Strona 1 z 2

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 1:59 pm
autor: Rhys Madden
when i look into your eyes
a soulmate who wasn't meant to be
Coroczna ceremonia wręczenia nagród zbliżała się nieubłaganie i z początku dostrzegał jej plusy. Poza nieszczęśnikami, którym przypadła obowiązkowa zmiana w tym czasie, oferowało sposób na ucieczkę od pracy w postaci dobrego jedzenia i darmowego alkoholu. Lubił takie wydarzenia, tak samo, jak lubił każdą wymówkę by nie spędzać czasu w terenie w nieludzkich temperaturach, ani nie robić tego zawieszony nad biurkiem, na którym czekały na niego raporty do napisania.
A jednak dzień przed tym wyczuł gulę zalegającą mu w gardle.
Dyskomfort, którego nie potrafił się pozbyć, a który towarzyszył mu jak pierwsze objawy nadciągającego zapalenia płuc. Niewygoda, która zaburzyła mu sen i uprzykrzyła poranek, aż do chwili, w której otworzył szafę, odnajdując na samym tyle jej źródło.
Mundur.
Wciąż w tym głupim pokrowcu, wciąż wyczyszczony, wyprasowany. Doprowadzony do porządku i bezpiecznie skryty w głębi szafy z pomocą kobiecych dłoni. Żeby się nie zniszczył, żeby wytrzymał kolejny rok w tym nienagannym stanie. Utracone słowa dźwięczały mu w uszach gdy wyjmował go na zewnątrz, walcząc z zamkiem pokrowca, który zawsze się zacinał - ale dziś to zacinanie doprowadzało go do szaleństwa.
Należał do innego czasu, innego miejsca. Jego faktura gryzła go gdy mechanicznie zakładał go na swoją koszulę. Odznaczenia, wstążki i dwa, przypięte do niego medale przypominały mu ozdoby w cyrku - niepotrzebnie zwracające na siebie uwagę. Należące do kogoś zupełnie innego, komu zostały podarowane na ceremoniach takich jak ta, na którą miał się udać.
Ostatnim razem, gdy był na jednej z tych gali, o n a wciąż była obok.
Wchodząc do wnętrza sali bezskutecznie próbował ignorować drapanie materiału, ocierającego się o jego szyję tak, jak ignorował rzucane ku niemu spojrzenia. Na komisariacie nigdy nie zjawiał się wyglądając w t e n sposób - częściowo dlatego, że nie musiał, częściowo bo nie miał już na to żadnej ochoty. Odznaczenia na jego piersi nie miały nic wspólnego z mężczyzną, którym był teraz. Wyczyszczony, wyprasowany, a jednak miał wrażenie, że gdy spoglądał w dół, kątem oka widział na swojej marynarce warstwę sadzy, której nic nie było w stanie zrzucić.
Spoglądając na roześmianych, rozgadanych współpracowników, czuł narastający wstręt. Palącą potrzebę do odwrócenia się i wyjścia pomimo tego, jak wiele spojrzeń czuł na sobie. Miał wrażenie, jakby wypalały się na jego plecach i karku, pozostawiając po sobie znamiona.
Bezwiednie ruszył w kierunku balkonu, niezainteresowany nawet udawaniem skupienia na wydarzeniach, które miały się rozpocząć na scenie. Na podwyższenie wkraczał właśnie jeden z jego przełożonych, wygłaszając przemowę. W pierwszych rzędach siedzieli ci, którzy w tym roku mieli otrzymać odznaczenia - widział ich czapki założone na głowach zwróconych w kierunku scenicznych świateł.
Nie widział Margo - podejrzewał, że była właśnie tam. W pobliżu swojego innego partnera, który gdy tylko dowiedział się, że jest nominowany do jednej z bzdurnych wstążek, puszył się w komisariacie jak paw.
Balkon przynależący do sali bankietowej w jednym z eleganckich hoteli w Toronto był znacznie mniej wypełniony niż sala, oferując odrobinę oddechu. Pionowe kolumny ogrzewały jego wnętrze, co niemal przyjął z niezadowoleniem. Wolałby zimno.
Ze szklanką w dłoni oparł się o barierkę, przyglądając drzwiom prowadzącym do środka. Być może jego instynkt, ten jego pieprzony szósty zmysł nakazał mu to zrobić, bowiem niemal od razu dostrzegł znajomą burzę brązowych włosów, ułożoną zgrabnie na tę okazję.
- Detektyw Mercer - rzucił oficjalnie, lecz w jego głosie brzmiało rozbawienie, którym usiłował wytłumaczyć uśmiech, który wpełzł na jego twarz na jej widok. Pochylił się lekko, teatralnie, witając się z nią w o f i c j a l n y sposób, jaki pasował w tym momencie do ich ubrań. - Zgubiłaś się? - dodał zaczepnie, upijając łyk chłodnego alkoholu.

margo mercer

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 4:20 pm
autor: margo mercer
Coroczna gala była jednym z tych obowiązków, które Margo traktowała jak część służby - ani zaszczyt, ani kara. Po prostu kolejny element systemu; rozumiała jej ideę, wiedziała, że dla wielu to wieczór potwierdzenia sensu, symboliczne zrobiliście dobrą robotę. Ale stojąc przed lustrem, zapinając ostatni guzik munduru, nie czuła podniosłości, czuła sztywność. Materiał układał się na niej poprawnie, tak jak wymagał tego regulamin. Prawie go nie łamała, bo zamiast standardowych, ciężkich policyjnych półbutów założyła wysokie, czarne szpilki. Wyprostowała ramiona, podbródek wysunęła do przodu, nieco wyżej niż zwykle. Każdy ruch był bardziej świadomy. Mundur ograniczał nie fizycznie, ale mentalnie. Zamykał ją w roli, w której była oceniana i mierzona. Wiedziała, że tak trzeba, że to powaga sytuacji, ale nie czuła się w nim swobodnie.
Daniel Evans traktował ten wieczór znacznie poważniej. Był nominowany i choć próbował zachować profesjonalny spokój, napięcie zdradzało go w drobnych gestach - poprawianiu rękawów, kontrolowaniu oddechu, tym jednym spojrzeniu rzucanym w stronę sceny częściej niż to konieczne. Gdy weszli do sali i zobaczył wyznaczone miejsca w pierwszych rzędach, ruszył tam niemal odruchowo. Zatrzymał się wyłącznie na sekundę, jakby chciał, żeby stanęła obok. - Idź - rzuciła z półuśmiechem. - Nie będę ci psuć kadru - nie chciała, i nie czuła tej potrzeby, stać obok niego tylko dlatego, że przyszli razem. Była z niego dumna, naprawdę. Wiedziała ile pracy włożył w sprawę, za którą dziś miał zostać doceniony. Lubiła jego ambicję, tę wciąż nieskażoną jeszcze goryczą potrzebę udowodnienia sobie i światu, że zasługuje. Sama została w tyle, oglądając to wszystko z tej odległości, która pozwalała jej na swobodne wymknięcie się, gdyby tylko poczuła znużenie.
Reflektory odbijały się w odznaczeniach, przemowy przeciągały się w nieskończoność. Sala była pełna skupienia, ambicji i tej specyficznej energii ludzi, którzy liczą, że dziś padnie ich nazwisko.
Ona zaś musiała sobie powtarzać, że nie przyszła tu dla niego, Rhys Madden jej nie obchodził. A jednak jej wzrok przelatywał po sali częściej, niż powinna była przyznać. Szukała go, choć nie miała ku temu powodu. Wmawiała sobie, że to czysta ciekawość; że chce tylko zobaczyć, jak wygląda w tej całej oficjalnej oprawie.
Kiedy kolejne przemówienie zaczęło brzmieć jak poprzednie, wymówiła się odebraniem telefonu, który wcale nie dzwonił i ruszyła schodami w górę. Evans nawet nie zauważył, kiedy się wycofała - był zbyt skupiony i gotowy, by wstać w każdej chwili.
Zewnętrzny balkon przylegający do sali bankietowej był jedynym miejscem, gdzie naprawdę dało się odetchnąć. Szklane drzwi tłumiły hałas przemówień i braw, a chłodne powietrze wślizgiwało się pod materiał munduru, skutecznie przypominając, że poza eleganckim wnętrzem hotelu istnieje normalny świat. Uśmiechnęła się, gdy ją zauważył. Stanęła metr przed nim, prostując plecy i wygładzając idealnie skrojoną marynarkę. - Detektyw Madden - odpowiedziała tym samym powitaniem, tak bardzo do nich niepasującym.
Zrobiła kilka kroków w jego stronę, niwelując dystans, który zostawiła między nimi przy wejściu na balkon, a obcasy stuknęły cicho o posadzkę. Zatrzymała się tuż obok niego i oparła dłonie o chłodną, metalową balustradę, niemal w lustrzanym odbiciu jego pozycji. Spojrzała przed siebie na miasto, jakby naprawdę przyszła tu tylko dla widoku. Dopiero po chwili przeniosła wzrok na niego. - Nie - odpowiedziała lekko. - Po prostu wiedziałam, gdzie cię znaleźć - kącik jej ust drgnął. - I musiałam sprawdzić czy faktycznie istniejesz w tej wersji oficjalnej, czy to tylko legenda - jej spojrzenie przesunęło się po nim bez pośpiechu, nie ostentacyjnie, nie przesadnie, ale wystarczająco uważnie, by było jasne, że mówi serio.

Rhys Madden

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 5:28 pm
autor: Rhys Madden
Wyjście na zewnątrz uzmysłowiło mu, że tłum nie był jedynym powodem, dla którego czuł się w tym miejscu osaczony. Stając przy barierce, z panoramą miasta rozciągającą się po drugiej stronie, zyskał odpowiednią ilość przestrzeni. Gdzieś z boku tkwił bar, z którego wrócił z drinkiem, i który przyciągał wszystkich gości ceremonii, których nie interesowało nic poza darmowym jedzeniem i piciem. Wędrowali tam i z powrotem, sięgając do ułożonych przez katering przekąsek i zamawiając dolewki, ale mało kto z nich spoglądał na niego.
A mimo to, uczucie dyskomfortu go nie opuszczało.
Schowało się pod materiałem jego munduru, pod wbitymi w niego wstążkami, odznaczeniami i medalami. Idealnie skrojona kurtka wydawała mu się przyciasna, zbyt gorąca, zbyt oficjalna. Nie mógł nosić jej z dumą, z którą robił to niegdyś - nie teraz, gdy po nastaniu zmroku wędrował do Mimmo's, spełniając zachcianki tych samych ludzi, których lata temu przysięgał wszystkich zamknąć.
Jego codzienne ubranie stanowiło idealny złoty środek - zwykłe, niemal cywilne, pozwalało mu tkwić jedną nogą w tym drugim świecie, podczas gdy w pierwszym trzymała go broń przy pasie i odznaka schowana w kieszeni.
Teraz czuł się obcy w tym mundurze tak, jak spoglądając w lustro czuł się obcy we własnej skórze.
Przybycie Margo wyrwało go z zamyślenia, w które wpadł sącząc z pewnością drogą whisky. Jego wzrok prześlizgnął się po kobiecej sylwetce, patrząc na to, jak ona wyglądała w mundurze. Dobrze, przeszło mu przez myśl. Oficjalny ubiór jej pasował, jego głębia koloru podkreślała jej brązowe włosy, błysk odznaczeń kontrastował z jej ciemnymi tęczówkami.
- Z dala od innych ludzi? - dopełnił jej słowa, pochylając się lekko, by jego łokcie spoczęły na barierce. Ogrzewacze rozłożone na balkonie trzymały go w bańce ciepła, która nie sięgała jego wysoko położonej głowy. Wiatr wdarł się między nich, mierzwiąc jego ułożone, jasne włosy. - Jednym z plusów pracy detektywa jest brak uniformu na co dzień - dodał z westchnieniem.
Jego głowa obróciła się w jej stronę gdy wyczuł na sobie jej spojrzenie. Jego własne odpowiedziało tym samym, zawieszając się na odznaczeniach przypiętych do jej piersi. Była młoda, podejrzewał, że wkrótce to ona będzie wspinać się po schodkach na scenę by odbierać kolejne.
- Z naszej dwójki wersja oficjalnie zdecydowanie bardziej pasuje tobie - rzucił, ignorując to powracające wrażenie w jego żołądku, na przekór jemu - a może właśnie przez nie? - sięgając w jej stronę ręką. Wygładził lekko jedną ze wstążek, wyginającą się na wietrze. Odznaczenie za ukończenie Akademii z wyróżnieniem.
On też takie miał.
- Nie przypominam sobie, żeby w regulaminie dopuszczano takie buty - dodał, z teatralnym westchnieniem zawieszając spojrzenie na jej nogach. Nogach, które wyglądały zdecydowanie l e p i e j bez przydzielonego do munduru obuwia. - Bardzo niebezpiecznie pogrywasz, Mercer.

margo mercer

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 6:25 pm
autor: margo mercer
Chłód na zewnętrznym balkonie był przyjemnie otrzeźwiający. Nie agresywny, nie przeszywający, raczej taki, który porządkuje oddech i pozwala poczuć własne ciało po kilku godzinach siedzenia w zbyt ciepłej sali. Powietrze pachniało miastem i zimą. Za ich plecami przez wysokie okna widać było scenę zalaną światłem, pierwsze rzędy wyprostowanych sylwetek i błysk fleszy odbijających się od wypolerowanych odznaczeń. Stąd wszystko wyglądało jak starannie wyreżyserowane przedstawienie.
Zanim jeszcze przełamał dystans, wodząc po nim wzrokiem, doszła do pewnych wniosków. Mundur leżał na nim poprawnie, każda linia zapięta, każda odznaka na miejscu. A jednak wyglądał, jakby materiał był czymś narzuconym, nie wybranym. Jakby należał do wersji siebie, którą kiedyś potrafił nosić bez wysiłku. Teraz sprawiał wrażenie człowieka przebrane­go w cudze wspomnienie. Wolała go w koszuli z podwiniętymi rękawami. W luźnej koszulce lekko opinającej się na umięśnionych ramionach. W czymś, co nie próbowało udowodnić światu kim jest. Ale nie mogła zaprzeczyć, że nawet w tej wersji był pociągający. Może właśnie dlatego, że wyglądał na kogoś, kto wcale nie chce tu być. - Regulamin dopuszcza wiele rzeczy, tylko trzeba umieć dokładnie czytać - i faktycznie tak było, bo choć był pełen nakazów, nie wskazywał jednocześnie rzeczy zabronionych; ubranie wysokich szpilek było jej manifestacją, przemyceniem odrobiny siebie w tym przebraniu, którego nie lubiła.
- Ale skoro mowa o tym, to wiesz, że nasz regulamin przewiduje coś takiego, jak zachowanie odpowiedniego dystansu służbowego? - rzuciła lekko, kiedy jego ręka sięgnęła ku jednej ze wstążek poruszonej wiatrem. Palce musnęły materiał krótko, poprawiając fałdę, która i tak zaraz ułożyłaby się sama. Gest był zbyt naturalny, by uznać go za prowokację, a jednak coś w niej prowokował. - Strefa komfortu. Kojarzysz? - zapytała cicho, jakby testowała brzmienie tych słów w jego obecności. Zanim zdążył odsunąć rękę, uniosła swoją, łapiąc go. Niezbyt gwałtownie, nieśpiesznie, jej dłoń zamknęła się na jego palcach dokładnie w tym miejscu, w którym jeszcze przed sekundą naprawiał niewidzialny problem. Ciepło jej skóry kontrastowało z chłodem powietrza i metalu pod nimi.
Jej wzrok opadł na ich splecione dłonie na moment, dłużej, niż pozwalała na to etykieta. Dopiero potem uniosła oczy ku górze. Ich spojrzenia skrzyżowały się z bliska. I wtedy to zobaczyła - coś cieplejszego, coś mniej pilnowanego. Ułamek sekundy, w której nie zdążył schować tego pod ironią. Zaskoczyło ją to bardziej, niż chciała przyznać.
Nie puściła go od razu. Zamiast tego przesunęła jego dłoń niżej, powoli, jakby prowadziła ją do miejsca, w którym powinna spocząć. Oparła ją z powrotem o balustradę, ale nie cofnęła swojej. Ułożyła palce tuż obok jego, tak blisko, że stykały się bokiem. Z tej perspektywy i dla kogokolwiek stojącego kilka kroków dalej, nie było widać niczego nadzwyczajnego. Dwoje funkcjonariuszy opartych o barierkę, zachowujących dystans i prowadzących mniej oficjalną, od tej służbowej, rozmowę.
- Myślałam, że nie przyjdziesz - powiedziała w końcu cicho. - Nie wyglądasz na kogoś kto ma ochotę świętować, więc po co tak naprawdę tu jesteś, Madden? - nie spojrzała na niego od razu; odpowiedź mniej ją interesowała niż sam fakt, że stoi obok. To uczucie, którego wciąż nie nazwała, a które budziło się zawsze w jego obecności - znowu się pojawiło. Osiadło na dnie jej żołądka, ściskając go w ten pożądany ze sposobów. I za każdym razem czuła to mocniej.

Rhys Madden

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 6:45 pm
autor: Rhys Madden
Mogły minąć tygodnie od ich pierwszego spotkania, ale Margo Mercer nadal była n i e z n o ś n a.
Pierwsza do przypominania mu o granicy, którą wytyczył między nami tamtego wieczora, w pogrążonym w półmroku biurze. Nieustannie zmuszająca go, by za nią powracał - czy w bezpośredni sposób pełen wściekłych słów, czy wzbudzając w nim poczucie winy, świadomość tego, że nie powinien zachowywać się na pewne sposoby. Podkreślająca, że pewne drzwi zostały wtedy zamknięte, zawsze gdy obecność mężczyzny, z którym spędzała ostatnio niemal każdy wieczór wzbudzała w nim złość. Zapewniająca, że ona nie oglądała się za siebie, że nie zamierzała na nikogo czekać, a zamiast tego wybierała osobę, z którą rzeczy nie musiały być skomplikowane.
On zbudował dzielący ich mur, natomiast Margo stworzyła zestaw zasad, dzięki którym żadne z nich nie miało go przekraczać.
Po czym wielokrotnie je łamała.
Tak jak wtedy, gdy jej dłoń musnęła jego własną, wyciągając ją z kieszeni na podjeździe jej rodzinnego domu, do którego przyjechała wyłącznie przez wysłaną przez niego wiadomość. Jak ostatniego ranka w biurze, gdy podawała mu kubek kawy, o którą nie prosił, a jej ręka zatrzymała się na uchwycie kubka nawet wtedy, gdy już po niego sięgnął. Czuł jej spojrzenie na swoich plecach, niemal tak, jak na samym początku - ale wtedy było ono kontrolujące, ciekawskie, pragnące go sprawdzać i znać każdy jego, następny ruch.
Teraz było w nim coś więcej.
I znów, Margo Mercer, osoba, która kazała mu się odsunąć, nie prowokować, nie wychodzić z miejsca, do którego sam się zaprowadził, chwytała jego dłoń, choć wcale nie powinna. Nie spoczęła na jego mundurze, nie zamierzał zatrzymywać ją tam dłużej, niż powinien - a jednak poczuł dotyk jej skóry na własnej, gorąco jej ciała w zderzeniu z zimną temperaturą na zewnątrz.
- Nie chciałem, żeby zwiało ci tak wartościowe odznaczenie - odrzucił bezwiednie, ale póki nie odłożyła jego ręki z powrotem na balustradę, w jego oczach mignęło napięcie. - Zwykłe dziękuję wystarczy.
Jej pytanie było skomplikowane, zbyt skomplikowane by pragnął przyznać się do odpowiedzi. Skłamałby mówiąc, że został do tego zmuszony. Co prawda kapitan chciał widzieć wszystkich na ceremonii, ale nie był w stanie tego sprawdzić - na gali było mnóstwo gości, niektórzy nieobecni zaś byli na patrolu, inni w biurze, jeszcze inni chorzy lub na zwolnieniu. Mógł odmówić, mógł trzymać swój mundur dalej na samym tyle szafy, nie patrzeć tam, gdzie porzucił swoje wspomnienia.
Ale wiedział, że o n a tutaj będzie.
Pragnienie zobaczenia kobiety, którą widział każdego dnia w swojej pracy - gdy wchodziła rano z Evansem i gdy wchodziła o siedemnastej z Evansem - było zbyt absurdalne, by był gotowy przyznać się do niego przed samym sobą. Zamiast tego uniósł szklankę do ust, upijając większego łyka bursztynowego napoju.
- Mógłbym zapytać cię o to samo - zbił jej pytanie, lecz jego dłoń przesunęła się nieco na barierce - wtedy, gdy odkładał drugą z whisky i znów poczuł na niej jej dotyk. - Jesteś fanką przemówień na temat tego, jak to było w tej robocie kiedyś i nic już nie jest takie samo? - zagadnął, przekrzywiając lekko głowę. - Czy przyszłaś wspierać Evansa w jego odbieraniu wielkiej nagrody?

margo mercer

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 7:20 pm
autor: margo mercer
Mogły minąć tygodnie od ich pierwszego spotkania, ale Rhys Madden nadal był jej u t r a p i e n i e m.
Nie w spektakularny sposób, nie obnosił się krzykiem ani otwartą wrogością. Był nim konsekwentnie i bardzo precyzyjnie - jak ktoś kto doskonale wie, gdzie nacisnąć, by zabolało tylko odrobinę, ale wystarczająco, by nie dało się o tym zapomnieć.
Był pierwszy do krytykowania i pierwszy do wytykania jej błędów, nawet tych, które inni przemilczeliby z czystej uprzejmości. Potrafił jednym zdaniem podważyć jej pewność siebie, a chwilę później zachować się tak, jakby to ona szukała konfliktu. Wyznaczał granicę chłodnym i stanowczym nie, by potem drobnymi gestami sprawdzać, czy naprawdę będzie jej przestrzegać.
To on postawił mur, ona wytyczyła zasady, ale zaś znowu on regularnie podkładał pod nim ładunki wybuchowe.
Wysyłał jej wiadomości po godzinach, informując, że czegoś nie dopięła, że jakiś raport wymaga poprawki - dokładnie w te wieczory, kiedy wiedział, że nie siedzi już przy biurku. Zgodził się spotkać z jej ojcem, choć ludzi miał zwykle głęboko gdzieś, a potem pozwolił, by dowiedziała się o tym w sposób, który gwarantował jej przyjazd. Wymyślał dodatkowe zadania, przeciągał odprawy, zatrzymywał ją w pracy dłużej, niż było to konieczne, jakby z czystej złośliwości testował, co odwoła tym razem. I choć z zewnątrz wyglądało to na dziecinne zagrywki zazdrosnego mężczyzny, prawda była bardziej skomplikowana.
Bo wbrew temu, co sobie powtarzała, nie każdy wieczór spędzała z Danielem. Nie czekała na jego wiadomości z bijącym sercem. Evans był dobry, był stabilny i bezpieczny. Był kimś kto oferował jej świat bez komplikacji, bez gier i bez napięcia. Ale nie był osią, wokół której obracały się jej myśli. Nie był tym kogo szukała wzrokiem w zatłoczonym pomieszczeniu. Nie był tym, którego obecność uspokajała ją szybciej niż jakiekolwiek logiczne argumenty. Nie był tym do kogo instynktownie lgnęła nawet wiedząc, że nie powinna. Jej codzienność - czy tego chciała, czy nie - zaczęła wyznaczać obecność kogoś innego. I to było najbardziej niepokojące.
- Dziękuję - odpowiedziała teraz, z przekorą, gdy wspomniał o odznaczeniu. Uśmiech był lekki, ale w oczach błysnęło coś ostrzejszego. - Bez ciebie z pewnością by odleciało - przesunęła po nim uważnym wzrokiem. - Ciągle to samo, kiedy pytam cię o coś, odwracasz to tak, żeby znów chodziło o mnie - to nie był pierwszy raz; Madden robił to nagminnie - w sprawach ważnych i tych najbardziej błahych. Kiedy faktycznie nie chciał czegoś powiedzieć, ale również wówczas, gdy zdradzenie prawdy nie niosło za sobą żadnych konsekwencji. - To trochę niepokojące jak na kogoś, kto tak bardzo nie chce mieć ze mną nic wspólnego - zrobiła krok do przodu. Niby niewielki, ale wystarczający.
Zmniejszyła dystans, ignorując salę za plecami, przemówienia i oklaski. Jeśli Evans właśnie wchodził na scenę, nie wiedziała i w tej chwili nie chciała wiedzieć. - Słyszałam je od dziecka. Mogłabym je recytować z pamięci, więc pozwolę sobie odmówić tej przyjemności - jej spojrzenie opadło na ich dłonie. W pełni świadomie. Powoli przesunęła opuszek palca wskazującego po jego knykciach. Delikatnie, sprawdzając fakturę skóry, jakby to był przypadek. Jednocześnie stanęła tak, by ich ramiona niemal się stykały, zasłaniając ten drobny gest przed ciekawskimi spojrzeniami z wnętrza sali.
Jej dłoń nie była już obok jego. Była przy nim. Blisko granicy, której nie powinni przekraczać i dokładnie na tyle daleko, by wciąż móc udawać, że tego nie robią. Uniosła wzrok, konfrontując się z nim. - Kiedy się wycofasz? - zapytała cicho. Nie cofnęła ręki. Nie cofnęła się ani o krok.
I po raz pierwszy od dawna to ona była tą, która nie zamierzała ustąpić.

Rhys Madden

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 7:48 pm
autor: Rhys Madden
Wbrew temu, jak mogło to wyglądać, Madden nie igrał z tą linią w piasku wyłącznie dla własnej satysfakcji. Nie zamierzał bawić się jej kosztem, a chwile słabości, które ona interpretowała jako materiały wybuchowe, zawsze były tylko tym - momentem niepoczytalności, do której doprowadzała go jej obecność.
Wiedział dobrze, że jego miejsce nie leżało przy osobie pokroju Margo. Z początku miał całą listę powodów - jak bagaż, z którym wkraczał każdego dnia na posterunek. Swoją niechęć do pracy, pragmatyzm zakrawający na dobrą dozę pesymizmu, z którym spoglądał na życie. Nie potrafił wyłączyć swojej złośliwej natury, nie potrafił wyzbyć się sarkazmu, który ostatnio kazała mu uciąć. Nie był osobą, która z uśmiechem na ustach witałaby ją każdego ranka w biurze, która pełna nadziei podchodziłaby do każdej, kolejnej sprawy wierząc, że uda im się ją rozwiązać. Detektyw zwyczajnie nie był mężczyzną, którego, jego zdaniem, poszukiwała - nie był materiałem na coś więcej, coś poza jedną, pełną zapomnienia nocą, której wiedział, że nie szukała w jego osobie. To, co ich łączyło, nie zniknęłoby po jednym wieczorze przekroczenia absolutnie każdej z barier.
Ale kiedyś powiedziała mu, że nie chciała go z m i e n i a ć.
Od tego czasu jego lista kurczyła się, pragnienie znalezienia się z nią w jednym pomieszczeniu przewyższało rzeczy, które jeszcze wcześniej wydawały mu się przeszkodami nie do przeskoczenia. Z wolna, wszystkie z jego argumentów znikały gdy patrzył, jak wychodziła z jednego samochodu z Danielem Evansem w niektóre poranki.
Wszystkie, poza jednym.
I to on powstrzymywał go w ostatniej chwili, on go otrzeźwiał, sprawiał, że orientował się w tym, jak daleko zabrnął. Margo, komisariat i jego mieszkanie nie były jedynymi elementami jego życia. Jego najgorszym przewinieniem nie był błędnie wypełniony raport czy źle wskazany sprawca. Gdy Mercer mówiła, że go zna, chciał wierzyć w jej słowa - ale wiedział, że nie są prawdą.
Znała tylko jego połowę.
- Nigdy nie powiedziałem, że nie chcę mieć z tobą nic wspólnego - odrzucił znad szklanki alkoholu, gorzki posmak na jego ustach nie był w stanie zniwelować słodyczy jej widoku, świadomości tego, że z n ó w wybierała jego, stojąc tutaj, na balkonie, tuż obok.
Stali zwróceni tyłem do drzwi, tyłem do przeszklonej ściany ukazującej scenę w głębi pomieszczenia. Z oddali docierały do niego odgłosy trwającej gali, wręczanie nagród kolejnym osobom, ale on skupił się wyłącznie na tym, jak ich tkwiące obok siebie plecy zasłaniały postronnemu obserwatorowi dłonie.
Mógł osiągnąć swój c e l. Mógł objąć kobietę ramieniem, nachylić się ku niej w sposób, który byłby trudny do ogólnej interpretacji. Mógł przy wszystkich ludziach z oddziału zaprezentować, że Margo Mercer nie miała żadnego problemu z jego dotykiem, wręcz go p r a g n ę ł a. Mógł zniweczyć to, co usiłowała zbudować z Evansem, z osobą, która nie wymagała skomplikowania - i przede wszystkim, która nie wymykała się wieczorami z domu by stać się częścią półświatka.
- Nie wiem - mruknął, walcząc z usilną potrzebą chwycenia jej dłoni, przyciągnięcia jej do siebie - z prymitywną chęcią zdobycia tego, na co miał ochotę. - Może wtedy, kiedy twój chłopak zorientuje się, że jesteś tutaj, ze mną, zamiast z nim na widowni z nim?

margo mercer

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 8:31 pm
autor: margo mercer
Margo od dawna nie pozwalała nikomu podejmować za siebie decyzji.
Nie w pracy, gdzie każdy błąd kosztował czyjeś życie. Nie w życiu prywatnym, gdzie konsekwencje były mniej krwawe, ale wcale nie lżejsze. Nauczyła się, że jeśli nie przejmie sterów, ktoś zrobi to za nią i zwykle będzie przekonany, że wie lepiej. Rhys nie był wyjątkiem.
Nigdy nie powiedział jej wprost czego od niej chciał, ale też czego nie chciał. Nigdy nie nazwał tego, co wisiało między nimi jak napięta lina. Zamiast tego robił jedno, mówił drugie, a potem sam sobie zaprzeczał. Potrafił patrzeć na nią tak, jakby była jedyną rzeczą w zasięgu jego wzroku, a kilka godzin później rzucał chłodne, wyważone słowa, które brzmiały jak wycofanie; jak mur, jak ostrzeżenie.
Gubiła się w nim. W jego półuśmiechach. W niedopowiedzeniach. W tym jak z jednej strony pozwalał sobie na bliskość, a z drugiej zachowywał się tak, jakby to ona była kimś zbyt dobrym, zbyt czystym, zbyt niewłaściwym dla niego. - Może nigdy nie powiedziałeś tego wprost, ale wiele razy wyraźnie to zasugerowałeś - odpowiedziała cicho, ale bez cienia wahania.
Nie chodziło o pracę, o raporty, o sprawy, które kończyły się sukcesem albo porażką. Chodziło o te wszystkie momenty, kiedy był o milimetr od tego, by ją dotknąć, pocałować i wybierał krok w tył. O zamknięte biuro w środku nocy, kiedy napięcie było gęstsze niż powietrze, o noc przed jej domem, o samochód tuż przed strzelaniną, kiedy w jednej sekundzie chciała go uderzyć, a w następnej przyciągnąć do siebie i zamknąć mu usta w sposób, który uciszyłby wszystko.
On chciał - widziała to i czuła. Ale wmawiał sobie, że nie powinien i to ją doprowadzało do szału, bo tak naprawdę nie znała powodu. A on nie był osobą, która mogła za nią decydować. Nie znała pełni jego historii, wiedziała to. Były w nim ciemne miejsca, których nie dopuszczał do światła, ale to nie dawało mu prawa do uznawania, że jest dla niej zagrożeniem przed którym należało ją chronić. Ta decyzja należała do niej. Nie potrzebowała ochrony; potrzebowała prawdy. Potrzebowała, żeby przestał mówić nie, kiedy całe jego ciało krzyczało tak.
Na dole rozległy się oklaski, głośne i entuzjastyczne. Gala toczyła się dalej, a Daniel Evans zapewne właśnie odbierał gratulacje, rozglądając się odruchowo, by sprawdzić czy stała w pobliżu i czy dzieli z nim jego chwilę. To nie było fair i doskonale o tym wiedziała. Zdawała sobie jak złe względem tego mężczyzny na dole było to, że pożądała kogoś innego. Tego który jednocześnie jej pragnął i ubzdurał sobie, że jest dla niej niewystarczający. I może to było irracjonalne, może impulsywne, a może po prostu cholernie głupie, ale jednocześnie też prawdziwe.
Ich plecy nadal zasłaniały widok z sali, a dłonie znajdowały się w tej wąskiej przestrzeni między ciałami, niewidoczne dla postronnych. Bez pośpiechu wsunęła palce między jego palce, splotła je mocno i naturalnie. Uśmiechnęła się ledwie zauważalnie, bo odkryła to, że wyglądały jakby od zawsze wiedziały, gdzie jest ich miejsce. - Wygląda na to, że chyba właśnie się to wydarzyło - powiedziała cicho nie podnosząc wzroku. Brawa na dole przybrały na sile, a Daniel musiał już wiedzieć, że nie ma jej w zasięgu wzroku, bo była z nim.
Zbliżyła się o pół kroku. Wystarczająco, by jej ramię musnęło jego; wystarczająco, by jej oddech ogrzał jego skórę. - A teraz? - wyszeptała. - Wycofasz się? - to nie było wyzwanie rzucone dla gry, nie była też prowokacja dla samej prowokacji.

Rhys Madden

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 8:51 pm
autor: Rhys Madden
Słowa dla niego były łatwym narzędziem do wykorzystania. Tym prostszym, im bardziej były negatywne. Większość osób odsuwała się usłyszawszy zniewagę lub nie doczekując się reakcji, a zamiast niej słysząc chłodną uwagę. Mercer od samego początku była odporna na jego kąśliwe uwagi i okazała się znacznie trudniejszym przeciwnikiem niż większość.
Ale słowa przychodziły mu z pomocą zawsze, gdy któreś z nich wkraczało na grząski grunt, po którym nie powinno się poruszać.
Doprowadzały do porządku, nie tyle ją, co j e g o. Odcinając się od niej w rozmowie, blokował samemu sobie drogą powrotną. Nie mógł wrócić do tego, o czym mówili wcześniej - lub tego jak to mówili. Zdawał sobie sprawę z tego, że to było niewystarczające. Że powinien zakończyć ich małą grę dokładnie tak, jak zrobił to wtedy, w półmroku opustoszałego biura. Odciąć się mocniej, być może mogło to starczyć na dłużej. Może nawet upór i dążenie do własnego celu miały jakieś granice. Może wystarczyła jedna warstwa muru więcej, uczynienie go nieco grubszym, nieco wyższym, a jej spojrzenie bezpowrotnie odwróciłoby się od Maddena, a więź między nimi zanikła i zniknęła.
Ale nie potrafił się na to zdobyć.
On, wielki pragmatyk, osoba trzymająca każdą osobę na dystans nie potrafiła spojrzeć w jej czekoladowe tęczówki i powiedzieć jej, że nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Tchórz, podpowiadała mu pogarda do samego siebie, do tego co robił i tego, na co pozwalał wiedząc, jak katastrofalne skutki mogło to przynieść dla ich obojga. Egoista, dopowiadało poczucie winy - świadomość tego, że gdyby Margo go znała, naprawdę znała, gdyby wiedziała co z r o b i ł i kim był, nie spojrzałaby na niego ani razu.
A był brudnym gliną.
- Jesteś niemożliwa - prychnął, choć nie powstrzymał jej gdy splatała swoje palce z jego. Nie odsunął się gdy zbliżyła się, opierając swoje ramię o jego. Gdy jego powietrze znów wypełnił jej zapach, chłodny wiatr zderzył się z ciepłem jej ciała, znajdującego się tak blisko.
W przód, w tył. Dostrzegł moment, w którym powinien przytaknąć zaprzeczyć. Decyzję, którą powinien podjąć. Bez półśrodków, bez kroczenia na linii, którą wytyczyli jakiś czas temu. Wiedział też, jak krucha była ta chwila. Mercer nie należała do kobiet, które wybaczają odrzucenie - nawet, jeśli nie do końca nim było, tak mogła potraktować jego tkwienie w miejscu. W miejscu, w którym mógł mieć ciastko i je zjeść.
Zamiast odpowiedzieć, zawahał się.
- Tu jesteś! - znajomy, natrętny głos przedarł się przez ciszę balkonu. Ich palce wyplątały się z uścisku, chwila minęła. Madden odsunął się, obracając bokiem do barierki, przodem do stojącej obok kobiety, lecz jego głowa przeniosła się w bok - na zmierzającego ku nim Evansa.
Dostrzegł jego spojrzenie gdy podszedł bliżej, stając blisko Margo, z b y t blisko. Rhys utrzymywał kontakt wzrokowy z mężczyzną ignorując sposób, w jaki jego dłoń osiadła na kobiecej talii.
- Madden - przywitał się oszczędnie, ale w jego spojrzeniu chowała się irytacja jego obecnością.
- Evans - odpowiedział lakonicznie, unosząc szklankę do ust by napić się gorzkiego alkoholu, którego palącego wrażenia w tej chwili potrzebował najbardziej.

margo mercer

i don't care if it's wrong

: wt mar 03, 2026 9:23 pm
autor: margo mercer
Słyszała w jego głosie to prychniecie - krótkie, z pozoru lekceważące, podszyte czymś, czego nie chciał nazwać. Tak, była niemożliwa. W innych okolicznościach mogłaby się uśmiechnąć, potraktować to jak kolejną odsłonę ich słownej przepychanki. Teraz jednak nie chodziło o żart ani o droczenie się. Czuła jego ciepło przy swoim ramieniu, czuła ciężar chwili, która domagała się decyzji, a nie półśrodków. To był ten moment, w którym jedno z nich powinno przestać kluczyć.
Nie zamierzała być tą osobą, która zawsze robi pierwszy krok i bierze na siebie konsekwencje cudzej ciszy. Widziała w jego oczach zawahanie, ten ułamek sekundy, może dwa, wystarczające, by coś w niej zesztywniało. Nie potrzebowała wielkich deklaracji. Potrzebowała jasności, jeśli miał się wycofać, chciała to zobaczyć wyraźnie, a nie w formie kolejnego niedopowiedzenia.
Zanim jednak cokolwiek padło, ciszę balkonu przeciął znajomy głos. Dźwięk nazwiska wypowiedzianego z lekką nutą pretensji sprawił, że jej ciało zareagowało szybciej niż rozum. Ich palce rozplotły się niemal automatycznie, jakby sam odruch był próbą zatarcia śladu po czymś, co przecież nie było niczym zakazanym. Odsunęła się o krok od Maddena, zaskoczona bardziej nagłością sytuacji niż samą obecnością Evansa. Serce przyspieszyło lecz twarz pozostała spokojna. Wzięła jeden równy oddech i odwróciła się w stronę nadchodzącego mężczyzny.
Podszedł pewnym krokiem, a jego spojrzenie przesunęło się między nią a stojącym obok partnerem. Nie było w nim otwartej wrogości, ale czujność owszem. Zatrzymał się blisko, odrobinę za blisko, jakby fizyczna odległość miała coś udowodnić. Jego dłoń opadła na jej talię w geście, który na pierwszy rzut oka mógł uchodzić za naturalny. W rzeczywistości był jednak deklaracją, cichym, ale czytelnym zaznaczeniem obecności.
Margo poczuła, jak napięcie wnika w jej ramiona i kark. Nie dlatego, że wstydziła się chwili sprzed sekundy, nie dlatego, że czuła winę. Tylko dlatego, że nie znosiła być czyimkolwiek terytorium - nie była nagrodą w męskim pojedynku na spojrzenia ani przestrzenią do oznaczania dłonią. Zachowując uprzejmy uśmiech, przesunęła się o kilka centymetrów w bok, jakby poprawiała własną pozycję przy barierce. Ruch był subtelny, niemal niezauważalny dla postronnego oka, ale wystarczający, by jego ręka musiała opaść. - Przepraszam - powiedziała spokojnie, patrząc Evansowi w oczy. - Przegapiłam twoje wystąpienie - jej ton był miękki, pozbawiony prowokacji. Nie chciała robić sceny; nie chciała, by ktokolwiek uznał tę sytuację za dramatyczną, bo jutro staliby się przedmiotem plotek. - Musieliśmy z omówić coś ważnego - dodała rzeczowo. To była najprostsza forma prawdy, jaka mieściła się w granicach taktu.
- Jak zwykle nie potrafisz oddzielać życia prywatnego od pracy, Madden. To impreza, daj spokój mojej dziewczynie chociaż tutaj - brwi Daniela uniosły się lekko, jakby chciał się upewnić, że waga komunikatu dotarła do Rhysa. Margo wyprostowała się minimalnie, odzyskując przestrzeń, która jeszcze przed chwilą została naruszona.
- To ja go szukałam - wtrąciła, choć nie czuła potrzeby tłumaczenia się. Jej słowa nie były wyzwaniem, lecz granicą. Nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek, w pracy czy poza nią, decydował, gdzie powinna stać i z kim powinna rozmawiać. Evans nie odrywał spojrzenia od Maddena, jakby wiedział albo rozumiał coś, co należało wyłącznie do nich.
Ona zaś czuła napięcie między mężczyznami. Westchnęła niemal niedostrzegalnie i przeniosła ciężar ciała na drugą nogę, zachowując dystans zarówno fizyczny, jak i emocjonalny. - To nie mogło poczekać do jutra, chciałam poznać zdanie mojego partnera w pewnym temacie - ciężar słów zawisł między nią, Rhysem a niczego nieświadomym Evansem.
W powietrzu wciąż wisiało zadane przed jego przyjściem pytanie. Chwila sprzed kilku sekund nie zniknęła; została tylko przykryta uprzejmością i formalnością.

Rhys Madden