same game as always
: śr mar 04, 2026 8:14 am
Minęło kilka dni od gali i wszystko wróciło do znajomego, niemal wyćwiczonego porządku. W pracy zachowywali się tak, jakby tamten balkon, tamten szept i tamto zawieszone w powietrzu pytanie nigdy nie istniały. Rozmawiali o sprawach, raportach, przesłuchaniach i tropach, które prowadziły donikąd. Jeśli ich spojrzenia spotykały się na moment dłużej niż powinny, żadne z nich tego nie komentowało. Margo potrafiła udawać; w tej pracy człowiek szybko uczył się kontrolować twarz, głos i gesty. Problem polegał na tym, że cisza między nią a Maddenem nie była pustką. Była czymś napiętym, rozciągniętym pomiędzy kolejnymi dniami jak cienka nić, która raz się luzowała, a raz zaciskała mocniej.
Daniel natomiast przestał udawać, że jej nie widzi. A raczej, że nie widzi tego, co działo się wokół niej. Najpierw pojawiły się pytania zadawane mimochodem w pozornie lekkim tonie. Później uwagi, że ostatnio zbyt często zostaje po godzinach. A potem już otwarte sugestie, że relacja między nią a Maddenem dawno przestała mieścić się w ramach zawodowych. Trzy dni temu pokłócili się o to po raz pierwszy; przedwczoraj znowu. Wczoraj wieczorem po raz trzeci, kiedy znów odwołała ich spotkanie, tłumacząc się koniecznością sprawdzenia kolejnego tropu w sprawie, która i tak była już przejrzana na wszystkie możliwe strony. Evans słuchał coraz mniej cierpliwie i coraz częściej patrzył na nią w sposób, który mówił jasno, że przestaje wierzyć w przypadki.
A ona wciąż powtarzała to samo - że wszystko jest tylko jego wymysłem; że jedyne, co łączy ją i Rhysa, to wspólne sprawy; że poza nimi nie mają ze sobą nic wspólnego.
I technicznie rzecz biorąc nie kłamała.
Nigdy niczego mu nie obiecała. Nie składała deklaracji, nie mówiła o przyszłości, nie nazywała tej relacji czymś więcej niż tym, czym była - serią spotkań, rozmów, wspólnie spędzonych wieczorów. Pozwalała temu rozwijać się naturalnie, bez planów i oczekiwań. A jednak z każdym kolejnym spięciem z Danielem pojawiało się w niej coś, co trudno było nazwać inaczej niż wyrzutem sumienia. Irracjonalnym, bo przecież nie zrobiła niczego złego.
Dzisiaj postanowiła to przeciąć. Wyjść z pracy punktualnie, nie odbierać telefonów z komisariatu, włożyć tę czarną sukienkę, którą kupiła kilka tygodni temu i której wciąż nie miała okazji założyć. Pójść z Danielem do dobrej restauracji, zamówić wino i przez kilka godzin naprawdę poświęcić mu swoją uwagę. Bez spraw, bez raportów, bez uciekania myślami gdzieś indziej.
Dlatego kiedy o szesnastej zamknęła teczkę z aktami, wyłączyła komputer i zarzuciła płaszcz na ramiona, poczuła coś na kształt ulgi. Telefon już był wyciszony, odznaka ciążyła jej w kieszeni, a w głowie powtarzała sobie, że tym razem naprawdę wyjdzie. Nie zdążyła nawet minąć progu biura, a drzwi otworzyły się z drugiej strony i niemal wpadła na Maddena, który właśnie wchodził do środka. Zatrzymała się gwałtownie, odruchowo cofając pół kroku. On również stanął i poczuła jak jego spojrzenie przesunęło się po niej szybko, jakby oceniał sytuację w jednej sekundzie. Ten wzrok był pytaniem, zanim padło jakiekolwiek słowo, a ona od razu wiedziała, dokąd to zmierza. - Nie ma mowy - powiedziała natychmiast, zanim zdążył się odezwać. Jej ton był spokojny, ale stanowczy. - Wychodzę. Czegokolwiek ode mnie chcesz, może poczekać do jutra - minęła go, robiąc krok w stronę korytarza, lecz zatrzymała się jeszcze na moment, odwracając głowę przez ramię. W jej spojrzeniu nie było złości, raczej coś na kształt zmęczonej pewności.
Za pierwszym razem naprawdę wierzyła, że chodziło o pracę; za drugim też. Za trzecim wciąż próbowała sobie to tłumaczyć w ten sposób. Teraz jednak zaczynała widzieć w tym wzór - te same sytuacje, te same nagłe sprawy, które pojawiały się dokładnie wtedy, gdy próbowała wyjść wcześniej albo miała gdzieś być. Praca była wygodną wymówką, sposobem, żeby zatrzymać ją tutaj jeszcze chwilę. - Jeśli to kolejny trop, który nagle musimy sprawdzić - dodała ciszej, unosząc lekko brew. - To naprawdę przetrwa do rana - patrzyła na niego uważnie, jakby próbowała sprawdzić, czy tym razem powie to wprost.
Bo jeśli robił to specjalnie, żeby ją zatrzymać, żeby nie oddać jej n i k o m u innemu, to było w tym coś niemal absurdalnego. Zwłaszcza że sam przecież już dawno jasno się określił - raz słowami, a drugi raz ich brakiem.
Rhys Madden
Daniel natomiast przestał udawać, że jej nie widzi. A raczej, że nie widzi tego, co działo się wokół niej. Najpierw pojawiły się pytania zadawane mimochodem w pozornie lekkim tonie. Później uwagi, że ostatnio zbyt często zostaje po godzinach. A potem już otwarte sugestie, że relacja między nią a Maddenem dawno przestała mieścić się w ramach zawodowych. Trzy dni temu pokłócili się o to po raz pierwszy; przedwczoraj znowu. Wczoraj wieczorem po raz trzeci, kiedy znów odwołała ich spotkanie, tłumacząc się koniecznością sprawdzenia kolejnego tropu w sprawie, która i tak była już przejrzana na wszystkie możliwe strony. Evans słuchał coraz mniej cierpliwie i coraz częściej patrzył na nią w sposób, który mówił jasno, że przestaje wierzyć w przypadki.
A ona wciąż powtarzała to samo - że wszystko jest tylko jego wymysłem; że jedyne, co łączy ją i Rhysa, to wspólne sprawy; że poza nimi nie mają ze sobą nic wspólnego.
I technicznie rzecz biorąc nie kłamała.
Nigdy niczego mu nie obiecała. Nie składała deklaracji, nie mówiła o przyszłości, nie nazywała tej relacji czymś więcej niż tym, czym była - serią spotkań, rozmów, wspólnie spędzonych wieczorów. Pozwalała temu rozwijać się naturalnie, bez planów i oczekiwań. A jednak z każdym kolejnym spięciem z Danielem pojawiało się w niej coś, co trudno było nazwać inaczej niż wyrzutem sumienia. Irracjonalnym, bo przecież nie zrobiła niczego złego.
Dzisiaj postanowiła to przeciąć. Wyjść z pracy punktualnie, nie odbierać telefonów z komisariatu, włożyć tę czarną sukienkę, którą kupiła kilka tygodni temu i której wciąż nie miała okazji założyć. Pójść z Danielem do dobrej restauracji, zamówić wino i przez kilka godzin naprawdę poświęcić mu swoją uwagę. Bez spraw, bez raportów, bez uciekania myślami gdzieś indziej.
Dlatego kiedy o szesnastej zamknęła teczkę z aktami, wyłączyła komputer i zarzuciła płaszcz na ramiona, poczuła coś na kształt ulgi. Telefon już był wyciszony, odznaka ciążyła jej w kieszeni, a w głowie powtarzała sobie, że tym razem naprawdę wyjdzie. Nie zdążyła nawet minąć progu biura, a drzwi otworzyły się z drugiej strony i niemal wpadła na Maddena, który właśnie wchodził do środka. Zatrzymała się gwałtownie, odruchowo cofając pół kroku. On również stanął i poczuła jak jego spojrzenie przesunęło się po niej szybko, jakby oceniał sytuację w jednej sekundzie. Ten wzrok był pytaniem, zanim padło jakiekolwiek słowo, a ona od razu wiedziała, dokąd to zmierza. - Nie ma mowy - powiedziała natychmiast, zanim zdążył się odezwać. Jej ton był spokojny, ale stanowczy. - Wychodzę. Czegokolwiek ode mnie chcesz, może poczekać do jutra - minęła go, robiąc krok w stronę korytarza, lecz zatrzymała się jeszcze na moment, odwracając głowę przez ramię. W jej spojrzeniu nie było złości, raczej coś na kształt zmęczonej pewności.
Za pierwszym razem naprawdę wierzyła, że chodziło o pracę; za drugim też. Za trzecim wciąż próbowała sobie to tłumaczyć w ten sposób. Teraz jednak zaczynała widzieć w tym wzór - te same sytuacje, te same nagłe sprawy, które pojawiały się dokładnie wtedy, gdy próbowała wyjść wcześniej albo miała gdzieś być. Praca była wygodną wymówką, sposobem, żeby zatrzymać ją tutaj jeszcze chwilę. - Jeśli to kolejny trop, który nagle musimy sprawdzić - dodała ciszej, unosząc lekko brew. - To naprawdę przetrwa do rana - patrzyła na niego uważnie, jakby próbowała sprawdzić, czy tym razem powie to wprost.
Bo jeśli robił to specjalnie, żeby ją zatrzymać, żeby nie oddać jej n i k o m u innemu, to było w tym coś niemal absurdalnego. Zwłaszcza że sam przecież już dawno jasno się określił - raz słowami, a drugi raz ich brakiem.
Rhys Madden