Strona 1 z 1

when the devil needed an angel

: czw mar 05, 2026 7:04 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
035.
You don’t get to die tonight.
Not on my watch.


𝕄𝕖𝕣𝕣𝕪 𝕔𝕙𝕣𝕚𝕤𝕥𝕞𝕒𝕤 2024
⋆꙳•❅‧*₊⋆☃︎‧*❆₊⋆



Madox nienawidził świąt.
Tych poubieranych choinek, gonienia za prezentami i świątecznej atmosfery. Wkurwiało go lecące na okrągło Last Christmas i lampki, które migały bez przerwy, wszędzie. Denerwowali go Mikołajowie, którzy namawiali go do kupna choinki, wzięcia kredytu, albo zaopatrzenia się w zabawki. Można pokusić się o stwierdzenie, że Noriega był Grinchem.
I dzisiaj jak ten Grinch, w zielonej, puchowej kurtce przemierzał sobie zaśnieżone ulice Toronto. Właściwie jedną konkretną, jakiś skrót pomiędzy galerią, a jego klubem, niosąc w ręce siatkę wypchaną limonkami i mango, bo akurat brakło mu ich w Emptiness. Nic szczególnego, krótki, szybki spacer...
Zaraz jednak okazało się, że ktoś miał co do tego zupełnie inne plany. A konkretnie to wielki jak Dąb Bartek rusek.
- I-vanek... - wyrwało mu się, kiedy facet zastąpił mu drogę, wszędzie poznałby tą szpetną gębę - privet, my davno ne videlis - rzucił na powitanie. Tylko, że Ivanek wcale nie wyglądał jakby był zadowolony, że oni się tutaj spotykają.
- Noriega ty mnie nie wkurwiaju - mruknął swoim łamanym angielskim. A Madox wywrócił oczami.
- No coś ty, ciebie Ivanek ja w życiu... - zaczął i chciał się cofnąć, bo może jednak... poszedłby okrężną drogą, a nie tym skrótem, w końcu jeszcze dzisiaj nie wyrobił sobie wszystkich kroków. Tylko, że zaraz jego plecy zetknęły się z kolejnym Rosjaninem.
- Saszka... - no tak, jeszcze Saszy brakowało do kompletu - chłopaki przecież my są przyjaciele... Co nie? - zerknął najpierw na jednego, a później na drugiego. A na dokładkę jeszcze na trzeciego... Bo Saszka przyszedł z Kolą.
Kurwa.
- Jak tam mama Ivanek? - rzucił, żeby trochę ich zagadać, może rozładować atmosferę, którą dałoby się już kroić nożem? Ale chyba wybrał zły temat, bo Ivanek ruszył się do przodu.
- Wciąż nie żyje… A ja wciąż... nie mogę sobie odżałować, że przez ciebie nie byłem na jej pogrzebie Noriega, bo siedziałem na cztery osiem, na dołku - warknął, a Madox się skrzywił. No tak... Kompletnie o tym zapomniał. Zastanawiał się nawet przez chwilę co ten Ivanek do niego ma. A teraz już wiedział.
- No co ty drug, ja przecież nigdy bym wam... - nawet nie dokończył, bo Kola zacisnął łapę na jego kurtce, a Madox poczuł jak traci grunt pod nogami, kiedy ten szarpnął go do góry - chłopaki spokojnie... - rzucił i oparł palce na przedramieniu ruska.
Tylko, że zaraz się okazało, że chłopaki wcale nie chcą tego rozegrać na spokojnie, bo kiedy Madox się szarpnął, to dopadł do niego też Saszka. A jak go złapali we dwóch to nie miał szans, chociaż jeszcze kopnął Ivanka w brzuch, jak się wybił i walnął Kolę łokciem w zęby, ale za to później sam dostał.
Ruskie to jednak były chore pojeby, bo przestali go okładać dopiero, kiedy Noriega splunął krwią na śnieg, dopiero kiedy nie mógł ustać na nogach, bo tak go skopali. Chociaż... jeszcze go nie połamali. No i przede wszystkim nie zatłukli, a to też mogli zrobić. Czuł to w kościach. W każdym siniaku to czuł i w każdej szramie, którą mu zrobili, że oni nie będą się z nim tutaj cackać. A on ich nie zagada. Chociaż próbował.
- Iv... anek dajże... - już spokój?
Czuł, że chyba mu go nie dadzą, bo Kola złapał go mocniej za wszarz. A Saszka sięgnął do kieszeni po złoty kastet, bardzo ładny swoją drogą. Czyli runda druga, w której albo wybiją mu zęby, albo rozwalą łeb. Madox zawsze chciał sobie wprawić złotego zęba...
Ale może nie dlatego, że te jego wybiłby mu jakiś ruski?

Ivy Harrison

when the devil needed an angel

: pt mar 06, 2026 4:51 pm
autor: Ivy Harrison
Madox A. Noriega-Patel

Kochała święta.
To był jeden z niewielu okresów w całym roku kalendarzowym, kiedy mogła widywać się z całą rodziną. Cała ósemka przy jednym stole, siedząca, śmiejąca się i opowiadającą o przygodach, które napotkały ich w trakcie całego roku. Charakterystyczny zapach jodełki wypełniającej całe pomieszczenie, migające kolorowe światełka oraz potrawy przygotowane przez jej matkę. Do tego dnia przygotowywała się od bardzo dawna. Dzień wielkich zakupów. Specjalnie przyjechała do Toronto kilka dni przed świętami, by zrobić zakupy i zabrać się ze zgromadzonymi Harrisonami jednym autem.
Szła przed siebie ze zapakowanymi torbami po same brzegi. Wystawały z nich rolki po papierze prezentowym w dinusie i urocze zwierzątka z czapkami Mikołaja. Nabrała głębokiego oddechu i wypuściła go. Przepiękny, biała chmura wydobyła się z jej ust, ulatniając się zaraz. Śnieg delikatnie padał, opadając jej na blond pukle włosów. Uwielbiała, kiedy świat zatrzymywał się na moment w trakcie tego okresu. Prawdziwa magia świąt, prawda?
W pewnym momencie nawet nie wiedziała, gdzie się znalazła. Z tej całej magicznej atmosfery wyrwały ją krzyki. Czterech wielkich facetów. Zaraz schowała się nerwowo za śmietnikiem i wyjrzała oczami. To źle wyglądało, zdecydowanie zbyt źle. Ciało zaczęło się jej delikatnie trząść. Musiała przecież zareagować. Im dłużej patrzyła, tym obawiała się jednego. Jeden z mężczyzn znikał na jej oczach, kiedy inni walili go pięściami. Jej marzeniem było zostanie chirurgiem. Przede wszystkim nie szkodzić. Przecież zaszkodziłaby, gdyby nie zareagowała. Zacisnęła mocno pięści i wyszła lekko drżącym krokiem.
Zadzwonię na policję! — krzyknęła, wyciągając telefon z wbitym numerem. Była gotowa zadzwonić i powinna. Przełknęła nerwowo ślinę, patrząc na mężczyzn, którzy tylko krótko zarechotali jak ropuchy — zostawcie go! — tupnęła groźno nogą. Musiała mieć magiczną moc jak Majusia od Friza na dziki, spierdolili. Tylko wtedy zdała sobie sprawę z jednego. Najgorsze przed nimi. Madox padł na ziemię, a ona z tymi torbami, wielkim plecakiem z przypinkami z eevee podbiegła do niego. Chyba jeszcze miał świadomość. Oddychał to na pewno.
Cześć, jestem Ivy — usiadła przy nim, zasłaniając się prawdą nogą. Nie znała go. Był wielkim facetem z dziarami, a co gorsze krew nie ułatwiała. Lustrowała wzrokiem wszystkie jego obrażenia, cudownie. Nie spodziewała się ich tak wielu — słyszysz mnie? — zagadnęła, licząc, że ma świadomość. Chwyciła za jedną z toreb, z której wyjęła zawiniątko w foliówce. Znajdowała się w niej wielka, niebieska bluza z napisem super policjant, jeszcze lepszy brat dla Davida. Włożyła mu ją pod głowę — co Cię boli?kurwa Ivy, wszystko go boli, przeszło jej przez głowę — mogę Cię dotykać? — dopytała, wstrzymując na moment oddech. To pytanie nie powinno brzmieć tak irracjonalnie, ale tak czy siak, czuła dwuznaczność. Dopiero rozpoczynała karierę w szpitalu, a stan mężczyzny ją przerażał. Raz zamachnąłby ręką, a ona by zniknęła.

when the devil needed an angel

: pt mar 06, 2026 6:21 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
Zadzwonię na policję.
Jakiś cichy głosik wymieszał się ze śmiechami ruskich, z tymi stęknięciami, które raz po raz opuszczały usta Madoxa, kiedy go znowu okładali. Nie wyrwałby im się, bo próbował. Chociaż ten głosik nie brzmiał też za bardzo przekonywująco, a Kola roześmiał mu się głośno do ucha. To jednak, gdyby nie ona...
- Kakaya zhe ona malen'kaya suchka? - wychrypiał Ivanek, i odsunął się od Noriegi.
Madox ledwo stał na nogach, a jednak ta chwila dezorientacji ruskich, pozwoliła mu się wyrwać, kopnął Ivanka kolanem w brzuch. A Kolę walnął łokciem prosto w oko. Zajebali by go za to, ale...
Blondynka tupnęła nóżką. Sio, sio.
Właściwie mieli dużo szczęścia, oboje, bo Saszka zrobił krok w jej kierunku, ale wtedy za jej plecami błysnęło światło radiowozu, krótki sygnał przeciął powietrze. A Rosjanie rzeczywiście się zebrali. Pchnęli Madoxa na śnieg, a on się zatoczył i upadł.
- To jeszcze nie koniec Noriega... - rzucił tylko Ivanek, a Madox plunął za nim krwią. W dupie to miał. Nawet przez chwilę chciał się zerwać z miejsca i za nim skoczyć, ale... nie miał siły. Osunął się na śnieg na tyłek, a potem na plecy. W pierwszej chwili nawet do niego nie dotarło, że blondynka znalazła się przy nim, że się przywitała, bo zamknął na moment powieki.
A kiedy je otworzył, to wisiał nad nim ten blondwłosy aniołek. Umarł? Przez głowę na prawdę przemknęła mu taka myśl, a zaraz druga, że jakby umarł, to by go tak nie napierdalało... wszystko.
Dosłownie.
- Czekaj, czekaj... - mruknął i sięgnął do niej ręką, wytatuowanymi palcami, na których też miał krew, swoją? A może ruskich? Roztarł ją na jej miękkim, gładkim policzku. A kiedy podłożyła mu coś pod głowę, to chciał usiąść, ale nie mógł się dźwignąć, przekręcił się na bok, teraz jakby podparł się ręką to by wstał. Na to liczył.
Podniósł powieki i spojrzał na nią, zakrwawiony policzek opierając na miękkim, niebieskim materiale.
Chyba jednak umarł.
Przecież ta dziewczynka przed nim wyglądała tak młodziutko, tak niewinnie i wystraszyła ruskich? I w ogóle... podeszła do niego?
- Daj mi trzy minuty... - rzucił cicho i zwinął się w pozycję embrionalną. Zaraz będzie lepiej...
Nie. Było gorzej, odruchowo sięgnął do jej ręki, na której zacisnął palce - po co chcesz mnie dotykać? - wypalił, może to było głupie pytanie. Bo przecież mogła sobie stąd iść i go zostawić w tej ciemnej uliczce na śniegu, a jednak... klękała przy nim na białym puchu, a kiedy się pochyliła, to Madox mógł nawet zajrzeć w te jej niebieskie, duże oczy. Chyba chciała mu pomóc. Nabrał mocno w płuca powietrze i wypuścił je tak, że zawisł między nimi biały obłok. Dodawał jej jeszcze jakiegoś takiego mistycznego wyglądu, kiedy osadził się na jej zaśnieżonych włosach. Chociaż ta czerwona plama, którą jej zrobił na policzku jakoś nie pasowała do tego obrazka.
- Kim ty właściwie jesteś? Aniołem, chcesz mnie zabrać... na dół? - no bo na pewno nie na górę. Tacy ludzie jak Madox smażą się na samym dnie piekła. Poprawił się na śniegu przytulając policzek do tej bluzy, którą mu dała, mocniej zacisnął palce na jej dłoni, bo podczas ruchu, poczuł na żebrach jaki jest poobijany, nawet na moment zamknął jedno oko i syknął.

𝓐𝓷𝓰𝓮𝓵🪽

when the devil needed an angel

: pt mar 06, 2026 6:55 pm
autor: Ivy Harrison
Madox A. Noriega-Patel

Cała się spięła, kiedy Saszka zrobił krok w jej kierunku. W głowie powtarzała sobie, że była Apex Predatorem. No nie kurwa, była drobną stażystką, Ivy Harrison, która nikomu by nic nie zrobiła. Nawet muchy by nie zabiła, bo przecież była pożyteczna. Nawet jeśli siadała na dwójeczce i przekazywała dalej drobnoustroje chorobotwórcze. Życie trzeba szanować.
I jeszcze ich przestrasz! Usłyszała głosik we własnej głowie.
Roar. Krzyknęła na tyle, ile miała siłę w płucach. Kiedy zdała sobie sprawę, co się działo. Rosjan nie było, za to był Madox. Jego też się bała, a mimo to podbiegła.Przede wszystkim nie szkodzić powtarzała w swojej głosie. Mógł jej zrobić krzywdę, widziała przecież, jaki był z niego king bruce lee karate mistrz jeszcze sekundę temu.
Nie ma na co czekać... — mruknęła cicho pod nosem. Bała się go. Wzdrygnęła się, gdy tylko ją dotknął i poczuła zapach krwi. Wciągnęła mocno zimne powietrze do płuc, jakby miało ją otrzeźwić. Cała ta sytuacja była kuriozalna. Przełknęła nerwowo ślinę. Przynajmniej jej nie walnął, prawda? Wyglądał jak prawdziwy diabeł. Niebezpieczny, umazany krwią, a te tatuaże w ogóle nie ułatwiały jej sprawy. Sięgnęła po jego dłoń, odkładając ją na śnieg. W takich warunkach nie byłaby w stanie pracować — jak się nazywasz? — spytała cicho, licząc, że nie będzie musiała się do niego zwracać typie, lub jakimś kuriozalnym pseudonimem. Odsunęła się, widząc ruch. Może jeszcze chciał ją zaatakować? Cała się wyprostowała, licząc, że... nic mu nie zrobili.
Nie ma trzech minut... — mruknęła, marszcząc groźnie brwi. Każda minuta się liczyła, mógł się wykrwawiać na jej oczach, a był przecież jej pacjentem... Przypadkowym, a jednak pacjentem — tu liczy się czas, nie możesz tak leżeć — wymruczała, próbując go obrócić na wznak. Tylko zaraz znów się wzdrygnęła, kiedy chwycił ją za dłoń. Mógłby ją zmiażdżyć w każdej sekundzie, a przecież ona jedynie chciała mu pomóc.
Żeby Cię zbadać — odpowiedziała spokojnym tonem, nachylając się nad nim. Tylko zimowe ubrania niczego nie ułatwiały. Zlustrowała go spokojnym wzrokiem, a w jednym miejscu dostrzegła plamę krwi. Wolną ręką sięgnęła po torebkę, z której wyjęła małą apteczkę. Zaraz wyjęła z niej różowe rękawiczki. Jedną z nich zdołała założyć — niezły z Ciebie wojownik, ale mieli przewagę liczebną — powiedziała półserio, półżartem, by rozładować atmosferę. Wolną ręką zaczęła dotykać go po brzuchu, poszukując miejsca krwawienia.
Wszyscy idą na górę — mruknęła, unosząc kąciki ust — Bóg by Cię rozgrzeszył po czymś takim — jej uśmiech się poszerzył. Wierzyła w sprawiedliwość. Dopadli go w trzech, nie miał szans — Ivy Harrison, stażystka na oddziale chirurgii — wyrecytowała, jak regułę, której nauczyła się na pamięć. Tak właściwie było. W szpitalu mówiła ją cały czas, a takich pacjentów widziała kilka razy. Szybko przypominała sobie standardowe procedury w głowie. Oddychał, był świadomy.
— To mogę Cię zbadać? I nie odpływaj! Bo na Ciebie też krzyknę — powiedziała surowym tonem blondynka, sięgając dłonią do jego kurtki — obiecuję, że będę delikatna... muszę ocenić rany — stwierdziła spokojnym tonem, rozpinając mu kurtkę i wstrzymując oddech. Miała tylko nadzieję, że zaraz nie przywali jej z główki.

when the devil needed an angel

: pn mar 09, 2026 4:48 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
Ale diabeł chciał czekać, bo chyba liczył na to, że zaraz dozna jakiegoś objawienia? Albo cudownego uleczenia. Byłoby dobrze.
Nic takiego jednak się nie wydarzyło, bok bolał, kiedy się na niego przetoczył, a każdy oddech był coraz trudniejszy. Przecież jak on wstanie i dopadnie tych ruskich... Nie chciał ich już dzisiaj spotykać, najlepiej to nigdy. Znowu przymknął powieki zastanawiając się czy mógłby tutaj usnąć, bo może wtedy by tak nie napierdalało, ale wtedy blondynka go zapytała jak się nazywasz.
- A ty? - od razu odbił jej pytanie, chociaż przecież mu się już przedstawiała, ale w ogóle tego nie przyjął do wiadomości, ani tego, że jest lekarzem, czy aniołem? Nie wiedział jeszcze, a może przypadkową Matką Teresą?
- Madox - rzucił w końcu krótko, żeby jednak się tak nie spinała, chociaż... imię też miał trochę straszne. Nietypowe, pewnie byłoby jakoś milej, gdyby nazywał się Henryk, albo Robert, może jakiś Tom. Tom to zawsze miły facet. A Madox? Jakiś pierdolnięty?
- Dwie... - mruknął, kiedy powiedziała to, że nie ma trzech minut, a na jej kolejne słowa chciał wywrócić oczami, ale nawet na to nie miał siły, albo może... bolały go nawet oczy? Wypuścił powietrze z płuc. Sięgnął do jej ręki, zacisnął na niej palce, nie mocno, po prostu, potrzebował może odrobiny wsparcia, żeby się w końcu zwlec z ziemi? Ze śniegu, który już nosił szkarłatne ślady po jego krwi.
- Jesteś lekarzem? - ciemne tęczówki zatrzymał na jej twarzy. Nie wyglądała mu na lekarza, wyglądała jakby miała szesnaście lat i chodziła do szkoły katolickiej, a w jasełkach grała aniołka. Brakowało tylko aureoli i skrzydełek.
Chociaż Madox na spokojnie mógł je sobie wyobrazić. Dlatego pewnie zaraz nawijał o niebie i piekle. Wolałby chyba na dole, cieplej było, a on lubił ciepło...
Chociaż teraz robiło mu się zimno, kiedy leżał na tym śniegu.
- Zajebali by mnie, gdybyś ich nie wystraszyła - to miały być podziękowania? Może. A może takie stwierdzenie faktów?
Na jej kolejne słowa znowu spróbował wywrócić oczami, tym razem nawet mu to wyszło. Czyli już lepiej? A może po prostu ta jej wiara, że wszyscy idą na górę musiała być skwitowana czymś takim. Znowu się zastanowił czy ona nie jest przypadkiem jakąś świętą?
Tylko zaraz się wyjaśniło kim jest. Stażystka na oddziale chirurgii, czyli dobrze trafił. Lepiej chyba nie mógł. Chociaż...
- To nie mieli lekarza? - mruknął i zabrał rękę z jej dłoni, przesunął nią po śniegu gdzieś pod bok. Oczy mu się zamykały, jakby mu pozwoliła się zdrzemnąć, te trzy minutki by mu wystarczyły, i wstaje. Skinął głową na jej pytanie czy może go zbadać, chociaż na te kolejne słowa, kiedy podniosła głos i zmarszczyła groźnie brwi, to otworzył szerzej oczy.
- Masz w szpitalu jakiś autorytet? Z taką słodką buzią? - musiał jej zapytać, bo on sobie wyobrażał, że nie. Nawet jak robiła te groźne miny to wciąż była słodka i niewinna. A Madox wciąż straszny?
Może jakby nie był taki upaprany we krwi, to by nie był?
Trochę się przesunął, kiedy sięgała do jego kurtki, tak żeby było jej łatwiej ją odsunąć, ale gdy ciepłe wciąż ciało omiótł chłód, to go aż otrzepało. Przesunął się znowu, a potem podparł ręką i chciał wstać, ale coś go zabolało z boku, chyba z tego boku co był najbardziej pokopany, aczkolwiek nie miał tam żadnych ran, ogromny siniak jedynie. A krew musiała kapać mu z rany na skroni, albo z tej na wardze. Nie udało mu się podnieść.
- Poczekaj... podniosę się - próbował dalej, bo Madox to był wojownik, no i nie pierwszy raz go zlali. Nie ostatni pewnie. Bywało gorzej. Lepiej też, bo tym razem było dość dużo krwi. Znowu się podparł na ręce i znowu spróbował dźwignąć, ale się osunął na bok. Jeszcze nie. Tak się kręcił, że nasypał już sobie pełno śniegu pod kurtkę.
- Zimno... Ivy Harrison - mruknął i zawiesił ciemne tęczówki na jej niebieskich, dużych oczach.

꒰ঌ 𝕬𝖓𝖌𝖊𝖑 ໒꒱