Strona 1 z 1

mądry tytuł

: pt mar 06, 2026 1:14 pm
autor: Soren Morningstar
  Gdy kilka miesięcy wcześniej zgodził się pracować z Raven, nie zakładał, że w tak krótkim czasie ich współpraca zacznie wyglądać tak… naturalnie. Imponowała mu. Nie chodziło tylko o technikę czy refleks. Tego można było nauczyć, wypracować, powtarzać aż do znudzenia na kolejnych treningach. Chodziło bardziej o upór i charakter, które u niej pojawiały się niemal automatycznie, gdy tylko coś zaczynało iść nie tak.
  Może właśnie dlatego tak dobrze się dogadywali.
  Od początku, tak jak postanowił, prowadził treningi według własnych zasad. I nie dlatego, że uważał się za lepszego od innych trenerów, a zwłaszcza jej matki, raczej dlatego, że nigdy nie przepadał za sztywnymi systemami, które traktowały każdego zawodnika dokładnie tak samo. Raven przez lata trenowała według planu ustalonego przez matkę planu, który był równie skuteczny co bezlitosny w swojej powtarzalności. Wszystko miało w nim swoje miejsce, godziny, wyliczone serie i przerwy.
  A u niego wyglądało to trochę inaczej, ale wyniiki wcale na tym nie traciły.
  Dlatego wyjazd do Europy był dla nich naturalnym kolejnym krokiem. Raven od pewnego czasu pojawiała się już w rozmowach organizatorów większych zawodów jako zawodniczka, na którą warto zwrócić uwagę. Międzynarodowe zawody łucznicze w Holandii – jedna z większych europejskich imprez w kalendarzu federacji miały być dokładnie takim sprawdzianem.
  I normalnie Raven poleciałaby tam z matką.
  Tym razem jednak plany pokrzyżowała rzeczywistość. Zabieg usunięcia torbieli, który jej matka odkładała od miesięcy, w końcu dostał konkretny termin. Termin, który niestety pokrywał się dokładnie z datą zawodów. Ojciec Raven z kolei nie zamierzał zostawiać żony samej w szpitalu, więc wybór był w gruncie rzeczy prosty. Ktoś musiał polecieć z Raven i ostatecznie tym kimś okazał się Soren.
  Nie protestował szczególnie, bo przecież to było dość naturalne, żeby trener wyjeżdżał na zawody ze swoją podopieczną. Nie oponował, bo oznaczało to także kilka dni, w których jego życie nie będzie kręcić się wokół tych samych treningów, hal sportowych i rozmów w domu, które ostatnio coraz częściej kończyły się tą dziwną ciszą. Bo z Sorą od jakiegoś czasu układało mu się… różnie. I nawet trudno było nazwać to konfliktem, bo właściwie się nie kłócili. Problem polegał raczej na tym, że coraz rzadziej w ogóle mieli okazję rozmawiać. Widzieli się mniej niż się nie widzieli, a to w pewnym momencie zaczynało być bardziej odczuwalne niż jakakolwiek sprzeczka.
  Jeszcze gdy byli w Korei potrafił to jakoś zaakceptować. Praca w branży muzycznej, pod patolgiczną wytwórnią, rządziła się swoimi prawami i męczyła, ale to miało być marzenie dziewczyny, na które przystawał i na drodze do realizacji któ®ego nie chciał stawać. Kanada miała być jednak czymś innym. Lepszą wytwórnią, lepszymi warunkami… A wyszło jak wyszło.
  I coraz bardziej go to frustrowało.
  Na lotnisko przyjechał z odpowiednim wyprzedzeniem. Może nie zrywał się te słynne dwanaście godzin wcześniej, jak typowy stary, ale przy lotach międzykontynentalnych faktycznie trzeba było stawić się odpowiednio wcześnie. Zwłaszcza, że należało nadać bagaż. I zabezpieczyć odpowiednio sprzęt sportowy.
  Oparł się przez chwilę o barierkę przy wejściu, obserwując pasażerów przewijających się przez drzwi wejściowe, w oczekiwaniu na przybycie dziewczyny wraz z ojcem, który, jak się dowiedział, miał ją podrzucić, zanim pojedzie do żony, do szpitala.
  Nie czekał długo, zanim dostrzegł za oszkloną ścianą pojazd, którym – jak już się zdołał nauczyć – przemieszczał się mężczyzna. Wyszedł z budynku, gdy auto zatrzymało się, a z jego wnętrza wysiadła Raven wraz ze swoim ojcem. Od razu skierował się do bagażnika, aby pomóc z bagażami.
  — Paszport masz czy pakujemy cię do luku bagażowego? — spytał żartobliwie, szturchając ją delikatnie ramieniem w bok, tak w ramach powitania.
  Wymienił uścisk dłoni z mężczyzną, który wcale nie spojrzał na niego podejrzliwie. Soren odsunął się na bok, kiedy rodzina miała swoje pożegnanie, wyczekując aż będą mogli skierować się do odprawy.

Raven Heist

mądry tytuł

: pt mar 06, 2026 5:04 pm
autor: Raven Heist
Może to złe i niewdzięczne, ale czuła ulgę. Czuła ulgę, że na zawody do Europy nie jechała z matką, a z Sorenem z którym o wiele lepiej jej się dogadywało oraz współpracowało. Jej treningi zaczęły przynosić większe efekty odkąd przestała czuć oddech matki za plecami. Ulgą także był fakt, że odkąd kobieta widziała poprawę wyników oraz techniki u dziewczyny, nie wtrącała się w sposoby nauczania Morningstara, dokładnie tak, jak obiecała.
Nie chciała jej obecności na zawodach. Zwyczajnie, egoistycznie tego nie potrzebowała, bo wiedziała, że sama świadomość, że kobieta siedzi na trybunie i obserwuje ją z tą niewzruszoną, wiecznie niezadowoloną miną sprawi, że będzie się dodatkowo stresować. I chociaż była wdzięczna za każdą naukę z jej strony, tak na tym etapie jej sportowej kariery potrzebowała kogoś innego.
Zupełnie innego rodzaju wsparcia.
Czuła jednaj podskórną presję. Wywołaną nie tylko rodzicielką, ale przede wszystkim tym, co sama na siebie nałożyła. Zawody w Holandii były już czymś dużym. Czymś, gdzie chciała się pokazać z jak najlepszej strony. Były okazją do zabłyśnięcia jako ona, a nie córka olimpijskiej mistrzyni. Chciała pokazać wszystko, to jak dobrze trenowała, jakie zdolności posiadła i jak ciężko pracowała na to, aby znaleźć się w tym miejscu.
Stresowała się, ale lubiła to uczucie, bo dawało jej kopa do działania.
Tego dnia się spakowała i przejrzała wszystkie swoje walizki kilka razy, chcąc upewnić się, że na pewno wszystko przy sobie miała. Sprzęt, ubrania, a także resztę, mniej potrzebne rzeczy. Dzień wcześniej była w odwiedzinach u matki, która musiała położyć się do szpitalnego łóżka odpowiednio szybciej, by przejść dodatkowe badania przed zabiegiem. Oczywiście już wtedy nie omieszkała przeprowadzić jej całego wykładu na temat techniki, wyników, a także tego, jak ważny to był dla Raven test.
Oraz jak bardzo miała jej nie zawieść.
Kobieta doskonale wiedziała jak wjechać własnemu dziecku na psychikę.
Gdy była gotowa do wyjścia, ojciec pomógł zapakować jej rzeczy do czarnego Rolls Royce’a, a następnie zawiózł ją na lotnisko, skąd miała wylecieć wraz z trenerem poza granicę państwa. I kontynentu.
Na widok Sorena, który pojawił się przy samochodzie, momentalnie na jej twarz wstąpił szeroki, zawadiacki uśmiech, który często jej towarzyszył, gdy była w jego otoczeniu.
Chyba ciebie — odpowiedziała, odwzajemniając szturchnięcie.
Trochę rzeczy miała, ale zdecydowaną większość jej walizek stanowił sprzęt sportowy, dokładnie spakowany i odpowiednio zabezpieczony. Wszyscy wiedzieli jak traktowano bagaż, więc dołożyła wszelkich starań, aby nawet przy rzucaniu walizkami, jej łuk był bezpieczny.
Pokaż im w tej Holandii — powiedział ojciec, sięgając do ramienia córki w geście wsparcia. W tej rodzinie, to on był tym człowiekiem, który mimo, że był mało obecny przez ciągłą pracę, to był najbardziej ludzki. I wyrozumiały.
Aż szkoda, że tak rzadko się z nim widywała.
Skopię im dupska — odpowiedziała z pewnością głosie. Taki był w końcu plan.
Proszę się nią opiekować, panie Morningstar — powiedział ojciec, przenosząc twarde spojrzenie w kierunku trenera, który miał sprawować pieczę nad jego jedyną córką. Był to wzrok człowieka, który poruszy niebo i ziemię, jeśli jego dziecku spadnie włos z głowy.
Raven przytuliła się do ojca ostatni raz przed lotem, podziękowała za podwózkę, wzięła swoje walizki i skierowała się z Sorenem w stronę odprawy. To, że była podekscytowana to mało powiedziane, ale poza tym, czuła też to charakterystyczne zdenerwowanie.
Gotowy na przygodę? — spytała, kierując się przed siebie przez szeroki korytarz zapełniony ludźmi, aż nie stanęli przy jednej z długich kolejek. — Będzie tam ten śmieć z Ameryki, Dawson. Jak z nim przegram, to przysięgam, że skoczę z balkonu — powiedziała. Oczywiście, że prześledziła wszystkich zawodników z którymi miała się zmierzyć. I doskonale wiedziała jaki był to poziom. Z kilkoma z tych osób już się spotkała na niektórych zawodach, nawet w Kanadzie, ale tylko jednego z nich uznawała za rywala. Chłopaka, który deptał jej po piętach i z którym… nie przypadli sobie do gustu. — Pieprzony Andrew Dawson, wschodząca gwiazda Ameryki my ass — prychnęła pod nosem. Gdyby miała laleczkę voodoo, z pewnością miałaby jego postać.

Soren Morningstar

mądry tytuł

: sob mar 07, 2026 7:31 pm
autor: Soren Morningstar
  Na tę jej zaczepkę (a w zasadzie na odpowiedź na jego własną) odpowiedział jeszcze jednym, lekkim szturchnięciem ramieniem. Akurat takie fizyczne pojedynki między nimi były czymś już na kształt ich własnego rytuału w ich własnej interpretacji relacji trener-zawodnik.. Nie była ona chłodna, sztywna, ani taka, w której każde zdanie musiało brzmieć jak polecenie, a miejsca na wygłupy nie było wcale. Z drugiej strony granice pozostawały jasne. Raven była jego podopieczną, a on jej trenerem. Nie przekraczał tej granicy, nie podrywał jej, ani też nigdy nie patrzył na nią w inny sposób.
  Uścisk dłoni, który wymienili chwilę wcześniej z jej tatą, był wystarczająco stanowczy ze strony ojca, żeby zrozumieć, że nie było żartów. Jednak tę kwestię, bezpieczeństwo dziewczyny, brał całkowicie na poważnie. Jakby pan tata posłuchał, kiedy Soren czepiał się dziewczyny za akcję z parkiem, to pewnie by mu nawet brawo bił.
  To że była już pełnoletnia niczego nie zmieniało. Ani w jego oczach, ani pewnie w oczach pana taty.
  — Spokojnie. Włos jej z głowy nie spadnie — odpowiedział spokojnie, a ton jego głosu był znacznie bardziej profesjonalny niż ten, którym chwilę wcześniej zaczepiał Raven. Bardziej odpowiadający trenerowi.
  Gdy pożegnanie dobiegło końca, przejął od Raven część jej bagaży. Zanim zdążyła zaprotestować, jedna z walizek i futerał ze sprzętem wylądowały już na metalowym wózku bagażowym stojącym przy wejściu do terminalu. Dopiero wtedy ruszyli w stronę hali odlotów, gdzie kolejki do stanowisk odprawy zaczynały już powoli gęstnieć.
  Na jej pytanie uniósł lekko brew.
  — Ja? — powtórzył z lekkim rozbawieniem. — Pytanie raczej czy to ty jesteś gotowa.
  Kiedy jednak zaczęła mówić o swoim rywalu, słuchał w milczeniu, a kącik jego ust drgał co jakiś czas, zdradzając że całkiem dobrze bawi się jej reakcją. No i nawet cieszyło go to, że nie dało jej się odmówić ani zapału, ani zadziorności. Ani tego charakterystycznego błysku w oczach, który pojawiał się zawsze, gdy temat schodził na rywalizację.
  — Wiesz, skakanie z balkonów raczej nie poprawia wyników — zauważył spokojnie, gdy skończyła swoją tyradę o rzekomej wschodzącej gwieździe Ameryki. — No i… po co ta dramaturgia. Przyjeżdżamy, wciągasz go nosem i wyjeżdżamy. Plan jest na tyle prosty, że go nie zapomnisz — dodał, posyłając jej przy tym swój firmowy uśmiech. Szturchnął ją przy tym zaczepnie bokiem. W taki sam sposób, jak zawsze. — Pamiętaj, dobry mental najważniejszy — dodał, już nieco poważniej. Choć nie bez półuśmiechu tlącego się w kąciku ust.
  Bo w gruncie rzeczy łucznictwo, tak jak większość sportów precyzyjnych, w ogromnej mierze rozgrywało się w głowie. Technika była ważna, przygotowanie fizyczne również, ale mental potrafił rozstrzygnąć więcej pojedynków niż jakikolwiek idealnie oddany strzał. Budowanie pewności siebie było częścią treningu tak samo jak ustawienie łokcia czy kontrola oddechu. On o tym pamiętał. Pamiętał by uwzględnić to w programie treningowym. Gorzej chyba było za kadencji jej matki, bo ona to pomijała. I to bardzo skutecznie.
   W końcu bagaż został nadany, dokumenty sprawdzone, a po krótkiej rozmowie z obsługą skierowano ich dalej w stronę kontroli bezpieczeństwa. Procedura, choć standardowa, zabrała im jeszcze kilkanaście minut, ale w końcu znaleźli się po właściwej stronie terminalu. Tam czekali na boarding na swój lot międzynarodowy, który miał zabrać ich prosto do Amsterdamu. Kilkanaście godzin w blaszanej puszce. Dobrze, że chociaż połączenie było bezpośrednie, bo koczowanie na lotnisku w ramach przesiadki potrafiło mocno wymęczyć.
  Bez większych przeszkód dotarli jednak do portu docelowego. Nawet zdrzemnął się w trakcie lotu, chociaż nie mógł przez to powiedzieć, że czuł się jakkolwiek dzięki temu wypoczęty. Jeśli już, to w odwrotną stronę.
  Taksówką zajechali do hotelu. Zameldowali się, odebrali karty do pokojów, by następnie, w towarzystwie obsługi, przenieść się do siebie i mieć czas na rozpakowanie i ochłonięcie. Po drodze zdołali się umówić, że jak już się wypakują i odświeżą po podróży, to pójdą coś zjeść. Coś tutejszego.
  Wziął prysznic, przebrał się i czekał na Raven, która miała przyjść do niego, nie odwrotnie!

Raven Heist

mądry tytuł

: ndz mar 08, 2026 5:24 pm
autor: Raven Heist
Ojciec zawsze był tym lepszym człowiekiem w rodzinie, ale niestety nie miała z nim zbyt wiele styczności ze względu na jego ciągłą nieobecność. Kiedy już się jednak widzieli, mężczyzna stawał na rzęsach, aby wynagrodzić córce brak kontaktu. Nie ciężko więc było się domyślić, że Raven, jako jedyne dziecko, w dodatku córka, była jego oczkiem w głowie. I chociaż nie podobało mu się to, że jedzie do Europy z obcym mężczyzną, to nie miał wyjścia. To, że to był trener niczego nie zmieniało.
Raven natomiast była innego zdania. O wiele bardziej wolała towarzystwo Sorena niż matki.
Przy nim chociaż mogła swobodnie mówić o tym jak się czuła oraz co myślała o swoich rywalach. Przy kobiecie musiała utrzymać chłodną obojętność i profesjonalizm. Zawsze i wszędzie. Nie wymieniała innych zawodników z nazwisk, bo nie powinna się nimi rozpraszać. Miała się przede wszystkim skupiać na sobie i trenować. Tam nie było jakiejkolwiek rozmowy, tylko rygor.
Mój mental mówi, że zgniotę śmiecia — rzuciła, mocniej zaciskając palce na ramiączku od plecaka, który robił za jej bagaż podręczny. Akurat mentalnie była nastawiona na sukces. Sama go na siebie nakładała, bo ambicje miała ogromne. I nie potrzebowała do tego matki. Fakt, że chciała ją przebić w osiągnięciach wynikał z jej motywacji, a nie kobiety.
Reszta ludzi i rywali była jedynie przystankiem na drodze jej kariery sportowej.
Podróż sama w sobie była mocno męcząca. Z jednej strony podróżowali w całkiem przyzwoitych warunkach, bo ojciec opłacił lot w nieco lepszej klasie niż ekonomiczna, jednak sam czas przelotu był… paskudnie długi. Spanie w niewygodnej pozycji też nie przychodziło łatwo, a jednak organizm potrzebował chociaż chwili, aby odpocząć. Bo co innego robić przez kilkanaście godzin?
Gdy dotarli w końcu do hotelu, pierwsze co zrobiła, to wyciągnęła się na łóżku, czując każdy zastały mięsień w jej ciele. Dopiero po chwili poszła się wykąpać, odświeżyć i przebrać w coś, co nie śmierdziało nią oraz podróżą. Nawet się dziewczyna pomalowała na wyjście na miasto. Nigdy wcześniej nie była w Amsterdamie. Trochę miejsc już widziała, głównie przez wakacje z rodzicami lub wyjazdy na zawody, ale ta część Europy była dla niej kompletnie nowa.
Wyszła z pokoju i skierowała się do tego, który należał do niego. Zapukała do drzwi, a kiedy jej otworzył, dość instynktownie zlustrowała go spojrzeniem.
No, no, panie trenerze. Ale się pan odwalił. Nie widać, że ma pan za sobą męczącą podróż pośród spoceńców — rzuciła luźno, z lekkim, charakterystycznym smirkiem na twarzy.
Przeszła z nim na korytarz, a stamtąd do windy, którą zjechali na sam parter, aby wyjść z hotelu. Nie miała pojęcia jaka była tu kuchnia i co jest do polecenia, ale po to mieli internet, GPS oraz tutejsze oceny, nie?
Oby mieli dobre jedzenie, bo jestem paskudnie głodna. Jedzenie w samolocie było obrzydliwe. — Bo oczywiście coś zamówiła, ale… niespecjalnie jej podeszło, pewnie dlatego, że raczej nie były to pierwszej świeżości rzeczy.
Gdy znaleźli jakąś knajpę, która pasowała im obojgu, a oceny według Google miała nie najgorsze, kelner wskazał im stolik dla dwójki i podał karty, zwracając się do nich po angielsku, że zaraz wróci i zbierze zamówienie.
Bierz co chcesz, tata płaci — powiedziała, przebiegając spojrzeniem po propozycjach w angielskiej wersji menu. Cały wyjazd opłacali jej rodzice, a skoro żadne z nich nie mogło jechać, to pobyt Sorena także zdecydowali się opłacić, skoro to oni tu zawiedli. A, że pieniędzy mieli naprawdę sporo, to nie robiło im to żadnej różnicy. — Wiesz, że legalnie mogę zamówić sobie drinka? — rzuciła, uśmiechając się szerzej.
W Amsterdamie można było legalnie pić odkąd skończyło się osiemnaście lat… więc dobrze, że od stycznia już mogła się chwalić dowodem. W Kanadzie może nie mogła wciąż pić, ale hej, Europa rządziła się swoimi prawami. Co kraj to obyczaj, czy jakoś tak.
Gdy wrócił kelner, złożyła swoje zamówienie, a gdy Soren zrobił to samo i kelner się oddalił, Raven obejrzała się po obecnych tu ludziach, ostatecznie opierając się plecami o krzesło.
To jaki mamy plan na zawody? — spytała. Jej planem było oczywiście pozamiatać konkurencję, ale to był ogólny zamysł. O jego szczegółach już myślał Soren.

Soren Morningstar

mądry tytuł

: pn mar 16, 2026 6:00 pm
autor: Soren Morningstar
  Podróż, choć odbyta w całkiem przyzwoitych warunkach, i tak potrafiła człowieka zmęczyć. Kilkanaście godzin w samolocie robiło swoje i nawet jeśli nie siedziało się ściśniętym jak sardynka w ekonomicznej klasie (o co i tak miał ból dupy, bo dowiedział się po fakcie, że dopłacono do jego biletu), to organizm i tak czuł, że spędził pół dnia w metalowej puszce na wysokości kilku kilometrów. Dlatego gdy tylko zamknęły się za nim drzwi hotelowego pokoju, pierwsze co zrobił, to skierował się pod prysznic. Zresetował się, jak należało, pod strumieniem ciepłej wody, pozwalając mięśniom odpoczać. Kilka minut później był już ogarnięty, przebrany w świeże rzeczy.
  Nie odstawiał się jakoś specjalnie, choć ciemną koszulę założył, a rękawy podwinął do połowy ramienia.
  Gdy w końcu rozległo się pukanie do drzwi, otworzył niemal od razu. Uniósł brew słysząc jej komentarz powitalny, a potem uśmiechnął się pod nosem. Bardziej ironicznie rozbawiony niż onieśmielony tym niesamowitym komplementem.
  — No widzisz? Człowiek raz się umyje i już takie wrażenie robi — odpowiedział spokojnie. — Powinnaś od czasu do czasu spróbować.
  Przeszli razem na korytarz, a stamtąd do windy, która zjechała z nimi na sam dół do lobby. Przejrzał już wszystkie aktywności, jakie oferował ich hotel, nawet zdołał zapamiętać w jakich godzinach był otwarty basen. Nie, żeby planował skorzystać. Pewnie nawet gaci do kąpieli nie wziął.
  Przeniósł spojrzenie na dziewczynę.
  — Myślę, że skoro jesteś paskudnie głodna, to myślę że nawet za bardzo wybredna nie będziesz — rzucił luźno, kiedy wyszli już z budynku na ulicę. — Ale zawsze można zagrać bezpiecznie i pójść na kebaba.
  Ostatecznie jednak trafili do knajpy polecanej w Internecie. Usiedli przy stoliku dla dwóch osób, kelner podał im menu i zniknął na chwilę, żeby dać im czas na wybór. Soren przeleciał kartę spojrzeniem, a gdy Raven wspomniała, że ‘tata płaci’, uśmiechnął się, ale raczej z grzeczności niż z radości. Nie był fanem takiego układu, nawet jeśli dla jej rodziny nie stanowiło to żadnego problemu. Nie lubił być sponsorowany, w zasadzie przy relacji z Sorą też to grało. Tak czy siak – nie chciał pieniędzy od jej rodziny, ani finansowania wyjazdu za to, że był. W końcu przyjechałby tu tak czy inaczej, bo był jej trenerem, a fakt że miał się ‘opiekować’ swoją podopieczną podczas wyjazdu, był czymś co i tak by zrobił.
  Nie odpowiedział na to, wewnętrznie już postanawiając, by zaczepić kelnera po skończeniu jedzenia, aby samodzielnie zapłacić. I to raczej za dwójkę, bo raczej nie zamierzał zostawiać dziewczyny przy stoliku i podzielonym rachunkiem na pół. Nawet jeśli nie była to randka, a on wierzył w równouprawnienie.
  — Słuchaj legalnie to ty się tu możesz nawet zbakać — odpowiedział pół żartem, odkładając kartę na stół.
  Holandia była jaka była, marihuana była tutaj legalna i nikogo to specjalnie nie dziwiło. Czy pochwalał takie rzeczy? Zdecydowanie nie, bo był przeciwko wszelkim używkom. Choć z drugiej strony mieszkał z Hunterem, który sam w sobie był chodzącą używką, więc też nauczył się pewne rzeczy akceptować. Gdyby Raven faktycznie kiedyś wpadła na taki pomysł, pewnie by jej to odradził, powiedział co myśli i tyle. No siłą by jej nie odciągał.
  Zerknął na nią wymownie, gdy zapytała o plan.
  — Jak to jaki? Wygrać. — odpowiedział spokojnie, po czym oparł się wygodniej o krzesło. — Dzisiaj się tym nie przejmuj, Raven. — Wiedział od samego początku, że żyła rywalizacją, perfekcją i wynikami, a on od miesięcy próbował ją trochę z tego wyciągać. Sport był ważny, jasne, ale sport kiedyś się kończył, a szkoda było spalić najlepsze lata życia tylko dlatego, że człowiek zapomniał o wszystkim poza nim. — Jesteśmy w Amsterdamie ja to nawet pierwszy raz. Jutro możesz wrócić do planu wycierania Dawsonem podłogi. Aklimatyzacja, słyszałaś o czymś takim? — Tego akurat nie wymyślił.
  Przelecieli przez pół świata, dla nich w tym momencie pora dnia była kompletnioe inna, wobec czego potrzebowali trochę czasu na zaadaptowanie się do nowych warunków, aby w dniu zawodów nie była wykończona.
  — Co zamówiłaś? Od razu mówię, że nie zamienię się z tobą.

Raven Heist

mądry tytuł

: czw mar 19, 2026 9:49 am
autor: Raven Heist
Może powinna spróbować się umyć raz na jakiś czas za jego radą. Jakiś prysznic raz na tydzień czy coś. Pewnie gdyby faktycznie się tak myła, to po siedmiu dniach treningów na korcie lub siłowni, najpierw byłoby ją czuć, dopiero potem by się ją słyszało i widziało.
Niemniej faktycznie, była bardzo głodna. Miała szybki metabolizm i jadła dużo kalorii jak na swoją masę ciała, ale przez to jak aktywna była, to nie było innej opcji. Dlatego po locie jej żołądek wołał o pożywienie. Jakiekolwiek, byle było tego dużo. Kebab więc nie był głupim pomysłem, w końcu to było takie jedzenie gdzie było wszędzie, nie? I było pewne. Podobnie jak pizza czy chociażby maczek… ale skoro już tu byli, to wypadałoby zasmakować tutejszego jedzenia.
Dla niej to było normalne, że rodzina opłacała wszystko. Jej jako córce, ale też trenerowi, który musiał ostatecznie z nią polecieć ze względu na brak opieki osoby dorosłej. W końcu mógł mieć lepsze rzeczy do roboty, nawet jeśli Raven wolała z nim lecieć, bo to on ją przygotowywał. Nie rozumiała w pierwszej kolejności czemu miałoby go tam nie być, nawet jeśli matka i tak miałaby pojechać.
Na szczęście obowiązkowy zabieg sprawił, że byli tu we dwójkę. Bez pierdolenia kobiety.
O kurde, serio? — spytała, wyraźnie zaciekawiona. Nie to, żeby brała używki, ale jak to nastolatka, swojego próbowała raz czy dwa. Papierosy zupełnie jej nie podeszły, bo śmierdziały i były obrzydliwą, krótką przygodą, natomiast trawka… nie miała do niej problemu, ale sama uzależniona nie była. Okazjonalnie na imprezach zdarzało jej się palić, jak to wszystkim. A im było to bardziej zakazane, tym lepiej wchodziło. — Sztos — rzuciła z dziwnym uśmiechem w kąciku ust. Europa już była fajniejsza niż Kanada, właśnie zyskała na kilku punktach.
Nie zamierzała jednak tego wykorzystywać w żaden sposób. Nie była typem, co teraz będzie łazić i pić we wszystkich klubach, bo ma skończone osiemnaście lat. Nie będzie łazić i jarać skrętów na ulicy, bo miała swoje priorytety, a one były jasne - liczył się sport. Rywalizacja. Osiągnięcia i cele, które miała wysoko postawione. A gdyby przyłapano ją na takich wybrykach… wolałaby nie myśleć o ewentualnych konsekwencjach. Nie tylko od związku strzeleckiego, ale też od matki.
Podobnie jak on, oparła się wygodniej o krzesło na jego odpowiedź.
Przejmuję się tym od dwóch tygodni. — Chociaż mogła wyglądać z wierzchu, jakby miała wszystko w dupie, to kto jak kto, ale jej trener wiedział jak bardzo zależało jej na tych zawodach. I jak bardzo chciała coś pokazać. Osiągnąć. Wygrać.
Ciężko było więc o tym nie myśleć, zwłaszcza, że będzie rozliczana z wyników po powrocie do domu. Matka na pewno będzie śledzić jej poczynania nawet w szpitalu. Jak nie na przenośnym tablecie, oglądając transmisję z zawodów, to na jakimś szpitalnym telewizorze w pokoju wspólnym po tym, jak wyrwała pilot jakiejś starszej babci, która chciała oglądać swoją telenowelę.
Gdzieś ktoś coś kiedyś mówił — rzuciła, podnosząc na niego spojrzenie z menu. Była zmęczona, to fakt. Zmiana czasu i przyzwyczajenie się do nowych warunków wymagała pewnych rzeczy, ale nie umiała tak po prostu powstrzymać myśli i wybić ich z tego kierunku.
Wróciła do menu, ostatni raz upewniając się, że to co wybrała, jest tym daniem, które dzisiaj chciała. Chociaż w tym momencie, na głodnego, najchętniej wzięłaby pół karty.
Brew jej drgnęła wyżej, gdy usłyszała jego słowa.
Aha? Co z ciebie za trener? — rzuciła wielce oburzona, chociaż jej ton przepełniała ironia. Jak w jego daniu będą frytki, to i tak je podbierze. — Nie znam części tych dań, więc biorę to i potem to — powiedziała, wskazując palcem na poszczególne pozycje. — No co? Głodna jestem — A potem jednak skończy się na tym, że Soren będzie dojadał po niej, bo na głodnego podejmowała decyzje o tym co zjeść i ile zjeść. Jak wiadomo, był to beznadziejny pomysł, bo potem człowiek nie przejadał wszystkiego. Tak samo nie chodziło się głodnym na zakupy, bo wychodziło z paragonem grozy i rzeczami, które są niepotrzebne i się psuły, zanim się je wykorzystało.
Ale ludzie i tak to robili.
A ty co chcesz? — spytała, zerkając na jego kartę, jakby miał tam zakreślone wybrane przez siebie dania. — Bierzesz deser? — Bo wiadomo, że na deser był osobny żołądek.

Soren Morningstar