę jak z piaskiem tj. wchodził tam, gdzie nie trzeba. Tak jak nieprzyjemnie było, gdy dostawał się między klapek a stopę, tak samo ze śniegiem nie było przyjemnie, kiedy ten topniał w środku buta i sprawiał, że skarpetki robiły się mokre. No cóż, albo następnego dnia wszystko będzie w porządku, albo obudzi się z katarem - szczególnie że przy wchodzeniu pod górę spocił się, a bluzka pod kurtką lepiła się do niego jak plaster albo przyczepiała jak rzep. O, za rzepami Eric też nie przepadał, a raz był nimi oblepiony od kolana w dół, bo poszedł wyciągać piłkę z krzaków, a że miał spodnie dresowe, to wrócił z dodatkowymi "ozdobami” przyczepionymi do nogawek.
- Nie mogę Ci tego obiecać. - powiedział, kręcąc głową i posyłając przyjacielowi uśmiech. Miło było nawiązać do słynnego uniwersum, które Eric uwielbiał od dzieciaka - nawet komiksy czytał i figurki zbierał, które leżały na dnie szuflady w komodzie w sypialni.
- Ej kurwaaaa, powinniśmy to nagrać. - rzucił nagle, pukając się w głowę bo żałował, że nie wpadł na ten pomysł wcześniej. Wyciągnął więc telefon i trochę mu się przykro zrobiło, bo zostało mu jakieś 15% baterii a powerbanka przy sobie nie miał - zostawił w aucie. Dlaczego uważał, że powinni te zjazdy udokumentować? Ano ponieważ po pierwsze, mieliby pamiątkę, a po drugie takie akcje aż się prosiły, żeby je nagrać. Zaraz jednak schował telefon, bo trzeba było znowu wbiec na górkę - poza tym nie chciał być nazwany zgniłym jajem!
Nie mógł uwierzyć gdy dotarł na górkę jako pierwszy ale mimo wszystko ostatkami sił wykonał swój zwycięski taniec, podczas którego koniec końców zaliczył epicki upadek, bo przecież śnieg wcale nie był śliski... Czy poza katarem mógł obudzić się z czymś jeszcze? Owszem. Z siniakami.
- Zgniłe.... - zaczął lecz nie dokończył, bo Dante zaczął mu grozić palcem. Oczywiście Eric nie byłby Ericiem, gdyby po minięciu może dwóch minut nie rzucił tak, by wszyscy dookoła słyszeli:
- JAJO! - no cóż, najwyżej dostanie śnieżką w łeb.
Tak czy siak, zaraz już panowie zaliczali kolejny zjazd i wszystko byłoby super, gdyby nagle z dupy nie pojawił się przed nimi bałwan. Oczywiście Stones także robił co w jego mocy, by nie dopuścić do spotkania z bałwanem, lecz niestety na próżno. Po przejechaniu w niego, Eric koniec końców wylądował na boku i chyba zaczęła go boleć kostka. Normalnie by się śmiał, bo niecodziennie przejeżdżał przez bałwany.
- Nie wiem... trochę mnie chyba noga boli. - powiedział, bo nie wiedział, czy chyba noga, czy chyba boli.
- Ale żyję. - tak tylko dodał, jakby Dante tego nie zauważył. Zaraz jednak Eric przestał się przejmować tym co go bolało, ponieważ podniósł wzrok na tego którego imienia nie wolno wymawiać kto właśnie szedł w ich kierunku by odzyskać sanki. I w sumie dopiero po chwili dotarły do niego słowa Dantego o sankach.
- Ej czekaj... połamały się? Nie żartuj.... - w podskokach podbiegł do sanek i złapał się za głowę krzycząc:
- O NIE! - no bo halo, jak mógł oddać dzieciakowi sanki, które były w złym stanie, a taśma raczej w tym przypadku nie wchodziła w grę.
- Spieralamy stąd? - zasugerował, a z każdą sekundą mieli coraz mniej czasu.

Dante Levasseur

sleigh it ain't so

: pn mar 09, 2026 5:11 pm
autor: Dante Levasseur
Czy naprawdę potrzebowali jeszcze uwieczniania na filmie całego tego powrotu do dzieciństwa i nierównej walki ze śniegiem? Prawdopodobnie nie. I może nawet lepiej, że telefon Erica był bliski rozładowania się. Zwłaszcza, że próby jednoczesnego zjeżdżania na sankach i nagrywania tego, najpewniej nie mogłyby skończyć się w żaden inny sposób, jak tylko rozbitym telefonem. Ewentualnie zagubionym gdzieś w zaspie. Trudno stwierdzić, co miałoby być tą gorszą opcją.
Z drugiej strony… wzmianka o konieczności nagrywania o czymś przypominała…
I dopiero teraz mi mówisz, że dalej nie ogarnąłeś sobie żadnego operatora do uwieczniania wszystkich twoich przypałów? Żenujące, Stones – i chociaż przynajmniej przez krótką chwilę rzeczywiście starał się wyglądać na dalece zażenowanego i rozczarowanego przyjacielem, końcowe parsknięcie śmiechem po raz kolejny całkowicie zniszczyło cały efekt.
Zaburzona koordynacja musiała za to zniszczyć efekt, jaki miał dać rzut ulepioną na szybko śnieżką prosto w łeb Stonesa, kiedy ten – mimo ostrzeżenia! – postanowił wykrzyczeć swoje. W głowę oczywiście śnieżna kulka nie trafiła, choć taki prawdopodobnie był pierwotny zamysł. Klatka piersiowa też nie była jednak takim najgorszym celem – zwłaszcza, że aktualnie Dante powinien pewnie pogratulować samemu sobie, że w ogóle w niego trafił.
A gdyby kolejny zjazd nie był opcją o wiele bardziej kuszącą, być może pokusiłby się jeszcze o wepchnięcie kumpla w najbliższą zaspę. Chociaż… to chyba i tak nie dałoby żadnego efektu. Zwłaszcza, że z upadkami w śnieg Stones akurat sam radził sobie całkiem nieźle. W dodatku ledwie parę chwil później obaj ponownie leżeli w tym nieszczęsnym śniegu, wzbogaconym dodatkowo o szczątki biednego bałwana…
Dobrze, że noga. Przynajmniej będzie można odciąć w razie czego… – zauważył jakże empatycznie, jeszcze przez moment nie podnosząc się z pozycji leżącej i z tej perspektywy przyglądając się zbliżającym się do nich dwóm sylwetkom. Usiadł za to, kiedy Eric zerwał się, żeby ocenić stan sanek – albo próbować je ratować…? ciężko byłoby zgadnąć – samemu jednak nie fatygując się, by przyglądać się im bliżej. Połamały się, no trudno. I tak pewnie niemałym zaskoczeniem powinno być to, że w ogóle przetrwały ten pierwszy zjazd.
Nie dramatyzuj, przecież nie mówiłeś mu chyba, że oddasz je w całościchyba. Aktualnie w zasadzie nie był już pewny, co – poza możliwością spotkania z Mikołajem – Stones obiecywał dzieciakowi. Prawdopodobnie mowa była jednak tylko o ich oddaniu. I w tej kwestii nikt chłopaka nie okłamał – przecież wciąż mógł je sobie pozbierać…
Ponownie zerknął w stronę znajdujących się już znacznie bliżej postaci. Z tej odległości można było już zorientować się, że ojciec dzieciaka nie był raczej w najlepszym humorze, a tych kilka przekleństw przewijających się w wykrzykiwanych przez niego zdaniach, niewiele miało chyba wspólnego z serdecznymi pozdrowieniami.
Spierdalamy! – potwierdził całkiem rozsądnie, pospiesznie zbierając się ze śniegu i przystępując do wykonania tego całkiem prostego planu. Który – swoją drogą – pewnie nawet mógłby się udać, gdyby obaj nie udowodnili już dziś, przynajmniej kilkukrotnie, że szybkie poruszanie się po śniegu w tym stanie nie było ich najmocniejszą stroną. Za to ojciec chłopaka ewidentnie radził z tym sobie o wiele lepiej. Co gorsza – orientując się w sytuacji i zauważając tę niezbyt spektakularną próbę ucieczki, również postanowił zerwać się do biegu.

Eric Stones

sleigh it ain't so

: wt mar 10, 2026 11:30 pm
autor: Eric Stones
Okej, nagrać filmiku nie nagra - tym razem - ALE postanowił cyknąć jedną fotkę, bo czemu nie? Niech mają jakąś pamiątkę z tego zacnego wypadu.
- No słuchaj, nie masz pojęcia ile cv musiałem odrzucić bo były po prostu BEZNADZIEJNE. - powiedział, wzdychając teatralnie, a po krótkiej chwili kopnął śnieg tak, jakby kopał wyimaginowaną kupkę odrzuconych cv, których w rzeczywistości w ogóle nie było - ale po prostu przez chwilę chciał się poczuć jak rekruter, okej? Nikt mu tego nie zakaże - szczególnie jeśli był po alkoholu.
Gdy poczuł na swojej klacie śnieżną kulę - znaczy i tak kurtka przyjęła to uderzenie - to oczywiście sam zaraz się schylił by ulepić śnieżkę i rzucić nią w przyjaciela. - czy trafił? Tego już nie widział, bo zaczął tworzyć kolejną kulkę. O, tego też dawno nie było tj. dawno nie urządzał bitwy na śnieżki, dlatego przez chwilę cieszył się jak głupi do sera. Przez krótki moment miał flashbacki z czasów dzieciństwa, gdy będąc u dziadków lepił z siostrą bałwana, robił aniołka w śniegu i urządzał właśnie bitwę na śnieżki. O właśnie... przecież tyle razy Eric lądował w śniegu, a jeszcze ani razu nie zrobił aniołka, dlatego należało to zmienić!
Dante mógł zobaczyć, jak Stones ni z gruchy ni z pietruchy wali plecami o ziemię i zaczyna machać rękami i nogami. Uważając, że wystarczy już tego machania wstał i zaczął podziwiać swoje dzieło. Piękne. pochwalił samego siebie w myślach, lecz nie mógł zbyt długo go podziwiać, ponieważ czekał na niego i Dante drugi zjazd.
- Ej.... normalnie jakbyśmy brali udział w Zimowych Igrzyskach. Tylko szkoda, że tor taki krótki, ech. - westchnął, całkowicie randomowo przypominając sobie, że przecież w tym roku miały miejsce Zimowe Igrzyska Olimpijskie, które intensywnie śledził nawet gdy był w pracy. Oczywiście już sobie wyobrażał jak razem z Dante są ubrani w stroje barw narodowych Kanady i mają nazwiska na plecach. Jednak przestał myśleć o Olimpiadzie w momencie gdy sanki zaczęły sunąć w dół. On ogólnie zakładał, że gdyby nie korpo i informatyka, to zostałby światowej sławy sportowcem - pewnie mówił o tym Dante podczas któregoś spotkania.
- Ale ja nie chcę nic odcinać. Wolałbym pozostać w całości. - odparł, patrząc na swoją nogę, a potem na dystans który przejechali, zahaczając o zniszczonego bałwana Ups... Chociaż Eric już sam nie wiedział co było gorsze - zniszczone sanki, bałwan, czy zmierzający w ich stronę napakowany facet.
- No w sumie.... w ogóle nie mówiłem, że mu je zabiorę i że mu je oddam. - odpowiedział zgodnie z prawdą, przypominając sobie słowa, które kierował do dzieciaka w momencie, gdy chciał przejąć sanki. Caramba.... powiedział do samego siebie w myślach, a gdy Dante zgodził się z zaproponowanym przez Erica planem by spierdalać, Stones skinął głową i nie czekając dłużej, zaczął biec... znaczy starał się biec, co z boku mogło wyglądać dość komicznie - dlatego szkoda, że NIKT tego nie nagrał.
- Ej no co jest... typek ma jakieś nitro w dupie, czy co..... - no bo Eric nie rozumiał jakim cudem gość w kilka sekund znalazł się tak blisko nich. Nagle Stones poczuł, że nie może biec dalej, bo ktoś złapał go za kaptur.
- Cholera.... ja to wszystko wyjaśnię. - a tak naprawdę nie wiedział od czego powinien zacząć, ale gość chyba nie chciał słuchać, bo popchnął Erica tak, że ten wylądował twarzą w śniegu. Zabolało, dlatego syknął. Odwrócił się i spróbował wstać.
- Nie miałem złych intencji chciałem po prostu... zjechać i przypomnieć sobie stare dobre czasy. Naprawdę. Odkupię te sanki. Mogę też Panu oddać pieniądze.... - powiedział, grzebiąc po kieszeniach i wyciągając z jednej całe... 10$ kanadyjskich.
- Resztę mogę oddać w późniejszym terminie lub po tym, jak wezmę pieniądze z domu. - dodał, bo naprawdę planował albo odkup sanek albo zwrot hajsu - choć nie wiedział, ile takie sanki mogły kosztować.

Dante Levasseur

sleigh it ain't so

: sob mar 14, 2026 3:44 pm
autor: Dante Levasseur
Spektakularny unik przed śnieżką mógł udać się prawdopodobnie tylko w jego głowie. W rzeczywistości śnieżna kulka rzucona przez Stonesa zahaczyła o ramię Dantego, co pewnie powinno wymagać natychmiastowego rewanżu. I pewnie faktycznie na taki by się zdecydował, gdyby schylając się po kolejną porcję śniegu, nie zauważył jak Eric… postanowił tak po prostu na ten śnieg paść.
Kompletnie ci już odmroziło mózg… – zaśmiał się jednak, ostatecznie odpuszczając sobie już nawet dalsze obrzucanie się śniegiem. Zresztą, obydwaj i tak byli już nim nieźle oblepieni, a Stones po tej swojej zabawie w robienie aniołka, mógłby pewnie stanowić już całkiem poważną konkurencję dla pechowego bałwana, którego skosili sankami ledwie kilka chwil później.
To dopiero rozgrzewka, później znajdziemy jakiś lepszy – rzucił za to bez zastanowienia z odpowiedzi na wzmiankę o igrzyskach. I w związku z tym pewnie za całkiem szczęśliwy zbieg okoliczności można było uznać stanięcie bałwana na ich drodze. W przeciwnym wypadku pewnie faktycznie zajęliby się niedługo szukaniem wyższej górki… A co do tego, że próba zjechania z niej po prostu musiałaby skończyć się tragicznie, większych wątpliwości zdecydowanie nie powinno być.
Niestety, przekonywanie przyjaciela co do tego, że utrata nogi nie była jeszcze taką najgorszą opcją – bo przecież wciąż miał jeszcze drugą… – trzeba było przełożyć na bliżej nieokreślone później. W pierwszej kolejności lepiej było zająć się ucieczką przed wyraźnie poirytowanym mężczyzną. Albo raczej… kompletnie nieudaną, za to na pewno komiczną na każdego, kto mógłby ją zobaczyć, próbą ucieczki. Choć pewnie Dante wciąż mógłby chcieć wykorzystać fakt, że facet w pierwszej chwili skupił się na Ericu i po prostu ulotnić się, kiedy ci dwaj mieliby wyjaśniać sobie pewne sprawy. Niestety, połączenie całkowitego braku instynktu samozachowawczego i nieumiejętności porzucania osób, które miałby uważać za jakkolwiek ważne, jednoznacznie wykluczało tę opcję.
A szkoda, bo pewnie dużo lepiej mógłby na tym wyjść…
Zatrzymał się mniej więcej w tym samym momencie, kiedy zorientował się, że Stones został pozbawiony możliwości dalszej ucieczki. W jego stronę odwrócił się natomiast w samą porę, by zobaczyć jak ten – po raz kolejny tego wieczoru… – pada prosto w śnieg.
Ej, odwal się od niego, przecież powiedział, że ci te pieprzone sanki odkupi – wprawdzie dostrzeżenie tych marnych dziesięciu dolarów raczej nie napawało zbytnim optymizmem, ale… – Zresztą to tylko sanki. Po co od razu tak się o nie rzucać?!
Widząc, że facet raczej nie zamierzał odpuścić, bez większego namysłu podszedł do niego, żeby odepchnąć go do tyłu – pewnie licząc na to, że ten wywali się równie malowniczo jak wcześniej Stones. Ewidentnie się jednak przeliczył, bo nie dość, że ten radził sobie z utrzymywaniem równowagi zdecydowanie lepiej od nich, to jeszcze dość niedbałym zamachnięciem zdołał sprowadzić do parteru Dantego. Co zresztą nie powinno być zbytnim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę zdecydowaną przewagę fizyczną.
No kurwa, po prostu pozbieraj sobie tamte, skoro tak ci na nich zależy – mimo wszystko nie uznał tego za moment, w którym powinien się zamknąć. Nawet jeśli póki co nie do końca mógł się jeszcze zdecydować, czy w ogóle zamierzał się z tego śniegu ponownie podnosić.

Eric Stones

sleigh it ain't so

: ndz mar 15, 2026 4:26 pm
autor: Eric Stones
Widząc, że trafił przyjaciela w ramię, uniósł do góry obie ręce, wydając z siebie okrzyk typu yesss! - normalnie cieszył się z tego trafienia tak, jakby trafił rzutką w dziesiątkę. Zaraz jednak zamiast się cieszyć, postanowił zrobić aniołka na śniegu, który mu nawet wyszedł i z którego był całkiem dumny.
- Chyba tak. Nie wiem, nie czuję go. - powiedział poważnym tonem, wzruszając ramionami, lecz po może dwóch sekundach zaczął się śmiać, uważając zarówno słowa Dante jak i swoje za BARDZO zabawne no bo he he, jak mógłby czuć swój mózg? Ach ten alkohol…
- No ja myślę, bo tu zjazd zajmuje sekundę. - odparł mając nadzieję, że po tym zjeździe przejdą kawałek dalej, by poszukać nieco większej górki - choć może lepiej, że stało się to, co się stało, bo Eric raczej w połowie większej górki chciałby, by zjeżdżali z miejsca gdzie stał, ponieważ zwyczajnie nie dałby rady wejść. Znaczy, może by dał, lecz trwałoby to bardzo długo. Jednakże bardzo go ucieszyło, że przyjaciel nie planował pozostawić sanek, a był chętny kontynuować zabawę w igrzyska zimowe.
- Pieprzone buty. - zdążył jeszcze rzucić do samego siebie, kiedy poczuł, że nie mógł biec dalej. Czy chciał je zdjąć? Owszem. Czy odmarzłyby mu stopy? Zapewne. Jednakże na coś musiał zwalić winę swojej nieudanej ucieczki. Czuł się trochę jak podczas misji w GTA i oczyma wyobraźni widział, jak pokazuje się typowy napis, który pokazywał się podczas misji zakończonej niepowodzeniem, czyli “wasted”. Szczególnie, że chwilę później zagwarantowano mu niezbyt miłe spotkanie z ziemią lub raczej śniegiem. Po wstaniu, spojrzał na przyjaciela i był mu wdzięczny za to, że próbował swoich sił w przegonieniu goryla.
- A wasze rzeczy ktoś kiedyś zabrał bez pozwolenia?! - wydarł się mężczyzna.
- Poza tym, żeby zabrać sanki dziecku, naprawdę? - prychnął facet, unosząc jedną brew.
- No… nie nasza wina, że nie widziałem nikogo w naszym wieku. - odpowiedział Eric jak gdyby nigdy nic, lecz facet nie wziął na poważnie tej wymówki.
- Tylko sanki, pf! To była pamiątka, rozumiesz? Mój ojciec na nich zjeżdżał, ja na nich zjeżdżałem, a teraz miał je mój syn. Ale pewnie ani ty, ani on tego nie zrozumiecie bo wali od was jak z gorzelni. - rzucił, machając dłonią przed nosem, a Eric aż sam siebie powąchał, lecz nic nie czuł. Już miał to powiedzieć Dante, lecz ostatecznie zamilkł.
- SAMI JE KURWA POZBIERAJCIE! Rozjebaliście to teraz zbierajcie i chce je widzieć naprawione. Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie. - Eric spojrzał na przyjaciela, bo czy naprawdę zamierzali spełnić rozkaz obcego gościa?
- A jeśli tego nie zrobimy? - spytał, a mężczyzna tylko podniósł brew.
- Ty teraz żartujesz czy co do jasnej kurwy? Nie będę się powtarzał. - Aha, to super. Bombakurwastycznie. pomyślał Stones.

Dante Levasseur