mądry tytuł
: pt mar 06, 2026 1:14 pm
Gdy kilka miesięcy wcześniej zgodził się pracować z Raven, nie zakładał, że w tak krótkim czasie ich współpraca zacznie wyglądać tak… naturalnie. Imponowała mu. Nie chodziło tylko o technikę czy refleks. Tego można było nauczyć, wypracować, powtarzać aż do znudzenia na kolejnych treningach. Chodziło bardziej o upór i charakter, które u niej pojawiały się niemal automatycznie, gdy tylko coś zaczynało iść nie tak.
Może właśnie dlatego tak dobrze się dogadywali.
Od początku, tak jak postanowił, prowadził treningi według własnych zasad. I nie dlatego, że uważał się za lepszego od innych trenerów, a zwłaszcza jej matki, raczej dlatego, że nigdy nie przepadał za sztywnymi systemami, które traktowały każdego zawodnika dokładnie tak samo. Raven przez lata trenowała według planu ustalonego przez matkę planu, który był równie skuteczny co bezlitosny w swojej powtarzalności. Wszystko miało w nim swoje miejsce, godziny, wyliczone serie i przerwy.
A u niego wyglądało to trochę inaczej, ale wyniiki wcale na tym nie traciły.
Dlatego wyjazd do Europy był dla nich naturalnym kolejnym krokiem. Raven od pewnego czasu pojawiała się już w rozmowach organizatorów większych zawodów jako zawodniczka, na którą warto zwrócić uwagę. Międzynarodowe zawody łucznicze w Holandii – jedna z większych europejskich imprez w kalendarzu federacji miały być dokładnie takim sprawdzianem.
I normalnie Raven poleciałaby tam z matką.
Tym razem jednak plany pokrzyżowała rzeczywistość. Zabieg usunięcia torbieli, który jej matka odkładała od miesięcy, w końcu dostał konkretny termin. Termin, który niestety pokrywał się dokładnie z datą zawodów. Ojciec Raven z kolei nie zamierzał zostawiać żony samej w szpitalu, więc wybór był w gruncie rzeczy prosty. Ktoś musiał polecieć z Raven i ostatecznie tym kimś okazał się Soren.
Nie protestował szczególnie, bo przecież to było dość naturalne, żeby trener wyjeżdżał na zawody ze swoją podopieczną. Nie oponował, bo oznaczało to także kilka dni, w których jego życie nie będzie kręcić się wokół tych samych treningów, hal sportowych i rozmów w domu, które ostatnio coraz częściej kończyły się tą dziwną ciszą. Bo z Sorą od jakiegoś czasu układało mu się… różnie. I nawet trudno było nazwać to konfliktem, bo właściwie się nie kłócili. Problem polegał raczej na tym, że coraz rzadziej w ogóle mieli okazję rozmawiać. Widzieli się mniej niż się nie widzieli, a to w pewnym momencie zaczynało być bardziej odczuwalne niż jakakolwiek sprzeczka.
Jeszcze gdy byli w Korei potrafił to jakoś zaakceptować. Praca w branży muzycznej, pod patolgiczną wytwórnią, rządziła się swoimi prawami i męczyła, ale to miało być marzenie dziewczyny, na które przystawał i na drodze do realizacji któ®ego nie chciał stawać. Kanada miała być jednak czymś innym. Lepszą wytwórnią, lepszymi warunkami… A wyszło jak wyszło.
I coraz bardziej go to frustrowało.
Na lotnisko przyjechał z odpowiednim wyprzedzeniem. Może nie zrywał się te słynne dwanaście godzin wcześniej, jak typowy stary, ale przy lotach międzykontynentalnych faktycznie trzeba było stawić się odpowiednio wcześnie. Zwłaszcza, że należało nadać bagaż. I zabezpieczyć odpowiednio sprzęt sportowy.
Oparł się przez chwilę o barierkę przy wejściu, obserwując pasażerów przewijających się przez drzwi wejściowe, w oczekiwaniu na przybycie dziewczyny wraz z ojcem, który, jak się dowiedział, miał ją podrzucić, zanim pojedzie do żony, do szpitala.
Nie czekał długo, zanim dostrzegł za oszkloną ścianą pojazd, którym – jak już się zdołał nauczyć – przemieszczał się mężczyzna. Wyszedł z budynku, gdy auto zatrzymało się, a z jego wnętrza wysiadła Raven wraz ze swoim ojcem. Od razu skierował się do bagażnika, aby pomóc z bagażami.
— Paszport masz czy pakujemy cię do luku bagażowego? — spytał żartobliwie, szturchając ją delikatnie ramieniem w bok, tak w ramach powitania.
Wymienił uścisk dłoni z mężczyzną, który wcale nie spojrzał na niego podejrzliwie. Soren odsunął się na bok, kiedy rodzina miała swoje pożegnanie, wyczekując aż będą mogli skierować się do odprawy.
Raven Heist
Może właśnie dlatego tak dobrze się dogadywali.
Od początku, tak jak postanowił, prowadził treningi według własnych zasad. I nie dlatego, że uważał się za lepszego od innych trenerów, a zwłaszcza jej matki, raczej dlatego, że nigdy nie przepadał za sztywnymi systemami, które traktowały każdego zawodnika dokładnie tak samo. Raven przez lata trenowała według planu ustalonego przez matkę planu, który był równie skuteczny co bezlitosny w swojej powtarzalności. Wszystko miało w nim swoje miejsce, godziny, wyliczone serie i przerwy.
A u niego wyglądało to trochę inaczej, ale wyniiki wcale na tym nie traciły.
Dlatego wyjazd do Europy był dla nich naturalnym kolejnym krokiem. Raven od pewnego czasu pojawiała się już w rozmowach organizatorów większych zawodów jako zawodniczka, na którą warto zwrócić uwagę. Międzynarodowe zawody łucznicze w Holandii – jedna z większych europejskich imprez w kalendarzu federacji miały być dokładnie takim sprawdzianem.
I normalnie Raven poleciałaby tam z matką.
Tym razem jednak plany pokrzyżowała rzeczywistość. Zabieg usunięcia torbieli, który jej matka odkładała od miesięcy, w końcu dostał konkretny termin. Termin, który niestety pokrywał się dokładnie z datą zawodów. Ojciec Raven z kolei nie zamierzał zostawiać żony samej w szpitalu, więc wybór był w gruncie rzeczy prosty. Ktoś musiał polecieć z Raven i ostatecznie tym kimś okazał się Soren.
Nie protestował szczególnie, bo przecież to było dość naturalne, żeby trener wyjeżdżał na zawody ze swoją podopieczną. Nie oponował, bo oznaczało to także kilka dni, w których jego życie nie będzie kręcić się wokół tych samych treningów, hal sportowych i rozmów w domu, które ostatnio coraz częściej kończyły się tą dziwną ciszą. Bo z Sorą od jakiegoś czasu układało mu się… różnie. I nawet trudno było nazwać to konfliktem, bo właściwie się nie kłócili. Problem polegał raczej na tym, że coraz rzadziej w ogóle mieli okazję rozmawiać. Widzieli się mniej niż się nie widzieli, a to w pewnym momencie zaczynało być bardziej odczuwalne niż jakakolwiek sprzeczka.
Jeszcze gdy byli w Korei potrafił to jakoś zaakceptować. Praca w branży muzycznej, pod patolgiczną wytwórnią, rządziła się swoimi prawami i męczyła, ale to miało być marzenie dziewczyny, na które przystawał i na drodze do realizacji któ®ego nie chciał stawać. Kanada miała być jednak czymś innym. Lepszą wytwórnią, lepszymi warunkami… A wyszło jak wyszło.
I coraz bardziej go to frustrowało.
Na lotnisko przyjechał z odpowiednim wyprzedzeniem. Może nie zrywał się te słynne dwanaście godzin wcześniej, jak typowy stary, ale przy lotach międzykontynentalnych faktycznie trzeba było stawić się odpowiednio wcześnie. Zwłaszcza, że należało nadać bagaż. I zabezpieczyć odpowiednio sprzęt sportowy.
Oparł się przez chwilę o barierkę przy wejściu, obserwując pasażerów przewijających się przez drzwi wejściowe, w oczekiwaniu na przybycie dziewczyny wraz z ojcem, który, jak się dowiedział, miał ją podrzucić, zanim pojedzie do żony, do szpitala.
Nie czekał długo, zanim dostrzegł za oszkloną ścianą pojazd, którym – jak już się zdołał nauczyć – przemieszczał się mężczyzna. Wyszedł z budynku, gdy auto zatrzymało się, a z jego wnętrza wysiadła Raven wraz ze swoim ojcem. Od razu skierował się do bagażnika, aby pomóc z bagażami.
— Paszport masz czy pakujemy cię do luku bagażowego? — spytał żartobliwie, szturchając ją delikatnie ramieniem w bok, tak w ramach powitania.
Wymienił uścisk dłoni z mężczyzną, który wcale nie spojrzał na niego podejrzliwie. Soren odsunął się na bok, kiedy rodzina miała swoje pożegnanie, wyczekując aż będą mogli skierować się do odprawy.
Raven Heist